1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Wielkanoc bez stresu

Wielkanoc bez stresu

istock
istock
Dla wielu osób przygotowania do świąt oznaczają nerwowość. Jak - zamiast zbędnego stresu - skupić się na tym, co dla nas ważne?

Święta Wielkanocne zbliżają się wielkimi krokami. Markety są pełne kolorowych zajączków i jajek, a  w przekazach medialnych widzimy zazwyczaj rodzinę, która siedzi przy suto zastawiony stole, ciesząc się swoim towarzystwem. Tymczasem  przygotowania do świąt pochłaniają nasz czas i energię, wprowadzając nerwowość. Jak - zamiast zbędnego stresu - skupić się na tym, co dla nas ważne?

Wielkanoc to najważniejsze święto Kościoła katolickiego, a zarazem tradycja polskiej kultury. Nawet osoby niewierzące zazwyczaj siadają z rodziną do świątecznego śniadania, celebrując wspólnie spędzony czas. Nic więc dziwnego, że przygotowania pochłaniają niemal każdego bez reszty. Chęć zorganizowania perfekcyjnych świąt i zaimponowania gościom z jednej strony napędza do działania, z drugiej – stresuje.

Paweł Hylewski, internista z Salve Przychodnie w Łodzi przypomina, że stres przed ważnymi wydarzeniami ma olbrzymi wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu, który często reaguje silnymi bólami napięciowymi głowy, kołataniem serca, bólami brzucha o charakterze zespołu drażliwego jelita lub zaburzeniami snu.

Na wysokich obrotach

Już sam czas przygotowań jest bardzo stresujący - musimy wszystko skrupulatnie zaplanować, począwszy od listy zakupów i gości, na wystroju wnętrza kończąc. Następnie wpadamy w wir wielkiego sprzątania i gotowania, z tyłu głowy mając wątpliwości czy wszystko robimy dobrze i czy potrawy na pewno zasmakuje domownikom i gościom. Gdy w końcu przy stole spotyka się cała rodzina, z którą najczęściej widujemy się tylko przy okazji Świąt, pojawiają się kolejne stresogenne sytuacje, w tym niewygodne pytania ze strony członków rodziny, rozmowy o polityce, religii i przekonaniach, które często kończą się kłótnią lub dalszą, napiętą atmosferą.

Presja idealnych Świąt

Dodatkowym „motorem” świątecznego stresu jest obraz Świąt kreowany w mediach, zestawiony z rzeczywistością. Gwiazdy i celebryci pokazują na swoich kanałach społecznościowych perfekcyjne zdjęcia wielkanocnej oprawy, podczas gdy u nas właśnie przypaliło się ciasto. Równie silna bywa presja najbliższych - trudno nie czuć frustracji, gdy teściowa wypomina, że twoja sałatka nie może równać się z tą, którą ona przygotowała w ubiegłym roku. -  Dobrze jest zmienić podejście do Świąt i w tym czasie spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu oraz wypocząć. Jeżeli rodzinne spotkania kończą się kłótnią, może warto przemyśleć wyjazd na krótki urlop - radzi ekspert.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

O pierwszeństwie partnera przed dzieckiem

Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. (Fot. iStock)
Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. (Fot. iStock)
W wielu małżeństwach pojawienie się dziecka zaburza naturalną kolejność „karmienia”. To, co najważniejsze, czyli nasz czas, uwagę, troskę, dostaje maluch, a nie partner. I związek zawisa na włosku. Psychoterapeutka Katarzyna Miller wyjaśnia, że dzieci są o wiele szczęśliwsze w domu, w którym rodzice skupiają się najpierw na sobie.

Co się dzieje ze związkiem mężczyzny i kobiety, gdy pojawia się dziecko?
Zacznijmy od tego, że najczęściej dzieje się to za szybko. Ile znasz par, które sobie założyły, że pożyją sobie jako młodzi, zakochani w sobie i nieobciążeni dodatkowymi obowiązkami, że będą sobie jeździć w podróże, balować, zostawać poza domem, na ile chcą? A ile par wiąże się ze sobą tylko dlatego, że pojawiła się ciąża? Wtedy w ogóle nie mają czasu na to, by nacieszyć się sobą. A ile małżeństw by ze sobą nie było, gdyby nie dziecko? Ja nie chcę powiedzieć, że życie ma być przyjemnością, ale ono ma być przyjemne. Obowiązki, zadania, praca – też mogą być przyjemne. Nie chodzi o to, żeby unikać wszelkiego wysiłku, tylko żeby podejmować się zadań, których wykonanie sprawia nam satysfakcję. Na początku małżeństwa gotowanie i pranie sprawiało mi przyjemność, więc to robiłam, a gdy przestało, skończyłam z tym. Jeżeli nie umiesz żyć i marzysz tylko o tym, żeby stworzyć z kimś dom, do którego on wniesie tę lekkość i pogodę ducha, to się możesz przeliczyć.

Chcesz powiedzieć, że nie dajemy sobie pożyć wspólnie w przyjemności, tylko od razu bierzemy na głowę obowiązki, czyli dziecko…
Dokładnie tak. I wiesz, co się dzieje…? Oczywiście są mądre dziewczyny, które chwalą swoich mężów za to, że od początku zajmują się dziećmi, ale zwykle jest tak, że facet, który się boi wziąć dziecko na ręce, zamiast być zachęcanym do tego, jest strofowany, że robi to nie tak. Więc natychmiast przestaje próbować. Nie chce być uważany za fajtłapę ani czuć się jak fajtłapa. A fajna żona zamienia się – nawet nie w matkę, ale w mateczkę.

I co on się do dziecka zbliży, to ona go ofukuje, że teraz dziecko musi pospać albo że źle je trzyma…
Ona, po pierwsze, robi tak, bo chce być królową na jakimś polu, po drugie, nie wierzy w siebie i w to, że na innych polach jest ważna i potrzebna, a po trzecie, nie zbudowała z ojcem dziecka silnej więzi. Bardzo często kobiety po to mają mężów, żeby mieć dzieci, żeby nad kimś górować. Bo dzieci są dla wielu osób po to, by mieć coś swojego. Znacznie trudniej, niż urodzić dziecko, jest dogadać się z facetem, szczególnie że ludzie są zwykle niedojrzali i bardzo często dobierają się na zasadzie: ktoś chciał, trafił się, wychodził mnie sobie, wyjął mnie z domu, rozwiódł mnie z mężem albo podobał mi się bardziej niż ktoś inny, co nie znaczy, że podobał mi się najbardziej ze wszystkich albo że się sprawdziliśmy i do siebie pasujemy. Sami siebie nie znamy i niezbyt dobrze czytamy innych, w związku z tym, jak się komuś uda trafić na kogoś dla siebie dobrego, to albo Bozia pomaga, albo intuicja. A to przecież jest najważniejsze, by najbliższą więź mieć ze swoim partnerem.

