1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak medytować w ruchu? Rozmawiamy z nauczycielką metody 5Rytmów

Jak medytować w ruchu? Rozmawiamy z nauczycielką metody 5Rytmów

Joanna Hussakowska, certyfikowana nauczycielka medytacji w ruchy 5Rytmów (Fot. Agnieszka
Kulesza i Łukasz Pik / Das Agency)
Joanna Hussakowska, certyfikowana nauczycielka medytacji w ruchy 5Rytmów (Fot. Agnieszka Kulesza i Łukasz Pik / Das Agency)
Taniec może być jednym ze sposobów medytacji. Intuicyjny ruch wyzwala z ciała ukryte w nim, często nieświadome emocje. O terapii tańcem opowiada Joanna Hussakowska, certyfikowana nauczycielka medytacji w ruchu 5Rytmów, aktorka. Na jej zajęciach Polki w tańcu zrzucają z siebie codzienne kłopoty. I… staniki.

Ma alergię na farmazony o duchowości, nie bardzo ufa umysłowi. – Wierzę w oddech i taniec, w uzdrawiającą moc poruszonego ciała – mówi Joanna Hussakowska. Krakowska podstawówka, sala gimnastyczna. Jest nastrojowo, ciemno, pod oknem mnóstwo kolorowych palących się świec. W ich świetle kilkadziesiąt osób, kobiet i mężczyzn, kołysze się, buja, kręci w rytm transowej muzyki. – Ruszcie stopami, dajcie szansę piętom. Pięty! Mocno! Niech obudzą się palce, śródstopie, kostki – Joanna mówi niskim głosem. Trochę jakby wydawała rozkazy. – Z natury jestem żołnierką, choć czasem mimo woli – uśmiecha się. Ponad dekadę temu na pogrzebie męża, znanego reżysera Bogdana Hussakowskiego, z trójką dzieci u boku wyglądała i zachowywała się jak G.I. Jane. Nawet jej płaszcz przypominał szynel. I ta wojskowa postawa. Ani jednej łzy, twarz jak maska, ściśnięty, twardy brzuch. W sumie nic wyjątkowego. Wiele osób podczas pogrzebu najbliższej osoby nie płacze, nie szlocha. – Ich emocje są zamrożone, umysł mówi: „Ani się waż rozpłakać, bo się nie ogarniesz i rozsypiesz w pył”.

Dziś Hussakowska wie, że płacz to jedna z najpełniejszych form terapii i autoterapii. Zdarza się jej opłakiwać problemy, płacze przy tym jak bóbr. – Łapie mnie na przykład potworna tęsknota za Bogdanem. Za burzliwym i fascynującym życiem z nim. Co więc robię? Kładę się na podłodze i ryczę. Mam to szczęście, że mogę.

Misja w więzieniu

Bo, o czym dowiedziała się całkiem niedawno, nie wszyscy mają prawo do słabości. Kiedyś poszła ze swoimi warsztatami do krakowskiego zakładu karnego. Misja: wesprzeć kobiety, często tęskniące nie tylko za wolnością matki, żony, kochanki. Puściła muzykę, zrobił się klimat, wszystko zagrało. Wcześniej wyjaśniła, na czym polega praktyka, na którą chce je namówić. Że autorką popularnej w świecie dynamicznej medytacji jest nieżyjąca już amerykańska tancerka Gabrielle Roth. To właśnie Roth w latach 60. zauważyła, że improwizowany, intuicyjny ruch, swobodny taniec bez ustalonych kroków (ale w odpowiednich, następujących po sobie rytmach) wyzwala z ciała ukryte w nim, często nieświadome emocje. Wyzwala też nietuzinkowe zachowania: jedni podczas medytacji w ruchu wpadają w konwulsje, inni krzyczą, płaczą, jeszcze inni chowają się w kącie, byle przeczekać. Ostatecznie 5Rytmów przynosi zazwyczaj harmonię i spokój.

Joanna nie wie, czy więźniarki uwierzyły w siłę jej argumentów, czy może zrobiły to z nudów, w każdym razie zaczęły się ruszać i kołysać. I nagle jedna szepnęła w stronę Joanny, że ma wielką ochotę się rozpłakać. – Płacz, Kaśka, płacz – poradziła serdecznie prowadząca. A kobieta na to, że jak się rozbeczy, jak te inne zobaczą jej łzy, to będzie musiała się zaraz potem powiesić. Za kratami nie można okazać miękkości. Okażesz – zjedzą cię, zadziobią. Lepiej od razu umrzeć.

– To przykład na to, że nie ma jednej recepty na wszystko, że ciągle muszę być pokorna wobec okoliczności, czujna, by komuś nie stała się krzywda – tłumaczy Joanna.

Tej wiosny planuje na Mazurach kolejne już warsztaty pod prostym hasłem „nagość”. – Znowu młode i stare, chude i te z biustami jak dynie, wprost z zajęć tanecznych będziemy wskakiwać gołe i szczęśliwe do jeziora. Na początku będziemy się pewnie zachowywać jak małe podglądaczki, zawsze się przecież na wstępie porównujemy, zestawiamy, która ma czegoś więcej, która czegoś mniej, ale po dwóch dniach nie będziemy nawet zauważać, że przechadzamy się na łące bez majtek. Po co to wszystko? Po to, by udowodnić sobie i grupie, że nagość jest naturalna, święta, że nie powinnyśmy się wstydzić swoich ciał. A się wstydzimy. Kobiecie w Polsce łatwiej się rozebrać przed mężczyzną niż przed siostrą, przyjaciółką, nawet matką. Kobieta widzi tylko niedoskonałości, pęknięcia, zwisający brzuch, za grube łydki. Po kilku dniach warsztatów przestaje jednak patrzeć na siebie jako na wytwór kultury i masowej wyobraźni. Dostrzega urok w każdej swojej fałdce, bo to jej fałdka, jej ciało, taka po prostu jest, inna być nie powinna. To się nazywa uzdrowienie swojej relacji z ciałem – podsumowuje nauczycielka.

Ładna dupa w szóstym rzędzie

Sama Hussakowska, urodzona 56 lat temu w Pile, nigdy nie miała problemu z rozebraniem się publicznie. Jej najpoważniejszym kłopotem było… ustanie w miejscu. Od dziecka kręciła się w kółko jak derwisz. Rady i prośby w stylu: „Dziecko, uspokój się”, „odpocznij”, „usiądź na chwilę, bo się przeziębisz” – pozostawały bez rezultatu. W cuglach zdała egzaminy do łódzkiej filmówki. Na trzecim roku Hussakowski, dyrektor Teatru im. Jaracza w Łodzi, zaprosił ją do roli Młodziakówny w reżyserowanej przez siebie „Ferdydurke”. – Tańczyłam tam nago, co wywołało szczerą obrazę u mojego ówczesnego chłopaka rzeźbiarza. Nie mógł znieść, że pokazuję innym piersi. Uważał je za swoją własność. A ja czułam się w tej nagości wolna jak ptak. Ostatecznie została aktorką Teatru Jaracza po tym, jak dyrektor Hussakowski na pytanie, czy ją zaangażuje, stwierdził: „A co tam, ładna dupa w szóstym rzędzie zawsze mi się przyda”. – To było mocno seksistowskie, ale wtedy patrzyłam na „Husia” jak na półboga, nie siedziałam w żadnym szóstym rzędzie, grałam co wieczór. Byłam bardzo szczęśliwa. Ostatecznie Bogdan zaangażował mnie do roli w „Niebezpiecznych związkach”. Zagrała niewinną Cecylię, którą uwodzi wicehrabia de Valmont. Miało to szczególne konsekwencje. – Skończyło się skandalem towarzyskim, bo po upojnej pospektaklowej nocy postanowiliśmy się z „Husiem” jak najszybciej pobrać – wspomina. Miała 25 lat, on 47. – Ale to była tylko różnica wieku, nic więcej, oglądaliśmy te same filmy, czytaliśmy te same książki, byliśmy jak dwie strony tego samego medalu. Plotkowano, że chcę zrobić karierę przez młody tyłek, a ja zwyczajnie byłam zakochana po uszy. Z wzajemnością. Zaczęliśmy planować dzieci, co najmniej dwójkę.

Krakowska konserwa

Pierwszy w 1991 roku urodził się Jan. Hussakowski reżyserował sztuki w Paryżu, ale też w Moskwie, rodzina żyła na walizkach. Ostatecznie mąż Joanny objął fotel dyrektora Teatru im. Słowackiego w Krakowie. – I wtedy na własnej skórze przekonałam się, co naprawdę oznacza krakowska konserwa, by nie powiedzieć zgnilizna. Nie zaakceptowano mnie. Na każdym kroku dawano do zrozumienia, że jestem względnie tolerowana jedynie przez swoją pozycję. Tymczasem Bogdan wcale nie obsadzał mnie w najlepszych rolach. Chciał być sprawiedliwy, aż za bardzo. Faktem jest, że gdy urodził nam się syn i tak musiałam zwolnić. Potem na świat przyszła Zosia. Kiedy miała pół roku, Bogdan dostał udaru, przeżył śmierć kliniczną, umierał na moich rękach.

Nigdy nie zapomni, jak na korytarzu krakowskiego szpitala, czekając na wiadomości o mężu, usłyszała od pielęgniarki: „Pani wie, że on może w każdej chwili umrzeć”. Była wykończona, przerażona. I nagle spojrzała w szybę szpitalnych drzwi. Zobaczyła w niej swoje odbicie. Powoli, potem coraz szybciej zaczęła się kołysać, tańczyć. Ból łagodniał, zamieniał się w spokojną akceptację. Pamięta, że zaczęła wtedy coraz mocniej przyciskać stopy do ziemi.

