fbpx

Wywiad z Mariką

Rozmowy Magdy Mołek: Marika
fot.Rafal_Maslow

Najpierw wiara jest magiczna, wierzy się w cuda i świętego od zagubionych rzeczy. Potem przychodzi rzeczywistość i mówisz: „sakrament małżeństwa miał działać, do jasnej cholery!”… a nie działa. Nadchodzi kryzys. A potem? Jak dojść do momentu, że można powiedzieć „dobrze mi się żyje” – Marika opowiada Magdzie Mołek.
O Marice wiedziałam niewiele. Oczywiście znałam ją, tak jak większość z nas, jako wokalistkę, i ostatnio, prezenterkę telewizyjną. Na pytanie, czy zgodzi się na rozmowę ze mną do „Sensu”, nie odpowiedziała od razu. Po paru dniach dostałam SMS o treści „już jestem, wróciłam na planetę Ziemia, zgadzam się, działamy”. Kiedy przyszła na umówione spotkanie, na powitanie wypaliłam, że jest nieziemsko ładna. I po godzinie wiedziałam, że to nie był komplement na wyrost. Uroda jej duszy jest z innego świata.

Gdybyś miała podać dwa najważniejsze zajęcia, które cię definiują, mówią, jaka jesteś naprawdę, co byś wybrała?

Na pierwszym miejscu na pewno postawiłabym muzykowanie. Jestem artystką, chociaż to dosyć buńczuczne, jak się o sobie tak mówi. Ale nie będąc wykształconym muzykiem, muszę zdecydować się na jakąś nazwę innego rodzaju.

Artystka – to brzmi dumnie?

Trochę tak. To moje „bycie artystką” nie ogranicza się do tego, co i jak piszę albo też w jaki sposób to śpiewam. Ważne jest też to, że zajmuję się swoim zespołem. Szefuję 10 mężczyznom, i jak dotąd się udaje. Trwamy. A to sztuka!

Jeśli ten zespół nazywa się „Spokoarmia”, to chyba ty – generał – masz już niewiele rzeczy do zrobienia? Bo jesteś generałem, prawda?

Panią naczelnik, podobno. Im jestem starsza, tym bardziej odnoszę wrażenie, że „Spokoarmia” jest taką trochę łobuziarską, gówniarską nazwą, no ale tak już zostało, mimo że my dorośli. Najmłodszy członek mojego zespołu jest ode mnie 10 lat młodszy. Ale są też starsi. Bycie Mariką, czyli piosenkarką i „szefówką” zespołu, z którym koncertuję, jest więc pierwszą i najważniejszą moją aktywnością. Jeszcze niedawno bez zastanowienia powiedziałabym, że drugą jest moja audycja („Towary kolonialne” w Radiu Roxy). No, ale moje radio od pół roku nie istnieje, a ja zaczęłam pracę w telewizji. W tej chwili, jeśli ktoś nie znał mnie wcześniej z racji mojej muzyki, kojarzy mnie z „The Voice of Poland”. Jestem tam taką… spikerką, w gruncie rzeczy mówię to, co jest w scenariuszu, bo program ma określoną formułę. No, może z jakimiś delikatnymi aberracjami i wygłupami. Ale kontekst jest muzyczny, ludzie, którzy przychodzą do tego programu, mają głowę nabitą dźwiękami i marzeniami. Czyli pokrewne dusze! No i jest zabawa.

Mogłabyś robić jeszcze coś innego?

Jeśli miewam momenty kryzysu, że mam ochotę wszystko rzucić w diabły, to pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to stworzyć miejsce, w którym ludzi się karmi. Uwielbiam się ludźmi zajmować i ich karmić. Może nie jestem jakimś genialnym kucharzem, ale jestem niezła. I jestem też prowodyrką instytucji nieformalnej, która nazywa się „Niedzielny obiad zawsze spoko. Slow Food is massive”. To zamknięta grupa fejsbukowa, do której należy coś pod setkę osób.

