1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Marchewka na abonament

Marchewka na abonament

Lokalne społeczności na całym świecie coraz częściej poszukują alternatywy dla dyktatu supermarketów pełnych przemysłowo przetworzonej żywności. Skupione wokół małych gospodarstw rolnych ratują pracę niezależnych rolników i powracają do zdrowego żywienia. Jedzeniu bez smaku, wyzyskowi i zanieczyszczeniu środowiska mówią nie

– Mam nadzieję, że lubicie pomidory! – rzuca ze śmiechem Ian Downham do zebranych przed szklarnią ludzi przybyłych po swój cotygodniowy przydział owoców i warzyw bio. Już od pięciu lat przyjeżdżają na jego farmę Swillington w hrabstwie Yorkshire w północnej Anglii. Dziś każdy odbiera 1,5 kg ziemniaków, kilo fasoli, pół kilo cebuli, 400 g sałaty, jednego ogórka, dwie cukinie, dwa bakłażany, cztery jabłka, 50 g natki pietruszki, 20 g bazylii, główkę czosnku i aż 11 kg pomidorów najprzeróżniejszych odmian. Bo wyjątkowo w tym roku obrodziły. A taka obowiązuje tu zasada: wszyscy wspólnie dzielą zarówno korzyści, jak i ryzyko związane z uprawą ziemi. Kiedy więc jest urodzaj, każdy głowi się, jak przetworzyć w rekordowym tempie masę malin. A gdy przymrozki zniszczą sałatę, nikt nie ma do nikogo pretensji.

– Ta różnorodność odmian jest nadzwyczajna! – cieszy się Elizabeth, która przyjeżdża na farmę od roku. – A ich smak wyborny! Nie ma porównania z tymi dostępnymi w supermarketach. – Jej sześcioletnia córeczka Nadia skrupulatnie odczytuje z tablicy wypisaną kredą listę i z entuzjazmem układa przysługujące jej rodzinie warzywa w wiklinowym koszyku. Po chwili wahania, rzucając pytające spojrzenie na mamę, w specjalnej skrzynce wymienia bakłażany na cukinie. – Płacę Ianowi z góry za sześć miesięcy plonów, a w zamian mam pewność, że to, co jem, jest zdrowe i świeże. Żadnej chemii czy konserwantów – tłumaczy Elizabeth. – Jeśli zależy nam, by nasza dieta była bogata w składniki odżywcze i naprawdę różnorodna, trzeba zakasać rękawy – dodaje Maria, która zgłosiła się na ochotnika do zbierania w przyszłym tygodniu słodkich ziemniaków.

Urok małego ogórka

Pomysł powstał w Japonii w roku 1960. Matki zaniepokojone o zdrowie swoich dzieci umówiły się z lokalną spółdzielnią mleczarską, że ta będzie dostarczać im mleko bez środków chemicznych. W zamian wykupiły jej roczną produkcję z góry. W stowarzyszeniach Teikei, co znaczy „twarz rolnika na jedzeniu”, zrzeszona jest dziś co czwarta japońska rodzina.

Dwadzieścia lat później koncept powędrował za ocean. W Stanach Zjednoczonych 20 tys. rolników rocznie porzucało wówczas swoje ziemie. Nie byli w stanie konkurować z wielkimi, uprzemysłowionymi farmami. Produkty mają być coraz piękniejsze, coraz większe i... coraz tańsze. By sprostać wymogom, rolnicy nie mogą się obyć bez nawozów sztucznych, pestycydów, herbicydów, środków owadobójczych, często mocno się zadłużając. Utrata plonów oznacza dla nich życiową katastrofę. To dlatego zrzeszenie się z członkami lokalnej społeczności w ramach stowarzyszenia CSA (Community Supported Agriculture, czyli Rolnictwo Wspierane przez Wspólnotę) jest dla wielu jedynym ratunkiem. Rolnicy sprzedają z góry całość swoich zbiorów za cenę ustaloną wspólnie z klientami na początku sezonu. Zobowiązują się uprawiać ziemię w sposób ekologiczny. I mogą się skupić na wartościach odżywczych i smakowych warzyw, a nie na ich wyglądzie. – Ludzie odkrywają na nowo urok małego, powykręcanego na wszystkie strony ogórka – śmieje się Ian. – A przecież on nigdy by nie trafił do supermarketu. Nie odpowiada bowiem standardom kalibrowania ani przyjętym normom estetycznym. Sczezłby na polu.

