1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Camille Kouchner: "Bez mojej zgody"

Camille Kouchner: "Bez mojej zgody"

"Czuję się odpowiedzialna za świat, jaki zostawię moim dzieciom. Jeśli zachowałabym milczenie, oznaczałoby to, że akceptuję rzeczywistość, która nie pozwala się wypowiedzieć ofiarom". (Fot. Bénédicte Roscot)
Jej książka „La familia grande” („Wielka rodzina”) wstrząsnęła Francją. Camille Kouchner oskarża w niej swojego ojczyma – politologa i polityka Oliviera Duhamela – o przemoc seksualną wobec jej nastoletniego wówczas brata, a pośrednio także system społeczny zachowujący milczenie wobec kazirodczych gwałtów na dzieciach.

Publikacja pociągnęła za sobą najpierw dymisję Duhamela oraz szeregu postaci francuskiej elity ze stanowisk w prestiżowych instytucjach kultury i edukacji. Mimo przedawnienia opisywanych w książce zarzutów prokuratura wszczęła śledztwo. Potem w Internecie narodził się spontanicznie ruch #MeTooInceste, denuncjujący przypadki kazirodztwa, które, jak się okazuje, jest we Francji zjawiskiem rozpowszechnionym. Zdecydowane stanowisko w tej sprawie zajęli sam prezydent Emmanuel Macron i jego małżonka. Wreszcie do Senatu i Zgromadzenia Narodowego wpłynęły projekty reformy francuskiego prawa. Jeden z nich, określający wiek przyzwolenia seksualnego (minimalnego wieku, od którego dana osoba jest uznana za zdolną do wyrażenia ważnej prawnie zgody na czynności seksualne) na 15 lat, a w przypadku kazirodztwa – 18 lat, został jednomyślnie przegłosowany przez Zgromadzenie Narodowe. Dotychczas we Francji nie istniał przepis regulujący kwestię zgody na seks. W teorii oznaczało to, że wyrażenie zgody mogło być uznane jako prawnie znaczące dla stosunków seksualnych bez względu na wiek partnerów, a więc także w przypadku dzieci i dorosłych czy osób spokrewnionych.
To wielkie zwycięstwo Camille Kouchner nad systemem i zmową milczenia dotyczącą zjawiska kazirodztwa i pedofilii nad Sekwaną. „Po prostu chciałam otworzyć drzwi” – wyznaje w wywiadzie dla „Zwierciadła”.

Pani książka narodziła się z bólu. Opowiada w niej pani historię gwałtów, których ofiarą padł w wieku dojrzewania pani brat bliźniak. Czy pragnęła pani zdjąć z was ciężar tajemnicy?
Historia przemocy seksualnej została uznana za podstawowy temat mojej książki. Dla mnie jednak jest nim milczenie i to, jak zbudować siebie w kontekście strasznej rodzinnej tajemnicy. Jak żyć z głęboką raną ukrywaną przed całym światem – i mam tu na myśli całą naszą rodzinę. Moim celem nie była denuncjacja: szanuję system sprawiedliwości i wiedziałam, że przestępstwo jest już przedawnione. Pomyślałam jednak, że interesujące byłoby ubranie w formę literacką tego, co stało się moim udziałem. Dla wszystkich, którzy nie wiedzieli, książka była wielkim szokiem. To bardzo ważne, że spotkała się z tak szeroką reakcją. Nie napisałam jej jednak po to, aby mówić w imieniu mojego brata – nie jestem nawet pewna, czy poczuł się z czegoś wyzwolony...