Hussakowska zauważa, że stopy w medytacji w ruchu są ważne, może najważniejsze. – To one uziemiają, sprawiają, że ma się poczucie istnienia tu i teraz. Znasz ludzi, którzy wszystko gubią, ciągle są roztrzepani, zapominają, że mają odebrać dziecko z przedszkola, spóźniają się na samolot? To właśnie ci, których stopy są zbyt lekkie, chybotliwe…

Ale są także ludzie uziemieni za mocno. – Krakuski, Ślązaczki tańczą w miejscu, trudno im ruszyć w salę, bo są silnie zakorzenione w swoich światach, we Wrocławiu, w Warszawie ruch na sali dla odmiany jest nieopisany. Za to karki uczestników, ich ramiona zazwyczaj sztywne, bo w Warszawie trzeba się kontrolować, nosić głowę wysoko, na wszystkie sposoby pokazywać, że się jest kimś ważnym – śmieje się. Z drugiej strony – Warszawa jest otwarta, ciekawa siebie. Każde miasto inne, każde potrzebuje innej atmosfery, by poczuć się swobodnie w tańcu, a ja po prostu próbuję za tym podążać.

Urządzenia kuchenne

Kiedy Bogdan, mąż Joanny, wyszedł z udaru, nie był do końca sobą. Zrezygnował z funkcji dyrektora, reżyserował jednak spektakle w Polsce i za granicą. Zmienił się fizycznie, na premiery przychodził zaśliniony, z uciekającym w bok okiem. Budziło to, rzecz jasna, środowiskową sensację, z trudem kamuflowany niesmak. – Ja udawałam, że tego nie widzę, ale bywało, że trafiał mnie szlag. Wciąż kochałam męża miłością wielką i czystą. Udało nam się nawet doczekać trzeciego dziecka. Wiktor urodził się 17 lat temu podczas jazdy do szpitala, na desce rozdzielczej samochodu, nie zdążyliśmy dotrzeć na porodówkę.

Po trzecim dziecku Hussakowską właściwie odsunięto od grania w Teatrze im. Słowackiego. Oficjalnie nie było dla niej ról. W domu niepełnosprawny mąż, trójka dzieci, na koncie zero złotych. Co robić? W 2007 roku Joanna z hukiem zostaje wyrzucona z teatru. W ręce wpada jej „Zwierciadło”. Znajduje w nim wywiad z Adamem Barleyem, nauczycielem 5Rytmów. Na początku sądzi, że rozmowa będzie o kuchni pięciu przemian. Ale mowa jest o uzdrawiającym ruchu. Podejmuje decyzję. Wybiera się na pierwsze w życiu warsztaty z medytacji dynamicznej. Czuje się na nich jak w domu. Po zajęciach dostaje, z emocji, wysokiej gorączki. Coraz częściej jeździ po świecie w poszukiwaniu pięciorytmowych zajęć i szkoleń. Postanawia zostać certyfikowaną nauczycielką metody, jedną z kilku takich nauczycielek w Polsce. Szkolenia są koszmarnie drogie, a jej brakowało czasem w portfelu nawet na chleb. Dlatego właśnie zdecydowała się założyć firmę i sprzedawać urządzenia kuchenne. Słynne thermomixy. Szło jej doskonale, sprzęt schodził na pniu, kupił go od niej nawet Krystian Lupa. Ale czasem miewała klientów na drugim końcu Polski. Nigdy nie zapomni złości matki, gdy ta zobaczyła ją z wielkimi czarnymi torbami w rękach. „Pani dyrektorowa z torbami” – kręciła głową. Nie mieściło się matce w głowie, jej utalentowana córka zamieniła się w komiwojażera. – A ja mam taką osobowość, że żadna praca nie jest mi straszna. Bywały momenty trudne, okropne. Kiedyś przed Wielkanocą zamówiono u mnie w Poznaniu pięć thermomixów, wsiadłam w samochód, na miejscu okazało się, że chętnych brak. W portfelu jakieś grosze… Nie pierwszy i nie ostatni raz spała wtedy pod jakąś stacją benzynową, o normalnym noclegu mogła tylko pomarzyć. Na szczęście Bogdan przejął opiekę nad domem i dziećmi. Wciąż byli szczęśliwi, jeździli co rok nad morze do ukochanego Rusinowa.

Dekadę temu, jesienią, Joanna dowiaduje się, że jej mąż ma szpiczaka mnogiego, kilka miesięcy życia przed sobą. – Mój ukochany, cudowny „Huś”, bawidamek i sybaryta, choleryk, najczulszy i najlepszy człowiek na świecie, umiera na moich rękach 5 listopada. Część jego prochów wysypie później w Bałtyku, w Rusinowie. Trochę czasu minie, gdy zacznie męża opłakiwać całą sobą. Jej ciało musi jeszcze trochę wytańczyć.

Porwana przez wiatr

Po śmierci Hussakowskiego poświęca się głównie dzieciom i 5Rytmom. Dostaje certyfikat nauczycielski. Do dziś prowadzi kilkugodzinne, wieczorne warsztaty, jeżdżąc tydzień w tydzień z Krakowa do Warszawy, Wrocławia, Katowic i Bielska-Białej. Bywa w Austrii, gdzie ludzie nastawieni są w tańcu wyjątkowo zadaniowo, i w Australii, gdzie prawie fruwają nad ziemią.

Coraz częściej, zwłaszcza wiosną i latem, organizuje nagie warsztaty na Mazurach. Kiedyś od jednej z uczestniczek usłyszała, że po tym, jak udało jej się rozebrać do rosołu w otoczeniu kilkunastu innych kobiet, nic już jej nie może w życiu przerazić czy zaskoczyć.

Lubi zapraszać uczestników warsztatów do parku, na trawę. Aneta Pondo, założycielka i redaktorka naczelna krakowskiego pisma „Miasto Kobiet”, poświęciła część swojej książki pod tytułem „Mocne rozmowy” Joannie Hussakowskiej. Wspomina, jak spotkała Joannę kilka lat temu podczas warsztatów na trawie w krakowskim parku Bednarskiego. „Stała za konsoletą w długiej sukni, jedną ręką zmieniała muzykę, w drugiej trzymała mikrofon. Przed nią poruszało się kilkadziesiąt osób boso, niektórzy wolno i w skupieniu, inni – wibrując całym ciałem. »Wyłącz głowę – mówiła Joanna – teraz zatańcz ramionami, dodaj łokcie, dłonie, teraz kręgosłup«”. Gdy doszło do bioder, Aneta dołączyła do tłumu. „I zakręciłam biodrami tak, jakbym po raz pierwszy poczuła, że je mam i że są żywe” – pisze w książce.

– Kim ja właściwie jestem w tych moich ukochanych 5Rytmach? – zastanawia się Joanna Hussakowska. – Porównałabym siebie chyba do morskiej ryby przewodniczki, która przeprowadza ławicę z jednego brzegu na drugi. Ten drugi brzeg dla każdego może oznaczać coś zupełnie innego, dla jednych osiągnięcie spokoju, dla innych tylko przystanek w podróży.

Marzą jej się, jak w Moskwie, gdzie niedawno prowadziła warsztaty, miejsca takie jak wielki kompleks saun, gdzie kobiety, młode i stare, chodzą swobodnie, radośnie, nago po łaźni, korzystają z usług profesjonalnych „akuszerek”, które obijają ich ciała dębowymi witkami, gdzie dwie przyjaciółki staruszki nakładają sobie z czułością na ciała odżywcze maseczki.

Dlatego będzie robić wszystko, by jej 5Rytmów, jedyne takie na świecie, było nie tylko medytacją w ruchu, ale też afirmacją ciała bez kulturowych balastów. Na razie zauważyła, że na zajęciach kobiety coraz częściej uwalniają się z biustonoszy. Sama nie nosi stanika od kilku miesięcy.

Cykle życia

– Bez tej uprzęży czuję się wolna, swobodna – uśmiecha się. Wie doskonale, że gdyby była menedżerką w jakiejś korporacji, pewnie nie mogłaby sobie pozwolić na taką „fanaberię”. Ale znów, jak zauważa, życie to nie tylko dobre rady, twarde zasady, ale także okoliczności.

Chętnych na takie warsztaty nie brakuje. Oczami wyobraźni widzi, jak na jej zajęcia nagiej medytacji w ruchu przybywają całe pokolenia: córki, matki, babki. – Naprawdę nie chodzi tylko o to, by pluskały się w jeziorze, ale by zachwyciły się cyklem życia, zmianą, jaką niesie, nawet jego przemijaniem.

W świecie, w którym istnieje wyłącznie wyprodukowana sztucznie młodość, takie doświadczenie dla kobiet, szczególnie młodych, mogłoby być, zdaniem Joanny Hussakowskiej, silnie oczyszczające. Czy łatwe? Tego już nie jest pewna.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Siergiej Połunin - pierwszy bad boy baletu

Siergiej Połunin, jeden z najbardziej cenionych tancerzy na świecie. Kadr z teledysku Hoziera
Siergiej Połunin, jeden z najbardziej cenionych tancerzy na świecie. Kadr z teledysku Hoziera "Take Me to Church". (Fot. Forum)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przepowiadano mu ostateczny koniec kariery. Zresztą on sam bardzo się do tych przepowiedni przyczynił. Dziś pierwszy „bad boy baletu” twierdzi, że zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym wkroczył w nowy etap. Coraz częściej gra w filmach, urodził mu się syn. – Zaczynam od początku. Jako tancerz, jako aktor, jako ojciec – deklaruje Siergiej Połunin.