Setkę? Karmisz ich wszystkich co niedziela we własnym domu, na 35 mkw.?

Nie, tylko wtedy, kiedy mam czas. Rzucam hasło, że wtedy a wtedy i proszę się potwierdzać lub zaprzeczać, i ludzie się meldują. Idea jest prosta, chcemy się spotykać, nie w klubach, żeby nie przekrzykiwać się z DJ-em i nie pić wódy. Poza tym spora liczba moich znajomych ma dzieci i te dzieci bywają bardzo często wymówką od spotkań towarzyskich. Pomyślałam sobie, że trzeba urządzać spotkania, na których dorośli będą sobie rozmawiać, a dzieciaki gdzieś pełzać obok. Mieszkanie na szczęście jest dwupokojowe, mimo że tak małe. Nie jestem panią gospodynią, która przygotowuje milion potraw dla trzydziestu osób, tylko każdy przynosi coś ze sobą. Może to być siatka ziemniaków albo kawałek sera, albo doniczka z bazylią – i ustalamy, co będziemy gotować.

Masz 33 lata, wygląda na to, że robisz to, co lubisz, jesteś otoczona przyjaciółmi. Dobrze ci się żyje?

Dobrze mi się żyje. Chociaż mogę tak powiedzieć od niedawna. Chyba dopadło mnie coś na wzór kryzysu wieku przedśredniego. Mam nadzieję, że to było właśnie to, i mam już go za sobą.

Masz za sobą jakiś przełom?

Tak. Ciężko przeżyłam rozpad swojego małżeństwa. Uparłam się, żeby sobie poradzić z tym samej, bez pomocy kogokolwiek z zewnątrz. Bo uznałam, że jeśli ja sama sobie nie pomogę, to nikt mnie nie uleczy z ogromnego smutku, żalu i rozczarowania. A ponieważ przeszłam też przez procedury procesu w świetle prawa kanonicznego, a jestem z domu katoliczką, to bardzo ciężko zniosła to moja dusza. Zachwiało to moją wiarą w sakramenty i w Boga. Odeszłam całkowicie od Kościoła. Niby ułożyłam sobie wszystko w głowie, dałam totalny prymat umysłowi i wszystko było OK. Związałam się z ateistami, oni mnie utwierdzali w przekonaniu, że jest dobrze, ciesz się tym, co masz, i licz na siebie. I było teoretycznie nieźle…

Ale dusza nie dała się zwyciężyć rozumowi?

Wpadłam w stan, gdy odklejasz się jakoś od świata i zadajesz sobie fundamentalne pytania: Po cholerę ja tu w ogóle jestem? Czy nie kręcę się wokół własnej osi? Wszystkie rzeczy, które przeczytałam, obejrzałam, począwszy od niestworzonych teorii spiskowych, historii o iluminatach, a skończywszy na politycznych i gospodarczych globalnych siatkach, podcięły mi skrzydła. Człowiek, jeśli się w to za bardzo zapatrzy, doznaje takiego właśnie, jakby to ująć, zaszczucia. Czułam, że nie mam władzy nad niczym, nawet nad swoim życiem. Że wszystko jest zaprogramowane. Zauważyłam, że przestaję lubić siebie, ludzi. Że żyję bezmyślnie, że nawet jeśli się staram czytać książki, pisać teksty, najmądrzej jak potrafię, dawać ludziom najwrażliwszą część siebie – to i tak wykonuję jakiś rodzaj wymyślonego przez kogoś tańca. Decyduje albo biologia, ten „samolubny gen”, albo świadomość społeczna. W sumie moje życie jest jak slalom, ktoś mi postawił tyczki, a ja muszę je wymijać. Nie wiem, jak to ująć, ale może znasz to, ludziom się czasem przytrafia.

I co zrobiłaś z tymi wątpliwościami?

