1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Damski rower damka - czy warto?

Damski rower damka - czy warto?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Rower damka wydaje się być prawdziwym strzałem w dziesiątkę dla kobiet, które cenią sobie połączenie atrakcyjnego wzornictwa oraz świetnych parametrów użytkowych. W dzisiejszych czasach mamy do dyspozycji jednoślady w nowoczesnym wydaniu, a więc znalezienie czegoś odpowiedniego dla siebie, to tylko kwestia czasu. Pierwszym krokiem jest oczywiście określenie osobistych preferencji oraz oczekiwań. Należy zastanowić się, jakie trasy najczęściej pokonujemy. Poniżej przedstawiono najważniejsze zalety omawianego typu pojazdu.

Wysokiej jakości damki znajdziesz na stronie Antymateria.

Prosta konstrukcja

Rower damka wyróżnia się prostą konstrukcją, co można uznać za ogromną zaletę. Ograniczona ilość komponentów sprawia, że jednoślad jest lekki i wygodny w prowadzeniu. Wykonywanie manewrów podczas przemierzania ciasnych uliczek nie będzie stanowić żadnego wyzwania. Oczywiście wiele zależy od producenta dwóch kółek. W tym temacie lepiej nie ryzykować! Postawmy na zaufaną markę, która cieszy się pozytywną opinią klientów. Tylko wtedy będziemy mieć pewność, że rozsądnie zainwestowaliśmy gotówkę. Czasami lepiej zapłacić nieco więcej, jeśli zależy nam na inwestycji na długie lata.

Niska waga

Rower miejski nie może być ciężki. Dużą uwagę zwróćmy na materiał ramy, ponieważ to on decyduje o masie całkowitej.  Damka z aluminiową ramą to często spotykane rozwiązanie. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jest to materiał lekki, a jednocześnie trwały. Przetrwa nawet najbardziej intensywne użytkowanie, co zmniejsza ryzyko pojawienia się problematycznych usterek. Nie oznacza to jednak tego, że z góry powinniśmy odrzucić ramę stalową. Jej najważniejszą zaletą jest nieprzeciętna stabilność. Ponadto, jest ona sporo tańsza, co wpływa na cenę pojazdu. Wiele zależy od tego, jak zbudowana jest rama. Może okazać się, że konstrukcja stalowa posiada porównywalny ciężar, co aluminiowa.

Wygoda użytkowania

Rower damski damka zapewnia ponadprzeciętną wygodę użytkowania. Atutem jest możliwość jazdy w ergonomicznej pozycji. Cyklista nie musi pochylać się nad kierownicą. Oczywiście jej położenie można lekko modyfikować, tak aby dopasować posiadane dwa kółka do indywidualnych preferencji. Model dla kobiet powinien także posiadać właściwie wyprofilowane siodełko. Najczęściej jest ono nieco szersze, niż w przypadku siodełka męskiego. Nie może być jednak zbyt szerokie, gdyż będzie wywoływać liczne obtarcia oraz odparzenia. Dużą rolę odgrywa również jakość tworzywa, z którego zostało ono wykonane. Powinno być trwałe i niepodatne na negatywne oddziaływanie czynników zewnętrznych. Powierzchnia nie może pękać np. pod wpływem ciężaru użytkownika lub warunków otoczenia. Nie każdy wie, że istnieje coś takiego, jak siodełka testowe. Ułatwiają one bezbłędny dobór pasującego modelu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Europejczycy na rowerach - pieniądze dla rowerzystów we Włoszech i Anglii

W zatłoczonych miastach jazda rowerem może być najlepszym rozwiązaniem. (fot. iStock)
W zatłoczonych miastach jazda rowerem może być najlepszym rozwiązaniem. (fot. iStock)
Jazda na rowerze sprzyja odchudzaniu, poprawia kondycję, a przede wszystkim przyczynia się do poprawy jakości powietrza. Nic więc dziwnego, że rządy niektórych państw chcą wesprzeć ten rodzaj transportu. W ostatnich miesiącach nowe rozwiązania wprowadzają Włosi, Anglicy i Francuzi. Politycy podkreślają, że propagowanie zdrowego stylu życia ma też pośrednio pomóc w walce z koronawirusem.

Z miłości do jednośladów słynie przede wszystkim Holandia. W państwie, gdzie propagowany jest ekologiczny sposób przemieszczania się, wiele firm wypłaca zatrudnionym osobom dodatek (fietsenvergoeding) za dojazd do pracy rowerem. Profitem dla pracodawców są nie tylko wydajniejsi pracownicy (zdrowsi i bardziej dotlenieni), ale również zniżki podatkowe za wypłacany dodatek.