Bo on najpierw jest partnerem, a dopiero później ojcem twoich dzieci?
Właśnie. Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. Powinniście najpierw zbudować bazę, na której dopiero stanie wasz dom, czyli cała reszta, w której też mieszczą się dzieci. Wy jesteście tu dorośli, dzieci są dziećmi. One mają przyjść do domu, w którym jest dwoje kochających się, w miarę mądrych, w miarę zadowolonych i w miarę lubiących się ludzi. W dodatku takich, którzy uważają, że posiadanie dziecka nie jest udręką, nie jest poświęceniem ani hodowaniem sobie kogoś, kto mi będzie herbatę na starość podawał…

I nie jest jedynym szczęściem w życiu.
Tak jak nie jest jedynym szczęściem w życiu mieć udany związek. Jest wielkim szczęściem, ale nie jedynym.

Czyli komu należy się palma pierwszeństwa?
Kiedyś było tak, że pan domu dostawał przy stole najlepsze kąski, co nie do końca było sprawiedliwe, bo jak mordę pruł, to wszyscy siedzieli cicho. Zresztą dziś też tacy tyrani się zdarzają, tylko oni znęcają się z racji tego, że są tyranami, wtedy dodatkowy pretekst dawała im pozycja. Dziś to już, na szczęście, minęło, starszym odebrało się władzę, ale oddało się ją młodym, którzy są, niestety, durni. Młodość nie może, nie powinna rządzić!

Dziś najlepsze kąski dostają dzieci.
I nie wiedzą, co z nimi zrobić. Młodzi nie chcą mieć przyjemnego życia, tylko chcą samej przyjemności. I jeśli się uczą, że nie muszą na nią zapracować, tylko mogą ją dostać, to sobie roszczą do niej prawo. A już najlepsze kąski dostają chłopcy. I znów mamy to samo – kobiety wychowują synów w kulcie patriarchatu.

To jaki powinien być podział kąsków przy stole?
To nawet nie o kąski chodzi, tylko o kolejność. Powinno być tak, że my, jako para, zasiadamy do stołu z dziećmi. I gdybym to ja przy tym stole rozlewała rosół, tobym zaczynała od męża, a on powinien zaczynać ode mnie. Dopiero potem wlewamy rosół do talerzy dzieci. Uwaga, jaką się sobie poświęca, troska o siebie, jaką się przejawia na zewnątrz, powinna być skierowana na partnera, bo dzieci to widzą i w takim domu już jest dobrze. Jeżeli obserwują, że tata o nic nie dba, a mama dba o nich nadmiernie, to ich świat się wykrzywia. Rodzice mają wzajemnie o siebie dbać, mają być dla siebie uprzejmi i mili, co nie znaczy, że mają się nie kłócić, tylko nie wciągać w te kłótnie dzieci. Powiedzieć: „To nie wasze sprawy, mama i tata muszą sobie teraz coś wyjaśnić”.

W sumie, jakby to wziąć na logikę, mąż był pierwszy, bez niego nie byłoby dzieci. Dlaczego teraz miałby być nieważny lub mniej ważny?
To przecież z nim chcę porozmawiać o dzieciach, to z nim chcę się zastanowić, co robimy w ogóle w naszym życiu, to z nim chcę wypocząć, to z nim chcę się bawić. Owszem, z dziećmi też chcę wypocząć i się pobawić albo iść do filharmonii, ale to dlatego, że on nie lubi filharmonii. Jeśli podobał nam się ten okres zakochania, kiedy byliśmy dziewczyną i chłopakiem, to przedłużmy go, pokażmy drugiej osobie, że ją kochamy. Tymczasem dziewczyny odstawiają na bok swoją kobiecość, dziewczęcość i dziecko w sobie na rzecz bycia mamuśką. Kobieta powinna mieć czas dla siebie, bez dzieci i bez męża, ale też czas dla męża, bez dzieci. Dzieci nie czują się skrzywdzone, kiedy rodzice zamykają drzwi do swojego pokoju, tylko kiedy nie są zauważane i ważne. Każdy jest ważny, ale powinien być na swoim miejscu. Uważam, że rodzice nie zawsze powinni mieć takie samo zdanie, skoro mają inne. Wtedy mówią dzieciom: „Tata ma takie zdanie, ja takie, ale wspólnie postanowiliśmy, że…”. Czyli w skrócie: nie skłócicie nas.

Żeby wszystko stało na swoim miejscu, jaka powinna być kolejność? Najpierw…
…ja, potem mój partner, a potem dzieci. Jasne jest, że dzieci zostają na zawsze naszymi dziećmi, a partner nie zawsze musi być partnerem do końca życia. Jeśli rozstajemy się, bo było mi z nim niedobrze, to oczywiście z tego zaszczytnego miejsca go wystawiamy, ale nadal pozostaje ojcem mojego dziecka. Dopóki jednak on jest moim partnerem i nie zamierzam się z nim rozstawać, to wspólnie ten dom budujemy, jesteśmy tym fundamentem, mamy siebie wspierać i być sobie potrzebni. Pójdziesz na bal z partnerem, a nie z dzieckiem, do łóżka też. Poza tym dzieci dorastają, mają rówieśników, swoje sprawy, przestaniemy być dla nich tak ważne. Dzieci powinny wiedzieć, że są tylko dziećmi.