Foto: Corbis

Mowa chwastów

46 różnego rodzaju warzyw i owoców, do tego w kilku odmianach. Dodatkowo 25 gatunków kwiatów oraz ogródek przypraw. By wszystko to ogarnąć, Kathy Huckins zarządza swą ekologiczną farmą Stearns pod Bostonem niczym strateg wojenny: planuje, kalkuluje, przewiduje.

– Staram się zsynchronizować sadzenie z kalendarzem księżycowym. Energia kosmosu pomaga sadzonkom przebić ziemię – wyznaje zafascynowana ideami biodynamiki Kathy. Wierzy też, że wszystko w naturze ma swój cel. Dlatego nie tępi chwastów. Można bowiem wiele się od nich nauczyć o ziemi, na której rosną. A z myślą o świstakach i zającach buszujących po polach sadzi po prostu trochę więcej sałaty i kapusty. – Zawsze znajdą się chętni do pomocy, a pracy na farmie o każdej porze roku jest mnóstwo: plewienie, podlewanie, podwiązywanie, zbieranie, żęcie – wylicza Kathy. – Poza tym wspólna praca fizyczna na polu to ogromna frajda – stwierdza. 160 członków tutejszej CSA razem obchodzi ceremonię sadzenia cebuli, wita wiosnę, bierze udział w festiwalu muzycznym na zakończenie żniw. Ich dzieci spotykają się, by robić strachy na wróble, i wspólnie uczestniczą w warsztatach gotowania. – My nie sprzedajemy jedynie jedzenia – podkreśla Kathy, podczas gdy grupa osób na jej ganku przebiera ząbki czosnku do zasadzenia w przyszłym roku i dyskutuje o przepisach kulinarnych. – Tworzymy zgraną, solidarną społeczność, czego namacalnym dowodem jest choćby nasz nowiuteńki czerwony traktor. Wszyscy się na niego złożyli, bo poprzedni w zeszłym sezonie wyzionął ducha.

 

Powrót do banku ziaren

Wielka Brytania, USA, Australia, Nowa Zelandia, Skandynawia, Węgry, Belgia, Portugalia – pomysł ma swych zwolenników na całym świecie. W pozyskiwaniu coraz to nowych adeptów prym wiedzie Francja, gdzie w ciągu ośmiu lat powstało ponad tysiąc AMAP-ów (Association pour le Maintien d’une Agriculture Paysanne), czyli stowarzyszeń na rzecz utrzymania wiejskiego rolnictwa. Zrzeszają w sumie 250 tys. członków i 1,6 tys. gospodarstw rolnych. To w dużej mierze zasługa Denise i Daniela Vuillonów, którzy jako pierwsi przekształcili w 2001 r. swoją 10-hektarową farmę Oliviades w miejscowości Ollioules na południu Francji w AMAP. Od tamtej pory niezmordowanie przemierzają świat: konferencje w Ghanie, Senegalu, Rumunii, sympozja na Madagaskarze i na Korsyce. Jako wiceprezydent komitetu międzynarodowego sieci URGENCI Daniel promuje ideę nawet przed Organizacją Narodów Zjednoczonych. Jest przekonany, że mogłaby stać się narzędziem walki z głodem w krajach rozwijających się.

Foto: Corbis

Od dwóch lat państwo Vuillon pracują również nad przywróceniem w rolnictwie bioróżnorodności. – Pomidor ma 600 odmian, a do supermarketów trafia tylko pięć najlepiej odpowiadających przyjętym normom wydajności i estetyki. Podobnie jest z cukinią czy ziemniakami – mówi Daniel. – W ciągu ostatnich stu lat 98 proc. odmian warzyw i owoców zniknęło z naszych talerzy. W dodatku kilka koncernów międzynarodowych kontroluje ponad 50 proc. handlu nasionami na całym świecie. Narzucają odmiany hybrydowe, które nie są w stanie same się reprodukować. Rolnik przestaje być niezależny, musi co roku kupować nowe nasiona. Stąd pomysł współpracy z Instytutem Vavilov, bankiem ziaren z Sankt Petersburga, który od końca XIX w. przechowuje 330 tys. odmian roślin uprawnych i ich dziko rosnących kuzynów z całego świata. – Na razie planujemy zasianie 50 lokalnych gatunków warzyw, które w XX w. przestały być uprawiane w regionie Lazurowego Wybrzeża. To dopiero początek, ale rolnicy w Europie i Azji już interesują się możliwościami, jakie daje nasz projekt – cieszy się Denise. – Koncerny mają nas za utopijnych klaunów. Tym lepiej! Da nam to czas, by spróbować odtworzyć bioróżnorodność, a także wyzwolić rolników spod dyktatu agrokorporacji.

