fbpx

Scarlett Johansson: Nie będę siedzieć cicho

Scarlett Johansson: Nie będę siedzieć cicho
Scarlett z fanami przed Teatrem Księżnej Walii w Toronto; fot. Getty Images/ Gallo Images

Nie tylko na ekranie jest wyrazista. Walczy z polityką Trumpa i o to, żeby kobiety same decydowały o sobie i o własnym ciele. A o drażliwych tematach wypowiada się, trzeba przyznać, prosto z mostu.

Kiedy w roku 2012 w towarzystwie mamy i babci odsłoniła swoją gwiazdę w hollywoodzkiej alei gwiazd, w stylizowanej na lata 40. fryzurze do złudzenia przypominała dawne gwiazdy kina. Fryzura fryzurą, ale w przypadku tej aktorki to częste porównanie. Mówi się, że ze swoim seksapilem jest nowym wcieleniem Marilyn Monroe.

Jakie czasy, taka Marilyn? Jeśli przyjęlibyśmy tę optykę, wyszlibyśmy na bardzo postępowych. Bo Johansson, którą można było oglądać na czele wielkiego waszyngtońskiego marszu kobiet przeciwko Trumpowi, nie ma najmniejszego problemu z mówieniem tego, co myśli. A mówi coraz więcej i coraz głośniej. O tym, że niezbywalne prawo kobiety do decydowania o sobie, własnym ciele i planowania rodziny to nie decyzja polityków, tylko indywidualna sprawa każdej z nas.

– To nie czas, żeby siedzieć cicho – twierdzi z pełnym przekonaniem. A za chwilę dodaje: – Jestem zaangażowana politycznie, bo tego mnie nauczono w domu, jeszcze kiedy byłam małą dziewczynką.

W Stanach Johansson jest dziś mocno kojarzona z Planned Parenthood, organizacją non profit prowadzącą sieć darmowych przychodni. Przychodni, dodajmy, od zawsze wywołujących spore kontrowersje. Atakują je m.in. republikanie i przedstawiciele rozmaitych organizacji pro-life, jako że to właśnie w tych ogólnodostępnych ośrodkach można dokonać legalnej aborcji.

Sporo emocji wywołały ostatnio także wypowiedzi Scarlett na temat Ivanki Trump. Johansson żaliła się, że jest totalnie rozczarowana postawą córki i świeżo mianowanej doradczyni urzędującego prezydenta USA. Jak współczesna, wykształcona kobieta, taka jak Ivanka, może milczeć w kwestii ograniczania praw osobom tej samej płci co ona? Jak może chować się za plecami ojca, tłumacząc pokątnie, że w zaciszu jego gabinetu będzie mu doradzać i stosować delikatną perswazję? „To takie staromodne!” – żachnęła się Scarlett w wywiadzie telewizyjnym. A jakby tego było mało, chwilę wcześniej w programie „Saturday Night Live” wystąpiła w pastiszu reklamy perfum Ivanki, o mocno sugerującej nazwie Umoczona. To jawny przytyk do powracających zarzutów, że córka i doradczyni prezydenta swoją obecnością w Białym Domu nakręca popularność swoich biznesów, m.in. własnej marki perfum.

Wychodzi na to, że nowe wcielenie Marilyn Monroe pod postacią Johansson jest, owszem, postępowe, tylko że czasy nie bardzo za nim nadążają. Jedną z pierwszych decyzji Donalda Trumpa było cofnięcie rządowych dotacji na kliniki Planned Parenthood, ale i inne tego typu ośrodki, które ułatwiają dostęp do legalnej antykoncepcji, aborcji i edukacji seksualnej. Johansson powtarza, że wracamy do średniowiecza. I jest z tego powodu wściekła. Jak bardzo? To dobry moment, żeby oddać jej głos.

Czy to, że firmujesz własnym nazwiskiem Planned Parenthood, znaczy, że korzystałaś kiedykolwiek z tego typu placówek?

Pewnie! Tak jak zresztą mnóstwo innych dziewczyn z Nowego Jorku robiłam bieżące i bardziej skomplikowane badania właśnie tam. Dlatego że zwyczajnie nie stać mnie było na prywatną klinikę ginekologiczną i dlatego że nie uważałam, żeby było w tym cokolwiek złego, wręcz przeciwnie. Tak więc, kiedy poproszono mnie o propagowanie tej inicjatywy i udział w obchodach setnej rocznicy istnienia PP, nie wahałam się ani chwili. Mówimy o 650 ośrodkach działających w całym kraju. Odwiedza je dwa i pół miliona pacjentek rocznie, robiąc sobie biopsje, mammografie, testy na choroby przenoszone drogą płciową, szukając odpowiednich dla siebie metod antykoncepcji. Od 2012 roku mocno angażuję się w sprawy dotyczące zdrowia kobiet. Poruszałam ten temat na konwencji demokratów, kręciłam reklamówki. I jestem z tego dumna.

Nie kryjesz się ze swoimi politycznymi sympatiami. W czasie wyborów wspierałaś Hillary Clinton

Bo była odpowiednią kandydatką dla nas wszystkich i mówiąc to, nie myślę tylko o nas, kobietach. Spójrz na ten bajzel, w którym musimy teraz żyć. Być może to dlatego, że sama zostałam mamą, ale coraz bardziej niepokoję się, co będzie dalej. Boję się o przyszłość mojej córki, chwilami się tym wręcz zadręczam. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy w zaistniałej sytuacji nie bały się wstać i zabrać głosu.