Prawda została ujawniona, a pani brat mógł złożyć oficjalną skargę.
W moim przypadku wyjawienie prawdy odegrało na pewno rolę katharsis. Nie mogę jednak wypowiadać się w jego imieniu – robi to, co uznaje za stosowne. Szanuję indywidualną drogę każdego: jeśli niektóre ofiary nie pragną powracać do swoich historii, mają do tego prawo. Napisałam tę książkę głównie dla siebie, pragnęłam ukazać sytuację od strony innych członków rodziny.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że dedykuje ją swojemu pokoleniu 40–45-latków. Czy fakt, że wasi rodzice przeżyli obyczajową rewolucję ’68 roku, głosili hasła absolutnej wolności, także w sferze seksualnej, spowodował, że mylono tolerancję z kryminalnym permisywizmem?
Kazirodztwo istnieje od zawsze, również w środowiskach niemających nic wspólnego z ideami ’68 roku. To nie środowisko popełniło przestępstwo – popełnił je jeden człowiek. Zbyt łatwo byłoby winić ideę czy epokę. Sam sprawca nie brał zresztą udziału w studenckiej rewolucji – był na to za młody i wywodził się z rodziny o innym profilu. Prawdą jest jednak, że moja mama i ojczym wpajali mi poglądy na temat wolności, seksualności i tolerancji, które z mojego dzisiejszego punktu widzenia wydają się całkowicie absurdalne. Wyzwolenie obyczajowe nie odgrywa roli w przypadkach kazirodztwa – w naszej rodzinie agresorem był mężczyzna mający tak poważny problem z samym sobą, że zdecydował się podporządkować sobie seksualnie nastoletniego chłopca, którego wychowywał.

Pisze pani o reakcjach otoczenia. Czy manifestowana przez nie czasem pewna tolerancja nie była jednak znakiem czasów?
Nie sądzę, aby ktokolwiek rzeczywiście wtedy coś wiedział czy podejrzewał. Sytuacja zmieniła się, kiedy prawda wyszła na jaw, w międzyczasie zmienił się jednak cały kontekst: należeliśmy już wtedy do sfer zbliżonych do władzy, ze wszystkimi jej przywilejami. I to z nich ci ludzie nie chcieli zrezygnować! Byli zależni od mojego ojczyma i powiedzieli sobie, że mają zbyt wiele do stracenia. Cóż, to sprawa ich sumienia. Z drugiej strony nie wiem, co sami zrobilibyśmy na ich miejscu. Na pewno zażądałabym wyjaśnień – niektórzy tak się właśnie zachowali, a ojczym nie zaprzeczył. Następnie zastanowiłabym się, czy zrywam z nim stosunki i jakie stanowisko mam zająć w sprawie dzieci. Ci ludzie powinni byli powiedzieć, że to niedopuszczalne, że stała się rzecz straszna i że wymagamy miłości i pomocy. Bardzo niewielu zareagowało w ten sposób.

Przykładem może być dyrektor do spraw badań słynnej paryskiej uczelni Sciences Po, współpracownik pani ojczyma, który został poinformowany o faktach i nie zareagował, aby w końcu złożyć wymuszoną dymisję po studenckich manifestacjach i protestach.
To właśnie jest niesmaczne i obrzydliwe – ludzie, którzy wiedzą, ale nie chcą narażać swojej pozycji. Nie ci, którzy przychodzili wiele lat temu do naszego domu – oni mogli niczego nie dostrzec. Publikacja mojej książki otworzyła mi oczy na fakt, że wiele wpływowych osób wiedziało. Nikt nigdy nie skontaktował się z nami w tej sprawie. To typowe dla przestępstw seksualnych: temat jest tak delikatny i wstydliwy, że się go nie porusza. Moim zdaniem to wielkie pomieszanie pojęć – nie mamy bowiem do czynienia z wkraczaniem w czyjeś życie intymne, tu chodzi o przestępstwo, zbrodnię. Pojęcie wstydu nie powinno tu odgrywać żadnej roli! Jednocześnie pojawia się kwestia ochrony osób, które zadenuncjują sprawców – system sprawiedliwości powinien absolutnie się nią zająć.

Opisuje pani sfery paryskiej elity. Kazirodztwo dotyczy jednak całego społeczeństwa. Strona internetowa szanowanej France Culture mówi o zjawisku „zabronionym, ale rozpowszechnionym”.
We Francji prawo nie było specjalnie jasne pod tym względem. Nawet jeśli chodzi o klasyfikację aktów – kazirodztwo było długo uważane za przestępstwo czy wykroczenie, ale nie zbrodnię. To, że piszę o elitach, sprawia, iż ludzie mówią sobie, że aby zostać wysłuchanym, trzeba być córką czy synem znanej osoby.