Wiesz, że wiele matek nie zgodzi się z tym, co mówisz? Żyjemy w czasach, kiedy to mężczyźni zawodzą, a dzieci są jedynym, co nam się udało.
Ale my nie mówimy tu o wyższości męża nad dzieckiem, tylko o jego pierwszeństwie. To jedno. Inna kwestia jest taka, że mamy teraz nadopiekuńcze mamusie. To oznacza tyle, że matki żyją życiem dzieci, a nie swoim. A dlatego to robią, bo nie mają mężów, z którymi jest im dobrze. A nie mają mężów, z którymi jest im dobrze, między innymi dlatego, że pozwalają mężczyznom na wszystko, a w zamian dostają od nich figę z makiem. I to jest taki zaplątany układ, w którym kobiety godzą się na bycie traktowanymi źle przez mężczyzn, bo oni są wartością wyższą według nich, niezależnie od tego, że mamy równouprawnienie i niezależnie od tego, ile kobiet powie: „Wolę być sama niż z kimkolwiek”.

Zauważ, co się dzieje, kiedy siedzi sześć panienek przy herbacie i wchodzi jeden facet. Przynajmniej połowa z nich poleci mu herbatę zrobić albo zapyta: „Jadłeś coś?”, „A może byś tu usiadł? Bo tu jest takie cudowne miejsce”. Nie będą dalej zajmowały się sobą, a niech on sobie sam radzi, tylko zaraz pojawi się słodka minka, zmieniony głosik, całym ciałem się zwrócą w jego kierunku… Dlatego jeżeli kobiety mówią, że dzieci są dla nich najważniejsze, to przepraszam bardzo, ale jest to po prostu zmyła.

Zmyła?
Nieprawda i rodzaj usprawiedliwienia. To bardzo pogmatwany temat. Wystarczająco długo pracuję z kobietami, mężczyznami również, ale nade wszystko z dziećmi tych kobiet i tych mężczyzn, żeby widzieć, co się dzieje. Jak bardzo nie sięgamy do rozwiązań, tylko przyklepujemy problemy. Jeśli kobietom jest nie najlepiej w związku, to – dziś coraz częściej niż ich matki – odchodzą. Tyle tylko, że one się rozwodzą dopiero wtedy, kiedy ledwo co żyją, natomiast bardzo długo wytrzymują stan swojego niespełnienia. I pozwalają na to, by było tak, jak jest, nie wymagając i nie domagając się, ale też nie biorąc, tylko oceniając, krytykując i wypłacając. Trzeba się nauczyć brać, a nie mordę drzeć, kiedy się nie dostało. Trzeba brać i nie mieć pretensji. Trzeba siebie kochać, trzeba być egoistką, ale ponieważ mamusie tak nas wychowują, żebyśmy nie były egoistkami, to dla kogo my tymi egoistkami nie będziemy? Dla faceta. Bo jemu trzeba usłużyć, jemu trzeba umilić, jego trzeba omamić, że jestem taka kochana. A przecież nie jestem aż taka kochana, jestem trochę fajna, trochę zołza, a trochę leniwa. Przynajmniej takie powinnyśmy być. Z zezwoleniem na swój egoizm, ale i na egoizm męża.

Mężczyźni to potrafią.
I tego się, moje drogie, od nich uczmy. Tymczasem kobiety prędzej dokładnie wyliczą, czego to nie robi ich mężczyzna, jak jest dla nich niemiły, nieadorujący czy nieczuły. Dobrze, kochanie, to powiedz, kiedy ostatnio powiedziałaś mu dobre słowo? Ale za co ja mam mu je mówić? No może za to, że jeszcze, kurde, z tobą jest? Że nie polazł na widok twojej niezadowolonej miny. Ja wiem, że jak ja mam niezadowoloną minę, to mój Edek mnie nie znosi, z tym że ja to robię świadomie, bo nie mam zamiaru się uśmiechać, kiedy nie mam humoru. A niech mnie wtedy nie znosi, ja też go czasem nie znoszę. Ale ja się tego nie boję, że on mnie nie znosi. A one nie są w stanie wytrzymać tego, że on ich nie lubi, bo za sobą nie stoją. W jego oczach szukają potwierdzenia tego, że są coś warte. A przecież ja, ty, my  jesteśmy warte same z siebie.

Ale kiedy związek się nie udaje i się rozstają, mówią: „przynajmniej mam dzieci”.
Dzieci nie są do posiadania. Poza tym te kobiety nadal nie mają tego, na czym najbardziej im zależało. Ale tego nas nauczyły mamy. Nie bierz, tylko dawaj. I jeszcze: jak będziesz miła, skromna i grzeczna, to ci dadzą. A nie dadzą. Mało tego, będziesz miła i grzeczna, ale z coraz bardziej zaciśniętymi ustami. Aż wreszcie walniesz pięścią w stół, a on zdziwiony: „Ale co się stało?”. A ty, że ci się uzbierało. „Ale przecież nic nie mówiłaś?”. No właśnie… Jeżeli mama nie pozwalała brać, bo to egoizm, to ty musisz sprytnie dawać po to, żeby dostać. Ale to jest strasznie zawiłe, bo ten, co dostał, nie wie, że ma oddać.

Czyli, po pierwsze, nie mówimy, czego chcemy, a po drugie, nie chwalimy partnerów i nie dziękujemy im, jak już to od nich dostaniemy. Bo się facet rozpuści. Najlepiej, jakby się sam wszystkiego domyślił. I tego też nauczyły nas mamy.

Wprawdzie kobiety decydują się dziś na rozwód, częściej niż ich matki, ale to, co robią przed rozwodem, robią tak samo. Nie mogą już wytrzymać w małżeństwie, ale albo nic o tym mu nie mówią…
…albo mówią o tym bez przerwy. I kto jest winny? No przecież on. Gdyby umiały sobie wytłumaczyć, że nie tyle są winne, co współodpowiedzialne za sytuację, do której doszło, byłoby im łatwiej to przepracować. Przecież zależy nam na tym, by mieć kogoś, kogo obchodzimy, a nie kogoś, kto jest winien tego, jak ci jest. No, chyba że odwrotnie

Katarzyna Miller 
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Na ile ufasz swoim bliskim?

Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Jak wygląda nasze zaufanie w relacji z partnerem, w rodzinie, w społeczeństwie? - Rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku – mówi psycholog Katarzyna Popiołek z Uniwersytetu SWPS w Katowicach.

W życiu społecznym jesteśmy nieufni. A w rodzinie?
Z badań profesor Krystyny Skarżyńskiej wynika, że rodzina jest sferą, w której obdarzamy się największym zaufaniem. Natomiast nasze zaufanie do innych ludzi, do instytucji, władzy jest niewielkie. Wygląda na to, że popadamy w ekstrema – obcym nie ufamy wcale, natomiast bliskim czasem za bardzo. Niedobry jest kompletny brak zaufania do ludzi – gdy jesteśmy podejrzliwi, gdy uważamy, że inni dbają wyłącznie o własny interes – ale zgubna okazuje się też postawa absolutnego zaufania: gdy spodziewamy się, że zawsze wszystko będzie przebiegało zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Najlepszy okazuje się oczywiście arystotelesowski złoty środek.

