Dzikość postwandali

CORBIS

Street art jest jak trawa wyrastająca między płytami chodnika – rośnie dziko, nigdy nie wiesz, gdzie się pojawi. Szablony, murale, instalacje wpisujące się w krajobraz miejskiej przestrzeni zaczynają być obecne na polskich ulicach i coraz rzadziej kojarzą się z wandalizmem, a coraz częściej ze sztuką.

Wszystkim, którzy nie wierzyli, że zakapturzeni młodzi ludzie ze sprejami mogą być kimś więcej niż ulicznymi wandalami, nosa utarł niedawno magazyn „Time”, zamieszczając na liście 100 najważniejszych postaci, które miały wpływ na otaczający nas świat, Banksy’ego – najsłynniejszego artystę streetartowego ostatnich kilkunastu lat. Brytyjczyk, którego tożsamości nikt do tej pory nie poznał, ścigany przez policję za malowanie na murach, znalazł się w zestawieniu obok Billa Clintona i Oprah Winfrey. Jego sylwetkę w „Time” przedstawił inny znany streetartowiec Shepard „Obey” Fairey – człowiek, który jak twierdzą niektórzy,zapewnił zwycięstwo Barackowi Obamie. To on był autorem słynnego plakatu „Hope”, który powielany w milionach egzemplarzy pokazał Obamę jako człowieka, którego kandydaturę popiera ulica. I choć ogromnej części społeczeństwa hasło street art wciąż kojarzy się z bazgrołami na ścianach, sztuka uliczna wywalczyła sobie w końcu dobre imię.

Street art to dziś ważna dziedzina sztuki współczesnej, która obejmuje wielkoformatowe malarstwo, instalacje, rzeźby. Ostatecznym potwierdzeniem jej pozycji była przekrojowa wystawa „Street Art” w londyńskim Tate Modern. Antysystemowa, niepoddająca się ograniczeniom sztuka ulicy oficjalnie zawitała na salonach. Prace Banksy’ego osiągają na światowych aukcjach zawrotne sumy. Ostatnio anonimowy kupiec zapłacił za jedną ze starszych prac artysty niemal 170 tys. funtów.

Nie tylko murale

W Polsce jeszcze nie mamy artystów streetartowych, których ceniono by tak wysoko, jednak ich obecność coraz wyraźniej widać na ulicach. W ciągu ostatnich miesięcy w naszym kraju odbyły się cztery duże wydarzenia (Out of STH we Wrocławiu, Monumental Art w Gdańsku, City Art Doping w Warszawie i Outline Colour Festival w Łodzi), podczas których polscy i zaproszeni z całego świata artyści malowali na miejskich murach. Niemal z dnia na dzień przybywa murali – wielkoformatowych obrazów, które powstają w największych polskich miastach na ścianach bloków, kamienic i fabryk… Na gdańskiej Zaspie, wrocławskim Nadodrzu, przy Piotrkowskiej w Łodzi, w centrum Warszawy. Nawet państwowe instytucje dostrzegły potencjał street artu. Powstają murale okazjonalne – zamówiły je m.in. Muzeum Powstania Warszawskiego i Muzeum Fryderyka Chopina.

– Od jakiegoś czasu rzeczywiście wyraźnie widać modę na street art, popularne są zwłaszcza murale. Jednak to w niewielkim stopniu koresponduje z tym, co obserwujemy na Zachodzie – tłumaczy Mariusz Waras, znany jako M-city. To jeden z pierwszych i najbardziej uznanych polskich streetartowców. Jego charakterystyczne czarno-białe industrialne szablony przedstawiające nieistniejące metropolie zobaczyć można w miastach na całym
świecie – od Bogoty i Buenos Aires po Paryż, Londyn, Warszawę.

– Prace malowane na zlecenie firm czy instytucji, które sugerują lub narzucają temat, to pomysł polski. Za granicą to artysta decyduje, co chce pokazać i jak zaaranżuje udostępnioną mu przestrzeń. I to jest prawdziwy street art – dodaje. Jednak to właśnie rosnąca popularność murali i ich obecność w mediach sprawia, że street art w Polsce przestaje być kojarzony wyłącznie z graffiti. Sławek „Zbiok” Czajkowski, znany polski artysta streetowy i jeden z kuratorów projektu Out of STH, w ramach którego na murach Wrocławia powstało w tym roku 15 murali, wyjaśnia: – Street art, choć czasem technicznie bliski graffiti, ze względu na uniwersalny język kierowany jest do szerszej grupy odbiorców. Prace streetartowców wpisują się w zastaną przestrzeń w przeciwieństwie do graffiti, które brutalnie tę przestrzeń narusza.

Wyrośli z graffiti, dojrzeli

Sławek wie, co mówi, bo już jako 14-latek założył grafficiarską grupę FAC. Gdy jednak trafił do Instytutu Sztuk Pięknych Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Zielonej Górze, zrozumiał, że chce tworzyć inaczej. – Graffiti to kod zamkniętej grupy. Grafficiarze zostawiają po sobie znaki jak psy, które obsikują teren. Chodzi o to, kto oznaczy większy obszar. Ja chcę przekazywać swoje wrażenia językiem zrozumiałym dla szerszej grupy – tłumaczy.Bohaterami jego prac są dzieciaki, hiphopowcy, dresiarze. Często wydają się zagubieni w sytuacji, w jakiej zostali postawieni.

– Pasuje do mnie określenie twórca miejski. Język wizualny,który wykształciłem przez lata, jest mocno zakorzeniony w klimacie miasta. Moje murale są przedłużeniem tego, co robię w domu,są po prostu malarstwem, które oglądamy w innej przestrzeni.Prace Zbioka podobnie jak M-city można oglądać na ulicy, ale i w galeriach.