Cenna nie tylko cena

Cena powrotu do zdrowego pożywienia, wytwarzanego w sposób ekologiczny, wbrew pozorom wcale nie jest wygórowana. Średnio 30 euro na tydzień w Europie, 8 funtów w Wielkiej Brytanii, 25 dolarów w USA. To w zasadzie taniej niż w supermarkecie. Za to rolnik zarabia o wiele więcej, niż gdyby sprzedawał swoje plony punktom skupu. O ile bowiem jeszcze 50 lat temu trafiało do niego 50 pensów z każdego wydanego na jedzenie funta, o tyle dziś dostaje raptem 8 pensów! Tymczasem w ramach stowarzyszenia z konsumentami cenę ustala się wspólnie na podstawie realnych kosztów produkcji, a nie wagi produktów. Rolnik dostaje godziwy i pewny zarobek za swoją pracę. – Przystępna dla klienta cena ekologicznych produktów wysokiej jakości jest możliwa dzięki eliminacji wszelkich pośredników, hurtowników i dystrybutorów – wyjaśnia Patrick Holden, szef organizacji Soil Association promującej CSA w Wielkiej Brytanii. – Odchodzą też koszty opakowań oraz transportu, gdyż farma nigdy nie leży dalej niż 100 km od miejsca, gdzie koszyki bio są rozdawane abonentom.

Natomiast w tradycyjnym systemie żywność, zanim trafi na nasze talerze, przemierza średnio 2,4–4,8 tys. km. Warzywa i owoce zebrane cztery albo i siedem dni przed dotarciem na półki supermarketów tracą po drodze nie tylko smak, ale też wartości odżywcze. Na każdym etapie traktuje się je dodatkowo środkami chemicznymi, co sprawia, że w ciągu roku pochłaniamy przeciętnie 1,2 kg trujących substancji. Lekarze są zgodni: sposób odżywiania się odpowiada za dużą część chorób krążenia krwi, raka, a także za otyłość. Zatem jedzenie produkowanych lokalnie warzyw i owoców bio to po prostu ochrona własnego zdrowia. A także środowiska, gdyż eliminując transport, znacznie ograniczamy emisję dwutlenku węgla do atmosfery. – W naszej kulturze do wyprodukowania jednej kalorii jedzenia potrzeba 10 kalorii ropy. To absurd! – oburza się Holden. Już dziesięć lat temu raport ONZ stwierdzał, że przemysłowe rolnictwo zbyt eksploatuje zasoby naturalne i jest szkodliwe dla środowiska. Co więcej, okazało się niezdolne do zapewnienia wyżywienia wszystkim mieszkańcom Ziemi. W naszej części globu może nie do końca jeszcze to sobie uzmysławiamy. Na razie bowiem półki w supermarketach są pełne i to inni głodują za nas.

Prostokątna ryba

Skupienie się małych społeczności wokół lokalnego rolnika wydaje się dobrą alternatywą dla wielkiego agrobiznesu. To postawienie na bioróżnorodność i ekorolnictwo na ludzką skalę, energooszczędne, chroniące glebę i zasoby wody. To także powrót do natury i jej rytmu. Ludzie dostosowują swój apetyt do pór roku, rezygnując z jedzenia pomidorów czy truskawek w styczniu, a gruszek w maju. Rozumieją bowiem, że nie jest to ani ekologiczne, ani zdrowe.

