1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Dobre wyjście dla psa to TY

Dobre wyjście dla psa to TY

fot. iStock
fot. iStock
Borys Szyc wspiera kampanię społeczną „Dobre wyjście dla psa to Ty”. To akcja poświęcona problemowi bezdomnych i porzucanych psów. Aktor wystąpił w spocie promującym projekt, wyreżyserowanym przez Piotra Śliskowskiego. Obaj artyści zaangażowali się w kampanię charytatywnie, bo jak zgodnie twierdzą, chcą zachęcać Polaków do adopcji psów.

- Sam kilka miesięcy temu przygarnąłem z partnerką psa ze schroniska. Wena błyskawicznie została przyjacielem naszego domu, z którą spędzamy niemal każdą wolną chwilę – opowiada Borys Szyc. - Jej spojrzenie i bezwarunkowa miłość to najlepszy dowód na to, że warto odwiedzać schroniska dla zwierząt i właśnie tam szukać czworonożnych przyjaciół. Jest tyle niechcianych zwierzaków, które czekają na nowych właścicieli, nowy dom oraz miłość... Właśnie dlatego zdecydowałem się na udział w tym wyjątkowym projekcie i zachęcam wszystkich do adopcji psiaków – dodaje.

W ramach kampanii powstało wideo opowiadające historię niezwykłego psa Bonusa, który wychodząc ze schroniska żegna się z przyjaciółmi pozostającymi „za kratami”. Zabawna fabuła pokazująca z przymrużeniem oka rzeczywistość polskich schronisk dla zwierząt, ma skłonić Polaków do refleksji i uzmysłowić, że decydując się na posiadanie psa, jesteśmy za niego w pełni odpowiedzialni.

- Bonus w zawadiacki sposób opowiada krótkie historie swoich czworonożnych przyjaciół. Głosu udziela mu sam Borys Szyc – opowiada Rafał Olejarz z Green Bananas Production Studio, pomysłodawca kampanii. - Pracując nad tym spotem staraliśmy się nie podbijać i tak wystarczająco smutnej sytuacji, a właśnie przekornie nadać jej specyficzny charakter. Stąd zabawna charakterystyka kilku wybranych psów opowiadana widzom przez głównego bohatera. Każdy z nich otrzymał tabliczkę ze swoim imieniem i powodem, przez który znalazł się w schronisku. Niestety te błahe przyczyny często powodują, że wiele psów jest oddawanych przez swoich właścicieli – dodaje.

Do udziału w projekcie, twórcom kampanii „Dobre wyjście dla psa to Ty” udało się zaprosić wybitne postaci ze świata polskiego filmu. Poza Borysem Szycem, w akcję zaangażował się m.in. operator filmowy Piotr Śliskowski. Artysta ma na swoim koncie wiele produkcji m.in. „Mój rower”, „Czas honoru”, „80 Milionów”, „Joanna””, czy „Generał Nil”. Tym razem wyjątkowo postanowił zająć się reżyserią, a kamerę przekazał swojemu wychowankowi – Mateuszowi Zwolińskiemu.

Spot powstał w Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie pod Warszawą. Jak podkreśla dyrektor tej placówki, Łukasz Balcer, każdy zwierzak mieszkający w schronisku czeka na nowego właściciela. I mimo że w Celestynowie pracują ludzie pełni pasji i zapewniający zwierzętom najlepszą opiekę, nic nie zastąpi im prawdziwego domu.

Za produkcję odpowiada Green Bananas Production Studio.

Materiał wideo:

  • YouTube:
  • Facebook:
 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Tresować czy wychować - jak postępować z psem

Pomiędzy psem a właścicielem często występuje niemal metafizyczna więź. (Fot. iStock)
Pomiędzy psem a właścicielem często występuje niemal metafizyczna więź. (Fot. iStock)
Gryzie, niszczy, szczeka, boi się? A kiedy się z nim bawisz, czym go karmisz? Jak ty radzisz sobie z własnym lękiem czy złością – pyta psia psycholożka Anna Gadomska.