Nie trzeba jednak aspirować do bycia rowerowym eldorado. Najważniejsza jest odpowiednia infrastruktura, przystępne ceny rowerów i dobre chęci mieszkańców, aby zmienić sposób poruszania się po mieście. Z tym ostatnim nie jest najgorzej. Coraz więcej Europejczyków, w tym też Polaków, przesiada się na rower. Sprzedaż rowerów wzrosła w ostatnich miesiącach w Kanadzie, w Australii, w Stanach Zjednoczonych i w wielu krajach Europy. Jazda rowerem pomaga uniknąć przemieszczania się zatłoczonymi autobusami i tramwajami.

Włosi na rowerach

Najwięcej rowerzystów przybywa we Włoszech. Po zakończonym lockdown Włosi kupują więcej rowerów i coraz chętniej z nich korzystają. Jak podaje ANCMA, związek zawodowy producentów rowerów i motocykli, w maju różnica z poprzednim rokiem wynosiła 60 % - o tyle zwiększyła się sprzedaż rowerów.

Trudno się zresztą dziwić. Jazda na rowerze to dla Włochów nie tylko sposób na odreagowanie trzymiesięcznej izolacji i braku możliwości uprawiania sportów na świeżym powietrzu, ale również oszczędność czasu i pieniędzy. Znalezienie miejsca parkingowego w nadmorskich miejscowościach lub z centrach miast graniczy z cudem. Nieraz na szukanie miejsca trzeba poświęcić do godziny czasu. Poza tym w wielu miejscach płaci się za parking także wieczorem oraz w weekendy.

Włoski rząd zapowiedział, że dofinansuje obywatelom zakup rowerów i hulajnóg. Projekt ma ruszyć we wrześniu. Dofinansowanie ma wynieść do 500 euro na osobę. O dofinansowanie będą mogły ubiegać się osoby zameldowane w dużych miastach (powyżej 50 tys. mieszkańców) lub w miastach powiatowych. Kolejne włoskie inicjatywy to utworzenie nowych ścieżek rowerowych. Prezydent Rzymu obiecał utworzenie 150 km nowych ścieżek. Z kolei w Mediolanie planuje się utworzenie 60 km nowych ścieżek rowerowych. Ponadto Mediolan ma być „miastem 30”, czyli aglomeracją miejską, w której obowiązywać będzie ograniczenie prędkości do 30 km/h zamiast 50. Ograniczenie ma dotyczyć 60% całej sieci dróg miejskich.

Zdrowsi Anglicy

W Wielkiej Brytanii jest jeden z najwyższych odsetków ludzi otyłych (około 28% społeczeństwa). Dlatego też brytyjski rząd chce zachęcić Anglików do zdrowszego stylu życia i tym samym do korzystania z rowerów. Na ten cel planuje wydać dwa miliardy funtów. Planowana jest m.in. rozbudowa sieci ścieżek rowerowych, lekcje jazdy na rowerze, dopłaty do napraw rowerów do kwoty 50 funtów, zwiększenie liczby parkingów ulicznych. Program zapowiedziany przez Borisa Johnsona ma przede wszystkim wspomóc odchudzanie Anglików.

W Londynie badają też możliwość realizowania „bike tube”, czyli sieci ścieżek rowerowych przebiegających dokładnie nad liniami metra.

Projekt dotowania napraw rowerów powstał również we Francji. Naprawy muszą być wykonywane w zarejestrowanych zakładach, aby można było ubiegać się o dofinansowanie w wysokości 50 euro. Prezydent Paryża Anna Hidalgo proponowała też, żeby do roku 2024 Paryż stał się miastem rowerowym w 100%.

Ciekawostką może być fakt, że poprzednia „rewolucja” w transporcie odbyła się również na fali kryzysu globalnego: kryzys energetyczny w 1973 r. zmienił właśnie takie kraje jak Holandia, która wówczas zainwestowała w ścieżki rowerowe. Dzięki temu dzisiaj 30% przemieszczeń w Holandii wykonuje się na rowerach.

  1. Styl Życia

Jazda na rowerze - moda czy styl życia?

Rower to nie tylko świetny sposób na aktywny wypoczynek, ale też zdrowy i ekologiczny środek transportu. (Fot. iStock)
Rower to nie tylko świetny sposób na aktywny wypoczynek, ale też zdrowy i ekologiczny środek transportu. (Fot. iStock)
Jazda na rowerze to coś więcej niż wysiłek fizyczny. To przyjemność podróży, swobodnego przemieszczania się, pracy wielu mięśni. Są tacy, którzy nie wyobrażają sobie bez tego życia.

Od czasu, gdy w miastach pojawiła się moda na rowery, nie dziwi już pedałujący mężczyzna w garniturze ani kobieta w sukience i na szpilkach. Bo czemu ma dziwić? Rower to nie tylko świetny sposób na aktywny wypoczynek, ale też zdrowy i ekologiczny środek transportu.