Pojawiają się też opinie, że to problem zepsutych środowisk, że w zdrowej tkance społecznej nie ma miejsca dla tego typu zdarzeń.
Według oficjalnych statystyk we Francji ofiarą kazirodztwa pada jedna osoba na dziesięć. Daje to liczbę 6,7 miliona – to nie są elity. Moją książką chciałam otworzyć drzwi. Czuję się odpowiedzialna za świat, jaki zostawię moim dzieciom. Jeśli zachowałabym milczenie, oznaczałoby to, że akceptuję rzeczywistość, która nie pozwala się wypowiedzieć ofiarom. Nie wiem, jak to się skończy, może wszystko obróci się przeciwko mnie, ale nie zgadzam się na taki stan rzeczy. Pragnę, aby moje dzieci, które mają w tej chwili 16 i 12 lat, wiedziały, że mają prawo mówić: „nie zgadzam się”.

Zjawisko kazirodztwa związane jest z poczuciem władzy, choćby ograniczonej tylko do komórki rodzinnej. Nie chodzi o psychologiczną dewiację, ale o syndrom systemu patriarchalnego – to opinia psycholożki i wiktymolożki Muriel Salmony.
Zgadzam się. Patriarchat wciąż ma się bardzo dobrze. W naszej rodzinie jest bardzo wielu mężczyzn, ale przemówiłam ja, kobieta. Dość już tej dominacji, uzurpowania sobie prawa do wszystkich i wszystkiego! Zgadzam się, że sprawcy gwałtów nie muszą być szaleńcami, czasami nie są nawet pedofilami sensu stricto – kazirodztwo jest dla nich formą rozszerzenia i udowodnienia całkowitej władzy. To zdarzyło się właśnie w naszej rodzinie: królował w niej mój ojczym i zachował tyle przywilejów, że był przekonany, iż zalicza się do nich także seksualne wykorzystywanie pasierba. Interesuje mnie to, co wydarzy się teraz – czy system dominacji runie, czy też przetrwa. Nie wiem, być może okaże się ode mnie silniejszy.

Opisuje pani także zjawisko polegające na obarczaniu winą ofiary, a nie sprawcy. Oraz poczucie winy, jakie staje się udziałem tych, którzy ośmielają się mówić. Pani sama walczyła z nim przez całe lata. Dzieci często milczą, ponieważ chronią rodzinę oraz, paradoksalnie, sprawcę, którego mimo wszystko kochają.
Poczucie winy wciąż mi towarzyszy. Czasami ogarnia mnie strach. Mówię sobie: „Co ty zrobiłaś? Złamałaś tabu. Nie wywleka się rodzinnych brudów”. Moja mama nie żyje, ale zdarza mi się myśleć, że patrzy na mnie z góry i mnie osądza. Pozostaję wciąż ofiarą manipulacji polegającej na tym, że kiedy dorośli przekraczają wszystkie zasady, dziecko zaczyna się zastanawiać, czy ma prawo protestować, oburzać się, czy ma rację. Kiedy książka się ukazała, wszyscy gratulowali mi odwagi. Nie rozumiałam, o co im chodzi – ja po prostu zdecydowałam się przywrócić w moim życiu właściwy porządek. Nie przewidziałam, że będzie to tak trudne pod względem psychologicznym – za każdym razem, kiedy widziałam w mediach zdjęcia mojego ojczyma, wracały do mnie myśli, że wszystko niszczę. Mimo że to on siał zniszczenie, nie ja.

Sytuacja była o tyle trudna, że pani ojczym was wychował, dbał o wasze wykształcenie, a życie rodzinne bywało też pewnie piękne. Oczywiście poza jego ukrytą, ciemną stroną.
Obie strefy współistniały w naszym życiu. Mój ojczym nie był absolutnym potworem, ale cały stworzony przez niego system polegał na całkowitym zafałszowaniu rzeczywistości. Podobnie dzieje się w przypadku przemocy wobec kobiet. W świecie wywróconym przez osobę perwersyjną do góry nogami w pewnym momencie nie wie się już, co jest dobre, a co złe. Potrzebna jest pomoc psychologa, który pozwoli znowu oprzeć się na fundamentalnych wartościach. Zawsze kiedy zaczynam panikować, myślę o moich dzieciach, i wtedy wszystko staje się znowu oczywiste. Ktoś napisał w prasie, że nie powinno się wyciągać na światło dzienne tak starej historii. Problem polega na tym, że ja żyję z nią od 30 lat! To punkt widzenia agresora.