W okolicach parku zepsuł mi się samochód. Podeszłam do grupy ludzi z psami, prosząc o pomoc. Brązowy pitbul rzucił się na mnie, a ja poczułam, że to nie on, ale mężczyzna trzymający smycz czuje złość. Czy to możliwe, że pies przejmuje emocje właściciela?
Pies bywa reprezentantem właściciela i może wręcz czuć się do agresji zobowiązany, bo wyczuwa bezbłędnie to, co my czujemy. Emocje zmieniają nasz zapach, oddech, rytm serca, a psy mają węch i słuch doskonały. Pies musi mieć jednak predyspozycje, aby przejmować agresywne emocje. Pitbule są miłe dla ludzi, ale mogą być takim medium. Bonzo, także pitbul, był agresywny nawet w stosunku do podrastającej córki swoich opiekunów i dlatego zostałam przez nich poproszona o pomoc. Dom na uboczu, gdzie mieszkał, wszyscy omijali, jak się wydawało, z jego powodu. Tymczasem Bonzo był tylko delegatem problemów rodziny. Jego państwo byli niechętni bliźnim, choć sobie tego nie uświadamiali. Bonzo łapał zębami, ale nie przebijał skóry, tylko unieruchamiał człowieka – kontrolował tak otoczenie. Tak robią psy niepewne siebie i agresywne. Stąd te mity o psach, które wpuszczają gości, ale już nie wypuszczą. Jak ktoś siedzi w bezruchu, czują się pewnie, ale kiedy ktoś się poruszy, odczuwają to jako zaburzenie swojej przestrzeni i atakują. Bałam się tego psa i, powiem szczerze, tych ludzi też. Pies podchodził do mnie co chwila cały nabuzowany. Sprawdzał, prowokował wzrokiem, a domownicy patrzyli na mnie z niechęcią. Czasem ci, którzy mają konfliktowego psa, tylko po to wzywają psiego psychologa, żeby dostać potwierdzenie: „Nic się nie da zrobić”. Nie chcą refleksji: „Może warto zmienić coś w państwa zachowaniu i nastawieniu wobec Bonzo?”. I kiedy zaproponowałam konkretną pracę, stracili zainteresowanie.

Ale są chyba psy agresywne, choć ich właściciele tacy nie są?
Mam w terapii psy agresywne mające cudnych właścicieli. Czasem muszą brać leki, bo w sytuacji stresowej wpadają w amok i nie można im pomóc metodami psychologicznymi czy behawioralnymi. W wypadku agresji psa liczą się rasa, geny i przeżycia, a nawet jego dieta. Pobudliwość wzrasta na diecie wysokobiałkowej, np. suchej karmie dla psów sportowców. Jeśli je ją pies kanapowiec, to energia go roznosi. Kiedyś uważano, że pies je raz dziennie. Tak, jeśli ma w misce surowe mięso i warzywa, które długo się trawią. Jeśli to sucha karma, może czuć rozdrażnienie, kiedy spada mu poziom cukru. Niedobrze też, jeśli pies za dużo biega za piłką. Po dziesięciu godzinach w domu ma w parku sto razy pobiec za nią? To go pobudza. Bieganie to zachowanie z sekwencji łowieckiej. Pies po powrocie do domu pada wyczerpany, ale nie uspokojony.

Rzucać więc czy nie rzucać?
Rzucać, ale nie sto razy. Psy się uzależniają od piłki, mam takich pacjentów. Ważne też jest to, jak się z psem bawimy w przeciąganie, które nawiązuje do wspólnego rozszarpywania ofiary, czyli przyjemności, zapowiedzi jedzenia. Dlatego nie wyrywajmy psom na siłę zabawki. Różnica między zabawą a rywalizacją tkwi w nastawieniu właściciela. Jeśli ten nie pozwala psu zabrać piłki, to pies uczy się, że ona jest cenna. Gdy nigdy nie może jej zdobyć, staje się psem niepewnym siebie. Tłamsi w sobie negatywne emocje. Im częściej będziemy psu pozwalali zabrać zabawkę, tym szybciej się zorientuje, że sama zabawka jest nudna i służy tylko do wspólnej zabawy.