Rowerem przez miasto

Kasię Bąkowicz, logopedkę medialną, przekonała trochę moda, a trochę znajomi. Po 10 latach przerwy w jeżdżeniu kupiła rower. Ale nie byle jaki, tylko rower swoich marzeń – wygodny, stylowy, miejski. Zrobiła go na zamówienie i okazało się, że wcale nie był to duży wydatek. Odtąd jeździ na nim, gdy tylko pozwala na to pogoda. – Odstawiam rower w październiku i wystawiam, gdy dni robią się cieplejsze – opowiada. – Jeżdżę rowerem do pracy, na spotkania ze znajomymi albo po prostu dla relaksu. Rower to dla mnie środek transportu, sport, ale też styl życia.

Jazda na rowerze ma same plusy – spędzasz dużo czasu na świeżym powietrzu, omijasz korki, a na dodatek dbasz o swoją kondycję. Coraz więcej pracodawców pozwala swoim pracownikom na zostawianie dwóch kółek w firmowych garażach, a właściciele miejskich knajp zgadzają się, by trzymać je nawet przy ogródkowych stolikach. Kasia przyznaje, że dla niej i znajomych często taka knajpa jest miejscem startowym do całodziennych wycieczek rowerowych po mieście. – Ostatnio w ten sposób spędziliśmy majówkę i to był niesamowicie integrujący i ciekawy czas – dodaje.

Stefan Bobrowski, urzędnik, jest jednym z tych, co także w garniturze wsiadają na rower. Po przeprowadzce w dalsze zakątki miasta odkrył, że rower to najszybszy środek codziennego transportu. – Daje mi czas na dopicie porannej kawy i zjedzenie do końca jajecznicy z żoną – mówi. – Nie muszę czekać na tramwaj czy autobus i tłoczyć się w nich, a przy okazji oszczędzam pieniądze, rezygnując z biletu miesięcznego. Obecnie kupuję go tylko przez trzy miesiące – grudzień, styczeń i luty, co daje konkretne oszczędności. Ponieważ wraz ze mną na rower przesiadła się żona, korzyści jest więcej – po pracy odwiedzamy bary mleczne i robimy sobie wyprawy nocne – powietrze jest wtedy inne niż za dnia i jedzie się bardzo lekko. Rowery zabierają też ze sobą na wakacje. Mieli je nawet w czasie podróży poślubnej. – Zjeździliśmy na nich pół Europy – wspomina Stefan. – Zapewniam, że zwiedzanie Paryża, Rzymu czy Barcelony z siodełka jest dużo bardziej przyjemne, wydajne i ciekawe. Stefan od jakiegoś czasu też sam składa rowery. – Pierwszy złożyłem, gdy odkryłem, że mój stary „góral” nie nadaje się na płaski miejski asfalt – opowiada. – U koleżanki w piwnicy znalazłem starą ramę Huragana marki ZZR. Dokupiłem trochę części, resztę znalazłem u znajomych i powstał pierwszy rower. Drugi to by tzw. tall bike, czyli piętrowe połączenie dwóch rowerów.

W Klubie Młodzieżowym na Brzeskiej w Warszawie Stefan zaczął reperować i składać rowery z dzieciakami. – Zrobiłem kurs spawacza – opowiada. – Wyremontowaliśmy cały dół, przy pomocy firmy SAP zakupiliśmy maszyny, dogadałem się ze złomowiskami, żeby odkładały dla nas rowery i części. I przy pomocy szlifierek, spawarki i narzędzi zaczęliśmy tworzyć różne pojazdy. Ponieważ nie mogłem przekonać się do fotelików, na których dzieci widzą tylko plecy rodzica, na swoje potrzeby skonstruowałem rower ze skrzynią, która umożliwia córce oglądanie całego świata i kontakt ze mną. Teraz, ponieważ córki mam już dwie, kończę robić większą skrzynię.

Wyprawy rowerowe

Olę Filińską-Zacharzewską, tłumaczkę i specjalistkę od komunikacji, z racji wolnego zawodu można zobaczyć na rowerze w sukience i na obcasach. Regularnie zaczęła jeździć w czasach liceum, kiedy nie było ścieżek, a rowerzyści stanowili raczej rzadki widok na ulicach. – Potem, kiedy już na studiach uczyłam się hiszpańskiego przed wyjazdem do Chile, obejrzeliśmy w Instytucie Cervantesa film o Camino de Santiago. Kilkaset kilometrów od francuskiej granicy aż do Finisterre. Pomysł na tyle inspirujący, że uznałam, że warto spróbować. Prędzej na rowerze niż na piechotę. To był świetny czas na przemyślenia i wspaniałe wyzwanie, nie tylko fizyczne – opowiada.