Przede wszystkim jednak to uznanie zależności między tymi, którzy uprawiają ziemię, i tymi, którzy konsumują owoce ich pracy. Tworzy się bezpośrednia relacja oparta na zaufaniu i solidarności. Rolnicy odzyskują swoją pozycję w społeczeństwie, odnajdują radość i dumę z pracy, od której przecież zależy dobrobyt ludzkości. Miasto i wieś ponownie nawiązują ze sobą dialog zerwany tak wiele lat temu, że wychowywane w miastach dzieci nie mają często pojęcia, że frytki robi się z ziemniaka. A gdy mają narysować rybę, kreślą prostokątny filet i domalowują mu oczy. Dzięki inicjatywom solidarnego rolnictwa w naszym zatomizowanym społeczeństwie wzmacniają się więzi międzyludzkie. Powstaje wspólnota. Wzrasta również poczucie odpowiedzialności. Ziemia, na której żyjemy, nie należy bowiem do nas. Jak powiedział niegdyś Antoine de Saint-Exupéry: dziedziczymy ją po naszych ojcach, a pożyczamy od naszych dzieci. 

Inicjatywy solidarnego rolnictwa stawiają na bioróżnorodność i ekouprawę. Nie chodzi tu tylko o sprzedawanie jedzenia, ale też o tworzenie zintegrowanych społeczności i powrót do natury i jej rytmu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

„Jajeczne” szparagi

Frittata ze szparagami (fot. iStock)
Frittata ze szparagami (fot. iStock)
Kompozycja wszystkim dobrze znana: szparagi z jajkiem. Wersje tego połączenia mogą być jednak różne. Poniżej propozycja dwóch dań, w których jajka i szparagi są podstawą. Jeden przepis jest bardziej codzienny, drugi – wyszukany, w sam raz na elegancką przekąskę.

Frittata ze szparagami

  • 1 pęczek cienkich zielonych szparagów
  • 4 kurze jajka lub 2 gęsie
  • 2 łyżki tartego parmezanu
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki oliwy
  • Sól, pieprz

Szparagi myjemy, odcinamy twarde końcówki, a część jadalną kroimy na 2 lub 3 części. Smażymy lekko posolone na oliwie. Następnie wrzucamy do miski z roztrzepanymi jajkami i parmezanem. Lekko doprawiamy solą i pieprzem. Całość smażymy na roztopionym maśle. Można zostawić kilka szparagów do udekorowania gotowej frittaty. Dobrze podawać z pomidorami lub z sałatą, którą skropimy cytryną (dla przełamania smaku).

Szparagi z zabajone na białym winie

Fot. iStockFot. iStock

  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • 4 żółtka
  • 60 g masła
  • 1/2 szklanki białego wina
  • Sól, pieprz

Szparagi myjemy, czyścimy, odcinamy twarde końcówki i obieramy dolną część łodygi skrobaczką. Wiążemy z powrotem w pęczek i wstawiamy pionowo do garnka z wrzątkiem, tak by czubki wystawały nad wodę. Gotujemy przez kwadrans. Szparagi rozkładamy promieniście na talerzu.

Sos zabajone kręcimy w między czasie w kąpieli wodnej. Należy uważać, aby gorąca woda w większym garnku nie zaczęła się gotować (wtedy żółtka się zetną i sos wyjdzie grudkowaty). Żółtka roztrzepujemy trzepaczką i stopniowo dodajemy roztopione masło. Kiedy po paru minutach sos nabierze kremowej konsystencji, powoli dolewamy wino i dalej mieszamy. Po paru minutach otrzymamy żółty sos zabajone. Doprawiamy solą i pieprzem. Na rozłożonych szparagach kręcimy kółko-słoneczko z sosu.

Przepis pochodzi z książki „Kuchnia Dantego” (Wydaw. Nisza).

  1. Moda i uroda

 „Nie ma planety B. Czytała Krystyna Czubówna.” 

(Fot. materiały prasowe Levi's)
(Fot. materiały prasowe Levi's)
Nie uratujemy planety kupując tę czy inną - bardziej ekologiczną - parę dżinsów, ale wybierając świadomie, możemy szkodzić mniej. Marka Levi’s zachęca: kupuj lepiej, noś dłużej, przekazuj, naprawiaj. A w ramach swoich proekologicznych działań zaprasza do współpracy głos, którego nie można pomylić z żadnym innym.