Psy przejmują od właścicieli tylko agresję czy także inne emocje?
Pomagałam właścicielce pudelka, który miał lęk separacyjny. Gdy za jego panią zamykały się drzwi, strasznie rozpaczał i niszczył wszystko. Podczas wywiadu okazało się, że wychodząc z domu, kobieta miała w sobie wiele lęku: jak ten mój piesek ma sam zostać!? To ona, a nie on, nie przecięła pępowiny. Świadomie chciała zostawiać psa i iść, ale nieświadomie cieszyła się, że ją tak kocha, że tak rozpacza. Chciała, żeby pies miał lęk separacyjny, bo jej mąż, który był w ciągłych rozjazdach, nie przeżywał rozłąki z nią. Proponuję w takiej sytuacji właścicielom: jeśli nie dacie rady sami siebie przekonać, że ani wam, ani waszemu psu nie dzieje się krzywda, kiedy zostaje sam, skorzystajcie z pomocy psychoterapeuty, tak jak korzysta z niej wasz pies.

Czy zawsze pies wyraża lęk właściciela, gdy rozpacza i niszczy, czy bywają też psy, które po prostu mają lęk separacyjny?
Psy mają problem separacyjny. Przyczyn jest wiele, jedną z nich może być zbyt wczesne zabranie szczeniaka od suki, co zaburza poczucie bezpieczeństwa. Mam klientów, którzy mają yorka z takim problemem. Udało się nam przyzwyczaić go do tego, że wychodzą do pracy. Ale jeśli wieczorem chcieliby jeszcze iść do kina, to dla tego psiaka już za dużo. Nie ma sensu próbować z nim pracować, bo on nie da rady dłużej zostawać sam. Na szczęście oni to zaakceptowali i gdy chcą wyjść wieczorem, prowadzą go do teściowej. Nadal też pracują nad jego pewnością siebie, m.in. ucząc go tropić. Ten piesek, jeśli uda mu się odnaleźć „zaginioną osobę”, jest taki dumny: uśmiechnięty pysk, ogonek do góry, rozgląda się na boki, czy wszyscy widzą, jaki jest świetny. Właścicielom psów separacyjnych proponuję, aby zrobili też budkę, zgromadzili w niej zabawki, żeby pies miał w domu miejsce, w którym czuje się super. Proponuję także masaże relaksacyjne, kojarzone z muzyką i olejkiem zapachowym. Po krótkim czasie sam zapach i muzyka koją psa.

Bajka, owczarek niemiecki, niszczyła nawet tapety. Próbowałam ją wybiegać, ganiałam za rowerem godzinami...
Próbujemy spożytkować energię psa, zamiast ją wyciszać. Pies po biegu jest na tak wysokich emocjach, że dużo trudniej mu zostać samemu. Gdyby był na spokojnym spacerze, na którym węszyłby, spotkał psiego kolegę, odniósł jakiś sukces, na przykład znalazł schowaną zabawkę, byłoby to łatwiejsze. W wypadku niszczenia ważne, czy przyczyną jest lęk, nuda, a może rygoryzm. Pamiętam boston teriera, który imprezował pod nieobecność właścicieli. Na nagraniu widać było, że piesek cieszy się, że poszli. „Wreszcie nikt mi nic nie każe i porobię fajne rzeczy”. Chłopak się realizował, kiedy zostawał sam. Potrzebna mu była podpowiedź: w co się bawić? Zabawki, z których pies musi wydobyć jedzenie, smakołyki ukryte w rolce po papierze toaletowym, gryzak w kartonie. Psy uwielbiają zdobywanie pożywienia. To dużo ciekawsze niż pełna micha.