Stawiano go w jednym szeregu z Wacławem Niżyńskim, Rudolfem Nuriejewem czy Michaiłem Barysznikowem. Ale też nazywano „trudnym” i „nieprzewidywalnym”. Po raz pierwszy – po nagłej rezygnacji z prestiżowego stanowiska głównego tancerza Baletu Królewskiego w Londynie, które zaproponowano mu jako najmłodszemu w historii.

W wieku zaledwie 19 lat Połunin tańczył główne partie w „Bajaderze”, „Manon”, „Onieginie” i oczywiście „Dziadku do orzechów”, ale już wtedy czuł się zmęczony i wypalony. W końcu od dzieciństwa spędzał na treningach po kilkanaście godzin dziennie. Jeszcze kilka lat wcześniej miał nadzieję, że jego rozkwitająca kariera zbliży do siebie rodziców, którzy podporządkowali wszystko talentowi syna. Rozjechali się po Europie w poszukiwaniu pracy, by móc go wspierać, podczas gdy on chodził do Royal Ballet School w Londynie. Rozłąka nie sprzyjała jednak trwałości małżeństwa, które w końcu się rozpadło. Nastoletni Sierioża bardzo to przeżył. Mimo to cały czas pracował trzy razy ciężej od kolegów, bo zwyczajnie nie mógł sobie pozwolić na porażkę. Nie chciał wracać do rodzinnego Chersonia na Ukrainie. Z kolei nauczyciele bardzo szybko poznali się na jego talencie, więc wymagali jeszcze więcej.

Po raz drugi kariera Połunina zawisła na włosku, kiedy zdecydował się na powrót do Rosji i udział w telewizyjnym programie rozrywkowym „Bolshoi Ballet”, a potem na przyjęcie angażu w Moskiewskim Akademickim Teatrze im. Stanisławskiego i Niemirowicza-Danczenki, gdzie tańczył w „Jeziorze łabędzim”, „Giselle” czy „Don Kichocie”. I kiedy wydawało się, że Połunin zostanie już na Wschodzie i nie zdecyduje się na powrót na sceny Londynu, Mediolanu czy Paryża – jeśli w ogóle będzie dalej tańczył – on przyjął propozycję słynnego amerykańskiego artysty Davida LaChapelle’a i przygotował choreografię do poruszającej piosenki Hoziera „Take Me to Church”. Na YouTubie utwór w interpretacji Siergieja odtworzono do dziś niemal 30 mln razy. Potem reżyser Steven Cantor zrealizował świetny dokument o baletmistrzu pod tytułem „Tancerz”, szukając, między innymi w domu rodzinnym i szkole baletowej, przyczyn jego trudnego charakteru i wybuchowego temperamentu. Wyglądało na to, że Sierioża dość niespodziewanie zaczyna wychodzić na prostą. Najsłynniejsze teatry na świecie znowu go zapraszają – na początku na gościnne występy, ale kilka udanych sezonów mogło szybko zmienić ogólne nastawienie i atmosferę skandalu wciąż unoszącą się wokół Połunina. W 2019 roku Paris Opera Ballet zaproponowała mu nawet angaż w roli księcia Zygfryda w „Jeziorze łabędzim”. To mógł być zupełnie nowy start. Stało się jednak inaczej. Połunin wyraził w mediach społecznościowych podziw dla Władimira Putina, opublikował też kilka homofobicznych i seksistowskich komentarzy, by na koniec odsłonić tatuaż prezydenta Rosji wykonany na klatce piersiowej w okolicach serca. W ciągu 48 godzin Paris Opera Ballet odwołał swoje zaproszenie i nagle znowu przestały się liczyć nieprzeciętny talent, wdzięk i gracja w powietrzu, idealne proporcje ciała, niespotykana charyzma i świadomość ruchu. Tancerzowi przestała przysługiwać taryfa ulgowa.

Ostatnie dwa lata były dla ciebie dość trudne z osobistego i zawodowego punktu widzenia. Czy gdybyś mógł cofnąć czas, coś byś zmienił? Siergiej Połunin: To prawda, dużo się działo, w mojej głowie i w sercu. Podjąłem sporo kontrowersyjnych decyzji, trudno było mi się potem z nich tłumaczyć.

Rzeczywiście kilka twoich postów na Instagramie wzbudziło ogromne emocje. Na przykład ten, w którym otwarcie poparłeś Władimira Putina, albo ten, w którym wyraziłeś podziw dla polityki Donalda Trumpa. Do tego jeszcze ten twój słynny już tatuaż na sercu z twarzą Putina. Nie dziwisz się chyba, że takie działanie mogło urazić wiele osób. Jestem być może jedyną osobą na świecie, której pandemia nie zaszkodziła, tylko pomogła. Cała afera przez ten czas ucichła, a ja miałem okazję się nad tym wszystkim zastanowić z dystansu i przemyśleć to, co zrobiłem.

I do jakich doszedłeś wniosków? Wiem, że wszystko, co teraz powiem, może być opacznie zrozumiane, postaram się po prostu odpowiedzieć szczerze. Nigdy nie ukrywałem swojej sympatii dla Putina, podobnie jak tego, że chociaż urodziłem się na Ukrainie, zawsze czułem się Rosjaninem. Myślę, że komuś, kto pochodzi z zachodniej Europy czy w ogóle z innego miejsca na świecie, trudno jest mnie zrozumieć i zaakceptować, przynajmniej takiego, jakim byłem jeszcze dwa lata temu. Moje życie zmieniło się od tego czasu diametralnie. Wiem, i wiedziałem też wtedy, jak to jest, kiedy wokół człowieka kumulują się negatywne emocje, kiedy z godziny na godzinę stajesz się wrogiem publicznym numer jeden. Moje posty na Twitterze czy Instagramie, które doprowadziły do nasilonych ataków na mnie, miały tak naprawdę dość niewinny początek. Były akurat moje urodziny i zasugerowałem swoim fanom na Instagramie, by zamiast wysyłać mi życzenia i pozdrowienia, przekazali je także Putinowi. Napisałem wtedy, że widzę w nim światło i nadzieję. Chodziło mi wyłącznie o optymistyczny przekaz, o wzajemny szacunek i zrozumienie. Jednak po sekundzie od publikacji postu wylała się na mnie krytyka gigantycznych, przytłaczających rozmiarów. Ludzie zaczęli życzyć mi śmierci. To nie miał być post polityczny, nie o to mi chodziło. A tatuaż zrobiłem sobie już rok wcześniej, ale nikt go wtedy nie zauważył.

Myślę, że poruszając temat Putina, a szczególnie poparcia dla niego, nie da się uniknąć politycznego kontekstu. Jestem niestety uparty i uznałem, że skoro już to napisałem, muszę przy tym trwać. Doprowadziło to tylko do większych szkód. Ukraiński rząd uznał mnie za terrorystę, nie mogę tam teraz spokojnie pojechać. W swoim rodzinnym kraju nie jestem już mile widziany.

Nie miałeś wtedy momentu zatrzymania, refleksji, że to, co robisz, szkodzi najbardziej tobie samemu? Autorefleksja przyszła po pewnym czasie, pewnie za późno. Udowodniłem całemu światu i sobie, że potrafię w mgnieniu oka zniszczyć wszystko, na co pracowałem od lat. Nie jestem z tego dumny. To doświadczenie bardzo mnie zmieniło. Widzę, że wcześniej rozpraszało mnie zbyt wiele rzeczy, bodźców. Tatuaże są ich zewnętrznym śladem, którego chcę się pozbyć, usunąć wszystkie. Pragnę stać się naprawdę nowym człowiekiem, już bez tych rysunków. Dziś uważam je za rodzaj nastoletniego buntu, którego przez taniec byłem w znacznym stopniu pozbawiony.

Zmieniłeś też podejście do mediów społecznościowych. Używasz ich teraz inaczej niż kiedyś. Rozsądniej? Wielu ludzi uważa, że media społecznościowe są nic niewarte. Że to śmietnik. Z drugiej strony, co dostrzega też coraz więcej osób, to użyteczne narzędzie, jeśli się wie, jak z niego korzystać. Każdy z nas przeżywa w ciągu dnia wiele emocji i odczuwa potrzebę podzielenia się nimi z ludźmi. Jakiś jednostkowy wpis, dla mnie ważny w danym momencie, dla kogoś innego okazuje się obrazoburczy, szkodliwy, kontrowersyjny. Ale cóż, co zostało opublikowane, jest już w sferze publicznej. I zostanie tam na zawsze, niezależnie od tego, co byśmy potem robili.

A czy twoim zdaniem osoby publiczne powinny się w tak otwarty i czasem dość bezrefleksyjny sposób wypowiadać na tematy polityczne, społeczne, historyczne? Przekonałem się, że nie zawsze jest to dobre. Ale jestem tylko człowiekiem i popełniam błędy. Codziennie. Był czas, kiedy właśnie ze względu na zaciekłą krytykę moich poglądów i zachowania nienawidziłem Internetu, mediów społecznościowych i wszystkiego, co się z tym wiąże. Ale też dzięki nim poznałem swoją życiową partnerkę, z którą teraz wychowujemy syna. Angażuję się też w różne społeczne inicjatywy, o których mogę poprzez nie głośno mówić.