Na czym polega złoty środek w bliskich związkach?
Na tym, że na początku przyjmujemy założenie: wierzę w uczciwość i wiarygodność partnera. Takie założenie jest rozsądne, bo nie mamy jeszcze doświadczeń. A zaufanie to funkcja doświadczeń, które zdobywamy w relacjach z drugą osobą. Kiedy kogoś dopiero poznajemy, mamy wiele wątpliwości, no bo nic o nim nie wiemy. Ale wątpliwości powinna zastąpić wiara, że partner jest uczciwy. Dajemy rodzaj kredytu, świadomi, że możemy doznać zawodu. Bez tego nie da się zbudować trwałego związku. Można powiedzieć, że rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku. W miarę jak czyny potwierdzają nasze zaufanie, gdy przekonujemy się, że partner udziela nam wsparcia, zachowuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, jest wrażliwy na nasze potrzeby, przejawia pozytywne działania, zaufanie do partnera się stabilizuje. I wtedy nie potrzebujemy już ustawicznych dowodów jego wiarygodności. Co więcej – jeśli nawet zdarzy się, że on coś przeskrobie, to uznamy, że jego zachowanie jest przejściowe i nie powinno być przyczyną konfliktu. To nie oznacza, że mamy wszystko w związku akceptować. Zasada ufności to nie nakaz wyłączenia rozsądku.

No a kiedy wchodzimy w związek z podejrzeniami, nieufnością?
To mamy kłopot. Czeski terapeuta Miroslav Plzak odwołuje się tu do innej silnej obawy, jaką jest lęk o życie. Wiemy, że jest kruche, ale to nie znaczy, że z lęku o jego utratę nie będziemy wychodzili z domu. Podobnie jest z zaufaniem – z lęku o jego utratę nie możemy zadręczać partnera kontrolą, nadzorem.

Przykładem braku zaufania jest zazdrość.
Człowiek zazdrosny żąda od partnera dowodu wierności. Taki dowód jest jednak faktycznie i logicznie niemożliwy. Nie da się udokumentować wierności, najwyżej można komuś udowodnić, że był niewierny. Jeśli nawet zamknę się w domu i powiem: „popatrz, jestem tylko twój”, zazdrośnik powie: „dobra, dobra, ale zdradzasz mnie w myślach”. Dlatego droga osoby zazdrosnej jest zawsze drogą w labiryncie. Jak powiedział Szekspir, zazdrośnicy są w szponach zielonookiego potwora.

Z takim bagażem nie warto zaczynać związku? Dobrze jest zacząć od aktu zaufania o niewielkim stopniu ryzyka. Na przykład poprosić o spełnienie jakiegoś małego oczekiwania, które stosunkowo łatwo będzie zrealizować. I zobaczyć, czy ta osoba to uczyni.

 
W relacji rodzice – dzieci postępować podobnie?
Tak. I podobnie jak w relacji z partnerem musimy zacząć od próbnego zaufania. Powinniśmy jednak pamiętać, że pokusa, na jaką wystawiamy dziecko, nie powinna być duża. Sprawdźmy, czy dotrzyma obietnicy, czy powie prawdę, zacznijmy od kredytu zaufania. Ale na początku ten kredyt powinien być adekwatny do możliwości jego spłaty, tak jak w ekonomii.

A jeśli się przekonamy, że partner nas zawiódł, że dziecko zrobiło coś, czego nie chcieliśmy?
Często zawiedzione zaufanie jest sygnałem, że chcieliśmy czegoś niemożliwego albo że coś jest nie tak w naszych relacjach. W bliskich związkach przyczyną może być tak zwany syndrom ciepłej wody. Ktoś siedzi sobie w ciepłym basenie, jest mu dobrze, a na dworze czeka partner i marznie. Może być tak, że czujemy komfort kosztem partnera. Czasami fakt, że ktoś zawiódł nasze zaufanie, może być sygnałem, że nie robimy czegoś, co jest potrzebne drugiej stronie. Ale jeśli kłamstwa się powtarzają, obietnice nie są dotrzymywane, uciekajmy. Z kimś, kto kilkakrotnie zawiódł zaufanie, nie ma sensu budować związku.

A jeśli tym kimś jest dziecko?
Dziecko dopiero się uczy, jak nie zawodzić zaufania i jak je okazywać. Jeśli tu coś nie gra, to znaczy, że popełniliśmy jakiś błąd. Na przykład sami na tym polu źle funkcjonujemy – kłamiemy, ile się da. A może mamy zbyt wygórowane wymagania niemożliwe do spełnienia i dziecko dla świętego spokoju obiecuje, a potem nie dotrzymuje słowa, bo wymaganie było nierealne.

Jakie korzyści mamy w życiu z zaufania?
Uważam, że bez zaufania człowiek może zginąć, bo w trudnych chwilach nie będzie miał do kogo się udać po pomoc. Stała nieufność prowadzi do samotności i niszczy nas samych.

Powinniśmy ufać, ale i nie zawodzić zaufania, bo dostajemy to, co dajemy.
Działają tu dwa prawa: tak zwane prawo bumerangu – co wysyłam, to do mnie wraca. Ale nie zawsze tak jest. Wtedy trzeba zastanowić się dlaczego. Nie wszyscy zasługują na zaufanie, a my czasami nie chcemy tego widzieć. Drugie prawo to tak zwany efekt Rosenthala. Jeśli uważam, że ktoś jest nieuczciwy, to jestem wobec niego nieufna, kontrolująca. A taka postawa często wywołuje u tej osoby zachowania, o które właśnie ją podejrzewałam. Powinniśmy zatem dawać kredyt zaufania, ale jak się okaże, że ktoś nas zawiódł, bądźmy ostrożni w dalszych kontaktach.