Nie ma planety B - hasło, które na dobre weszło do słownika osób, którym nie jest obojętny los Ziemi, stało się punktem wyjścia do scenariusza dwuminutowego filmu utrzymanego w konwencji dokumentu przyrodniczego, którego narratorką jest Krystyna Czubówna - polska dziennikarka, prezenterka programów informacyjnych oraz kultowa lektorka filmów przyrodniczych i audycji radiowych.

Fot. Roman Kotowicz/ForumFot. Roman Kotowicz/Forum

Wideo „Nie ma planety B. Czytała Krystyna Czubówna” pokazuje jakie działania podejmuje marka Levi’s w ramach tzw. zrównoważonej produkcji. Marka nieustannie wprowadza nieszablonowe rozwiązania dotyczące zmniejszenia negatywnego wpływu branży na klimat, inwestuje w materiały i technologie takie jak Cottonized Hemp i Organic Cotton, korzysta z technologii, w których zużywa się mniej wody, pracuje nad tym, aby zredukować zużycie zasobów naturalnych i sprawić, aby przemysł odzieżowy stał się bardziej przyjazny dla naszej planety.

Czy wiesz, że… średni cykl życia ubrania to jedynie 3 lata.

Czy wiesz, że… pranie ubrań, odpowiada za 23 proc. śladu wodnego w całym cyklu życia produktu?

Czy wiesz, że… globalnie, ⅓ mikroplastiku w środowisku naturalnym pochodzi z prania materiałów syntetycznych.

Czy wiesz, że… globalnie, mniej niż 1proc. ubrań jest poddawanych recyklingowi.

Czy wiesz, że... jeśli założysz ubranie tylko 5 razy zamiast 50, jego ślad węglowy związany z produkcją wzrośnie o 400%?

12 maja, w największych polskich miastach - Warszawie, Krakowie, Katowicach i Trójmieście ruszyła kampania plakatowa mająca na celu zwrócenie uwagi na problem nieświadomej konsumpcji odzieży oraz naszych przyzwyczajeń, jak również uświadomienie i zaciekawienie tematem wpływu branży odzieżowej na środowisko naturalne. Plakaty zostały wydrukowane na ekologicznym papierze pochodzącym w 100% z makulatury, zaś klej użyty do ich naklejenia, nie zawiera szkodliwych dla zdrowia i środowiska naturalnego związków chemicznych. 10 plakatów zawierających hasła i infografiki dedykowanych całej akcji zaprojektowała Martyna Wędzicka-Obuchowicz, jedna z czołowych polskich graficzek.

  1. Styl Życia

Dziś Światowy Dzień Pszczół

Aby zebrać nektar potrzebny do wytworzenia 1 kg miodu jedna pszczoła musiałaby odwiedzić ok. 4 milionów kwiatów, dlatego na słoik miodu w rzeczywistości pracuje 20 000 pszczół przez okres trzech tygodni. (Fot. iStock)
Aby zebrać nektar potrzebny do wytworzenia 1 kg miodu jedna pszczoła musiałaby odwiedzić ok. 4 milionów kwiatów, dlatego na słoik miodu w rzeczywistości pracuje 20 000 pszczół przez okres trzech tygodni. (Fot. iStock)
Nie tylko raz w roku warto pamiętać o pszczołach i doceniać rolę jaką odgrywają w naszym życiu wszystkie zapylacze. Bez niech nie byłoby kwiatów, owoców i warzyw. Czy wyobrażacie sobie taki świat?

Światowy Dzień Pszczół to nowe święto - zostało oficjalnie ogłoszone dopiero w 2018 roku przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Od trzech lat 20 maja przypominamy sobie jak ważne dla planety są gatunki zapylające, a zwłaszcza pszczoły. To one zapylają 90 proc. wszystkich drzew i krzewów owocowych - pełnią kluczową rolę w ekosystemie. Aby zachować równowagę w przyrodzie konieczne jest, aby żyły w zdrowiu i wykonywały swoją wciąż niedocenianą, ciężką pracę.