Do tematu twojego macierzyństwa chciałabym jeszcze wrócić, na razie zapytam jednak o kino. Sporo zamieszania wywołał twój niedawny udział w „Ghost in the Shell”, fabularnej ekranizacji kultowego japońskiego komiksu i filmu animowanego pod tym samym tytułem. O tej produkcji mówiło się latami. Była obciążona sporym ryzykiem, bo oryginalna japońska wersja ma na świecie fanatycznych miłośników. Co takiego spodobało ci się w tej historii na tyle, że zdecydowałaś się przyjąć główną rolę?

Ten film, rozgrywający się w przyszłości, to historia Major, agentki antyterrorystycznej Sekcji 9, działającej z ramienia elity rządzącej. Moja bohaterka ma eliminować ekstremistów, groźnych wrogów systemu. Dla mnie „Ghost in the Shell” jest mieszanką wybuchową, to jakby połączyć „Raport mniejszości” z „RoboCopem” i realia rządów Trumpa [śmiech].

A nie uważasz, że to także wariacja na temat „Pinokia”?

W jakimś sensie tak. Zagrałam hybrydę, częściowo człowieka, częściowo cyborga. W filmie widać, jak poszerza się samoświadomość Major, jak pojawiają się u niej wspomnienia. I ona, zamiast je wypierać, jest coraz bardziej ciekawa, skąd się biorą. To sprawia, że moja bohaterka staje się bardziej istotą ludzką niż robotem. Lubię analizować, co czyni nas ludźmi, czym jest dusza. I uważam, że w każdym z nas kryje się puszka Pandory, którą należałoby otworzyć, jeśli się tylko ma odwagę to zrobić. Nawet w takie produkcje jak ta, w kinie akcji, w dodatku science fiction, można wpleść niezwykle poruszające wątki fabularne. Na końcu tej historii moja bohaterka przeżywa miłość. Jest zakochana, ale to bardziej skomplikowane. Jak zresztą wszystko w życiu.

Łatwo się zakochujesz?

Tak, zdecydowanie zbyt łatwo. Jestem typem silnej, niezależnej kobiety, a jednocześnie łatwo ulegam męskiemu urokowi. Umiem zadbać sama o siebie, ale mimo wszystko potrzebuję miłości i czułej troski. Myślę, że najcenniejsze w życiu chwile to te, kiedy jesteś dosłownie na chwilę przed zakochaniem. Kiedy leżycie obok siebie w łóżku, on patrzy na ciebie, ty na niego i dokładnie wiesz, że to teraz, że za moment to się wydarzy.

Media dowiadują się o przełomowych momentach twojego życia, takich jak ślub czy narodziny dziecka, jako ostatnie. Dlaczego to dla ciebie takie ważne?

Bo i tak wszystko, co mówię, zawsze obraca się przeciwko mnie i uderza potem bezpośrednio we mnie. Albo moje słowa zostają przeinaczone. Z oczywistych powodów – chodzi o to, żeby wywołać sensację. Nie buntuję się, jestem realistką, patrzę na to pragmatycznie i zdaję sobie sprawę, że jest to część mojej pracy, cena, jaką trzeba płacić za sukces. Ale tak, nauczyłam się nie ujawniać zbyt dużo ze swojego prywatnego życia.

Za to niektóre twoje wypowiedzi wywołują falę gorących komentarzy. Choćby ta z wywiadu dla „Playboya”, kiedy powiedziałaś, że nie uważasz, aby monogamia była czymś naturalnym. Co dokładnie miałaś na myśli?

Monogamia wymaga nieustannej, intensywnej pracy. Czasem to praca ponad siły, często idąca na marne. Sądzę, że trwanie w monogamicznej relacji jest po prostu niezgodne z ludzką naturą. Z całą pewnością dotyczy to mężczyzn, ale i kobiet, szczególnie teraz, kiedy stałyśmy się niezależnymi jednostkami. W przypadku moich poprzednich relacji, wliczając w to obydwa małżeństwa, problem monogamii zawsze był kluczowy.

Wierzysz jeszcze w instytucję małżeństwa?

Wierzę, choć muszę przyznać, że stałam się ostrożniejsza. Zdałam sobie sprawę, że każda wygrana ciągnie za sobą jakąś porażkę. I odwrotnie. Chodzi tylko o to, żeby wybrać to, na czym najbardziej ci zależy. Małżeństwo jest bardzo romantyczną ideą, tyle że ekstremalnie trudną do wcielenia w życie, prawie niemożliwą, zupełnie jak realny socjalizm [śmiech]. Mogą mnie ukamienować, a ja i tak będę trwać przy swoim zdaniu – że w monogamii nie ma nic naturalnego. Jasne, można próbować wytrwać, ale to beznadziejny wysiłek.

Są pary, którym się udaje.

I mam dla nich wielki szacunek. Za to, że nieustannie nad sobą pracują, że są w stanie wciąż pielęgnować w sobie miłość. Ale to rozwiązanie zdecydowanie nie dla każdego. Według mnie wbrew instynktowi samozachowawczemu.

Chyba że mówimy o matczynej miłości.

Jasne, macierzyństwo to równoległy wszechświat, jeśli w ogóle nie przeciwieństwo relacji damsko-męskiej. Nie ma tu co porównywać. Jestem zakochana w swojej córce i ta miłość to bułka z masłem w porównaniu do problemów, jakich przysparza uczucie do mężczyzny. To taka nieskomplikowana, czysta miłość jak podmuch świeżego powietrza. Nieustające źródło szczęścia.

Chciałabyś mieć więcej dzieci?

Wiem, że będę je miała. Podpowiada mi to mój instynkt.

Wywiad pochodzi z numeru 7/2017