Jak żyje się przez lata z tak ogromną traumą? W pani przypadku obudziła się ona pewnie, kiedy pani sama miała zostać matką?
Nie do końca. Po narodzinach dzieci wciąż widywałam ojczyma i moją mamę, starałam się za wszelką cenę o jej akceptację. Nie oznacza to, że okłamywałam samą siebie – po prostu próbowałam przeżyć i mieć normalne życie. Największą ranę zadaje świadomość, że najbliższa osoba nas nie kocha. Dlatego, mimo wszystko, wciąż prosiłam moją matkę o miłość. Nadaremnie.

Pani książka jest wzruszającą deklaracją miłości do niej. A przecież nie zareagowała na przemoc, jaka działa się w waszym domu, albo też zareagowała, popadając w depresję. Rodziny sprawców często nie chcą widzieć prawdy, wypierają ją.
Być może powinnam była jej powiedzieć o wszystkim wcześniej, ale widziała przecież, że z moim bratem dzieje się coś niedobrego. Może wiedziała – na rok przed maturą wynajęła mu pokój na mieście pod pretekstem, że trudno z nim wytrzymać, a następnie pisała książki, w których pojawiał się wątek kazirodztwa. Była prawnikiem, znała więc dobrze ten problem. Jednocześnie mama była kimś niezwykłym – obdarzonym wybitną inteligencją, łagodnym, o wielkim sercu. Sama przeżyła jednak tak poważne traumy, że nie była w stanie się po nich podnieść. Nie mam jej tego za złe. Może to była forma ucieczki, która pozwala mi ją wciąż kochać. Dziś jestem dorosła i wiem, że życie jest trudne, szczególnie życie kobiet. Moja mama miała najpierw troje dzieci, następnie pięcioro; rodziców, którzy popełnili samobójstwo; siostrę, która zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. W pewnej chwili się poddała. Dla nas, dzieci, było to bardzo ciężkie doświadczenie – widzieliśmy, jak niknie. Jej zachowanie nie było wymierzone w nas, po prostu nie dawała już rady. Pod koniec szukała pomocy u psychologa, ale nie wierzyła, że ktoś może jej pomóc.

Pani ojciec również nie zareagował, mimo że poprosił go o to pani brat. Czy pani zdaniem była to słuszna decyzja?
To sprawa między nimi. Ojciec dowiedział się o wszystkim po 20 latach, byliśmy już dorośli. Ważne jest, że dzisiaj jest z nami. Nie można przerzucać na niego odpowiedzialności. Nawiasem mówiąc, w tego typu przypadkach działa też motyw zaskoczenia – czujemy się sparaliżowani, nie jesteśmy w stanie działać.

„La familia grande” nie jest jednak dokumentem – to powieść autobiograficzna, ale jednocześnie dzieło literackie, o rzadko spotykanej głębi, świetnie napisane. To pani debiut jako pisarki.
To rodzaj autofikcji – posługuję się elementami wydarzeń z mojego życia, jedne naświetlam, o innych nie wspominam, dokonując artystycznego wyboru. Inaczej... mogłabym po prostu udzielić wywiadu. „La familia grande” jest owocem mojej świadomej decyzji – zdecydowałam, że mam prawo do zabrania głosu. Życie bez możliwości wypowiedzenia się nie jest prawdziwym życiem.

To także książka o prawdzie. Pani sama zawsze jej poszukiwała. Czy dlatego wybrała pani zawód adwokata?
Myślę, że początkowo poszłam w ślady mojej rodziny – mama i ojczym wykładali prawo. Miałam nadzieję, że dzięki temu będę mogła lepiej ich zrozumieć. Myliłam jednak pojęcie prawa z pojęciem sprawiedliwości. Dlatego rzuciłam zawód adwokatki; nie chcę krytykować systemu sprawiedliwości, ale nie pozwala on marzyć o lepszym świecie. A ja mam obecnie ochotę trochę pomarzyć.