Na Camino wracała jeszcze kilkakrotnie – ze znajomymi, z rodzeństwem… Mąż Oli też lubi jeździć, więc gdy ich córka skończyła rok, zamontowali fotelik na ramie jego roweru z przodu, żeby jeździć razem i wspólnie odkrywać świat. – Gdy wraca z pracy, zabiera młodą na „wędrówkę z tatą” – zamiast spaceru jadą wtedy najczęściej na lotnisko, żeby obejrzeć zachód słońca i lądujące samoloty – opowiada Ola. – Rower to niezależność, lepsza forma i piegi na nosie. Poza tym lubię czuć wiatr we włosach i mieć chwilę dla siebie. Często właśnie jadąc na rowerze, śpiewam, myślę, układam poezję, tłumaczę. No i mam lepszą kondycję. Przygody rowerowe mnie hartują, ale cieszę się, że teraz nie muszę już sama „skuwać” łańcucha, choć umiem. Tego się nauczyłam na trasie. Nasza rozbrykana córka ma już swój rower biegowy – my po prostu lubimy jeździć. Nie wyczynowo, rekreacyjnie. Rower generuje dużo pozytywnej energii. W sam raz dla nas.

– Brat namówił mnie na szalone wakacje na rowerze. Na dwóch kółkach zjeździliśmy całą Europę i przy wsparciu kolei, statku i samolotu udało nam się dotrzeć aż za ocean – opowiada Zosia Soltya, nauczycielka. Jej towarzyszem, oprócz brata, był starannie poskładany turystyczny jednoślad z przewieszoną sakwą własnej roboty. Był początek lat 80., wtedy można było liczyć tylko na własną pomysłowość. – Początkowo ja i mój rower nie rozumieliśmy się najlepiej – wspomina Zosia. – Manetka jego przerzutki nie zawsze była mi posłuszna, a wzniesienia Finlandii doprowadzały mnie do płaczu. Ale dotarliśmy się. Gdy go sprzedałam, zaczęłam marzyć o godnym następcy. I pojawiła się piękna pomarańczowa Gazela, która towarzyszyła mi przez lata. Potrafiła unieść na kierownicy koszyk z pierwszym dzieckiem, a gdy pierworodny wylądował z tyłu w foteliku, niosła równocześnie Janka w koszyku na kierownicy i Madzię, jego siostrę bliźniaczkę, na plecach w nosidełku. – Dla mnie to było zupełnie normalne – opowiada Zosia. – Kocham ten wysiłek, wiatr we włosach, zapach traw i kwitnących lip, bliskość z naturą… Jeżdżę rowerem codziennie po Warszawie, a wszystkie wolne dni i wakacje też spędzamy na dwóch kółkach. Dzięki nim znajdujemy puste plaże, pola borówek, polanki maślaków, ustronne leśne jeziorka. Z maluchami przemierzyliśmy wzdłuż i wszerz Kaszuby, Bory Tucholskie i centralne wybrzeże Bałtyku. Gdy dzieci podrosły, na krótszych trasach uczyliśmy się wspólnie przyrody i geografii. I w końcu pierwsza daleka wyprawa z dorosłymi już bliźniętami – rowerami nad morze. Zosia wspomina: – Jechaliśmy bocznymi drogami, czasem szutrami, czasem asfaltem przez równiny, wyżyny i pojezierza. W sumie ryzykowaliśmy co wieczór, szukając noclegu w nieznanej agroturystyce, jedząc pod sklepami spożywczymi po drodze i kryjąc się przed deszczem pod wiatami stacji benzynowych. Czuliśmy się jak odkrywcy nowych lądów. Niezapomniany czas.

W ten sposób „cykloza” Zosi zaczęła się rozwijać w kierunku turystyki. – Każda wyprawa to była przygoda – podsumowuje. – Każda nas sporo nauczyła i o życiu. I ciągle chcemy więcej. Od niedawna mam nową pasję – maratony rowerowe MTB. Marzą mi się też kolejne trasy – etapowy wyścig górski,wyprawa w dzikie i mało cywilizowane tereny Bałkanów, Turcji lub Grecji oraz Izrael. I wiem, że te marzenia w końcu dogonię…

Z mężem jeździ rekreacyjnie, na luzie, z kolegami z grupy kolarskiej – treningowo, ostro, z zaprzyjaźnionymi dzieciakami – tak, by pokazać im, ile radości znaleźć można w rowerze, z własnymi dorosłymi już dziećmi i z przyjaciółmi – by wspólnie doświadczyć tego, co w rowerze cenią najbardziej. – Rower jest moim orężem w walce ze stresem – mówi Zosia. – Fizyczne zmęczenie i czas wypełniony rozważaniem trudnych spraw przynoszą proste rozwiązania. Jest źródłem radości, kiedy mogę się wyrwać w piękną, dziką okolicę. Jest też cudownym środkiem transportu, na którym przemieścić mogę się wszędzie i całkiem szybko. Jest moim psychoterapeutą, dietetykiem, instruktorem fitness, kolegą, który co dzień – nieważne, czy mróz, czy deszcz – podwozi mnie do pracy, a ostatnio jest też współautorem moich sportowych sukcesów. To prawdziwy przyjaciel, na dobre i złe.