Mówisz o psach jak o ludziach, jakby miały takie same emocje, ambicje i lęki jak my. Mają nawet potrzebę bycia sobą. Nauczyła mnie tego Tosia, pies rasy pierwotnej, a więc zwierzak niezależny. Chciałam, żeby Tosia była karnym owczarkiem. Nic z tego. Pamiętam pierwszy raz, kiedy nawiązałam z nią relację. Znalazłam ślimaka i pokazałam palcem: „Tosia, zobacz, co to jest?”. Podeszła, powąchała i po raz pierwszy spojrzała na mnie z uznaniem: „Nie jest taka głupia, umie znaleźć ślimaka. No, może się jakoś dogadamy”. To była dla mnie lekcja, że są psy, którym trzeba pozwolić być sobą i tylko tak można z nimi zbudować relację – pokazując, że ze mną może być fajnie. Psychoterapeuta ludzi musi przejść swoją terapię, by pomagać innym. Moja psychoterapia pomaga mi lepiej rozumieć zwierzaki, bo one czują i mają potrzeby jak my i mówią nam o nich na swój sposób. Tosia na przykład przyszła kiedyś podczas imprezy do salonu i położyła się na środku parkietu, jakby mówiła: „Koniec zabawy”. Ja jestem panią od psich emocji, a nie tylko od psich zachowań, czym zajmuje się trener behawiorysta. Jeśli pies szczeka, on go posadzi i będzie nagradzać dobre zachowanie. A ja skupię się na ugładzeniu jego emocji, bo wtedy zmieni się zachowanie psa, i to trwale. Jeśli szanujemy przestrzeń psa, nie narzucamy mu obecności ludzi, zacznie być spokojniejszy. I wtedy dopiero będzie czas na relacje z psami i ludźmi.

Powoli. Nic na siłę. Jeśli pracujemy tylko nad zachowaniem, to mamy bombę zegarową. Pies kontroluje zachowanie, ale wewnątrz emocje buzują.
Po co zajmować się emocjami psów? Psy się tresuje – tak powie wielu.
Żeby pies był szczęśliwy, a skoro jest członkiem naszej rodziny, to mu się należy. Bywa to niemożliwe, jeśli nie zastanowimy się nad jego emocjami. Brudzi w domu, a tresura nie pomaga? Kama została przywieziona ze wsi i kiedy nowi właściciele stawiali ją na trawniku przy Marszałkowskiej, robiła pod siebie ze strachu albo nie mogła zrobić i załatwiała się w domu. Panicznie bała się miasta, a oni tego nie rozumieli, bo atakowała psy i ludzi, więc nie wyglądała na przerażoną. Zaczęliśmy pracować nad tym, żeby poczuła się pewniej i przyzwyczaiła do hałasu. Po kilku miesiącach dostałam zdjęcie: właścicielka na rowerze w parku, a za nią biegnie Kama. I podpis: „Wreszcie jest taka, o jakiej marzyłam”.

Wolno spać w jednym łóżku z psem? Czy nie zacznie wtedy nad nami dominować?
Pies pierwszy nie powinien wchodzić do mieszkania ani jeść... Słyszę te i podobne obiegowe opinie, wynikające z teorii dominacji, która zdaje się nie mieć podstaw – jak uznał jeden z jej prekursorów, behawiorysta John Fisher. Ta teoria wzięła się z obserwacji wilków, i to w sztucznie stworzonych grupach. Od kiedy jednak obserwujemy wilki w naturze, wiemy, że stado tworzą samiec i samica alfa (choć odchodzi się już od nazwy alfa, zastępując wyrażeniem „para rodzicielska”). Pozostali to ich dzieci. Nikt się więc poza parą alfa nie rozmnaża, bo to rodzina. Co więcej, samiec wcale nie zawsze przewodzi i nie zawsze pierwszy je upolowaną zwierzynę. A więc gdzie tu dominacja? Pies jednak jak każda istota potrzebuje schematu, rutyny i albo śpi w łóżku z właścicielem, albo nie. Zasady są po to, by czuł się bezpiecznie.