Dzień z życia pszczoły

Gdy świat budzą pierwsze promienie słońca, do pracy szykują się pszczoły zbieraczki. Nie wiedzą co to weekendy ani święta, pracują codziennie. Bez pośpiechu opuszczają ciepłe schronienie. Przed nimi długi, męczący dzień, w czasie którego zrobią 7-15 wyczerpujących kursów. Brak długiej przerwy na lunch sprawia, że latają właściwie bez wytchnienia, z krótkimi chwilami na „złapanie oddechu”. Z każdej „wyprawy” przynoszą nektar, a w koszyczkach, umieszczonych przy tylnych nóżkach, ciężkie kulki pyłku. Z trudem lądują przy zatłoczonym wejściu do domku, gdzie zostawiają swój cenny ładunek, aby po kilku minutach znów wyruszyć w trasę. Znają ją doskonale, bo nauczyły się jej na pamięć podczas pierwszego oblotu ula. Gdy tylko dobrze poznają otaczające je środowisko, chętnie wybierają drogę na skróty. Wszak robota sama się nie zrobi, a każda minuta dnia jest na wagę złota. Nie potrzebują przy tym nawigacji, aby bezbłędnie trafić do swojego ula. A nawet gdyby zmysł orientacji w terenie zawiódł, to i tak nie uda się im wejść do cudzego domu. Lepiej więc nie tracić czasu i pilnować obranego kierunku. Gdy norma dzienna zostanie już wyrobiona, przychodzi czas na zasłużony odpoczynek. Panujące w ulu ciemności sprzyjają zapadnięciu w regenerujący sen. Zmęczone ciężką pracą owady śpią ok. 5-8 godzin. Dzięki temu rano znów mogą zacząć pracowity dzień. Kolejny z krótkiego życia pracowitej pszczoły. Pszczoła robotnica w okresie wiosenno-letnim żyje ok. 5-6 tygodni. Najdłużej żyje matka pszczela, bo dożywa nawet 5 lat

Źródło: Pasieki Rodziny Sadowskich. Żyje tam 100 milionów pszczół. Pszczelarze dbają, aby pszczołom żyło się tam jak najlepiej - unikają ingerencji w środowisko, nie używają chemii i antybiotyków. Własne 3 hektary gospodarstwa obsadzają miododajnymi roślinami, przez co wspierają ekosystem i stwarzają pszczołom przyjazne warunki do życia. Zachęcają też każdego, komu zależy na przyszłości planety, do wspierania pszczół w prosty i przyjazny sposób. Od kwietnia do czerwca do zakupów miodu w Pasiekach Rodziny Sadowskich dołączana jest paczuszka z wyselekcjonowanymi nasionami takich roślin jak: facelia, czarnuszka, koniczyna biała, nostrzyk, chaber i ogórecznik. Wystarczy je wysiać nawet na niewielkim skrawku ziemi na osiedlu, w doniczce na balkonie lub niezagospodarowanym fragmencie ogrodu, aby powstała pełna pachnących kwiatów miododajna łąka, z której będą mogły korzystać pszczoły i inne zapylacze.

  1. Moda i uroda

Ekologiczna paczka Nutridome w trosce o środowisko

(Fot. materiały prasowe Nutridome)
(Fot. materiały prasowe Nutridome)
Sklep z kosmetykami NUTRIDOME włącza się w propagowanie ekologicznych i zrównoważonych rozwiązań i stawia na ekopaczkę – sposób pakowania zamówień przyjazny środowisku. Nutridome ma na celu wspieranie proekologicznych zachowań, redukcję śladu węglowego oraz zwrócenie uwagi na wyzwania branży e-commerce.

Firma postawiła na tekturowe pudełka z certyfikowanego papieru pozyskiwanego z odpowiedzialnych źródeł, a także z recyklingu. Zrezygnowano z niektórych dotychczasowych rozwiązań pakowania na rzecz biodegradowalnych i nadających się do recyklingu materiałów. Usunięto powszechnie stosowaną folię bąbelkową oraz zrezygnowano z foliowych kopert kurierskich. Wprowadzono trzy rozmiary paczek, aby ograniczyć zużycie surowców.

Po otworzeniu kartonowego pudełka widzimy w 100% biodegradowalną czarną bibułkę, której brzegi spina naklejka z certyfikowanego papieru. Dookoła znajdziemy wypełnienie z wiórków – to całkowicie ekologiczna wełna drzewna. Natomiast szklane słoiczki, puszki owinięte są papierem nacinanym, który skutecznie zastępuje sztuczną folię. Do tego zadbaliśmy o dobry design, aby doświadczenia naszych klientów były na najwyższym poziomie – tłumaczy Paulina Makowiecka, Head of Marketing w Nutridome.