Pomyślałam, że się zagalopowałam. Oczywiście, przerobiłam te wszystkie książki: „Potęga teraźniejszości” Eckharta Tolle i „Przebudzenie” Anthony’ego de Mello. Próbowałam się ratować. Doszłam do wniosku, że rzeczywiście oddałam pole intelektowi, ale nadal jest we mnie ogromny głód tej bazy, którą miałam jako dziecko. Przeczytałam też trochę o tym, jak się przechodzi kryzys wiary. Więc najpierw jest taka dziecięca, magiczna wiara, że Matka Boska zakryje płaszczem, a święty pomoże znaleźć zgubioną rzecz. Ja miałam taką wiarę i nawet zdarzało mi się, jako dziecku, doznawać głębokiego duchowego poruszenia. Po czym przyszła rzeczywistość, która, jak wiadomo, skrzeczy. Rozwód sprawił, że pomyślałam: „Kurde, sakrament małżeństwa miał działać! Miał działać, do jasnej cholery!”. W każdym razie te lektury przekonały mnie, że o ile wrócisz, to będzie to wiara kompletnie innego rodzaju.

I wróciłaś?

Wracam.

Jak to wygląda? Ktoś cię wspiera?

Właściwie dwie osoby mi pomagają intencjonalnie, wiele – niechcący. To przedziwne, że masz czasami takie osoby, z którymi niby nie jesteś blisko, spotykacie się raz na ruski rok, a jak już się spotkacie, to wchodzicie na taki obszar porozumienia, który teoretycznie wymaga ogromnego zaufania, bardzo intymny. I ja tak miałam z Moniką. Raz na jakiś czas omawiałyśmy filozofie i teorie, jakieś „new age”, kwantową teorię rzeczywistości…Śmiejesz się, tak jakbyś to znała…

…uśmiecham się. Ile z nas jest już po tych przemyśleniach, i też po „tych” lekturach…

…więc ja się jej zwierzałam, mówiłam, że czuję się zubożona, tak jakby mi rękę ucięto, że w sumie bardzo mi przeszkadza intelekt, bo podpowiada, że wszystkie systemy religijne zostały wymyślone przez człowieka po to, żeby nie zwariować, żeby nie przygniotło nas to, jak absurdalna bywa śmierć. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy ona mi wręczyła zaproszenie na swój ślub, który się odbył w zeszłym miesiącu, i powiedziała mi, że po prostu uwierzyła w Boga!

I ty też chciałaś znów to poczuć?

Chciałam dowodu miłości. Chciałabym bardzo sygnału, komunikatu, doznania, którego nie będę mogła podważyć…

…swoim intelektem. No i? Coś się stało?

Mam wrażenie, że właśnie tego doświadczyłam.

Ale co to było? Jakieś metafizyczne doznanie?

Tak. Nie widziałam żadnego pana z brodą. To był jakiś rodzaj ciepła, jasności i dobra. I siebie odczułam jako rodzaj cząstki tego czegoś, coś jak jeden malutki puzzel. Moje życie zobaczyłam jako nieustanną podróż do tego czegoś, gdzie znajduje się taka dziureczka dla mnie, jak w gigantycznej układance. Ja się tam wklejam, jest mi dobrze i się odklejam i wracam do moich spraw, i tak w kółko. Temu doświadczeniu towarzyszyło poczucie więzi, tak jakbym zamknęła oczy i zobaczyła, że to, co mi się właśnie przytrafia, spotyka innych ludzi, wszędzie, nawet w najdalszych zakątkach świata, ludzi różnych wyznań. Poczułam jakiś rodzaj wspólnoty, sklejki ze światem, od którego długo czułam się odklejona.

Wychowałaś się w domu wielopokoleniowym?

Tak. Moi dziadkowie są moimi drugimi rodzicami. Babcia Bolesława ma 93 lata, a dziadek Jan – 94.