Ale pies uważa, że jest szefem, skoro nie chce zejść z mojego fotela i jeszcze na mnie warczy?
A dlaczego chcesz go zgonić? Gdyby tam siedział człowiek, też byś próbowała? Możemy nauczyć psa: zejdź, albo: na miejsce. Jeśli nie słucha, może wyczuwa słabość właściciela i instynkt każe mu przejąć kontrolę. Jeśli jest agresywny, warczy, to nie rozumie, dlaczego go spychasz. Nie chce być tak traktowany. Jesteśmy tym, kto psa wychowuje, a nie tresuje. Nauczyłam się respektować zachowanie psa i jak warknie, myślę: „Nie chcesz w tej chwili kontaktu”, i próbuję ten kontakt nawiązać później, inaczej. Miałam kiedyś psa z meliny, kiedy go przytulałam, warczał. Dałam mu przestrzeń, a potem znów go tuliłam. Nic nie było złego w jego warczeniu. Nie wiadomo, kto i co mu zrobił. Po prostu ostrzegał: „Oj, nie mam ochoty na kontakt”, a ja to respektowałam i dzięki temu po kilku miesiącach pozwalał mi na wszystko.

Konflikty z rezydentem, czyli jak wprowadzić nowego psa do domu. Znam taki sposób – podajemy każdemu z psów miskę z żarciem w jednej chwili.
Ja aranżuję spotkanie na neutralnym gruncie, najlepiej, kiedy psy mogą same chcieć podejść do siebie. Potem kilka spacerów, żeby pomyślały: „Aha! Tego to znam. Jest OK”, a potem dopiero wspólnie idziemy do domu. Można też, jeśli chcemy, iść do schroniska i wybrać kilka psiaków, a potem przyjechać ze swoim i iść na spacer. Który piesek najbardziej przypadnie mu do serca, tego weźmy.

Wiedza książkowa czy intuicja decyduje o komunikacji z psem?
Tosia nie przychodziła z ogrodu, kiedy ją wołałam. Miała ważniejsze sprawy. Zaczęłam robić tak, jak poradziła Alexa Capra, włoska trenerka. Wołałam Tosię, a potem wyobrażałam sobie, że wraca z ogrodu. I tak się zaczęło dziać. Jest coś między nami i psami metafizycznego, ja to czuję, ale nie mam na to argumentów naukowych.

Anna Gadomska psycholożka zwierzęca, behawiorystka; współpracuje z Fundacją Azylu pod Psim Aniołem i Wolontariatem na rzecz Zwierząt Dotkniętych Bezdomnością „Pies na Zakręcie”. Najbardziej w zachowaniu psów interesuje ją sposób, w jaki potrafią komunikować się z ludźmi. Prowadzi konsultacje behawiorystyczne, zajęcia z tropienia i zajęcia dla psów z problemami.  

 

  1. Psychologia

Czego możesz nauczyć się od swojego psa? Przede wszystkim okazywania miłości

Żyjemy w błogim przekonaniu, że jesteśmy mądrzejsi od zwierząt... A jednak tak wiele możemy się od nich nauczyć. (fot. iStock)
Żyjemy w błogim przekonaniu, że jesteśmy mądrzejsi od zwierząt... A jednak tak wiele możemy się od nich nauczyć. (fot. iStock)
Żyjemy w błogim przekonaniu, że jesteśmy mądrzejsi od zwierząt... A jednak tak wiele możemy się od nich nauczyć. Choćby życia bez fochów i umiejętności wybaczania. Nade wszystko jednak, jak pisze psycholożka Hanna Samson, powinniśmy brać przykład z tego, jak okazują nam miłość. 