– Takim artystom jak my, z dyplomami artystycznych uczelni,łatwiej jest przebić się do oficjalnego obiegu sztuki – przyznaje M-city, który wrócił właśnie ze Stanów, gdzie równocześnie otwierał wystawę w galerii i malował 85-metrową ścianę. – Przez ostatnie lata wiele się zmieniło. Zaczynamy dostrzegać, że coś namalowane na murze może być dziełem sztuki.O tym, że sztuka ulicy cieszy się w Polsce coraz większym uznaniem, świadczy nagroda dla najzdolniejszego debiutującego malarza przyznana w ubiegłym roku Zbiokowi. – Cieszy mnie, że estetyka, która długo była uważana za coś gorszego, triumfuje w konkursie malarskim – mówi z satysfakcją artysta,który tylko w ciągu kilku ostatnich miesięcy pokazywał swoje prace w Londynie, Lyonie i Moskwie.

 

Takich artystów jak Zbiok czy M-city jest coraz więcej. Wyrastają z fascynacji graffiti, wlepkami, dojrzewają.

– Zainteresowanie street artem rozwija się równolegle ze wzrostem świadomości dotyczącej funkcji przestrzeni publicznej – tłumaczy Kwiatek, członek streetartowego kolektywu vlep[v]net oraz współzałożyciel pierwszej streetowej galerii. – Debatuje się nad tym, czym jest i powinna być przestrzeń miasta. Chcemy brać udział w tej dyskusji. Dlatego otworzyliśmy galerię [v]iuro. dialog z miastem

Galeria mieści się na warszawskiej Pradze, w mocno podupadającej kamienicy. Od sufitu po podłogę ściany pokryte rysunkami, podpisami grafficiarzy – tagami, wielowarstwowymi napisami. Na pierwszym piętrze – w większości malarstwem.Można tu kupić albumy poświęcone sztuce ulicznej, koszulki z oryginalnymi nadrukami, prace artystów, którzy tu gościli, naklejki, przypinki, szyte z gałganków potworki. Największa sala co miesiąc jest oddawana we władanie innemu artyście – może z wnętrzem zrobić, co mu się podoba. – Galeria otwiera ludziom oczy – tłumaczy Kwiatek – zaczynają rozumieć, że nie jesteśmy wandalami, którzy mażą byle co sprejami na ulicy. Galeria oswaja, dodaje prestiżu, wiarygodności. Bo w Polsce trzeba udowadniać, że sztuka uliczna to coś wartościowego – choć nie zawsze ładnego czy estetycznego. Ważne, by budziło emocje, prowokowało do spojrzenia na miasto i jego tkankę w nowy sposób. Dobrze, że powstają murale – również te na zamówienie. Kiedy ludzie zobaczą ładne murale poświęcone Chopinowi czy powstaniu warszawskiemu, a potem natkną się na mural Zbioka czy M-city, będą już wiedzieli, z czym mają do czynienia. Pomysłodawcy [v]iura postanowili też ukuć nowe określenie tego, co robią. – Pojęcie street artu stało się dla nas zbyt ładne – mówi Kwiatek. – Zawłaszczyły je osoby i instytucje, które często traktują je jako narzędzie promocji. Wielu artystów, wykorzystując zainteresowanie mediów street artem, robi jedną pracę i kończy przygodę z ulicą. My zaczęliśmy używać określenia „postvandalizm” dla działań artystów, którzy prowadzą z miastem dialog.

Za pomocą sprejów, szablonów, wlepek zwracają uwagę na pewne miejsca, prowadzą odbiorcę w głąb miejskiej tkanki, poza główny krwiobieg. Legalnie i nielegalnie. To dla nich synonim działania wymierzonego w opresyjność dzisiejszego miasta. Chłopaki z [v]iura podkreślają też, że street art to nie tylko murale. Goro przetwarza, poddaje recyklingowi coś, co miasto uznało za zbędne, a on na powrót to miastu oddaje, budując swe kompozycje, np. ze zużytych kartonów. NeSpoon robi ceramiczne płytki, które potem wkomponowuje w miejskie ściany, Truth atakuje przestrzeń ostrymi szpicami na murach, Resko przykleja na ścianach wycięte z papieru, drukowane wzory. M-city, choć znany z tworzenia murali, eksperymentuje z nowymi formami. We wrocławskiej galerii BWA pokazał gigantyczne dmuchane obiekty, w Gdańsku zbudował na rusztowaniach wielki parowiec. Jednak polski street art jest ubogi w porównaniu z tym, co dzieje się za naszą zachodnią granicą. Artystów jest garstka, świadomość społeczna niewielka. Dlatego vlepvnetowcy z [v]iura traktują swoją działalność jak misję. Pracują z dziećmi, organizują warsztaty, podczas których każdy może wziąć udział w kreowaniu obrazu na ścianie. Jako fundacja vlep[v]net przekonali władze Warszawy do przekazania im kilku stołecznych fasad. Dzięki temu w stolicy powstały prace belgijskiego artysty Roa, Apla z Ukrainy oraz Zbioka. Niebawem ma pojawić się w centrum mural słynnego mediolańczyka Blu.

– Miasta zaczynają rozumieć, że sztuka ulicy jest atrakcyjna, nadaje im otwarty wizerunek – Kwiatek śmieje się nawet, że między miastami zaczął się pozytywny wyścig. Dodaje jednak: – Ważne, by nie skończyło się to tylko zamówieniami na okolicznościowe murale.