Rozumieją twoją muzykę?

Niektóre rzeczy im się podobają, niektóre nie. Ale rozumieją mnie. Kiedy przyjeżdżam do Łomży, to nie jestem Mariką, jestem od razu zaprzęgana do regularnej roboty, zawsze coś się znajdzie, bo jest duży ogród, który mój ojciec pielęgnuje i którego płody, plony – jakkolwiek to się nazywa – są nieustannie przetwarzane. A najpiękniejszy widok na świecie to moja babcia Bola trzymająca na kolanach najmłodszą duszyczkę w rodzinie, czyli małą, 9-miesięczną Zosię, córkę mojej młodszej siostry Agnieszki.

Twoja droga z Łomży do Warszawy zajęła kilka lat. Czujesz się już warszawianką?

Nie, czuję się łomżynianką. Ale jestem zakochana w Warszawie. Tu jestem zameldowana, tu płacę podatki. I myślę, że zaczynam powoli być również stąd, bo nigdzie się nie wybieram. Polubiłam to miejsce i życzę mu dobrze. A w warszawiakach jest jakiś rodzaj dumy z tego pochodzenia, która mi się podoba. Mam ogromny podziw dla historii Warszawy. To cud, że tak funkcjonuje w dzisiejszym kształcie, po tym, co działo się tu w czasie wojny. „Jest silna, dumna i namiętna, czuję to, im wrastam głębiej w nią” (tekst piosenki „Widok” – przyp. red.).

Napisałaś piękny tekst piosenki „Idziemy w noc” na obchody rocznicy Powstania Warszawskiego, „Modlitwę dziewczyńską” z okazji Roku Żołnierzy Wyklętych. Ta tematyka jest ci bliska czy wystarczyły emocje?

Emocje. Najbardziej zadziałało przełożenie na własne doświadczenia. Poprztykałam się o błahostkę ze swoim Pawłem i pomyślałam sobie, że skoro mi jest ciężko przełknąć taką małą żabkę, to jak gigantyczną pracę duchową musieli wykonywać ludzie żyjący w trudnych czasach, tuż po wojnie. Kiedy trzeba było żyć obok kogoś, kto wyrządził nam największą krzywdę. Że jacyś bliscy dotąd, na przykład sąsiedzi, donieśli, że tutaj się kryje po lasach jakiś AK-owiec, który jest na liście zdrajców i dezerterów, a dajmy na to, chodzi o mojego brata, który zachowywał się heroicznie w czasie wojny. Jest na liście, bo nowa ludowa władza po wojnie tak orzekła. Sąsiad donosi, władze łapią mojego brata, on ginie, a ja tu ciągle mieszkam, z tymi ludźmi. Wciąż się uczę, jak odpuszczać, jak przebaczać ludziom. Jak przebaczać sobie. A to jest dopiero trudne!

O czym rozmawiasz z przyjaciółmi? Co was, pokolenie dzisiejszych 30-latków, zajmuje?

Mogę mówić tylko o mojej enklawie, żyję w dużym mieście w środowisku artystycznym, poza tym światem ludzie pewnie mają trochę inne problemy. Siłą rzeczy rozmawiamy o kwestiach artystycznych, bo gdzieś tam wszyscy są w muzyce, choć są też graficy, fotografowie, ludzie, którzy projektują ubrania… To urok tego, że każdy może teraz założyć działalność gospodarczą i robić to, co czuje. I to jest ekstra! Rozmawiamy o sprawach zawodowych, bo nasza praca to pasja i miłość. Dużo jest w tych rozmowach tematów związanych z samorozwojem. Mam wrażenie, że moje pokolenie jest mocno skupione na tym, żeby coś sensownego zrobić ze swoim życiem. Z energią, z talentem, z potencjałem. Żeby ukręcić z tego najlepsze ciasto.

Myślisz, że masz coś ważnego do zrobienia?