Siergiej Połunin z partnerką życiową Jeleną Iljinych, rosyjską łyżwiarką figurową, i z ich synkiem, którego nazwali Mir [z ros. „spokój”, „pokój”]. (Fot.Stephanie Pistel)Siergiej Połunin z partnerką życiową Jeleną Iljinych, rosyjską łyżwiarką figurową, i z ich synkiem, którego nazwali Mir [z ros. „spokój”, „pokój”]. (Fot.Stephanie Pistel)

Jak się odnajdujesz w nowej dla siebie roli taty? Codziennie rano wstaję z inną, nową energią. Na pewno dojrzałem, przestałem szukać sobie jakichś tematów zastępczych, staram się nie zajmować głupotami. Chcę być dobrym ojcem, motywacją i inspiracją. Chcę naprawdę poświęcić się synowi, dać mu swój cały czas i miłość. Wszystko, co teraz robię, jest w pewnym sensie o nim i dla niego. Przestałem myśleć o sobie, preferuję kompletnie inny styl życia.

Ostatnio rzadziej występowałeś na światowych scenach, nawet jeszcze przed pandemią częściej angażowałeś się w role filmowe. Jakie to uczucie – wyzwolić się z ram dopracowanych do najdrobniejszego gestu choreografii? Taniec znam od podszewki, zajmuję się tym całe swoje życie. Chyba tylko pływanie jest dla mnie bardziej naturalne. Nauka kroków w tańcu, czucie muzyki każdym nerwem, każdym pojedynczym mięśniem, intuicyjne wyczuwanie akcentów i niuansów – przychodzi mi z dużą łatwością. Role filmowe traktuję jak wyzwania. Film to praca zespołowa, czuje się wspólnotę, a odpowiedzialność rozkłada się na wiele osób, więc dla mnie to psychiczny odpoczynek, nawet jeśli na planie wciąż nie czuję się pewnie. Jestem jednym z trybików w machinie, do tego nigdy nie tym najważniejszym. Kiedy tańczę jako solista na scenie, zdaję sobie sprawę, że ci wszyscy ludzie na widowni przyszli tylko po to, żeby zobaczyć, co ten Połunin potrafi. Wiem, że nie mogę pozwolić sobie na słabszy dzień. W kinie nikt nie wymaga ode mnie bycia najlepszym. W tym sensie to bardzo uwalniające uczucie.

Siergiej Połunin z Laetitią Dosch w filmie „Passion Simple”. (Fot. Forum)Siergiej Połunin z Laetitią Dosch w filmie „Passion Simple”. (Fot. Forum)

Poza baletem niewiele jest dziedzin, w których panuje tak ostre współzawodnictwo i taka presja sukcesu. Wielu tancerzy, mimo niezaprzeczalnego talentu, sobie z nimi nie radzi. Ty też masz za sobą słabsze momenty. Presja jest ogromna, od najmłodszych lat. Dla mnie wyrażała się ona nawet niekoniecznie nieustannymi ćwiczeniami, które najczęściej sprawiały mi jednak radość, co podróżami. Przez co najmniej 20 lat swojego życia przebywałem tak naprawdę z dala od ludzi, przemieszczając się z miejsca na miejsce, zmieniając domy, kraje, teatry. Tancerze to tacy współcześni nomadowie. Ale kiedy żyje się w odosobnieniu, człowiek staje się odludkiem, inaczej reaguje. Zawsze bardzo lubiłem studiować charaktery, ale też obserwować innych i formułować na tej podstawie jakieś sądy. Najbardziej cieszy mnie jednak rozmowa, spotkanie. Bardzo przeżywam ten stan zamknięcia.

Nie boisz się mówić otwarcie o swoich uczuciach. Mężczyźni z Rosji czy Ukrainy rzadko ujawniają się ze swoimi emocjami. Wydaje im się chyba, że to niemęskie, uwłaczające. Każdy z nas ma jednak słabsze momenty, a ukrywanie ich przed bliskimi może negatywnie odbić się na naszym zdrowiu psychicznym. Ja w zasadzie nie mam z tym problemu. Kiedy tańczę, emocje wyrażam całym sobą, choć zupełnie o tym nie myślę. To się dzieje organicznie, naturalnie. Nawet najbardziej skomplikowane układy choreograficzne mam jakby wgrane na twardy dysk mojego mózgu i obudzony w środku nocy potrafię zatańczyć najtrudniejsze partie. Mam bardzo dobrze wykształconą pamięć ciała, nawet trzygodzinne choreografie nie sprawiają mi większych trudności. Z kolei w filmach gram niemal wyłącznie twarzą, co jest dla mnie czymś zupełnie nowym. W kinie startowałem z poziomu absolutnego amatora, cały czas się uczę. Czasami mam trochę łatwiejsze zadanie, bo sporo moich ról wciąż zakłada, żebym tańczył, na przykład w „Czerwonej jaskółce” z Jennifer Lawrence czy w „Białym kruku” Ralpha Fiennesa. Ale ruch ciała a słowo to zupełnie inne materie, odpowiadają za nie inne części mózgu.

Co sprawia ci największą trudność w graniu w filmach? Ilość tekstu, który muszę przyswoić i wygłosić. Z drugiej strony w moim ostatnim skończonym filmie, francuskiej „Passion Simple” Danielle Arbid, miałem do zagrania bardzo dużo scen miłosnych, rozbieranych. Do tego przy całej ekipie! To nigdy nie są łatwe sytuacje. Nawet dla profesjonalisty.

Nazywano cię „Jamesem Deanem baletu”, „pełną wdzięku bestią”, „bad boyem tańca klasycznego”. To dość osobliwe określenia, przyznasz. [śmiech] To o bestii wymyślił mój przyjaciel, rzucił to kiedyś mimochodem, a dziennikarze usłyszeli i podchwycili. Nie zastanawiam się nad tym zbyt często, chociaż pewnie to jeden z elementów, które sprawiają, że widzowie mnie zapamiętują. Takie przezwiska są dość nośne. Ale prawdę mówiąc, teraz już nie chcę, żeby cokolwiek mnie rozpraszało. Zaczynam od początku. Jako tancerz, jako aktor, jako ojciec. Potrzebuję oczyszczenia i spokoju. Już czas.

Siergiej Połunin, rocznik 1989. Jeden z najbardziej cenionych tancerzy na świecie. Wiosną ukaże się bogato ilustrowany album – autobiografia Połunina „Free: a Life in Images and Words” ze wstępem autorstwa Helen Mirren i Alberta Watsona.

  1. Styl Życia

Medytacja z oddechem – prosta technika na wyciszenie według Katarzyny Chusteckiej, instruktorki jogi

Medytacja nie tylko wycisza i uspokaja. Uczy też sztuki odpuszczania. Pozwala otworzyć się na radość i szczęście. Na zdjęciu Katarzyna Chustecka, instruktorka jogi mieszkająca na Bali. (Fot. archiwum prywatne)
Medytacja nie tylko wycisza i uspokaja. Uczy też sztuki odpuszczania. Pozwala otworzyć się na radość i szczęście. Na zdjęciu Katarzyna Chustecka, instruktorka jogi mieszkająca na Bali. (Fot. archiwum prywatne)
Najprostsza technika medytacji polega na koncentracji na oddechu. Wycisza, uspokaja umysł i przygotowuje do bardziej zaawansowanych technik medytacyjnych. Dzięki niej poczujesz się lekko, ponieważ obserwując oddech i nie podążając za myślami, stopniowo uwolnisz się od ich natłoku. Odpuścisz kontrolę nad rzeczywistością i wreszcie będziesz mogła naprawdę zrelaksować się i odpocząć. Nauczysz się ufać życiu, twoje serce się otworzy, a intuicja przebudzi.

Medytuj w ten sposób regularnie rano i wieczorem, a po pewnym czasie zaobserwujesz wspaniałe efekty. Powodzenia!

Technika medytacji z oddechem

1. Usiądź na poduszce ze skrzyżowanymi nogami albo na krześle. Zadbaj o to, by kręgosłup był pionowo. Jeśli masz z tym problem, usiądź oparta o ścianę.

2. Ułóż dłonie luźno na udach wnętrzem ku górze lub połącz dłonie na brzuchu, kładąc prawą na lewej. Zamknij oczy. Utrzymując wyprostowane plecy, rozluźnij całe ciało. Aby to zrobić, przesuń powoli ośrodek swojej uwagi przez całe ciało, od palców stóp do czubka głowy, poczuj każdą część ciała i obejmując ją miękkim wydechem, pozwól jej się odprężyć. Początkowo nawiązanie kontaktu ze swoim ciałem i rozluźnienie go będzie zajmowało ci trochę czasu, lecz szybko nabierzesz w tym wprawy.

3. A teraz przenieś uwagę na oddech. Skup się na wdechach i wydechach. Nie powtarzaj w umyśle słów „wdech” lub „wydech”, lecz po prostu bądź świadoma, że wdychasz i wydychasz powietrze. Nie zmieniaj oddechu ani go nie reguluj. Czuj ruchy klatki piersiowej wraz z oddechem, czuj przepływ powietrza przez nos, dotyk wydechu na skórze nad górną wargą. Wczuwaj się w oddech z najdrobniejszymi szczegółami, tak jakby w tej chwili była to jedyna istotna rzecz na świecie. Niech nie umknie ci żaden wdech i żaden wydech. Pozwalaj na naturalny przepływ powietrza, obserwuj i czuj, delektuj się oddechem, nic więcej.

Kiedy zorientujesz się, że wcale nie obserwujesz oddechu, tylko zajmujesz się myśleniem o przeszłości, przyszłości lub ocenianiem rzeczywistości, nie strofuj się, tylko spokojnie spróbuj od nowa. Nie denerwuj się na siebie ani na swój umysł. On właśnie taki jest – rozbrykany i niezdyscyplinowany, taka jest jego natura. Nie złość się, to nie pomoże, a wręcz przeciwnie. Twój umysł będzie umykał ci jeszcze wiele, wiele razy, możesz być tego pewna. Ważne jest, aby od początku podchodzić do niego z życzliwością, ale i konsekwencją, jak do małego dziecka. W czasie medytacji nie krytykuj się i nie twórz negatywnych emocji: złości, zniecierpliwienia czy rozżalenia. Moment, w którym uświadamiasz sobie, że straciłaś koncentrację na oddechu, jest kluczowy dla postępów w medytacji na początku praktyki.

Rozwijaj postawę serdeczności i łagodności wobec siebie - przyniesie ci ona zadowolenie i sprawi, że medytacja będzie przyjemna, a po pewnym czasie zauważysz, że okresy obserwacji oddechu zaczną się wydłużać. Będziesz mogła dłużej przebywać w chwili obecnej, rozluźniona i spokojna. Zauważysz także, że jesteś w stanie poczuć oddech o wiele dokładniej. Doznanie oddechu stanie się bardzo, bardzo przyjemne, tak jakby każdy wdech był łykiem przepysznego życiodajnego nektaru, a wydech błogim odpuszczeniem. To wspaniały moment na ścieżce medytacji, delektuj się nim.

Medytuj w ten sposób przez pół godziny, najlepiej jeśli nastawisz budzik w telefonie, by nie kontrolować czasu. Kiedy czas dobiegnie końca, połącz dłonie na mostku, pochyl głowę i w duchu podziękuj sobie za medytację. Unieś głowę i powoli otwórz oczy.

Jak wybrać miejsce i czas na medytację?

Najlepiej medytować dwa razy dziennie po 30 minut. Jeśli to nie jest możliwe, niech będzie to raz dziennie, ale staraj się, aby zawsze było to o tej samej porze i w tym samym miejscu. Wybierz czas, kiedy w domu będzie cicho i nikt nie będzie ci przeszkadzał. Ranek jest bardzo dobrą porą, ponieważ umysł jest świeży i stabilny, bo nieobciążony wydarzeniami dnia. Możesz wstawać pół godziny wcześniej i po krótkiej toalecie siadać do medytacji. Co za cudowny początek dnia! Przez kilka pierwszych poranków być może będziesz zasypiała w medytacji, warto to przetrzymać — umysł szybko przywyknie do regularnej praktyki.

Kilka uwag na koniec

W trakcie medytacji zapewne zdrętwieją ci nogi, to normalne. Nie przerywając, a więc utrzymując uwagę na oddechu, powoli zmień pozycję (np. wyprostuj zdrętwiałą nogę), a kiedy krążenie wróci do normy, powróć do wyjściowej pozycji.

Może się zdarzyć, że któregoś dnia, kiedy już nabierzesz wprawy, poczujesz, że ciało jest bardzo lekkie, tak jakby go wcale nie było, lub też zaznasz stanu, w którym w ogóle nie będziesz czuła ciała. To także normalny objaw. Nie przejmuj się tym, medytuj dalej, pozostając w swojej przestrzeni wewnętrznej wraz z oddechem. Pomyśl — co za ulga i lekkość, co za frajda nie mieć ciała choćby przez ten krótki czas!

Medytacja to praktyka duchowa, a ciało należy do wymiaru materialnego. I wreszcie — czasem pół godziny to za długo, więc nie zmuszaj się, nic na siłę. Innym razem może okazać się, że choć alarm w telefonie zadzwonił, ty jesteś w tak głębokiej medytacji, że wcale nie chcesz kończyć, więc zostań dłużej. Podążaj za sobą z życzliwością dla siebie :)

Katarzyna Chustecka, nauczycielka jogi, praktykuje jogę wg metody BKS Iyengara od 20 lat, uczy od 15. Założyła i przez wiele lat prowadziła ośrodek jogi i medytacji Equanimus na warszawskim Wilanowie. Dużo podróżuje, ale jej serce skradło Bali, gdzie stworzyła swój drugi dom. Od lat organizuje wyprawy z jogą na Bali i do Indii. Ma dwie córki. Z wykształcenia jest socjologiem. Pasjonuje się ajurwedą.

  1. Psychologia

- Nigdy nie jest za późno, by odbić się od dna - twierdzi mniszka buddyjska Pema Chödrön

- Sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami - twierdzi Pema Chödrön. (Fot. iStock)
- Sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami - twierdzi Pema Chödrön. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Nie umiemy sobie radzić z trudnymi doświadczeniami. Szukamy rozwiązań i strategii, by były mniej bolesne lub w ogóle nam się nie zdarzały. Tylko czy tak się da? Mniszka buddyjska Pema Chödrön przekonuje, że zanim zaczniemy uciekać od cierpienia, lepiej sprawdzić, co ma nam ono do zaoferowania. Najgorszy moment w jej życiu – odejście męża – okazał się bowiem najlepszym.

Ponoć życie jest po to, żeby żyć. Tyle że nie wszystko, co jest do przeżycia, nam się podoba. Chcielibyśmy wybierać nasze doświadczenia: zależy nam na poczuciu bezpieczeństwa, sprawczości. A tu nagle przychodzi cierpienie. I co wtedy? Można stawiać opór, zrobić unik, oddalić się na chwilę od tego, co boli – rozpraszając uwagę, zmieniając stan świadomości... Ale tak naprawdę nie ma dokąd uciekać. Przecież nie uciekniesz przed samym sobą! Trudne doświadczenia konfrontują z trudnymi częściami nas samych. Może lepiej więc zostać, dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi? Spotkać się ze sobą i z życiem. Notabene – według tych, co się przebudzili – między jednym a drugim nie ma oddzielenia...

Wielcy i mali

Pema Chödrön (wym. Cziedryn) jest buddyjską mniszką, ale dobrze zna też życie w zachodniej cywilizacji, w związku partnerskim. Jest Amerykanką. Była żoną. Jej cierpienie zaczęło się wczesną wiosną... „Stałam właśnie przed naszym pięknym domem i popijałam herbatę” – wspomina. „Słyszałam, jak podjechał samochód i trzasnęły drzwi. Mój mąż wyłonił się zza domu i bez żadnych wstępów oznajmił, że związał się z kimś innym i chce się ze mną rozwieść. Pamiętam niebo, było ogromne. Pamiętam szum rzeki i parę unoszącą się nad filiżanką. Nie istniał czas, przestałam myśleć, nie było niczego – tylko światło i głęboka, nieruchoma cisza. Nagle się ocknęłam, podniosłam kamień i rzuciłam w męża”. To właśnie po tym doświadczeniu przyszło zainteresowanie buddyzmem. Pema Chödrön nie ma wątpliwości, że zwróciła się w tę stronę za sprawą męża i złości na niego. Straciła poczucie bezpieczeństwa, chciała je za wszelką cenę odbudować... „Na szczęście nigdy mi się to nie udało” – stwierdza. „Instynktownie czułam, że unicestwienie mojej dawnej osobowości – kurczowo czegoś lub kogoś uczepionej, zależnej – to jedyna droga”.

Dziś uważa, że były mąż ocalił jej życie. Że sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami. „Możemy wykorzystać tę sytuację na dwa sposoby: żeby się przebudzić albo żeby zapaść w głęboki sen”. Ona wybrała pierwszą opcję, a na jej ścianie zawisła wtedy karteczka ze słowami: „Jedynie ulegając zniszczeniu, możemy znaleźć to, co w nas niezniszczalne”. Czy to nawoływanie do cierpiętnictwa, masochizmu? Raczej do realizmu. Do odstąpienia od pomysłu, któremu wielu z nas uparcie hołduje: że można oddzielić przyjemność od bólu, uniknąć tego drugiego. „Cierpienie to grunt, na którym rozwija się zrozumienie dla innych” – tłumaczy Chödrön. „Można się więc cieszyć zarówno radosną inspiracją, jak i nieszczęściem. Możemy być wielcy i zarazem mali”.

Zgoda na wszystko

W książce „Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu” Pema Chödrön sporo miejsca poświęca lękowi. Bo czy to nie jego boimy się najbardziej? Ileż energii wkładamy w to, żeby go zdusić, oddalić, nie czuć. Kontrola, perfekcjonizm, racjonalizacja, złość, rozrywki, używki, a nawet szukanie relaksu to sposoby, żeby pokonać strach, udawać, że go nie ma. A gdyby tak po prostu spotkać się z nim? „Lęk jest powszechnym doświadczeniem, doznają go nawet najmniejsze istoty” – pisze Chödrön. I podaje przykład morskich stworzonek, które można znaleźć na brzegu po odpływie i które kurczą się instynktownie pod dotknięciem ludzkich palców. Według niej lęk jest naturalną reakcją człowieka, gdy zbliża się do prawdy. Cóż, prawda bywa bardzo niebezpieczna. „Jeśli jednak mimo poczucia zagrożenia postanowimy pozostać dokładnie tu, gdzie jesteśmy, nasze doświadczenie stanie się bardziej żywe” – zapewnia. „Bo wszystkie doznania stają się bardzo intensywne, kiedy nie ma dokąd uciec”.

Lęk konfrontuje nas z czymś, co wyparliśmy, wyrzuciliśmy (a raczej próbowaliśmy wyrzucić) z naszego życia. W tym sensie jest wielkim darem – szansą na odzyskanie ważnej części siebie. Nie oznacza to, oczywiście, że oswajając go rozwiążemy nasze problemy. „To raczej metoda prowadząca do całkowitej zmiany starych nawyków patrzenia, słuchania, wąchania, smakowania i myślenia” – tłumaczy Chödrön. Jej podejście jest dość radykalne: problemów nie da się ostatecznie rozwiązać. „Raz jest dobrze, chwilę później nasz świat się rozpada. Potem znów jest dobrze, i znów wszystko się wali. Uzdrowienie płynie ze zgody na taki stan rzeczy – ze zgody na upływ czasu, na cierpienie, ale także na poczucie ulgi, na radość i na żal”. Nie możemy przewidzieć, jaką jakość będzie miało kolejne doświadczenie – czy da nam przyjemność, satysfakcję, czy wręcz przeciwnie. Czy jesteś gotów na tę niewiedzę? Godzisz się na nią?

Poczuj tętno życia

Zdaniem Pemy Chödrön najlepszym nauczycielem jest obecna chwila. Daje ona możliwość wchodzenia w kolejne doświadczenia, obserwowania w nich siebie. Co się dzieje? Jak reaguję? Gdzie utknąłem? Chödrön sugeruje, że uważność prowadzi nas do uczucia jedności z tym, czego doświadczamy. Do przekroczenia oddzielenia. „Wiara w trwałe i oddzielne JA, ciągłe poszukiwanie przyjemności i unikanie bólu, obarczanie innych odpowiedzialnością za nasze cierpienie – z wszystkiego tego musimy całkowicie zrezygnować” – przekonuje. „Musimy porzucić nadzieję, że w ten sposób uzyskamy zadowolenie. Cierpienie zmniejsza się dopiero wtedy, gdy podajemy w wątpliwość to, że w ogóle istnieje miejsce, w którym moglibyśmy się ukryć”.

Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak by to było żyć bez nadziei na tzw. lepsze czasy? Przerażające, prawda? A może jednak wyzwalające? Wciąż przecież próbujesz nad czymś zapanować – sprawić, by życie toczyło się po twojemu. A rezultat? „Chwytamy się nadziei, a ta okrada nas z chwili obecnej” – zauważa Chödrön. I proponuje, żebyśmy przyznali się przed sobą, że czasem (może właśnie teraz?) czujemy się jak łajno. „Tak przejawia się współczucie” – zapewnia. „Tak przejawia się odwaga. Trzeba powąchać to łajno, dotknąć je, zbadać jego strukturę, barwę i kształt”. Prawdopodobnie poczujesz się w tym bezbronny, całkiem odsłonięty. Według Pemy Chödrön to niezwykle ważne miejsce – możesz odczuwać w nim bezpośrednio tętno życia.

Być może wciąż tęsknisz za idealnym światem, ale czy naprawdę chciałbyś w takim żyć? Z punktu widzenia oświeconej istoty to przecież śmierć! „Pędzimy przez życie zaabsorbowani szukaniem coraz piękniejszych widoków, coraz doskonalszych brzmień czy bardziej wzniosłego stanu umysłu, nieświadomi, że wystarczy zatrzymać się w środku tego chaosu i rozejrzeć wokół” – podkreśla Chödrön. „Ujrzymy wtedy, że stoimy w centrum świętej mandali. Wijemy się jak robaczek przybity szpilką do środka tarczy, nie zdając sobie sprawy z tego, że choć jesteśmy w kropce, to trafiliśmy w dziesiątkę”.

Zostaw lukę

Czy, będąc w kropce, znajdziemy otwartość, by w niej choć chwilę pozostać, przestać się szarpać? Oto pytanie. Oto wyzwanie! Jak to zrobić? Pozostań uważny – prosi Chödrön – i powstrzymaj się od nawykowych reakcji. Mniszka nazywa to rezygnacją z chęci bezzwłocznego zapełniania przestrzeni tylko dlatego, że pojawiła się w niej luka. Załóżmy, że odczuwasz pragnienie. Albo smutek lub opuszczenie. Reagujesz natychmiast, idziesz za tym, coś z tym robisz, zmieniasz. Ale między chwilą, w której pojawia się dane uczucie, a działaniem, jakie w związku z nim podejmujesz, jest coś, przez co się prześlizgujesz, przeskakujesz. Czego nie chcesz doświadczyć. „U podstaw naszego zwyczajnego życia, gadaniny, wszystkich działań i myśli tkwi fundamentalny brak poczucia oparcia” – mówi Chödrön. „Doświadczamy go jako niepokoju i nerwowości. Odczuwamy go jako lęk. Ten brak oparcia jest przyczyną pożądania, agresji, niewiedzy, zazdrości i dumy – mimo usiłowań nigdy jednak nie docieramy do jego istoty”.

Kiedy dostrzegamy nasze uniki wobec rzeczywistości, kiedy powstrzymujemy nawykowe, impulsywne reakcje, możemy poznać naturę lęku. Zadomowić się w poczuciu bezbronności. Jeśli będziemy ratować się przed nim ucieczką, rozpraszać uwagę, nigdy się nie odprężymy – ostrzega mniszka. Powstrzymywanie się przed reakcją oznacza dla niej zaprzyjaźnianie się ze sobą na najgłębszym możliwym poziomie. Wchodzenie w kontakt z tym, co przejawia się jako niepokój, kontrola, manipulacja, podczas gdy wewnątrz jest czymś bardzo miękkim i delikatnym.

Być może dobrym wprowadzeniem do takiego kontaktu będzie medytacja, łącząca uważność i praktykę powstrzymywania się. Uświadom sobie ruchy, jakie wykonuje twoje ciało, kiedy jest mu niewygodnie. Prawdopodobnie pod wpływem fizycznego dyskomfortu wykonujesz szereg poruszeń, żeby poczuć się lepiej. A gdyby tak zostać przez moment w tym uczuciu niewygody, poeksplorować je trochę? Niczego nie zmieniać? Ale też nie krytykować swoich impulsów. Po prostu być świadomym tego, jakie działania chcesz podjąć – albo podejmujesz – w takich sytuacjach.

Uważność pomaga zobaczyć pewne rzeczy, emocje u źródeł – w chwili, gdy powstają. Powstrzymanie się przed odruchowymi działaniami daje efekt stopklatki – pozwala wniknąć w istotę sprawy i uniknąć reakcji łańcuchowych czy rozrośnięcia się problemu. To może być bardzo transformujące doświadczenie.

  1. Psychologia

Jak pozbyć się blokad z naszego ciała? Rozmowa z terapeutką Marią Rozwadowską

W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w naszym ciele odpuszczają – mówi terapeutka Maria Rozwadowska.

Alexander Lowen, twórca bioenergetyki, w książce „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” pisze, że pacjenci często wychodzą od niego radośni, ale nie trwa to długo, bo ten stan osiągnęli dzięki niemu, nie dzięki sobie. Jego zdaniem jako dorosłym jest nam trudniej odczuwać radość, niż wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Dlaczego tak się dzieje?
Nawet dzisiaj rano miałam sytuację, która jest idealną ilustracją tych słów. W trakcie porannej śpiewanej modlitwy nasza 6-letnia córka zaczęła tańczyć, robić dziwne miny, śmiać się i wariować. A jak najczęściej reaguje rodzic w podobnej sytuacji, gdy chce opanować dziecko albo spieszy się do kolejnych zadań? Zwykle mówi: przestań się wygłupiać! Dziecko zapamiętuje to raz i drugi, po czym przestaje wyrażać siebie w naturalny sposób, z ciała. Bo w naszej kulturze naturalne, pierwotne, cielesne odruchy są ograniczane.

Gdy dorastamy, ogranicza nas także ego.
Ego to jest nasz umysł i wewnętrzny kontroler odruchów ciała. Wyróżniamy jeszcze superego, czyli ten społeczno-kulturowy wymiar świata, w którym żyjemy. Tata, mama, nauczyciel, dla niektórych także ksiądz, to osoby mające największy wpływ na nasze zachowanie. Od najwcześniejszych lat dzieciństwa kształtują w nas przekonanie na temat tego, co wypada, a co nie. To symbole świata zewnętrznego, który często kastruje naszą pierwotną radość. Oczywiście, pewne ograniczenia są potrzebne do tego, żebyśmy mogli odnaleźć się w społeczeństwie. Jednak w wielu rodzinach przekonanie, że dzieci mają być grzeczne, ciche i nie przeszkadzać, potrafi bardzo skutecznie przykryć, niczym czarną płachtą, ich umiejętność wyrażania siebie. Sztuką jest dostrzeganie w pracy ze sobą i swoją świadomością tego, co w moim myśleniu czy zachowaniu nie jest moje, a płynie z zewnątrz. A co jest naturalne i dobre dla mnie.

Dlaczego rodzicom trudno jest wytrzymać to „wygłupianie się” dziecka?
Prawdopodobnie gdy byliśmy dziećmi, kogoś drażniło takie zachowanie. Podświadomie myślimy więc: „jeśli ja nie mogłam, ty też nie możesz”. Oczywiście nie jest tak, że chcemy zrobić krzywdę swojemu dziecku, to działa w nas automatycznie, nie zdajemy sobie z tego nawet sprawy. Straciliśmy kontakt z własną spontaniczną radością, jesteśmy zmęczeni i chcemy mieć po prostu święty spokój. W ten sposób bronimy swoich granic. To, co możemy zrobić, to popracować nad swoim wewnętrznym dzieckiem, czyli ukochać siebie, dać sobie czas, uwagę i spokój, których potrzebujemy. Nad tym właśnie pracuję z kobietami na warsztatach „Świadoma mama”, by mieć więcej cierpliwości i otwartości na wolność i wyrażanie emocji swojego dziecka.

A jaki związek ma ta przyblokowana radość z naszym ciałem?
Jeśli dziecko krzyczy ze złości albo radośnie wygina się we wszystkie strony, a świat mówi mu „przestań”, to z lęku lub pod presją uspokaja się i wewnętrznie zamraża. Energia życia przestaje płynąć przez jego ręce, nogi, ciało. Pytanie: jaka emocja zostaje wtedy zamrożona? Złość, smutek, tęsknota? Wszystkie emocje, których nie mogliśmy swobodnie wyrazić w dzieciństwie, wpływają na nas najmocniej i jeśli to „przyblokowanie” trwa latami, jako dorośli zaczynamy żyć w twardej zbroi. Nasze ciało sztywnieje.

Czy praca z ciałem może pomóc w większym odczuwaniu radości?
W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie – na przykład, jak radzi Lowen, poprzez wydobywanie z siebie długiego i głośnego dźwięku, który prowadzi nas do głębszego oddechu – to nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. Ta ochota nie przychodzi z głowy, ona obudziła się w ciele. Jeśli uda się za tym pójść, możemy odczuwać, jak ciało drga czy trzęsie się, bo chce wyrazić jakąś wcześniej zamrożoną emocję. Komunikuje nam, że jest gotowe, by się z nią spotkać, bo ma już dość życia w pancerzu.

Lowen twierdzi, że zarówno płacz, jak i śmiech idą z brzucha. Człowiek, który jest w stanie oddychać głęboko i potrafi tak samo głęboko płakać, czuje się dobrze sam ze sobą.
To prawda. Energia może wtedy swobodnie przepływać, a my czujemy się zdrowi, radośni i pełni sił. Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w ciele odpuszczają. To wolność wyrażania siebie. Ciało zaczyna się poruszać, energia przepływa z jednej nogi do drugiej i czujesz przyjemne mrowienie. Ja najczęściej osiągam ten stan w tańcu Pięciu Rytmów.

Czym jest taniec Pięciu Rytmów?
Jest rodzajem tańca intuicyjnego, w którym muzyka pomaga nam puścić nasze ego i zrzucić skorupę. Czuję wtedy niemalże orgazmiczną radość, do której dochodzę po dwóch – trzech godzinach wirowania bez odpoczynku. Następuje moment, kiedy wyłączam umysł i nie myślę już o niczym. Czuję flow i całkowite odpuszczenie ciała.

Jakie jeszcze ćwiczenia mogą pomóc nam uwolnić radość z ciała? Lowen pisze o tym, że warto okładać pięściami swoje łóżko. Albo krzyczeć w aucie: „nienawidzę cię, mogłabym cię zabić!”. Podstawą ćwiczeń bioenergetycznych jest również kopanie.
Nigdy nie sugeruję pacjentom konkretnego ruchu. Raczej podążam za nimi. Chcę, by sposób ich wyrażania siebie był swobodny i bardziej zgodny z ich naturą. Czyli zaczynamy od oddechu, podobnie jak Lowen, ale później skupiamy się na ciele i intuicyjnie sprawdzamy, dokąd nas ten oddech prowadzi. Ciało ma mądrość i samo powie: „teraz oddychaj i zobaczymy, co będzie dalej”. Czasem może zaprowadzić do stłumionej agresji w barkach i rękach oraz wywołać chęć uderzenia w coś, ale wtedy jestem pewna, że to nie ja kieruję tą energią, tylko idzie ona z ciała pacjenta.

Czy można wykonywać te ćwiczenia samemu, czy jednak warto, żeby ktoś przyjął naszą wyrażoną emocję?
Ważne, żeby terapeuta był wtedy obok nas. Nawet bardzo emocjonalne doświadczenie nie daje nam bowiem umiejętności eksplorowania swojego ciała i energii w samotności. Jeżeli będziemy próbowali zrobić to w pojedynkę, umysł będzie nas od tego odrywał, trudno nam będzie się skupić. Druga osoba wspiera w tym procesie, pilnuje, żeby nie zapominać o głębokim oddechu, no i towarzyszy w trudniejszych momentach. Ludzie mają w sobie mnóstwo mechanizmów obronnych, które utrudniają ten proces, na zasadzie: „dobra, dalej to już nie wejdę” – one blokują nas przed ponownym poczuciem trudnych emocji.

Lowen uważał, że sztywność, inaczej przewlekłe napięcia mięśniowe, ma na celu tłumienie bolesnych uczuć. Kiedy podczas terapii bioenergetycznej uwalnia się owe napięcie, można oczekiwać, że do świadomości pacjenta przedostaną się trudne wspomnienia. I od umiejętności ich zaakceptowania i tolerowania zależy to, czy pacjent będzie umiał doznawać też uczuć przyjemnych.
Nie lubię stwierdzenia: „zaakceptować to, co trudne” i myślę, że niewielu z nas lubi. A już na pewno nie cierpi tego nasze ego. Myślę, że wystarczy spotkanie z tym, co trudne, wyparte; sam fakt, że dostrzegamy daną emocję czy problem. Już to jest uzdrawiające. W ten sposób rozumiem proces akceptacji, wspólny dla każdego rodzaju terapii: Lowenowskiej, psychoanalitycznej czy ustawień Hellingera. Dostrzeganie zamrożonej emocji.

Czy koniecznie trzeba wracać do traum z dzieciństwa? Może wystarczy poczuć je w ciele?
To wszystko zależy od tego, czego potrzebuje dana osoba – czy chce wiedzieć dokładnie, o co chodzi, czy wystarczy jej, że poczuje to, co zamrożone w ciele. Osoby związane z psychoanalizą stwierdzą, że trzeba jednak uświadomić sobie problemy z przeszłości. Natomiast ci, którzy zajmują się pracą z ciałem i oddechem, nie wchodzą tak głęboko. Ważna jest emocja, którą poczułam i nazwałam, pracuję z nią i uwalniam ją z ciała. Zresztą często jest tak, że gdy jesteśmy skupieni na procesie oddychania i wykonywania jakiegoś ruchu, nagle wizja z przeszłości pojawia się sama. I nie trzeba o to nawet pytać, jak robili to Jung czy Freud.

Postęp w analizie bioenergetycznej Lowena wynikał ze zmiany pozycji pacjenta w trakcie terapii z leżącej lub siedzącej, jak u Freuda, na stojącą. Taka pozycja pozwala ocenić, w jaki sposób ktoś jest ugruntowany – fizycznie i psychologicznie w relacji z ciałem.
Ja wykorzystuje terapię oddechem biodynamicznym, tak że pacjent nie tylko stoi, ale też nieustannie się rusza i oddycha w ruchu. Jeśli się nie boisz i jesteś świadoma tego, że nic złego ci się nie stanie, bo masz u boku doświadczonego terapeutę – oddychasz mocniej i głębiej, a ciało zaczyna pozbywać się wszelkich blokad. Można wymiotować, pluć, intensywnie kasłać, trząść, uderzać o coś, krzyczeć.

To wszystko jest terapią bioenergetyczną?
Tak. Cały czas jesteśmy pod wpływem jakiejś energii, tylko nikt nas tego nie uczy, dlatego trudno jest nam to zrozumieć. Medycyna chińska i tybetańska mówią o siedmiu czakrach, czyli kanałach energetycznych w ciele. Zajmuje się nimi akupunktura, polegająca na nakłuwaniu i pobudzaniu miejsc supełków energii, żeby je rozplątać.

Jakie części ciała i emocje mamy przyblokowane najczęściej?
Pracuję z kobietami, które zwykle zgłaszają się z problemem zamrożenia w okolicy miednicy lub z miednicą mocno cofniętą, tak, że pojawia się lordoza. A za cofniętą miednicą stoi zwykle jakaś historia nadużyć seksualnych. Kobiety przychodzą też z zimnymi stopami, jak również z pochylonymi plecami czy garbami, które pokazują, że coś ciężkiego na tych ramionach niesiemy lub przed czymś się zasłaniamy. Za każdą zmienioną sylwetką stoi jakaś bolesna historia.

Przygarbiona sylwetka może oznaczać też brak ruchu albo to, że ktoś długo i często pracuje w tej pozycji na komputerze...
Ale czemu ktoś zaczął siedzieć w ten sposób? Bo w przygarbionej pozycji było mu wygodnie i bezpiecznie. Za chowaniem klatki piersiowej mogą stać różne sytuacje, jak próba ukrycia się przed krzykiem rodziców. To rodzaj ochrony swojego ciała, jak ślimak wchodzimy do skorupki. To, co widzę u pacjentów najczęściej, to sztywność ciała. Ludzie chodzą jak roboty. Bo ktoś musiał być grzeczny, cichy, posłuszny, i taki już został. Przestał wyrażać to, co chciał – smutek, złość, radość, lęk. No i zesztywniał. A życie w zbroi oznacza, że zakładamy potencjalny atak lub zagrożenie dla naszego życia. Jest to psychiczny i fizyczny stan gotowości do walki o przetrwanie. Ilość energii, którą pochłania ten stan, nie pozwala nam cieszyć się życiem.

Jakie ćwiczenia fizyczne na uwolnienie energii z ciała stosujesz najczęściej? Co pomaga ci odczuwać radość?
Podoba mi się to, że Lowen kładł swoich pacjentów wygiętych mocno do tyłu na krześle bioenergetycznym. W ten sposób otwiera się klatkę piersiową i łatwiej jest wejść w głębszy oddech. Codziennie stosuję też oklepywanie ciała: pukasz delikatnie palcami w różne miejsca na ciele, zwane meridianami: ręce, nogi z przodu, z tyłu, nadnercza, nerki – co powoduje, że mówisz: „rusz się” do swoich miejsc energetycznych. Inspiruję się też metodą ćwiczeń tai-chi, dzięki którym energia w ciele zaczyna się budzić i płynąć.