Ale najpierw czyńmy innym to, co i nam miłe.
Gdy czasem słyszę: „nie ufam nikomu, bo wszyscy mnie zawiedli”, to jestem prawie pewna, że przyczyna leży w tym, kto to mówi. Pamiętajmy, że czas też gra rolę w budowaniu zaufania. Im dłuższy dobry związek, tym większy bank zaufania. Dlatego tak bardzo boli, gdy zdradzi przyjaciel. Mamy wtedy poczucie, że cały nasz bank został obrabowany. Ale z drugiej strony – myślimy sobie: „przez tyle lat ten ktoś nas nie zawiódł i teraz, po jednym złym doświadczeniu, mamy kończyć znajomość?”. I najczęściej, nawet przy dużym wykroczeniu, wybaczamy. Dobrze mieć bank z dużym kapitałem zaufania.

Katarzyna Popiołek - dr hab. psychologii społecznej, profesor Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. Zajmuje się problematyką relacji międzyludzkich, szczególnie relacji pomocy i wsparcia, oraz specyfiką zachowań w sytuacjach kryzysowych. Jest autorką wielu publikacji naukowych, współtwórczynią Instytutu Współczesnego Miasta.

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie?
Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie.
Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi.
Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu?
Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła?
To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi.
A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej?
Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie?
Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców?
Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem.
Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”…
Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć?
Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej.
To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny.
Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina?
Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia?
Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa.
Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda?
Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo!
Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.

  1. Psychologia

Szczęśliwe dziecko - spełniony dorosły

Szczęście to nie tylko beztroskie chwile i uśmiech na twarzy. To coś znacznie głębszego. (Fot. iStock)
Szczęście to nie tylko beztroskie chwile i uśmiech na twarzy. To coś znacznie głębszego. (Fot. iStock)
Jako rodzic masz za zadanie wyposażyć swoje dziecko w plecak, z którym pójdzie w świat. Od tego, co do niego włożysz, zależy, czy odnajdzie spełnienie. Poznaj dziewięć zasad wychowania szczęśliwego człowieka!

Zacznijmy od zadania: wyobraź sobie, że masz wybrać zdjęcie ilustrujące hasło: „szczęśliwe dziecko”. Pomyśl, co by przedstawiała taka fotografia. Podrzucanego przez ojca brzdąca, który się śmieje, puszcza bańki albo odpakowuje nową zabawkę? Właśnie taki wizerunek dziecięcego szczęścia jest najczęściej lansowany w mediach. A dlaczego ta fotografia nie może przedstawiać dziecka, które płacze, przytulone do mamy, bo zwierza jej się ze swoich problemów? Szczęście to nie tylko beztroskie chwile i uśmiech na twarzy. To coś znacznie głębszego. Oto zasady, którymi powinnaś się kierować w wychowaniu, by twoje dziecko jako dorosły człowiek było autentyczne i spełnione.

1. Kochaj je bezwarunkowo

Jeśli dziecko czuje bezwarunkową miłość rodziców, bez względu na to, co zrobiło, nie będzie bało się do tego przyznać, bo wie, że otrzyma wsparcie, a nie karę. Bezwarunkowa miłość, okazywana wprost – słowami, gestami i zachowaniem – to najskuteczniejsza droga do uczynienia dziecka szczęśliwym. Dlatego nigdy nie daj się zniechęcić do zachwycania się swoim dzieckiem.

2. Pozwól mu być sobą

Na każdym kroku pamiętaj, że twoje dziecko NIE JEST tobą. Inaczej myśli, inaczej czuje, ma inne potrzeby. Zapisywanie dzieci na zajęcia, które tak naprawdę są zgodne z zainteresowaniami i pasjami rodziców, a nie ich samych, to najlepszy przykład na to, jak nie szanujemy potrzeb psychicznych naszych pociech i jak nie pozwalamy im iść własną drogą. Twoje dziecko ma w sobie wiele predyspozycji, a do niektórych aktywności nie ma wrodzonego talentu. To nie jest biała karta, którą ty zapiszesz, jak chcesz. Uszczęśliwianie dziecka polega na tym, żeby dać mu możliwość robienia tego, co ono chce.

3. Zaakceptuj jego negatywne emocje

Wielu rodziców nie toleruje takich uczuć, jak złość, zazdrość czy smutek u swojego dziecka. Nie pozwala na to, aby miało zły humor albo gorszy dzień. Zachowuje się tak, jakby za tymi odczuciami natychmiast szły poważne problemy wychowawcze lub emocjonalne. W rezultacie dzieci czują się winne własnych reakcji. Dlatego daj swojemu maluchowi prawo do bycia złym, wściekłym, rozczarowanym (również twoim zachowaniem). Twoja zgoda na jego emocje pomoże mu zaakceptować, a potem pokonać frustrację. Dobrze, by dziecko uczyło się od małego nazywania swoich stanów emocjonalnych. To pomoże mu zaakceptować siebie w całości, ze wszystkimi swoimi myślami. Nie da się być szczęśliwym, jeśli nie wolno nam czuć nic złego.

4. Zapewnij mu poczucie bezpieczeństwa

Dziecko szczęśliwe to takie, które wie, według jakich reguł ma postępować, żeby było dobrze. Chce wiedzieć, jakie zasady je obowiązują. Dzieci mają silną potrzebę bezpieczeństwa i jednym z jej wymogów jest wiedza „na czym się stoi”. Jeśli zawsze przed snem trzeba myć zęby, a tu nagle jednego wieczora mama jest na tyle pochłonięta rozmową przez Skype’a, że zapomina dopilnować szczotkowania, to po chwili radości z łamania zasad dziecko przeżywa frustrację. Nie rozumie, dlaczego do tej pory było to takie ważne, a teraz już nie jest. Dlatego zanim wprowadzisz w swoim domu jakąkolwiek zasadę, dobrze się zastanów, czy dasz radę jej przestrzegać.

5. Nie wyręczaj go we wszystkim

Wyręczanie dzieci to stosunkowo nowy grzech rodziców. Jeszcze 50 lat temu żadnemu rodzicowi nie przyszło do głowy, żeby ubierać 10-latka, 8-latkowi wiązać buty, a za 5-latka spuszczać wodę w toalecie. Dziś jesteśmy naznaczeni poczuciem winy wobec naszych dzieci – że poświęcamy za mało czasu na zabawę z nimi, że na nie krzyczymy, że im nie zapewniamy rozrywek albo takiego dzieciństwa, jakie my mieliśmy. W nadskakiwaniu dzieciom szukamy rozgrzeszenia. Tymczasem człowiek szczęśliwy chce być samodzielny, chce mieć poczucie, że sobie poradzi, że umie, że „moc” jest z nim. Bez pozwalania na samodzielność, nawet tę zakończoną niepowodzeniem, uzależniamy dziecko od naszej obecności.