  1. Styl Życia

Maja Włoszczowska: na sto procent

Maja Włoszczowska od lat utrzymuje się w czołówce najlepszych kolarek górskich na świecie (Fot. Maria Eriksson)
Maja Włoszczowska od lat utrzymuje się w czołówce najlepszych kolarek górskich na świecie (Fot. Maria Eriksson)
Jest jedną z najlepszych kolarek górskich na świecie i najpopularniejszych sportsmenek w Polsce. W zeszłym roku wydała książkę o tym, jak trenować jej dyscyplinę. Ale też o codziennym życiu zawodniczki. O pasji, nagłych zachwytach, rywalizacji i chwilach, kiedy cały romantyzm znika.

Wyobrażasz sobie, jak wyglądałoby twoje życie, gdyby nie kolarstwo górskie?
Skończyłam matematykę finansową i ubezpieczeniową, więc pewnie trafiłabym do jakiejś dużej instytucji finansowej. Biegałabym teraz w żakieciku i butach na wysokim obcasie.

Kiedy zdobywałaś srebro na igrzyskach w Rio de Janeiro, przed telewizorami kibicowało ci pięć milionów Polaków. Niezły ludzki kapitał. Może powinnaś zostać polityczką?
Nie, dziękuję. W polityce jednak zawsze trzeba się układać, iść na kompromisy. Nie mówię tego z pogardą, nawet na przykładzie związków sportowych widzę, jaka to sztuka – nie sposób wszystkim dogodzić, środki finansowe są ograniczone, zawsze ktoś jest pokrzywdzony. Już bardziej widzę siebie w biznesie, gdzie są prostsze, bardziej przejrzyste zasady.

Sport jest wolny od kompromisów? Jednoczy, jest ponad podziałami: liczą się udział i zaangażowanie.
To ta bardziej romantyczna wizja. Sprawdza się, kiedy uprawiasz jakąś dyscyplinę dla siebie. Inaczej, kiedy pojawiają się duże pieniądze. Sport jest wbrew pozorom bliski biznesowi. Przynajmniej w wydaniu zawodowym. My, zawodnicy, mamy przecież sponsorów, dla których nasze wyniki są wymierną korzyścią z reklamy. Sukcesy mają konkretną wartość. Poza tym sport jest tak samo brutalny i bezwzględny jak biznes. Weźmy ostatnie igrzyska zimowe w Pjongczangu i naszych sportowców. Uważam, że oczekiwania wobec nich były absurdalnie zawyżone i to, z jakim hejtem się spotkali, będąc jeszcze tam, na igrzyskach, i ciągle jeszcze walcząc, było straszne. Te wszystkie komentarze, że pojechali sobie na wycieczkę za publiczne pieniądze… Tam, gdzie wszyscy oczekują wyniku, nikt nie myśli o wzniosłych hasłach, cały romantyzm znika.

Od ciebie też wymaga się wyników, a oczekiwania tylko się zwiększają.  Jak sobie z tym radzisz?
Przed ostatnimi igrzyskami w Rio de Janeiro ostro pracowałam nad tym, żeby nie przygniotła mnie presja. Żebym – zamiast myśleć, że na moje przygotowania poszło pół miliona złotych – nie zapominała, dlaczego do sportu w ogóle trafiłam.

Dlaczego?
Kierowały mną czysta radość i pasja. O to w końcu chodzi w kolarstwie górskim. No, chociażby ostatnio – byłam na zgrupowaniu w Hiszpanii, niedaleko Alicante. Ptaszki śpiewają. Jadę wąziutką ścieżką, z boku przepaść, ale bezpiecznie jak na moje umiejętności. Z prawej góry, z lewej góry, na wprost morze. Bajka. Nie dość, że miałam za sobą porządny trening i satysfakcję, że wykonałam kawał dobrej roboty, to jeszcze przede mną była ciekawa technicznie trasa. Kiedy widzisz trudny zjazd, pełno kamieni, głazów, poplątanych korzeni i w pierwszej chwili wydaje ci się, że tego się nie da przejechać, a potem odkrywasz, że się da. To jest taki wyrzut endorfin! Uwielbiam to uczucie.

Rzeczywiście można zapomnieć o stresie, punktach w rankingu?
Na samym początku kariery nie myślałam o konkretnym wyniku, chciałam po prostu jeździć. Biorę udział w igrzyskach? Super! Potem, jak się pojawiły oczekiwania, sponsorzy, zaczęłam patrzeć na sport jak na pracę, a nawet w pewnym momencie jak na więzienie, do którego trafiłam. Tak, jakbym znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

Jak z niej wybrnęłaś?
Pamiętam, jak moja mama, kiedy jej w kółko powtarzałam, że muszę jechać na trening, muszę na zawody, w końcu mi powiedziała: „Ale dlaczego ty mówisz: muszę? Przecież nic nie musisz”. Często powtarzam sobie w duchu tamte jej słowa. Pamiętam też, jak zaczęłam pracę z moim trenerem Markiem Galińskim i jak Marek podczas treningów potrafił krzyknąć do mnie: „Zobacz, jaki widok! Patrz!”. On, taki skrupulatny, co do minuty, co do jednego wata – bo monitorujemy treningi miernikami mocy – rozpisywał treningi, a potrafił zwyczajnie się zachwycić, dodać nam te pół godziny wysiłku tylko dla pięknego widoku, fajnej trasy. Cieszył się, że sarna przebiegła, że pięknie. Nigdy tego nie zapomnę. Także na ostatnie igrzyska udało się stworzyć ekipę autentycznych pasjonatów.