Jednak najbardziej lubię pracować z tańcem intuicyjnym. Muzyka świetnie oddaje emocje, a tupanie przy bębnach i pierwotnej, rytmicznej muzyce kontaktuje nas z męską energią agresji. Nawet jeśli w trakcie takiego tańca nasza głowa mówi nam: „nie rozumiem, co tu się dzieje”, to jest to niezwykle życiodajna energia. Kończysz taki seans i masz energię do życia.

A co to znaczy poddać się swojemu ciału? Jak to zrobić?
Poddawanie się to podążanie za ciałem, słuchanie go, bo ciało codziennie coś ci mówi. Tylko najpierw musisz wyjść ze swojego ego, z kontroli umysłu, choćby poprzez taniec. Ważna jest też świadomość ciała. Kiedy jej nie mamy, przestajemy rozumieć, że jesteśmy zmęczeni albo że ktoś nam przed chwilą zrobił przykrość, tylko bierzemy kieliszek wina, tabletkę albo kawę. Zagłuszamy nasze ciało, aż pojawia się ból lub schorzenie.

Jak sprawdzić, czy jesteśmy w kontakcie z naszym ciałem?
Zdarza się, że kiedy proszę kogoś, aby się zrelaksował, często w ogóle nie wie, o co mi chodzi. Nie widzi różnicy w ciele między relaksem a napięciem. Ma permanentny stan kontroli ciała. Wtedy zalecam masaż i odczucie tego, co to znaczy relaks. Dopiero później można próbować pracy ze świadomym oddechem i ruchem.

Jak już skontaktujemy się z tym, co trudne, i dojdziemy do radości, to co nam to da?
Ja na przykład przestałam czuć większość dolegliwości: bóle głowy, pleców, karku, nawet bóle menstruacyjne. Dzięki temu pojawia się u mnie nadwyżka energii, która zamienia się w siłę życiową i kreację.

Maria Rozwadowska, doktor psychologii społecznej na Uniwersytecie SWPS, certyfikowana terapeutka ustawień systemowych, terapeutka Reiki oraz Theta Healing (poziom podstawowy). Pracuje takimi metodami jak koherencja serca, tai chi czy taniec intuicyjny. Prywatnie mama trójki dzieci.

Ćwiczenie SKŁON

Poprawia przepływ energii w nogach, a dodatkowo wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Jest to dość znana pozycja stanowiąca część chińskiego systemu tai chi. W oryginalnej wersji stoi się ze stopami szeroko rozstawionymi, kolana są ugięte, a ciało delikatnie wygięte w łuk do tyłu. Aby utrzymać się w takiej pozycji, należy umieścić pięści w dolnej części pleców. Ułatwia to głębsze oddychanie. Lowen, prowadzony intuicją, odwrócił tę pozycję, pochylając ciało do przodu, tak aby palce dotykały podłogi. Stopy powinny być lekko rozstawione i skierowane do wewnątrz. W tej pozycji można poczuć bliskość ziemi, a opierając ciężar ciała na stopach i powoli prostując kolana – doświadczyć wibracji w nogach.

Więcej w książce: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. 

Polecamy książkę: 'Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć', Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. Polecamy książkę: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca.

  1. Styl Życia

Pora na rower - 6 najciekawszych tras rowerowych w Polsce

Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Prezentujemy sześć najciekawszych, podpierając się opiniami znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Oto najciekawsze trasy rowerowe po Polsce według znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Sezon rowerowy w Polsce nie trwa zbyt długo. Z drugiej strony jednak nie mieszkamy też w mroźnej Skandynawii. Jeżeli więc przepadasz za rowerowymi wycieczkami, masz szansę zwiedzić większość najciekawszych zakątków kraju, bez potrzeby brania urlopu na okrągły miesiąc. Przedstawiamy więc listę 6 najbardziej interesujących i najbardziej urokliwych miejsc, do których warto zapuścić się na dwóch kółkach – w wersji górskiej i szosowej. Zostały dobrane tak, aby legitymowanie się licencją kolarską, czy dyplomem skauta nie było konieczne.

Góry Orlickie – Zieleniec

- Jeśli chodzi o moje wybory były one podyktowane kilkoma ważnymi czynnikami, takimi jak klimat, odległość od domu, wysokość nad poziomem morza i jakość dróg – przyznaje Bartosz Huzarski, wybitny były zawodowy kolarz szosowy, wielokrotny uczestnik Tour de France i Giro d'Italia oraz założyciel Huzar Bike Academy. - Jeśli decydowałem się na jakikolwiek wyjazd na zgrupowanie w Polsce, celowałem w jedno miejsce w Górach Orlickich – Zieleniec, czyli górską dzielnicę miejscowości Duszniki Zdrój. Ten opustoszały w lecie kurort narciarski dawał mi wszystkie z tych punktów. Po około 90 minutach jazdy autem byłem na wysokości około 900 m.n.p.m w ciszy i spokoju, doświadczając niemal alpejskiego klimatu. Z dobrą siatką dróg po polskiej oraz bardzo dobrą po czeskiej stronie. Dodatkowo świetna kuchnia i otwartość ludzi sprawiały, że wracałem tam regularnie przed najważniejszymi wyścigami sezonu – podkreśla.

Nadmorski Szlak Rowerowy EuroVelo 10

Zdecydowanie jednym z najlepszych pomysłów jest wybrać się na wycieczkę wzdłuż polskiego wybrzeża, przez większość czasu mając w zasięgu wzroku Bałtyk. Nadmorski Szlak Rowerowy R-10 (EuroVelo 10), biegnący od Świnoujścia do Półwyspu Hel, oferuje od eleganckiej asfaltowej ścieżki rowerowej, przez szuter i leśne dukty, aż po wydmy i dziki wertepy. Po drodze nie brakuje licznych miejsc do spania w domkach letniskowych albo polach namiotowych. Trasa wiedzie przez tak urokliwe miejsca jak parki narodowe – Słowiński i Woliński, dodatkowym argumentem niech będzie widok latarni morskich. Na osobną uwagę zasługuje odcinek, prowadzący przez samą Mierzeję Helską.

Transgraniczna ścieżka Komańcza-Medzilaborce

Na tej liście nie mogło zabraknąć „mitycznego” miejsca ucieczki wszystkich pracowników korporacji z wielkich miast. W Bieszczadach możesz liczyć na gęstą siatkę tras rowerowych, z których szczególnie warto polecić transgraniczną asfaltową ścieżkę Komańcza-Medzilaborce o całkowitej długości 160 km (w tym 60 km przebiega przez Słowację). Po drodze miniesz wiele kapliczek i cerkwi. Innym interesującą propozycją jest szlak rowerowy dziedzictwa historycznego R-64, zwany Śladami Dobrego Wojaka Szwejka. Wędrował nią podczas I wojny światowej słynny bohater powieści Jaroslava Haška w swojej podróży na front wschodni.

Warmia i Mazury – z Giżycka do Mikołajek

Ten region od dawna sławią wszyscy fani kolarstwa i trudno im się dziwić. Przekonuje do siebie pięknymi krajobrazami, zabytkami turystycznymi (sanktuaria i zamki) czy ogromną liczbą uroczysk oraz jezior przy których można rozbić biwak. Znajdziesz tu wiele zadbanych, dopieszczonych pod każdym względem szlaków rowerowych. Większość spokojnie pozwoli na zabranie na wycieczkę małych dzieci w przyczepkach. Grzechem byłoby nie wybrać się w podróż z Giżycka do Mikołajek i z tej drugiej miejscowości do Ełku oraz dookoła jeziora Selmęt Wielki.

Żywiec, Jezioro Żywieckie i okolice

To jedna z ulubionych tras Bartłomieja Wawaka, zawodnika drużyny Kross Racing Team i byłego mistrza Polski elity kolarstwa górskiego (z reguła zapuszcza się tam jednak na szosówce). - Jezioro położone jest w kotlinie górskiej, co dodaje mu wyjątkowego uroku. Możemy je objechać dookoła całe. Trasa widokowa wiedzie po małych pagórkach z którymi upora się każdy. Możemy również przejechać przez zaporę w Tresnej, na której warto się zatrzymać i podziwiać jej imponujący rozmiar. Po drodze znajdziemy wiele miejsc w których można się zatrzymać, np. na świeżutką rybę czy na szybki „coffee break” – mówi Wawak. - Bardziej ambitnych zachęcam do wybrania się także na górę Żar, która znajduje się w pobliżu Jeziora Żywieckiego. Rozpościera się z niej niesamowity widok na okoliczne góry i doliny. Na samym szczycie znajduje się również ogromny zbiornik wodny, który sam w sobie robi wrażenie. Podczas dobrej pogody z jej szczytu startują paralotniarze i szybowce – dodaje.

Wschodni Szlak Rowerowy (1987 km), Green Velo, odcinek podkarpacki

Jedna z turystycznych wizytówek tego województwa. Na przygranicznych, z reguły mało uczęszczanych drogach możesz natknąć się na takie atrakcje jak stare cmentarze z wyrytymi na nagrobkach cyrylicą napisami, drewniane cerkwie (np. św. Paraskewy w Radrużu), arboretum w Bolestraszycach czy pięć sosen wyrastających z jednego pnia przy Sanktuarium Maryjnym na tzw. Płomieniu. Znawcy tego regionu opisują w samych superlatywach swoje wrażenia z wycieczki wzdłuż Pogórza Przemyskiego i Pogórza Dynowskiego aż do Rzeszowa. Trasę da się wytyczyć tak, by ominąć niekomfortowe drogi szutrowe.