6. Ucz je optymistycznego patrzenia na świat

Rzeczywistość nie jest obiektywna. Zawsze mamy wybór, jak zinterpretować dane wydarzenie. Na wszystko można spojrzeć optymistycznie albo pesymistycznie. To ty pokazujesz dziecku, jaki stosunek powinno mieć do ulicznego korka, butelki, która się zbiła, rozlanego mleka czy zgubionych pieniędzy. Maluch od ciebie uczy się, czy to jest wielki, obezwładniający problem, czy tylko zwyczajna niedogodność, którą można znieść z humorem. Nie skazuj dziecka na widzenie świata jako nieprzyjaznego, złego miejsca, gdzie wszyscy tylko chcą mu zrobić na złość. W ten sposób wyrabiasz w nim nawyk pesymistycznej interpretacji zdarzeń. A nie ma szczęśliwych pesymistów.

7. Dopuszczaj je do głosu

Wielu mamom wydaje się, że rozmawiają ze swoimi dziećmi, a nawet, że mają z nimi świetny kontakt. Tymczasem niejednokrotnie okazuje się, że to, co postrzegają jako rozmowę, jest ich monologiem, blokującym w dodatku ekspresję dziecka. Po takiej „rozmowie” maluch ma poczucie absolutnej samotności i niezrozumienia.

„Czy ty mnie słuchasz? O co ci znów chodzi? Nie przejmuj się tak. Dasz sobie radę” – to typowe zamykanie komunikacji. Dlatego gdy dziecko coś do ciebie mówi, chwilę pomyśl, jaka jest treść jego wypowiedzi, a nie koncentruj się na tym, żeby szybko się uspokoiło czy nie mówiło niemiłych rzeczy o innych. Szczęśliwe dziecko ma poczucie, że jego rodzice z nim rozmawiają, a nie tylko mówią do niego.

8. Nie każ mu myśleć tak, jak ty chcesz

Każdy dorosły chce wychować swoje dziecko w poszanowaniu wyznawanych przez siebie wartości, ale czy to na pewno jest dobre dla dziecka? Ortodoksja w poglądach jest dla rodzica wygodna, bo daje mu wytyczne, jak reagować na zachowanie dziecka. Wdrukowywanie żelaznych życiowych zasad brzmi dobrze, ale jest bardzo obciążające. Trzeba być oszczędnym? Dlaczego, jeśli ktoś nie musi? Trzeba mieć w życiu jakiś cel? Jest wielu ludzi, którzy żyją chwilą bieżącą i nie są nieszczęśliwi. Dlatego raczej pokazuj dziecku, jak wiele jest różnych możliwości przejścia przez życie, a nie, że twoja droga jest najlepsza. Nie obciążaj dziecka swoimi wartościami, tylko mu je pokaż. To wystarczy.

9. Zapewnij mu towarzystwo

Samotność jest w okresie dzieciństwa szczególnie dotkliwa. Każde dziecko potrzebuje swobodnych (czyli: także pozaszkolnych i niemonitorowanych przez dorosłych) kontaktów z innymi dziećmi, nie tylko z rówieśnikami. Musi zajmować w grupie raz miejsce lidera, a raz uczniaka. To wspaniale, że masz dla niego dużo czasu, bawisz się z nim, rozmawiasz, razem wypełniacie domowe obowiązki, ale, niestety, dorośli nie mogą być jedynymi kompanami dziecka. Żadna, nawet najcudowniejsza mama, nie zastąpi zabaw, a nawet konfliktów z rówieśnikami. Bez innych dzieci twoja pociecha ma raczej małe szanse na szczęśliwe dzieciństwo.

Jeśli czytając te postulaty, zobaczyłaś jakiś odnośnik do swoich relacji z dzieckiem, nie zadręczaj się poczuciem winy, że je unieszczęśliwiasz. Wszystko między wami możesz naprawić. Wystarczy zmiana jednego twojego zachowania, żeby wasze stosunki uległy całkowitej transformacji. Dlatego zamiast obsypywać dziecko prezentami, podaruj mu prawo do szczęścia, które przez pierwsze lata życia zapewniają właśnie rodzice.

  1. Psychologia

Jak się szczęśliwie zakochać - radzi psycholog

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kto nie lubi być zakochany? Najlepiej z wzajemnością. Bycie w relacji tworzy nową jakość. – Pod warunkiem że nie chcemy w ten sposób wypełnić wewnętrznego deficytu, a zaspokoić rzeczywiste potrzeby – zaznacza psychoterapeuta Mateusz Ostrowski. I choć nie da się zakochać na zawołanie, to jednak w nowym roku możesz zrobić wiele, by otworzyć się na miłość.

Kto nie lubi być zakochany? Najlepiej z wzajemnością. Bycie w relacji tworzy nową jakość. – Pod warunkiem że nie chcemy w ten sposób wypełnić wewnętrznego deficytu, a zaspokoić rzeczywiste potrzeby - zaznacza psychoterapeuta Mateusz Ostrowski.

Mam takie postanowienie, żeby szczęśliwie się zakochać. Co mogę zrobić, żeby je zrealizować?
Czuję się przytłoczony (śmiech)... Pewnie już od kilku tysięcy lat zmagamy się z tym problemem jako gatunek – jak się zakochać i to z wzajemnością. Zatem może ustalmy, że będziemy raczej starać się próbować odpowiedzieć na to pytanie.

Pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, kiedy to słyszę, to że zakochanie się jest poza kontrolą. Projekt partner, projekt małżeństwo z rozsądku – pewnie da się zrealizować, ale zakochanie to nie jest projekt biznesowy...  Druga rzecz, ja nie do końca wierzę w takie postanowienia. Zwykle po kilku tygodniach się wywracają, bo tylko jakaś część mnie podejmuje takie postanowienie.  Jeśli brak nam wewnętrznego konsensusu, to długo się w tym trybie nie utrzymamy. A zatem kto postanowił, że się zakocha? Ktoś, kto uważa, że trzeba być w relacji, czy ktoś, kto odczuwa rzeczywistą potrzebę?