Myślę, że tak. Już jakoś wstąpiłam na tę ścieżkę no i…

Mówisz o muzyce?

Tak. Wiesz, ja co jakiś czas mam takie szarpnięcia, autokrytykę, że nie umiem pisać muzyki rynkowo, przebojowo, że do tej pory nie udało mi się osiągnąć sukcesu w marketingowym rozumieniu. Ale to mi szybko przechodzi, kiedy dostaję listy od ludzi. Pamiętam jeden, który zrobił na mnie takie wrażenie, że właściwie na tym jednym doświadczeniu jadę, i dojadę do późnej starości. Ktoś mi opisywał wieczór, który planował od dawna, wieczór, w którym miał się powiesić. I ten ktoś wyszedł ze słuchawkami na uszach, coś tam grali i trafił na moją „Siłę ognia”. Ten ktoś usiadł na ławce, posłuchał tego i wrócił do domu. I napisał mi e-maila. Jak go przeczytałam, dotarło do mnie, że nawet coś z pozoru tak błahego jak piosenka może mieć ogromne reperkusje. I że postaram się być jakimś takim rodzajem światełka. Bo jest pewna tendencja we współczesnej muzyce, by pisać o cierpieniu, niepokoju i że wszystko jest do kitu. Ludzie nie chcą czuć, bo to, co czują, im się nie podoba. A jak ktoś pisze „pozytywnie”, to jest to jakieś papkowate i odmóżdżające. A przecież można pisać pozytywnie, ale wrażliwie.

Co jest dla ciebie najważniejsze w życiu?

Życie (śmiech). Jezu… To jest pytanie-cios. W tej chwili najważniejsze jest… no, jestem ja. Nie, nie chcę, żeby mi było dobrze jako ciału, żeby się nachapać. Ale żeby pozbyć się tego balastu, przyziemnych pragnień. Nauczyć się żyć trochę bez ciała. Wytłumaczę… Długo myślałam, że mam najbrzydszy nos świata. Tak fatalny, że jak tylko będę miała dość pieniędzy, to go zoperuję. Chirurgia plastyczna jest dziś jak wizyta u dentysty… Teraz wiem, że nie mam najpiękniejszego nosa, ale jest mój! I jestem w stanie powiedzieć „Boże, dziękuję ci za ten nos, ile on mnie nauczył”… Chciałabym być dobrą i dla siebie, i dla ludzi. Żeby budować relacje jak najpiękniej. Nawet ze sobą samą, bo miałam kiepskie. Wiem, że mówię straszne truizmy i banialuki, ale mam wrażenie, że pewne rzeczy, które w tej chwili do mnie docierają i wypowiadam je na głos, mówiłam już dawniej. Niby je przeczuwałam, ale nie rozumiałam. Jak wracam do niektórych swoich tekstów, to myślę sobie: kurczę, dopiero teraz widzę, jaki to miało sens, widzę kolejne warstwy. A to przecież dopiero początek… Wkurzam się na siebie, że jestem tak chaotyczna, gadatliwa, że przeskakuję, meandruję, że nie odpowiadam na pytania, zagłębiam się w coś z boku.

Może niepotrzebnie masz do siebie o to pretensje?

No, mam. Ale to jest kwestia tego, że nagle zrobiłam jakieś odkrycie i nie wiem, za co się złapać. Wszystko jest nowe! Patrzę na drzewo i mnie to wzrusza, patrzę na ciebie i mnie to wzrusza. Że jestem jeszcze taka…

Jesteś jak dziecko?

Urodziłam się znowu. To jest niesamowite!

MARIKA czyli Marta Kosakowska z Łomży. Śpiewa muzykę z pogranicza reggae, soul oraz funk. Karierę zaczynała z sound systemem Bass Medium Trinity. Ma na swoim koncie trzy solowe albumy oraz takie projekty, jak „Panny wyklęte” czy „Morowe panny”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze