Mieszkamy w jednej wielkiej galerii sztuki. Dostępnej dla każdego, za darmo, 24 godziny na dobę. Nie wierzycie? Zajrzyjcie do „Ukrytych na widoku”, trochę albumu, trochę przewodnika po Polsce, trochę księgi zachwytów, której, jak powtarza jej autor Tomasz Szymański, nie byłoby, gdyby nie… uczucie wstydu.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 09/2026.
Obiekty drobne, łatwe do przeoczenia. I te gigantyczne, widoczne z daleka. Wiele z nich da się polubić czy nawet pokochać od pierwszego spojrzenia. Weźmy „Kompozycję astronomiczną” w Olsztynie. Czyli wielkoformatowy relief, płaskorzeźbę zdobiącą ścianę wspólnego dziedzińca olsztyńskiego Planetarium i galerii BWA. Jej autor jakimś cudem jest w naszym kraju mało znany, mimo że i dorobek, i życiorys miał imponujący. Stefan Knapp (1921–1996) zasłynął – głównie w Anglii i Stanach – pracami o takiej skali, że za pracownię służyły mu a to kort tenisowy, a to hangar, a to płyta lotniska.
Urodzony w Biłgoraju Knapp został żołnierzem armii Andersa, a potem lotnikiem RAF-u. Po wojnie nie wrócił już do Polski, robiąc międzynarodową karierę. Był nie tylko artystą, ale też wynalazcą i eksperymentatorem.
W „Ukrytych na widoku. 101 opowieściach o sztuce w przestrzeni publicznej” znajdziemy anegdotę o tym, jak przez przypadek, pewne niefortunne zdarzenie, stworzył nowatorską technikę emalii nanoszonej na stalowej blasze. I to właśnie z 200 stalowych płyt różnej wielkości – płaskich i wypukłych – pokrytych różnobarwną emalią składa się olsztyńska „Kompozycja astronomiczna”. Niebieskie, zielone, żółte, pomarańczowe i różowe okręgi mogą się kojarzyć z planetami i orbitami. A może po prostu z beztroską czy pięknem nieziemskich krajobrazów? Nawet dzisiaj, kiedy tak intensywne kolory nie są już w przestrzeni publicznej rzadkością, praca robi wrażenie, a co dopiero za wczesnego Gierka, kiedy płaskorzeźbę uroczyście odsłaniano z okazji 500. rocznicy urodzin Kopernika.
Łatwa do polubienia okazała się też NAWA. Kilkadziesiąt wypolerowanych jak lustro łuków o wysokości od czterech i pół do siedmiu i pół metra stanęło na ulicy Wodnej – na maleńkiej Wyspie Daliowej we Wrocławiu – w 2017 roku, ożywiając wyraźnie okolicę i stając się jej symbolem. Od tamtej pory to popularny punkt spotkań i niezliczonych sesji zdjęciowych. W historii powstania tego obiektu również pojawia się wątek eksperymentu i wynalazku. Jak stworzyć materiał jednocześnie ultralekki i ultrawytrzymały? Oskar Zięta, dziś jeden z najbardziej znanych polskich projektantów, twórca choćby stołka PLOPP, należącego już do klasyki światowego dizajnu, opracował technologię FiDU, w którą nikt poza nim z początku nie wierzył. Bo czy jeśli w zespawane ze sobą cienkie blachy wtłoczymy sprzężone powietrze to powstały w ten sposób „balon” uniesie duże obciążenia? Eksperci twierdzili, że nie. Zięta udowodnił, że się mylili. W technologii FiDU powstał nie tylko jego ikoniczny stołek czy inne sprzęty, ale i wrocławska NAWA. Idealnie wpisująca się w sąsiadującą z nią architekturę Hali Targowej czy gotyckiej Katedry św. Jana Chrzciciela.
Bywa i tak, że zamiast czy oprócz sympatii i przywiązania, dzieło spotyka się z aktami wandalizmu. „Ogniste ptaki” doświadczały ich niezależnie od miejsca, w którym je w Szczecinie ustawiano. Co może dziwić o tyle, że to najbardziej pogodna realizacja w dorobku słynnego zakopiańskiego artysty Władysława Hasiora, zwykle ciążącego ku dużo mroczniejszej stronie, mocno zanurzonego w martyrologii. Ta praca to czysty zachwyt ludowością: trochę jak wycinanki, trochę jak rzeźbione drewniane ptaszki. Na zdjęciach „Ogniste ptaki” prezentowały się wspaniale, zwłaszcza że jakiś czas temu zebrano je w Parku Jana Kasprowicza razem, w jednej linii i w pobliżu oczka wodnego, przez co wyglądają, jakby za chwilę miały się wzbić do lotu. Tyle że na żywo uwagę przykuwał głównie ich zły stan i szpecące je graffiti.