Bibułka spełnia wymagania europejskiej normy EN 13432. Wytwarzana jest z celulozy i jej pozyskiwanie dokonuje się bez uszczerbku dla naturalnych zasobów Ziemi. Może być poddawana spalaniu z odzyskaniem energii oraz ponownemu przetwarzaniu – nawet siedem razy. Kartonowe pudełko i naklejki wykorzystywane do zapieczętowania zamówienia powstają z papieru certyfikowanego. Natomiast wełna drzewna jest naturalna i nie zawiera sztucznych barwników oraz impregnatu. Może być wykorzystywana nawet w przypadku produktów spożywczych czy jako element kompostu. W paczce znajduje się również wrap – materiał w pełni nadaje się do recyklingu.

Wykorzystanie papierowych, odnawialnych materiałów nie oznacza, że paczka jest bardziej podatna na niszczenie – jest wytrzymała na tyle, że nie wymaga folii zabezpieczającej. Bibułka wewnątrz pełni funkcje higieniczne i chroni produkty przed czynnikami zewnętrznymi takimi jak światło, temperatura, wilgoć czy zanieczyszczenia. Natomiast papier nacinany jest elastyczny i można nim szczelnie okręcić każdy kształt. Amortyzuje uderzenia, a do tego wyróżnia się dużą wytrzymałością.

Prezentujemy rozwiązania eko w Nutridome, by zwrócić uwagę na to, że można szukać dobrych, czyli ekologicznych i ekonomicznych realizacji. Wierzymy, że uda nam się zainspirować inne firmy. Przy postępującej degradacji środowiska coraz istotniejsza staje się inwestycja w proekologiczne rozwiązania. To wielkie wyzwanie dla całej branży. – apeluje Paulina Makowiecka, Head of Marketing w Nutridome.

Nutridome to sklep z wyselekcjonowanymi kosmetykami, który prężnie rozwija się na polskim rynku od 2017 roku. Stawia na jakość kosmetyków, w rozsądnej cenie stosując filozofię holistycznego podejścia w dbaniu o urodę. Sklep oferuje swoje produkty w internecie na stronie nutridome.pl oraz w dwóch lokalizacjach stacjonarnych: Galeria Słoneczna Radom oraz Galeria Mokotów w Warszawie.

  1. Styl Życia

Plogging: połącz bieganie ze sprzątaniem

Plogga (nazywana również ploggingiem) to ruch i społeczność, który chce zmieniać otoczenie i sprawić, by wszyscy stali się “dumnymi zbieraczami odpadków”. (Fot. iStock)
Plogga (nazywana również ploggingiem) to ruch i społeczność, który chce zmieniać otoczenie i sprawić, by wszyscy stali się “dumnymi zbieraczami odpadków”. (Fot. iStock)
Wystarczy worek na śmieci, para rękawiczek i odrobina chęci - przekonują ploggersi na całym świecie. Międzynarodowy trend, który pozwala zadbać o kondycję i środowisko jednocześnie, zdobył uznanie zarówno wśród ekologów, jak i entuzjastów fitnessu. Plogga to wyraz troski nie tylko o kondycję fizyczną, ale również o środowisko naturalne.

Pomysłodawcą idei połączenia joggingu ze zbieraniem śmieci (plocka upp) jest Erik Ahlström, który w 2016 roku przeprowadził się z Åre, małej miejscowości na północy Szwecji do Sztokholmu i dopiero w stolicy zdał sobie sprawę ze skali problemu. “W trakcie codziennych dojazdów do pracy widziałem góry odpadków i byłem zszokowany ich ilością. Wiele z nich leżało przy drodze przez kilka tygodni, nikt ich nie sprzątał, dlatego postanowiłem się tym zająć” - tłumaczył Ahlström w wywiadzie dla serwisu plasticrunner.com. “Szwecja staje się coraz bardziej zaśmiecona. Każdego dnia na naszych ulicach ląduje 2,7 mln niedopałków papierosów, a jesteśmy 10 milionową społecznością. Od kilku lat staram się zmieniać zachowanie, które jest moim zdaniem oznaką dysfunkcyjnego społeczeństwa, pozbawionego szacunku do siebie nawzajem i w stosunku do natury, czyli śmiecenia”.