Jak smakuje zwycięstwo?
Czasem ważniejsze jest to, żeby pokonać własne ograniczenia. Właśnie mam za sobą pierwsze zawody Pucharu Świata. Początek sezonu, wydawało mi się, że zupełnie nie mam formy, że będę walczyć o życie i ledwo dwudziestą lokatę. Bardzo ciężko było mi przekroczyć granicę bólu, bo jechałam w swojej strefie komfortu, zaskoczona i szczęśliwa, że nawiązałam walkę z pierwszą dziesiątką. Aż w końcu pomyślałam sobie: „Jesteś w RPA, przyjechałaś na drugi koniec świata. Daj z siebie wszystko”. Ostatnie kilometry to była niesamowita walka, ta jakość ścigania, te emocje i to, jak mi się udało pokonać ból!

Kiedy zaczyna boleć?
Jeśli się walczy na sto procent, boli cały czas. Jedziesz ze świadomością, że cierpienie skończy się na linii mety, ale też satysfakcja, że ten ból pokonujesz, jest nieprawdopodobna.

W twojej karierze były momenty, które wyglądały naprawdę groźnie. Jak wtedy, kiedy sześć lat temu przed igrzyskami w Londynie uległaś poważnej kontuzji nogi. Pojawiły się plotki, że nie będziesz chodzić.
Tak, to było trudne, ale psychicznie o wiele trudniejszym dla mnie momentem była nieoczekiwana śmierć Marka Galińskiego. Marek został moim trenerem w 2011 roku, właśnie przed Londynem. A po mojej kontuzji nigdy nie miał wątpliwości, czy moja kariera będzie miała ciąg dalszy. Po tym, jak w 2013 roku zginął, zaczął się dla mnie okres, kiedy bardzo trudno było mi się zmotywować do treningu. Razem z moim ówczesnym trenerem Michałem Krawczykiem postanowiliśmy jednak, że nie możemy odpuścić. Nie tego by chciał Marek. Zawsze nam powtarzał w trudnych momentach: „Po prostu rób swoje”. Zrobiliśmy więc bransoletki z tym hasłem. Do igrzysk w Rio de Janeiro przygotowywaliśmy się zgodnie z jego myślą szkoleniową i ideologią życiową. Mój ostatni olimpijski medal to także jego zasługa.

Medal tym cenniejszy, że zdobyty po takiej przerwie – ośmiu latach od ostatniego olimpijskiego podium. Wróciłaś na igrzyska w wielkim stylu. Mimo że po drodze tu, w kraju, musiałaś o siebie ostro walczyć.
Dostałam informację, że nie będę miała finansowania z Polskiego Związku Kolarskiego. Słyszałam, że się mówi, że nie rokuję. Że Włoszczowska się już skończyła. Do dziś nie wiem, czy to dlatego straciłam finansowanie, ale całe życie miałam wsparcie i nagle je straciłam, akurat w momencie, kiedy wychodziłam z kontuzji.

Przyjęłaś to do wiadomości i…
I za własne pieniądze pojechałam na zgrupowanie do Sierra Nevada i opłaciłam fizjoterapeutę. Trenowałam. A zaraz po tym, jak zdobyłam drugie miejsce w Pucharze Świata, odebrałam telefon z pytaniem, czy czegoś nie potrzebuję, i finansowanie wróciło.

Nie miałaś żalu?
Miałam to gdzieś, chciałam trenować. I umówmy się – nie bez znaczenia było to, że mogłam pozwolić sobie, żeby kupić bilet na zgrupowanie, opłacić fizjoterapeutę. Wiem, że utalentowani sportowcy z wielu dyscyplin nie są w tak uprzywilejowanej pozycji. Już podczas studiów byłam w stanie się utrzymać. Jak miałam ochotę na lody i nie stać mnie było na magnum, kupowałam sobie big milka, ale nigdy nie miałam takiej sytuacji, żeby zostać zupełnie bez pieniędzy i musieć oprócz studiów i intensywnego trenowania jeszcze dodatkowo pracować. Z tej perspektywy łatwiej się mówi, że nie ma się żalu.