Chodzi o rzeczywistą potrzebę. Jak mogę wspomóc ten proces?
Pomysłów jest wiele, ale nie mam złudzeń, że znajdziemy jednoznaczne sprawdzone rozwiązanie. Odpowiem może, jak ja to widzę. Otóż bez sensu wydaje mi się szukanie kogoś wymarzonego. Model dwóch połówek jabłka zakłada, że jestem niepełny w jakiś sposób i dopiero drugi człowiek mnie dopełnia. To oznacza pewien deficyt we mnie i rodzi się ryzyko uzależnienia, wejścia w relację jak z dilerem miłości, który ma to, czego mnie brak. Uważam, że warto najpierw nauczyć się wypełniać te odczuwalne braki w sobie. I wtedy jedno pełne jabłko spotyka się z drugim pełnym jabłkiem. Zatem jeśli czegoś szukasz u partnera, to najpierw znajdź to w sobie.

Jak odnaleźć tę pełnię?
Dobrze zacząć od pracy ze swoim wewnętrznym krytykiem, bo on może dużo namieszać. Najpierw będzie mówił, że jestem beznadziejny, brzydki, głupi i inne nieprzyjemne rzeczy, i że wcale nie zasługuję na miłość. Jeśli uporam się z tym, będę mógł bardziej dojrzale spojrzeć na siebie, przestanę starać się dopasować do standardów wewnętrznego krytyka, a dzięki temu nie będę musiał udawać kogoś innego przed inną osobą. Poza tym będę wtedy też bardziej akceptujący dla tej osoby. Będę mógł zobaczyć ją z jej wadami i zaletami, a nie szukać kogoś, kto spełni moje wygórowane wymagania. Szukanie ideału to powszechny problem. Konsumpcyjna natura naszej kultury przenika też do relacji, więc mamy jakby listę wymogów, które powinien spełnić partner czy partnerka. Łatwo możemy zacząć zachowywać się jak na zakupach sprzętu AGD – partner jak pralka ma mieć różne funkcje...

Chciałabym się nad tym zatrzymać. Oczywiście partner to nie sprzęt AGD, ale jednak z jakiegoś powodu wybieramy tę, a nie inną osobę.
No pewnie, ale myślę też o zostawieniu sobie takiego marginesu w miłości, że coś mi przeszkadza, ale schodzi to na drugi plan wobec innych zalet partnera. Jestem gotów być z tą osobą, mimo że np. nie sprząta po sobie czy nie ogląda tych samych seriali. Inaczej szukanie partnera może się nigdy nie kończyć. Może stać się poszukiwaniem św. Graala czy polowaniem na yeti, czyli gonieniem za czymś, czego w rzeczywistości nie ma. Wrócę jeszcze do krytyka, bo przepracowanie tego tematu to na pewno duży krok w kierunku miłości, czyli akceptowania siebie takim, jakim się jest, a więc tak samo i innej osoby. Wtedy raczej nie będę chciał jej zmieniać, będę mógł przyjąć ją czy jego takimi, jakimi są. Pamiętajmy, że plany ewentualnej zmiany, którą zakładamy od początku relacji, nie mają nic wspólnego z miłością. Są raczej wyrazem egoistycznej kontroli.

Czy możemy jakoś doprecyzować, gdzie leży ta granica między listą oczekiwań a potrzebami?
Nie potrafię precyzyjnie określić, powiedzieć, co jest realną potrzebą, a co twoim egoistycznym oczekiwaniem. Będziesz to sama wiedzieć, mając kontakt ze swoją pełnią. Wtedy związane z deficytami oczekiwania znikają i zostaje to, co naprawdę jest dla nas ważne. I w tym miejscu można się zastanowić dalej, jak szukać kontaktu z tą pełnią.

Mówimy o miłości, a w większości duchowych ścieżek rozwoju ta pełnia jest tożsama właśnie z miłością. Warto więc zadać sobie pytanie: jak mogę doświadczać miłości? Nawet niekoniecznie w związku. Szukanie odpowiedzi wspomaga każdy rodzaj pracy nad sobą: medytacja, terapia czy praca z ciałem. Ten stan miłości jest gdzieś w nas. Wystarczy pomyśleć o chwili, kiedy miłość przez nas przepływała, kiedy czuliśmy się dobrze sami ze sobą. Ciało i umysł dobrze pamiętają ten stan i czasami odrobina wysiłku pozwoli go poczuć. To doświadczenie miłości nie musi zostać wspomnieniem z przeszłości, mogę mieć do niego dostęp teraz. Czuć miłość do siebie i z tym posagiem wchodzić w relacje.

Miłość do siebie ma złe konotacje...
I szkoda! To jakieś niezrozumienie. Jeśli mam dość miłości w sobie, to się też mogę nią łatwo dzielić. Jeśli widzimy kogoś, kto kocha, akceptuje siebie, jest przez to pełen życia, to aż chce się z kimś takim przebywać. To oczywiście nie daje pewności, że się zakocham, i to z wzajemnością, że będę w relacji, ale zwiększa prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji, a na pewno zwiększa mój wewnętrzny komfort.

Inna rzecz, że trzeba sobie zadać jedno pytanie i szczerze na nie odpowiedzieć: czy to aby na pewno jest dobry moment na nową relację? Zdarzają się okresy w życiu, kiedy trudno nam budować relację, bo to jest czas na coś innego. Chociażby po zakończeniu długiego związku potrzeba trochę czasu, żeby to rozstanie naprawdę przetrawić. Formalne zakończenie wcale nie musi oznaczać, że on się naprawdę dla nas zakończył. A może jestem w procesie poważnej zmiany tożsamości, a skoro ja sam nie wiem, kim jestem, to kto wtedy wszedłby w ten nowy związek? Jeśli się akurat przepoczwarzam, to warto to zaakceptować i poczekać, aż ta zmiana się dopełni. Przecież kokon nie wchodzi w relację, trzeba zostać motylem.