Zdecydowany głos prezydenta Emmanuela Macrona i jego małżonki, powstanie ruchu #MeTooInceste denuncjującego akty kazirodztwa, przegłosowanie reformy prawa chroniącego dzieci – spodziewała się pani reakcji w tej skali?
Zaczęłam pracować nad książką po śmierci mojej matki, robiłam to więc przede wszystkim dla siebie, ale jej przyjęcie przez wydawcę wpisało się już na pewno w społeczny kontekst po ruchu #MeToo. Po raz pierwszy ujawniliśmy fakty w 2008 roku – trzeba było czekać 13 lat, aby pojawiła się możliwość dyskusji. Dlatego jestem wdzięczna wydawnictwu Seuil: trzeba było dużej odwagi, aby zaakceptować tak drażliwy temat. Okazało się, że był to odpowiedni moment, reakcje przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Nie byłam jednak sama – wspaniałą pracę prowadzą od lat stowarzyszenia zajmujące się ochroną dzieci. Powiedzmy, że wzięłam udział w walce.

Czy jest pani z tego dumna?
Byłam wychowana w domu, w którym panowało milczenie. Teraz, kiedy ośmieliłam się przemówić, wszyscy zachwycają się moją odwagą. Jestem szczęśliwa, że pomogłam w narodzinach ruchu oddającego sprawiedliwość skrzywdzonym dzieciom. Mam nadzieję, że będzie się je odtąd traktować poważnie, wierzyć im.

Pani rodzina stanęła za panią murem.
Bardzo mnie to wzrusza, tym bardziej że przez całe lata ta historia należała tylko do mnie i mojego brata. Dziś jesteśmy wszyscy bardzo ze sobą związani. Mój ojciec [Bernard Kouchner, były minister spraw zagranicznych – przyp. red.] mocno mnie wspiera. Nasza rodzina mówi nareszcie jednym głosem. To otwiera nas na przyszłość. Żałuję tylko, że moja mama nie może tego zobaczyć. Ona, która powiedziała mi kiedyś, że nic poważnego się nie stało... Może zrozumiałaby, że to nie było skierowane przeciwko niej, że chodziło o sprawiedliwość. Mam nadzieję, że moja historia da siłę wszystkim ofiarom kazirodztwa.

Oddźwięk, z jakim spotkała się pani książka, świadczy o tym, że literatura wciąż potrafi zmieniać świat.
Pragnę w to wierzyć. Mnie samej odwagi dodała lektura powieści o kazirodztwie. Dlatego ośmieliłam się zaatakować system. Przede wszystkim należy być wiernym samemu sobie, nawet jeśli zdarza nam się wątpić czy pomylić. Nie mogłam postąpić inaczej. 

Camille Kouchner rocznik 1975, adwokatka i doktor prawa, córka założyciela organizacji pozarządowej Lekarze bez Granic, politologa i byłego ministra spraw zagranicznych Bernarda Kouchnera, oraz prawniczki i pisarki Évelyne Pisier. Jej rodzina zalicza się do ścisłej francuskiej elity. Po rozwodzie rodziców Camille i jej dwóch braci byli wychowywani przez matkę i ojczyma, znanego politologa Oliviera Duhamela. W 2017 roku, po śmierci matki, Camille przerwała karierę adwokacką, by poświęcić się pracy nad książką „La familia grande”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

„Otwórz się w lesie” – Kolonie dla Dorosłych powracają

Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Czy tamte czasy obozów i kolonii naprawdę minęły bezpowrotnie? Jeśli tęsknisz za atmosferą kolonijnych wyjazdów, potrzebujesz nowych relacji, brakuje ci interakcji z ludźmi – przemyśl wyjazd na kilkudniową Kolonię dla Dorosłych. Tutaj nie zaznasz dziecięcych rozterek. – To taki powrót do dzieciństwa. Jest jednak duży luz. Ludzie sami budują tę atmosferę i zasady funkcjonowania. Nic nie jest na sztywno – podkreśla Karolina Śmigiel ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Zaczęło się w 2019 roku... i tak się wszystkim spodobało, że czas na powtórkę. Po pandemicznej przerwie Kolonie dla Dorosłych znowu się odbędą.