(Fot. Maria Eriksson) (Fot. Maria Eriksson)

„Nie podobało mi się to, że taką drogę wybiera. Moje obawy się potwierdziły – kiedy potem patrzyłam na życie sportowca z bliska, widziałam, jakie są jego koszty. Z mojego punktu widzenia bilans zysków i strat przemawiał na niekorzyść. Ale Majki nie dało się zatrzymać”. To słowa twojej mamy, które wyczytałam w twojej książce. To paradoks, bo jednocześnie o mamie mówisz, że wychowała cię na mistrza.
Ona ma niesamowitą intuicję. Przed mistrzostwami świata, które wygrałam, wysłała mi SMS: „Możesz spać spokojnie”. Przed Pekinem przepowiedziała mi srebro. Z kolei przed wypadkiem miała niedobre przeczucie. Często jeździ ze mną na zawody, kibicuje. Nie jest typem matki, która się użala. Potrafi mnie pocieszyć, ale częściej słyszałam od niej: „Weź się w garść. Zamiast się mazać, pomyśl, jak rozwiązać problem”. Zresztą nie musiała tego mówić, swoją postawą życiową uczyła mnie takiego podejścia. Wiele jej zawdzięczam. Jej i całej rodzinie. Teraz mam już mojego mężczyznę, który mnie przywozi, zawozi, pomaga, ale przez lata robił to mój brat Michał. Taty było w moim życiu mniej, ponieważ rozstali się z mamą, kiedy byłam dzieckiem, ale mogłam na niego liczyć. Dużo w moje życie wniósł też partner mamy, czyli Krzysiek Zalewski, który teraz jest moim trenerem. Można powiedzieć, że jesteśmy sprawnie funkcjonującą ekipą. Mam szczęście, bo nigdy nie odczuwałam w domu presji. To kompletnie nie ten model, jaki się teraz często widuje. Rodzice zapisują dziecko do klubu i to im bardziej zależy, oni są bardziej zapaleni. Cisną, mają zawyżone ambicje. To ma nawet swoją nazwę – Komitet Oszalałych Rodziców. Mnie to nigdy nie spotkało.

Jaka byłaś w dzieciństwie? Poznałabym cię od razu na zdjęciach?
Niekoniecznie. Byłam najpierw pampuchem, potem chudzielcem, potem w podstawówce przez jakiś czas znowu bardziej przy kości. Na pewno zawsze spędzałam dużo czasu na podwórku. Mój brat jest o trzy lata starszy, ganiałam z nim i z jego kolegami. W istotne bójki się może z nimi nie wdawałam, ale swoją szkołę na podwórku dostałam. Pamiętam też, że często zdarzało mi się wywracać. Na rowerze, w płetwach na molo na wakacjach.

Płakałaś?
Wstawałam i ruszałam dalej. To może zbyt proste – że nauczyłam się nie poddawać wtedy, w dzieciństwie, jak zdzierałam sobie kolana, ale coś w tym jest. Poza tym lubiłam się uczyć.

Byłaś kujonką?
Mogę chyba tak powiedzieć [śmiech]. Trochę to się zmieniło, jak zaczęłam jeździć na rowerze. Był jeden taki trudny moment – stwierdziłam, że nic więcej mnie nie interesuje. Nie idę na porządne studia, stawiam na rower.

To była twoja wersja młodzieńczego buntu?
Coś w tym rodzaju. Mama straciła nade mną kontrolę. Nie to, żeby ją zawsze miała, ale miała chociaż poczucie, że ją ma, a wtedy straciła też to poczucie. Natomiast żebym chodziła na wagary albo ciągnęło mnie do używek, to nie. Może właśnie sport mnie przed tym uchronił? Odnalazłam sposób, żeby wyładować energię, która gromadzi się w tak młodym człowieku.

Ile czasu średnio spędzasz na wyjazdach?
Gdybym wszystko zsumowała, wyszłoby, że ze dwa miesiące jestem w domu. Teraz nie ma mnie na przykład już od 11 tygodni. Przyjechałam ze zgrupowania prosto do Warszawy i mam ze sobą w walizce tylko ciuchy kolarskie i dresy. Te dżinsy i sweter, które włożyłam, to moje jedyne cywilne ciuchy, a będę tu trzy dni, chciałabym się normalnie ubrać. Poprosiłam Przemka, żeby coś mi przywiózł z Jeleniej Góry, tylko w ogóle zapomniałam, co mam w szafie. Nie byłam mu nawet w stanie wytłumaczyć, co mógłby wziąć.

Ludzie cię podziwiają, ale jednocześnie wielu z nich nie rozumie twojego poświęcenia.
Znajomy dziennikarz sportowy powiedział kiedyś, że prowadzę klasztorne życie. Nie obraziłam się, miał rację. Mój typowy dzień wygląda tak, że wstaję, robię rozruch, jem śniadanie, odpisuję na mejle, jadę na trening, wracam, jem obiad, idę na drzemkę, budzę się, drugi trening, kolacja, odpisuję na mejle, czytam książkę, spać. Teoretycznie udałoby się znaleźć w tym grafiku trochę czasu, mogłabym gdzieś iść, ale jestem tak zmęczona po wysiłku fizycznym, że nie mam siły. Albo się boję, że coś złapię. Mam tak słaby układ odpornościowy, że wystarczy, że wyjdę gdzieś, gdzie jest dużo ludzi, i już jestem chora. Muszę na siebie chuchać i dmuchać, żeby utrzymać formę.