Wracasz do domu, pies cieszy się na twój widok, i to jak! Merda ogonem, wydaje najróżniejsze dźwięki, podskakuje, często skacze na ciebie, to nieco utrudnia życie, jeśli masz ciężkie torby, więc go karcisz, ale tak naprawdę jest to bardzo przyjemna chwila. Nastrój ci się poprawia, czujesz, że jesteś kochana, ważna, wspaniała, potrzebna! Jak często czujesz to w kontaktach z ludźmi? Gdy dzieci są małe, też się cieszą, kiedy wracasz, potem nawet nie wychodzą ze swojego pokoju. Mąż albo partner lub partnerka? Pewnie się trochę ucieszy, jeśli akurat jest w domu, ale żeby aż tak? Nie będzie żadnego merdania czy podskoków, miło, jeśli wyjdzie do przedpokoju, by cię przywitać. Czy wiesz, że szympansy całują się na powitanie? Mają taki obyczaj jak my. Ale i im, i nam daleko do psa, który cieszy się całym sobą.

Czysta radość

Rozmawiałam niedawno z koleżanką o jej problemach w relacji z synem. Syn jest już dorosły, ale nadal zbuntowany, ma jej za złe, że nie czuł się kochany jako dziecko. Ona ma wciąż poczucie winy i próbuje go jakoś przebłagać. – Co takiego zrobiłaś, że czujesz się winna? – zapytałam. – Sęk w tym, czego nie zrobiłam. Nie okazywałam mu miłości, choć dbałam o niego. Byłam surowa, krytyczna, wymagająca, a on ciągle robił coś nie tak. Rzadko kiedy byłam z niego zadowolona, bo nie spełniał moich oczekiwań, nawet rzadko się do niego uśmiechałam. Jak chciałam go przytulić, to mnie odpychał, więc przestałam próbować, a on coraz bardziej się oddalał. Nie wiem, co mogę zrobić, żeby to zmienić.

W gruncie rzeczy wystarczy tak niewiele, żeby okazać komuś miłość. Ucieszyć się na jego widok jak pies, jeszcze zanim zapytamy, czemu tak późno, czy kupił to, co miał kupić, czy pamiętał o tym czy tamtym. To wielkie szczęście mieć bliską osobę, z której powrotu możemy się cieszyć, nie warto sobie i jej tego żałować! Jeśli nasza radość działa na innych tak jak psia, nasi bliscy pewnie też trochę jej z siebie wykrzeszą. Po latach nie będzie trzeba szukać ścieżek dojścia do siebie nawzajem, będą przetarte.

Chyba wszyscy marzymy jak Bridget Jones, żeby ktoś kochał nas takimi, jacy jesteśmy. Nie oceniał, nie krytykował, nie porównywał z innymi, wspierał nas nawet wtedy, gdy damy plamę, a może przede wszystkim wtedy. Aby wybaczał nam, kiedy zrobimy coś nie tak, nie obrażał się, nie wypominał, żeby rozumiał nas i akceptował z tym wszystkim, co w nas fajne i nie. Marzymy o tym, ale zwykle skąpimy innym takiej postawy. I tu znów warto spojrzeć na psa. Psia miłość jest absolutna i bezwarunkowa, okazywana nam przy każdej okazji. Żadnych fochów, obrażania się (no może czasem, gdy na zbyt długo wyjedziesz), żadnego wypominania, że spacer za krótki, że znowu nie chcesz grać w piłkę, bo pracujesz.

Fajnie, że jesteś

Pies kocha nas z naszymi ograniczeniami albo mimo nich i nie próbuje nas zmieniać. Owszem, próbuje zachęcać do wyjścia na spacer, do zabawy, ale rozumie, gdy powiemy „nie”. Próbuje skłonić, byśmy spojrzeli mu w oczy, bo wtedy szybciej zrozumiemy, o co chodzi. „Spójrz, tu leży piłka, czy możesz ją kopnąć? Nie? Dobrze, poczekam, może później będziesz miał ochotę”. Pies godzi się z tym, że nie wszystkie jego życzenia są spełnione i niezmiennie nas kocha. Wybacza nam nasze zaniechania i zły humor. Nam też zwykle łatwo przychodzi kochać psy miłością bezwarunkową, ale ludzi? I tego warto się uczyć od psów. Rzecz nie w tym, żeby nie krytykować, ale w tym, żeby okazywać akceptację.