Podczas jazdy na rowerze oraz w trakcie biegania Ahlström zatrzymywał się i zbierał po drodze śmieci. Sprzątanie, tak samo jak aktywność fizyczna, stało się jego codzienną rutyną. Od 2016 roku do Erika zaczęli dołączać inni amatorzy sportu, a biegi ploggingowe, podczas których ludzie spotykali się, aby biegać i jednocześnie zbierać śmieci, stały się oficjalnymi wydarzeniami w Szwecji.

W ten sposób narodziła się plogga (nazywana również ploggingiem), ruch i społeczność, który chce zmieniać otoczenie i sprawić, by wszyscy stali się “dumnymi zbieraczami odpadków”. “Ludzie stracili szacunek dla przyrody, wyrzucają śmieci do lasów, rzek i oceanów, zostawiają odpadki na plażach. Chcemy odwrócić negatywny trend i pomóc w stworzeniu zrównoważonego społeczeństwa. Chcemy pokazać, że zbieranie śmieci pozostawionych tam przez innych ludzi nie powinno być traktowane jak tabu.” - tłumaczą na oficjalnej stronie plogga.se popularyzatorzy nowatorskiego trendu.

“To nie moje śmieci, ale moja planeta”

Dziś plogga to międzynarodowy ruch, który zrzesza biegaczy z ponad 40 krajów na świecie, także z tak odległych, jak Ekwador czy Tajlandia. Ploggersi działają także w Polsce i od kilku lat organizują się w grupy, aby działać na rzecz lokalnych społeczności. Jedna z nich działa w 90- tysięcznym Jaworznie, którego mieszkańcom zależy nie tylko na kondycji, ale także pięknym otoczeniu. W maju 2019 roku Przemek Starzycki, trener związany z jedną z jaworzyńskich siłowni, zorganizował pierwszy w mieście bieg ploggingowy i zaczął zachęcać do aktywności kolejne osoby. Plogging Jaworzono to prężnie działająca grupa, która aktywnie współpracuje z Miejskim Zarządem Nieruchomości Komunalnych w Jaworznie. Organizując kolejne akcje ploggingowe, grupa informuje o miejscu, w którym zostaną pozostawione posegregowane śmieci, a MZNK pomaga w wywiezieniu zebranych odpadów.

Ekologiczne biegi odbywają się od kilku lat w wielu polskich miejscowościach, najczęściej z okazji przypadającego 22 kwietnia Dnia Ziemi albo innych wydarzeń związanych z ochroną przyrody. Jednak jeden dzień w roku to za mało, aby posprzątać to, co zalega w parkach, lasach, nad brzegami rzek i jezior. Stanisław Łubieński, autor “Książki o śmieciach”, w rozmowie z Łukaszem Pilipem na łamach magazynu “Wolna Sobota” Gazety Wyborczej zauważył, że koronawirus uśmiercił oddolne inicjatywy sprzątania śmieci i przyczynił się do powrotu produktów jednorazowych - maseczek, rękawiczek, cienkich foliowych woreczków na warzywa i pieczywo. Anna Jaklewicz, eko-aktywistka i inicjatorka akcji “Książka za worek śmieci” tłumaczy, że śmieci porzucone w lasach czy nad wodą są niebezpieczne zwłaszcza dla zwierząt. “W Azji cierpią żółwie, wieloryby, albo ptaki morskie, które zamiast pożywienia mają w żołądkach plastik. W Polsce śmieci stanowią zagrożenie dla zwierzyny leśnej. Nasz odpady bywają dla zwierząt śmiertelną pułapką.”

Ploggersi przekonują, by plogging uprawiać codziennie. Nie chodzi o to, kto wyniesie z lasu największą ilość śmieci czy przebiegnie najwięcej kilometrów. Siłą ploggingu jest jego prostota i fakt, że można uprawiać go codziennie i wszędzie. Kiedy następnym razem wyjdziesz pobiegać w pobliskim parku czy lesie, weź ze sobą plastikowy worek i parę gumowych rękawiczek. Śmieci mogą nie należeć do ciebie, ale na pewno twoim domem jest planeta, na której żyjesz. A że mamy tylko jedną, to musimy zadbać o nią wspólnie.