Twój partner jest pilotem rajdowym. Wie, co to wyścig, adrenalina. Dzięki temu wasz związek jest możliwy?
Przemek [Zawada – przyp. red.] jest przede wszystkim mądrym życiowo człowiekiem, rozumiejącym potrzeby innych, dlatego jesteśmy razem. Karierę pilota rajdowego wyciszył, występuje w rajdach od czasu do czasu, natomiast kiedy zaczął się ze mną spotykać, zaraził się rowerem. Jak na amatora całkiem poważnie trenuje. To też na pewno pozwala mu lepiej mnie zrozumieć.

Kolarstwo to twoje życie?
Nie przeraża mnie to stwierdzenie, mogę się pod nim podpisać. Co nie znaczy, że moje życie się skończy, jeśli skończę karierę sportową.

W jakim wieku idą na emeryturę rowerzyści górscy?
Norweżka Gunn-Rita Dahle, która cały czas utrzymuje się w światowej czołówce, jest dokładnie dziesięć lat ode mnie starsza. Niemka Sabine Spitz – o 11 lub 12.

Pójdziesz w ich ślady?
Nie. Mój deadline to igrzyska w Tokio. Prawdę mówiąc, zastanawiałam się, czy nie skończyć kariery już po tym ostatnim sezonie.

Bo? Jestem w tym wieku… Wróć! Jestem ciągle młoda, silna, więc wielu rzeczy chciałabym jeszcze spróbować. Kitesurfingu, wspinaczki…

Ty znowu o sporcie. A ja chciałabym wiedzieć, co robisz poza nim.
Ostatnio wzięłam udział w TVN-owskim „Agencie”. Nagrania do programu wypadły akurat podczas przerwy między sezonami. Napisałam i wydałam właśnie książkę, zajmuję się organizacją wyścigu w Jeleniej Górze. Uprzedzę twoje pytanie, które pada praktycznie w każdym wywiadzie. Mam też w głowie hasło „rodzina”. Co nie znaczy, żebym czuła wielką potrzebę, silny instynkt macierzyński.

W tym kraju to odważna deklaracja.
Jestem po prostu realistką. Do tej pory przez tyle lat było tak, że to wokół mnie wszyscy biegają, ułatwiają mi życie. To ja mam być wyspana, najedzona. Dba o to sztab ludzi. Co nie znaczy, że nie chcę mieć dzieci i że ich nie będę miała.

Medale medalami, a w Tour de France nie mogłabyś się ścigać.
To kolarstwo szosowe, różni się od górskiego.

No i jesteś kobietą.
Tak, to wyścig tylko dla mężczyzn. Zawodniczki szosowe walczą o swoje prawa, w tej chwili są już jakieś zalążki większych wyścigów dla kobiet, ale dysproporcja jest jednak olbrzymia. Inaczej niż w naszej dyscyplinie, gdzie mamy pełne równouprawnienie. Mamy takie same puchary świata – tego samego dnia. Są transmisje, te same nagrody. Świecimy przykładem. Jestem przedstawicielką zawodników w komisji MTB Międzynarodowej Unii Kolarskiej i jeżeli tylko gdzieś widać, że równouprawnienia nie ma, walczę, chociaż w przypadku kolarstwa górskiego do niewielu rzeczy można się przyczepić. Wyższe są tylko stawki kontraktów, ale to już sprawa rynku. Męskie zawody ogląda więcej widzów, więc sponsorzy są hojniejsi.

A dlaczego nie możecie się ścigać z mężczyznami?
Mężczyźni podczas zawodów w tym samym czasie co my robią o jedno okrążenie więcej. To realne ograniczenia fizyczne, tego nie przeskoczymy. Nie ma najmniejszych szans, żebyśmy miały takie same osiągi. Mogę porywalizować co najwyżej z 18-letnim juniorem, choć już nie takim z podium. Panowie są szybsi i silniejsi.

Jak to w końcu jest – sport wyczynowy kształtuje charakter czy odwrotnie: musisz mieć mocny charakter, żeby zabrać się do zawodowstwa?
Chyba jednak to drugie. Ale mocny charakter niezbędny jest przede wszystkim, żeby wytrwać. Łatwiej osiągnąć jeden dobry wynik niż utrzymywać się na wyższym poziomie przez wiele lat. To jest mój powód do dumy. Że od kilkunastu lat jestem stale w światowej czołówce. W top 5, w gorszych latach w top 10.

Przed tobą dopiero co rozpoczęty sezon, ale trzymam kciuki nie tylko za dobre starty. Czego ty sama byś sobie życzyła?
Żeby się nigdy nie zestarzeć.

A z tych realnych marzeń?
Żeby się fajnie zestarzeć. I nie poczuć, że coś mnie ominęło.

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.