- Jeśli jesteś w trakcie życiowych zmian, w kieszeni nosisz pytanie Jak żyć na tym świecie? albo po prostu poszukujesz chwili na refleksję i odpoczynek - zabierz swoje wewnętrzne dziecko i przyjedź do nas! – mówi Diana Gaik, jedna z organizatorek ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Projekt organizowany przez Stowarzyszenie Filmowe Dziki Bez to nie tylko czas na relaks na łonie natury, czy wymianę myśli. To również ciekawe warsztaty (z porozumienia opartego na empatii, z tworzenia bliskich relacji, czy… stolarskie warsztaty z troski o siebie), ćwiczenia, rozmowy o książkach, praca z ciałem (joga, Body Thinking) a także gry, dzięki którym można dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Kto prowadzi zajęcia? - Mamy sznyt filozoficzny (wykładowców, studentów), artystów, psycholożki, trenerów, choć dalecy jesteśmy od tradycyjnego treningu, czy coachingu. Bardziej chodzi o poszerzanie swoich horyzontów, zadawanie pytań – opowiada Karolina Śmigiel. – W tym roku warsztaty i ćwiczenia mają być połączeniem refleksji z pracami manualnymi (np. warsztaty z haftowania powiązane ze snuciem opowieści, mówieniem o sobie).

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Głównym akcentem Kolonii będą różnorodne relacje. I tak jak dwa lata temu hasłem przewodnim było „Zamknij się w lesie” to w tym roku przyszedł „czas na otwarcie”. Tym bardziej, że wyjazd jest okazją do zawarcia nowych, ciekawych przyjaźni i nie tylko… Jak zaznacza Diana Gaik: Wiemy, że relacje, które się tam zaczęły, trwają. W tym roku znów puścimy w ruch listy i liściki. Poczta Kolonijna to najważniejszy punkt programu!

Na czym polega jej urok? – Polega na tym, że ludzie piszą sobie liściki. Każdy dostaje na wstępie taką skrzynkę ze swoim zdjęciem i tam wrzuca się innym różne karteczki, zaproszenia. Każdy znajduje ciepłe, miłe słowa. Skrzynki wiszą w świetlicy na ścianie. – wyjaśnia Karolina Śmigiel – To zbudowało dwa lata temu wspaniałą atmosferę na tych koloniach. Potem poczta funkcjonowała dalej. Ludzie wysyłali sobie prawdziwe listy. Część z nich kontynuuje zawarte relacje: przyjacielskie, miłosne. Idea odręcznego pisania bardzo się sprawdziła.

Jakie ludzie mają wspomnienia z zeszłych wakacji? – Cudowne. Mamy wielu uczestników sprzed dwóch lat. Niektórzy jeździli kiedyś w to miejsce na obozy harcerskie – mówi Karolina.

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Letnicy i letniczki spędzą ten czas w Stanicy Harcerskiej Polewicz - 55 km od Warszawy, nad rzeką Wilgą (termin 19-22 sierpnia). Wyróżnikiem Kolonii jest prostota i minimalizm - nocować można niczym w harcerskim obozie - w drewnianych domkach lub pod namiotem. Kuchnia wegetariańska. Jak deklarują organizatorzy: „Dbamy o swoją ciekawość. Chętnie szukamy dziury w całym i rozmyślamy o fundamentalnych sprawach. Nawadniamy się z różnych źródełek: filozofii, psychologii, literatury. Trochę się potykamy. Przypominamy sobie, że nie musimy być doskonali. Wyciszamy szumy w swoich głowach. Wspólnie kontemplujemy samotność. Tulimy swoje zmartwienia. Minimalizujemy scrollowanie ekranów. Myślimy ciałem i słuchamy muzyki z sosnami. Pozwalamy sobie na robienie niepotrzebnych rzeczy.”

Idea kolonii dla dorosłych powoli rozkwita. Może nie w tak oryginalnym wydaniu, ale ogłoszenia już się pojawiają. – Zaczęliśmy dwa lata temu i wtedy byliśmy jedyni – wspomina Karolina. Niektórzy organizatorzy proponują dorosłym wspólne wyjazdy z dziećmi, z rodziną, jednak Stowarzyszenie ma inne podejście – Chcemy, żeby to była taka własna przestrzeń, czas tylko dla siebie. Warto pomyśleć o takim prezencie, sprawionym tylko sobie.

  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.

  1. Styl Życia

Czy zabraknie nam wody?