Szczęśliwie prace Hasiora są po remoncie, zresztą i tak ich losy były o wiele mniej burzliwe niż „Żelaznego człowieka” z Gorzowa Wielkopolskiego. Przedstawiająca nagiego (zbudowanego z betonowych modułów) mężczyznę rzeźba Zbigniewa Frączkiewicza, zanim zacumowała w spokojniejszym punkcie miasta, oblewana była farbą, ubierano ją w szorty i staniki, opasywano szalikami drużyn piłkarskich. W roku 1998 została zasłonięta na przyjazd papieża, a w pewnym momencie, pod pretekstem konserwacji, wyrzucono ją nawet na śmietnik. Ale wróciła, stoi. I jak wiele innych tego typu obiektów wreszcie zrosła się z miejscem, stając się oczywistym elementem krajobrazu. Tak oczywistym, że czasem już niewidocznym i niedocenianym.
Pomniki, rzeźby, instalacje, choć nie tylko one. Usytuowane na głównych ulicach miast i zupełnie na uboczu. Tomasz Szymański, autor superpopularnego instagramowego profilu Solo Show oddaje im w swojej debiutanckiej książce widoczność. I robi to w charakterystycznym dla siebie stylu.
„Chciałem od razu zaznaczyć, z jakiego miejsca to wszystko piszę – podkreśla Tomasz we wstępie „Ukrytych na widoku”. – Nie jest to narracja ani historyka sztuki, ani dziennikarza, ani krytyka. Piszę z perspektywy osoby, która nie ma w tej dziedzinie żadnego formalnego wykształcenia – kończyłem najpierw finanse i rachunkowość, a potem filozofię – ale dla której sztuka współczesna stała się absolutną obsesją”.
A w bezpośredniej rozmowie dodaje: „Lubię mówić, że ta książka jest zbudowana z uczucia wstydu”. Co to znaczy? Odpowiada, że kiedy zaczynał swoją przygodę ze sztuką i wchodził do galerii na wernisaż, czuł się często tak, jakby przychodził na czyjeś urodziny bez zaproszenia i bez prezentu. Już sam anturaż tego typu instytucji bywa krępujący – białe ściany, minimalistyczne eleganckie wnętrza, wszystkie oczy zwrócone na osobę, która wchodzi do środka – ale za tym wstydem stał przede wszystkim język, którym się opowiada i rozmawia o sztuce. Hermetyczny, środowiskowy, onieśmielający dla kogoś z zewnątrz.
On wszedł do tego świata dosłownie z ulicy. Miał dwadzieścia parę lat i tak się złożyło, że przez jakiś czas mieszkał w pobliżu dawnego domu meblowego „Emilia”, gdzie mieściło się wtedy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. „Wejście było za zero złotych – wspomina – i nie chodziło tylko o to, że nie trzeba było zapłacić za bilet, co dla młodego człowieka ma oczywiście znaczenie, ale że granica między wnętrzem a zewnętrzem galerii była nikła. Przechodząc obok «Emilki» po drodze do domu, kilka, kilkanaście razy zachodziłem na tę samą wystawę”. Ciekawość zrobiła swoje, nie tylko oglądał dzieła, także czytał, poznawał konteksty, choć zaczęło się od zachwytu, zdziwienia i przyjemności z oglądania.
Dlatego, przedstawiając w książce na przykład „Pasaż Róży”, niezwykły projekt Joanny Rajkowskiej (artystka pokryła fasady kamienic w jednej z łódzkich uliczek, od poziomu chodnika aż po dach, odłamkami luster), Tomasz oczywiście opisuje okoliczności powstania tej pracy. A jednocześnie nie widzi nic złego w tym, że ktoś, tak jak on przed laty, zna tę bardzo atrakcyjną wizualnie realizację tylko od jej urokliwej, bajkowej strony. Nie wiedząc, że córeczka artystki, Róża, traciła wzrok i że szczęśliwie udało się zebrać środki na jej leczenie. Połyskujące w słońcu lustrzane mozaiki są więc też m.in. celebracją zdolności widzenia, ale i przypomnieniem, jak potrafi być ona krucha.
„Kategoria «zrozumieć dzieło sztuki» jest dla mnie nieco podejrzana i zamykająca – dodaje Tomasz – uważam, że sednem dobrego dzieła jest to, że można w nim wciąż znajdować coś nowego”.