Z dzieciństwa pamiętam dowcip o chłopcu, który nie mówił. Jego rodzice się bardzo martwili, bo miał już siedem lat i nie powiedział słowa. Pewnego dnia cała rodzina siedziała przy obiedzie i nagle chłopiec przemówił, nie pamiętam dokładnie, co powiedział, ale umówmy się, że: „Ziemniaki są rozgotowane”. Wszyscy zerwali się od stołu, zadziwieni, wzruszeni, szczęśliwi, mama wykrzyknęła: „Synku, ty mówisz?” „Tak”. „Dlaczego do tej pory nie mówiłeś?” „Bo dotąd wszystko było w porządku”.

Ten dowcip przypomina mi się czasem, gdy słucham rodzinnych rozmów. Nieważne, kto z kim rozmawia, mama z dzieckiem, tata z mamą, dziecko z tatą, często więcej tam komunikatów krytycznych, pouczeń, strofowań, niezadowolenia niż zwyczajnej akceptacji. Kiedy dzieje się dobrze, zwykle nie mówimy nic. Jasne, że nie dotyczy to wszystkich, ale co jakiś czas warto posłuchać samego siebie. Co najczęściej mówię swoim bliskim? Jakie uczucia im przekazuję? Jak często się do nich uśmiecham? Pies wiele razy dziennie przekazuje nam informację: „Fajnie, że jesteś!”. Gdybyśmy wzorem psa częściej przekazywali ją sobie nawzajem, życie byłoby przyjemniejsze.

– Dlaczego ja mam być dla niego miła, skoro on jest dla mnie niemiły? – zapytała mnie niedawno kobieta, która nie jest zadowolona ze swojego związku, a właściwie stylu komunikacji z mężem. Mało rozmawiają, nie zwracają nawzajem uwagi na swoje potrzeby, głównie ustalają, co kto ma zrobić, i rozliczają się z tego. Mąż zapomniał o jej urodzinach, więc ona też „zapomniała” o jego, mąż robi sobie herbatę i nie zapyta, czy ona też by chciała, więc ona też nie pyta i tak dalej. – Po to, żeby coś zmienić. Rozumiem, że ten sposób komunikacji ci nie odpowiada? –  Jemu pewnie też nie odpowiada! Niech on się trochę wysili! – rzuca bez wahania.

Pies nie czeka, aż będziemy mieć dobry humor i zwrócimy na niego uwagę, często sam inicjuje 
interakcję. Podchodzi, merdając ogonem, sprawdza, czy mamy ochotę go pogłaskać. Nie? Jeszcze raz próbuje. „Naprawdę nie masz ochoty na kontakt ze mną?” Jeśli naprawdę nie masz, to odchodzi, za jakiś czas spróbuje znowu. My wolimy unosić się honorem, jak on tak, to ja też tak, żeby sobie nie pomyślał… nie wiem czego? Że zależy ci na tym związku i dobrej atmosferze? Ale przecież ci zależy i nic w tym złego. Często wystarczy zacząć od siebie, żeby zmieniły się nasze relacje z bliskimi, ale rzadko chcemy to sprawdzać.

– A jeśli się nie wysili? – dopytuję. – Ja się nie będę przełamywać, niech będzie tak, jak jest! – pada odpowiedź. Szkoda. Czasem warto uwolnić w sobie psa, który potrafi dbać o dobry kontakt z ludźmi. Wierzę, że wszyscy mamy w sobie taki psi kawałek, który bez sensu ukrywamy przed bliskimi.