My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
Odkręcasz kran… i nic. Sucho. To na razie, przynajmniej w Polsce, nam nie grozi, ale istotne jest sformułowanie „na razie”. Bo klimat się ociepla, a ilość słodkiej wody na kuli ziemskiej zmniejsza. Co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do katastrofy? Warto o tym pomyśleć. 17 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Rozmawiamy z dr Jarosławem Suchożebrskim z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Co jakiś czas namawiają nas, żebyśmy pomagali budować studnie w Sudanie. I wiele osób się w to angażuje, wpłaca jakąś sumę – w poczuciu komfortu. Ratujemy Sudan, ale przecież nasze studnie nigdy nie wyschną, a w kranie zawsze będzie woda. Nawet jeśli jest susza, to przyjdzie deszcz, rzeki wzbiorą i będzie dobrze. Czy rzeczywiście będzie dobrze?
W tym roku mieliśmy sytuację wyjątkową, a właściwie taką, która powinna być normą. Czyli po długim okresie suchych wiosen wreszcie wiosna była mokra, więc na chwilę zażegnało to groźbę suszy. Ale już znowu zaczęło się robić sucho, opada poziom wody, zaraz znowu będzie problem.

Na czym właściwie polega ten problem? Przecież w końcu przyjdzie deszcz, żyjemy w takim klimacie, że deszcze u nas padają, częściej niż w Sudanie.
Problem polega na tym, że w naszym kraju pomimo mniej więcej stałej sumy opadu w ciągu roku, zmienia się ich rozkład w czasie i przestrzeni. Coraz częściej zdarza się tak, że mamy miesiąc czy dwa prawie bez deszczu i pojawia się problem suszy, a potem w ciągu kilku dni spadnie tyle opadu, ile powinno pojawić się w sumie w danym miesiącu. I nagle po suszy pojawiają się powodzie. A jeżeli mamy gwałtowne opady deszczu, to woda – głównie na obszarach miejskich, gdzie jest gęsta zabudowa, a podłoże jest uszczelnione – bardzo szybko spływa. Szybko spływająca woda nie zdąży wsiąknąć i zasilić wód podziemnych, czyli nie podniesie ich poziomu. A głównie właśnie z wód podziemnych korzystamy, by zaspokajać nasze potrzeby komunalne, szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Czyli nawet jeśli są opady, ale gwałtowne, to poziom wód podziemnych może cały czas opadać. To jedna sprawa. A druga – z roku na rok powtarzają się bezśnieżne zimy. To, co w dużej mierze zasila wody podziemne, to woda z topniejącego śniegu. Roztopy odgrywają bardzo dużą rolę w zapewnieniu odpowiedniej ilości wody w glebie na wiosnę, dla roślinności. Jeśli mamy bezśnieżną i bezdeszczową zimę, to te zasoby ulegają uszczupleniu i pojawia się problem suszy w rolnictwie.

I ma to związek ze zmianami klimatu, o których w ostatnim czasie dużo i głośno mówimy?
Tak, do tego dochodzi coraz wyższa średnia temperatura w ciągu roku. Chłodna wiosna w tym roku może być dla niektórych argumentem, że nic się nie dzieje, że żadnych zmian klimatu nie ma. Tylko pamiętajmy o tym, że mieliśmy bardzo ciepłą zimę. W kolejnych miesiącach średnia temperatura była wyższa niż w ciągu wielu lat. Chłodna i dość mokra wiosna nas uspokoiła, myślimy, że nie ma problemu, ale on jest. Narasta od wielu lat. Nawet jak się zdarzy rok czy dwa lata „normalne”, to nie załatwia sprawy, bo w skali kuli ziemskiej, ale też i naszego kraju, średnia temperatura rośnie.

A gdyby zabawił się pan w proroka: co nas czeka w najbliższym czasie?
Zawsze najtrudniej jest być prorokiem i to jeszcze wieszczącym nie najlepiej. Ale to, co można powiedzieć z dużą pewnością, tu hydrolodzy i klimatolodzy są zgodni: czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Czyli burze z gwałtownymi opadami powodującymi powodzie, a potem długie okresy z suszą. Na to musimy być przygotowani i w miastach, i na wsi.