Najciekawsze są dla niego te momenty, kiedy sztuka przeciera się z codziennością, kiedy staje się dostępna absolutnie dla każdego. Właśnie o nich chciał pisać: „Chodzi mi o takie sytuacje jak ta, kiedy jesteśmy w samym centrum Krakowa. Naokoło kręci się mnóstwo turystów nastawionych na zupełnie inne doświadczenia, a na ulicy Floriańskiej pod numerem 15 natykamy się na topowe nazwiska polskiej sztuki współczesnej. Oglądamy obrazy Marcina Maciejowskiego, Aleksandry Waliszewskiej, Karola Palczaka. Tyle że w skali 1:12, bo to Galeria Mikrob, galeria w miniaturze umieszczona w szklanej gablotce. Najmniejsza w Krakowie, a najprawdopodobniej też w Polsce”.
Jego Solo Show – instagramowy profil, na którym pokazuje m.in. pracownie artystów – bije rekordy popularności, niektóre treści mają blisko cztery miliony wyświetleń. Co jawnie kłóci się ze stereotypem, że sztuka współczesna to u nas w kraju temat wybitnie niszowy. Choć z początku wcale nie było tak różowo. Tomasza krytykowano za to, jak mówi i jak się prezentuje. Za zbyt entuzjastyczne podejście i autorski pomysł na pokazywanie sztuki.
Początki nie były więc najłatwiejsze. Tak jak i początki „Ukrytych na widoku”. Po pół roku intensywnej pracy nad książką Tomasz uznał, że nie idzie w dobrym kierunku, że wpadł w zbyt ekspercki ton. Porzucił więc tamten materiał bez żalu, zaczął pisać od nowa. Ale to nie jedyna zmiana, która się w nim dokonała. Zaczął pracę w grudniu 2024 przekonany, że już wie, co mu się w sztuce podoba, jaki ma gust i kanon. Tylko że podczas ponad setki podróży do miejsc, jakie zdecydował się opisać, jego wyobrażenie o tym, co go w sztuce pociąga, w dużej mierze runęło.
Jedna wizyta, spotkanie i rozmowa pociągała za sobą kolejną – Tomasz znajdował nowy obiekt czy poznawał zupełnie nowe dla siebie nazwisko.
W Zakopanem przekonał się do Hasiora i odkrył Antoniego Rząsę, artystę, którego twórczością się zachwycił. Nie podejrzewałby siebie także o zainteresowanie świątyniami, które dekorował Jerzy Nowosielski. W tym maleńką ascetyczną Cerkwią Narodzenia Przenajświętszej Bogarodzicy w Białym Borze, której wnętrze samo w sobie wygląda jak jeden z obrazów słynnego malarza. Tomasz mówi, że przy okazji podróży zmieniała się nie tylko lista prac, ale zdarzyło się dużo więcej: przełamywały się w nim jego własne uprzedzenia, rozmontowywały tkwiące w nim stereotypy. A czasem po prostu nieco inaczej zaczynał patrzeć na coś, co doskonale znał. W Krakowie w kroczących postaciach Magdaleny Abakanowicz dostrzegł na przykład bardzo żywą, organiczną strukturę przypominającą korę okolicznych drzew.
A przede wszystkim doceniał dostępność prac. To, że ludzie, nie znając często ani tytułu, ani autora, ani tematu, korzystają z nich na swoje sposoby: dzieciaki wdrapują się na pomniki, nowożeńcy pozują obok do fotografii ślubnej. To dlatego tak mu się spodobało, że „Biegaczki” (1965) autorstwa Henryka Burzca, czyli dwie uchwycone w ruchu sprinterki, zdjęto z wysokiego cokołu, ustawiając je bezpośrednio na chodniku. Są teraz na wyciągnięcie ręki, biegną między żywymi przechodniami przed Miejskim Ośrodkiem Sportu i Rekreacji w Mielcu.
„Ukryte na widoku” to zatem trochę album sztuki, trochę przewodnik po Polsce, a trochę księga zachwytów, którą można wziąć pod pachę i korzystając z lata, ruszyć w drogę po Polsce tropem dzieł sztuki w przestrzeni publicznej. Przy okazji znajdziecie w niej też informację, że wspomniana kosmiczna praca Stefana Knappa w Olsztynie jest akurat chwilowo niedostępna. Do 2028 roku będzie trwać remont tamtejszej galerii i Planetarium. Za to nie mniej widowiskową podobną realizację tego samego artysty znajdziecie w Toruniu, na terenie kampusu Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.