Jak więc zostać motylem?
Dodam, że można jeszcze być gąsienicą i też być w relacji. Chodzi mi o to, że na różnych etapach naszego rozwoju wchodzimy w różne relacje. Mam tylko wątpliwość, czy najlepszym rozwiązaniem  będzie zaczynanie nowego związku na etapie gruntownej przebudowy. Jeśli na tego motyla spojrzymy jak na symbol kogoś, kto leci w kierunku własnej pełni, to według mnie bycie nim wymaga skontaktowania się z własną miłością, zobaczenia tego, że taki, jaki jestem, jestem w porządku i nic mi tak naprawdę nie brakuje. Czyli miłość i akceptacja, zamiast krytyki i kontroli. I znowu nie chodzi o projekt intelektualny „zostać motylem”, bo to, co się dzieje w głowie, to za mało. To, czego nam potrzeba, to ten wyświechtany, ale jakże prawdziwy kontakt ze sobą. I to się czuje, to się odnajduje w ciele.

W książce „ProcessMind: A User's Guide to Connecting with the Mind of God” Arnold Mindell opisuje pewną medytację, w której pada pytanie: „Gdzie w twoim ciele mieszka twoje najgłębsze ja?”. Ciało dużo wie, kontakt z ciałem bardzo osadza w teraźniejszości. Dlatego myślę, że praca z ciałem naprawdę pomaga w duchowej przemianie.

Dlaczego bycie tu i teraz jest tak ważne w budowaniu relacji?
Jeżeli utkniemy w wizjach przyszłości, w tym, jaki ma być nasz wymarzony partner czy partnerka, to możemy nie zauważyć kogoś, kto mógłby się okazać ważny. Możemy też odrzucić kogoś tylko dlatego, że z kolei za bardzo przypomina nam postać z przeszłości, więc „znowu będzie tak samo”. Często jest to echo pierwszej czy poprzedniej miłości, ale też oczywiście relacji z rodzicami, bo przecież to jest pierwszy wzorzec, który rzutuje na przyszłość. Im bardziej uświadamiam sobie, kim teraz jestem, kim chcę być w relacji, na czym mi zależy – tym łatwiej mi budować głębokie relacje, zamiast odtwarzać ciągle tę samą rolę.

Jak uwolnić się od takiego schematycznego działania?
Jeśli chcemy się uwolnić od przeszłych wzorców, to można się tym zająć chociażby na psychoterapii. W kwestii wchodzenia w związki pomyślałbym też o pewnych fundamentach postrzegania relacji. Czym one dla nas w ogóle są? I być może zmianie paradygmatów myślenia o nich. Po pierwsze tego romantycznego: o połówce, która szuka uzupełnienia. Po drugie, oceniania relacji w kategoriach: sukces-porażka, bo przy takim myśleniu porażka zawsze czyha za rogiem. Lepiej przeformułować myślenie na takie, że kiedy spotykam drugą osobę, to nie kombinuję od razu, czy to wyjdzie, czy nie wyjdzie, ale nastawiam się na to, co mi ta relacja przynosi, czego się dzięki niej nauczę, czego doświadczę. Między dwojgiem ludzi zachodzi reakcja, która tworzy nową jakość i zmienia tych ludzi. W tym podejściu mam więcej zgody na to, że ta relacja może się kiedyś skończyć.

Mamy tendencję do gloryfikowania początków, widzimy tę magię na starcie, ale nie widzimy jej na końcu. Jeśli więc coś się kończy, to może miało się skończyć? Może ten los, który nas połączył, teraz nas rozłącza? Tak jakby relacja miała własny „termin przydatności do spożycia”, tyle że on nie jest podany na opakowaniu, więc trzeba po prostu próbować.

Łatwo powiedzieć, że trzeba próbować...
Oczywiście trudniej to realizować, bo boimy się zranienia. Mamy za sobą ileś podobnych doświadczeń i już wiemy, że ono może się przydarzyć, więc staramy się kontrolować sytuację, trzymać gardę, żeby było bezpieczniej. To jest strategia obronna, ale takie trzymanie gardy oznacza też, że coś tracimy, blokujemy jakiś przepływ miłości między nami a drugim człowiekiem, relacja na głębszym poziomie nie może się wydarzyć. Z drugiej strony, wrócę znowu do tego, że jeśli jesteśmy w kontakcie ze sobą, ze swoim sercem, to ewentualne zranienie będzie inne. Właściwie może być nawet mniej bolesne, bo jeśli przepuścimy ból przez serce, to on w końcu minie. To podobnie jak z żałobą – czy ją naprawdę przeżywamy, czy zamrażamy się w smutku?

Wszystko sprowadza się do pracy nad sobą. A co z poradami typu: ładnie się ubierz, poczujesz się lepiej?
Nieźle byłoby też od czasu do czasu dokądś wyjść, poznać nowych ludzi, otworzyć się na nową aktywność czy założyć profil na portalu randkowym. To prawda, ale takie działania są wtórne, pierwszoplanowe jest to, kto we mnie te działania podejmuje. Czy ubiorę się ładnie, bo czuję miłość do siebie, chcę się nią dzielić, chcę kogoś spotkać, być z kimś w relacji, czy mam w sobie wielką dziurę i szukam dilera miłości? Oczywiście możesz się ładnie ubrać, najlepiej na czerwono, bo badania pokazują, że to bardziej działa. I pewnie partner się pojawi, pytanie tylko, czy to jest to, o co naprawdę ci chodzi. Wydaje mi się, że dużo ważniejsze jest dotarcie do swoich rzeczywistych potrzeb i pragnień, a potem wzięcie odpowiedzialności za swoją część związku, bez przerabiania partnera, ale i bez naginania się, udawania.

To brzmi pozytywnie: zajmij się sobą, a zwiększysz swoje szanse na prawdziwą miłość.
Jasne, bo oczywiście można narzekać na zły los albo na jakichś złych onych, ale to jest unikanie wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. A jeżeli coś chcę zrobić, to mogę zająć się tym swoim jabłkiem. I nie chodzi o to, że dopiero po osiągnięciu pełni będziemy zdolni do związku, bo mogłoby nam życia nie starczyć, ale o pewien ukierunkowany wysiłek. Rozumiem, że może zrodzić się taka obawa, że będę tak skupiony na sobie, samowystarczalny, że już nie będzie miejsca dla drugiej osoby, ale tak nie jest. Potrzeba dzielenia doświadczeń z drugim człowiekiem nie zniknie, bo bycie w relacji oznacza inną jakość.

Mateusz Ostrowski: terapeuta pracy z procesem, trener biznesu. Członek Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu. Prowadzi terapię indywidualną i dla par oraz warsztaty rozwoju osobistego. Lubi podróże na Wschód i literaturę science fiction. www.mateuszostrowski.pl