Uważność wcielona

A skoro mowa o uwalnianiu psa, spójrzmy na psa spuszczonego ze smyczy. Biega, tarza się, zaczepia inne psy, a przede wszystkim cieszy! W tym czasie zdaje się myśleć tylko o tym, jak dobrze jest żyć! Jest cały w „tu i teraz”. A my co robimy na spacerze? Dobrze, jeśli nie grzebiemy w komórce i w ogóle widzimy, co jest wokół. Ale nasze myśli rzadko są tylko tu, gdzie jesteśmy. Rozpamiętujemy przeszłe zdarzenia, myślimy o tym, co musimy zrobić, bierzemy przeszłość i przyszłość na spacer, zamiast jak pies ucieszyć się tym, co jest. A gdyby tak spróbować pobiegać z nim razem, poturlać się z górki, powyrywać patyk? Biegamy na rozmaite zajęcia relaksacyjne, nie mówię, że to źle, ale gdybyśmy potrafili uwalniać w sobie psa, nie bylibyśmy wiecznie tacy spięci.

Psy cieszą się, ale i martwią razem z nami, gdy jesteśmy smutni, biorą na siebie nasze stresy. Badania wykazały, że poziom kortyzolu u psa jest taki sam jak u człowieka, którego kocha. Stresujesz się? Twój pies też. Więc nie rób mu tego! Lepiej poganiajcie się razem po parku! Uczmy się od psa spontaniczności, zamiast kontrolować każdy krok. Na spacerze pies także bada świat, chodzi i węszy, podąża za różnymi zapachami, wbiega w różne alejki i krzaki, chętnie poznaje nowy teren. Od psa warto się uczyć ciekawości świata, która z wiekiem zwykle u nas słabnie. A przecież ci, którzy są ciekawi świata, mają większe poczucie sensu życia, mniej rzeczy budzi ich lęk i opór, mają szansę ciągle się rozwijać, zamiast zastygać w sztywnych przekonaniach.

A po spacerze pies pije wodę i kładzie się spać. W tym też warto go naśladować, bo osoby, które ucinają sobie drzemki w ciągu dnia, są o 37 proc. mniej narażone na śmierć z powodu chorób serca, mają lepszą koncentrację i wyższą wydajność w pracy. A kiedy pies już się obudzi, przeciąga się kilka razy, najpierw w łóżku, leżąc na plecach, potem już na podłodze robi psa z głową w górę i w dół, i znowu w górę, nim pójdzie biegać. Psy w ogóle potrafią dbać o siebie, to nie jest tak, że chcą się nam przymilać, zapominając o własnym komforcie. Skąd! Pies zwykle kładzie się na środku łóżka, trzeba go prosić, żeby się przesunął, jeśli nie chce, to musisz zmieścić się obok. Pies pojawia się zawsze tam, gdzie jemy, licząc na to, że i on dostanie. Domaga się pieszczot i zabawy, kiedy ma na to ochotę, nie czeka biernie na łaskę pańską, i tego też warto się od niego uczyć.

Wiele z nas boi się stawiania granic, bo innym będzie przykro, nie będą nas lubić i tak dalej. Spójrzcie na koty – słyną z umiejętności stawiania granic, co budzi nasz szacunek i nie zmniejsza sympatii do nich. Pies też potrafi stawiać granice, robi to jednak inaczej. Na przykład większe psy nie lubią być brane na ręce i jasno to komunikują. Zbliżasz się do takiego, on wyczuwa twoje intencje i odskakuje o krok, merdając ogonem. Ten ogon to jego zadbanie o relację – „Bardzo cię lubię, nie chcę jedynie, żebyś mnie brał na ręce” – zgodnie z zasadami asertywności. Psy potrafią cieszyć się drobiazgami. Warto się od nich uczyć doceniać to, co jest, każdą chwilę.

Mogłabym tak pisać i pisać, ale przecież wszystkiego możesz się sam nauczyć od swojego psa. Nie masz psa? Nic straconego. Wiele zwierząt czeka w schroniskach, żeby podzielić się z tobą sztuką życia.

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.

  1. Styl Życia

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.