Ale możemy chyba liczyć na to, że w końcu wielkie mocarstwa się dogadają i wdrożą energiczny program naprawczy, żeby przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu skuteczniej niż do tej pory?
Powiem szczerze, że ja tu jestem sceptykiem. Ta kula śnieżna już nabrała tempa, już się toczy i naprawdę trudno będzie ją teraz zatrzymać. Musiałoby to być jakieś rzeczywiście radykalne działanie, żeby zahamować wzrost średniej temperatury na kuli ziemskiej. Spójrzmy na to, co dzieje się z pokrywą lodową na morzach i oceanach. Lody Arktyki czy Grenlandii topią się coraz szybciej. Znikają lodowce górskie. To proces, który nabiera tempa i chyba nie da się go już powstrzymać. Raczej musimy się przyzwyczajać i adaptować do zmian klimatu. Bo ich nie zatrzymamy. Możemy co najwyżej próbować je spowalniać.

A co możemy zrobić my, zwykli ludzie, żeby w codziennym życiu jakoś ratować sytuację? Nauczyliśmy się już, żeby zakręcać kran podczas mycia zębów. Robimy to i często do tego sprowadza się nasza „pro-hydrologiczna” działalność.
To jest najprostsze i bardzo skuteczne! Oszczędzamy w ten sposób wodę słodką, a to z nią jest problem. My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej.

Która jest nam niezbędna do życia.
Tak, to prawda. Oszczędzanie wody to jedno. Drugie to próba magazynowania tej wody, czyli jej retencjonowania. Najprostszy zaś sposób na jej magazynowanie, to pozwolić wodzie swobodnie wsiąkać. Zawsze mówię – ze smutkiem – że Polacy są fanami kostki bauma. Wszystko jest nią wykładane albo zalewane asfaltem. Sami niejako w ten sposób napędzamy problem, bo pozwalamy, żeby woda szybko odpływała z naszego otoczenia. Nie chcemy, żeby nas zalewało. Ale w ten sposób przesuwamy jedynie problem gdzie indziej. Czyli nas nie zaleje, woda odpłynie do kanalizacji i kłopot będzie gdzieś dalej, zaleje sąsiadów.

Z drugiej strony każdy chce dojść do domu suchą nogą, nie po błocie.
Zgadza się, ale są rozwiązania pośrednie. Nie musimy całej działki wykładać kostką bauma. Dla mnie kompletna zgroza to budowane teraz te osiedla, które nazywam kurnikami – betonowa kostka wszędzie i trzy metry kwadratowe wybiegu gdzieś za domami. A potem ludzie na tym betonie ustawiają rośliny w donicach i to ich jedyna zieleń. Woda, która spadnie podczas deszczu, nie ma gdzie wsiąkać, odpływa więc po powierzchni, zalewa garaże, powoduje powstanie powodzi miejskich.
Czyli kolejna rzecz to rozszczelnianie tych zabetonowanych powierzchni – dla miast to najlepszy sposób na radzenie sobie nie tylko z powodziami, ale i z suszami. Bo jeśli uda nam się skierować wodę do gleby, do wód podziemnych, to rośliny będą dłużej miały z czego czerpać i w ten sposób łagodzimy skutki suszy.
No i pieśń przyszłości – recykling wody, czyli wykorzystanie wody zużytej. Przykład: większość wody w naszym gospodarstwie domowym zużywana jest w toalecie, pod prysznicem, do mycia naczyń i prania. Ale woda z pralki czy zmywarki, szczególnie z procesów płukania, mogłaby być wykorzystywana do spłukiwania toalety. Do tego celu nie potrzebujemy przecież wody o jakości wody pitnej. Tak się gdzieniegdzie już dzieje.

Gdzie?
To na razie rozwiązania drogie, więc stosunkowo rzadko stosowane.

Rozumiem, że to jest kierunek, którym będziemy iść w przyszłości?
Tak. Kolejny i dużo łatwiejszy sposób to gromadzenie i wykorzystywanie deszczówki. Ona też może być używana nie tylko do podlewania ogródków, ale też np. do spłukiwania toalet. Powinniśmy dążyć do tego, żeby tego typu rozwiązania stały się powszechne.

Woda jest nam niezbędna do życia. Teoretycznie wszyscy to wiemy. Nikt nie wyobraża sobie, żeby mogło jej zabraknąć – a to przecież całkiem realne. Nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć tego świadomość. Troszczmy się więc o wodę!