1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Joanna Jędrzejczyk o walkach MMA, treningach i rodzinie

Joanna Jędrzejczyk o walkach MMA, treningach i rodzinie

Joanna Jędrzejczyk: „Nie chodzi o to, żeby chcieć coś zrobić, tylko żeby to zrobić. Dzięki naprawdę ciężkiej pracy i dyscyplinie, jestem tym, kim jestem”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Chce stać się legendą – dla wielu już jest. Wielokrotna mistrzyni świata w boksie tajskim, mistrzyni MMA, czyli mieszanych sztuk walki. Kto JJ, dziewczynie z Olsztyna, pomagał zrealizować marzenie? Wspierał? Wierzył w nią? O swojej drodze do sześciokrotnego mistrzostwa świata MMA opowiada Joanna Jędrzejczyk.

Według mnie kobiety, które startują na wysokim poziomie w MMA, mają uwarunkowania genetyczne pozwalające im odnaleźć się w tym sporcie. To nie jest naturalne środowisko dla pań – to cytat z twojej nowej książki, „Czarno na białym”. Czyli to geny ci pomogły?
Czuję się naznaczona – w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Czuję, że po prostu do tego się urodziłam, do MMA. Tak też to opisuję w autobiografii, w książce „Wojowniczka”, którą warto przeczytać przed „Czarno na białym”. Tak miało ze mną być! O tym też mówi film biograficzny, który nakręciło HBO. Gdybym miała przejść tę samą drogę jeszcze raz, z tymi trudami i błędami, i z tymi wspaniałymi momentami, bez wahania bym ją przeszła. Zdobyłam tytuł mistrzyni Polski, potem Europy i świata w muay thai, ale nie było lekko, brakowało kasy, trenowałam przez pół roku w garażu. Co tam: rok, dwa lata! Ludzie mi mówili: „Głupia, w imię czego? Orzełka na koszulce?”. A ja nie słuchałam, wydawałam osiem tysięcy złotych, żeby jechać na mistrzostwa świata i reprezentować nasz kraj. Liczyła się dla mnie tylko ta idea, która mi wtedy przyświecała i sprawiała, że się nie poddawałam.

Ktoś ci dodawał sił? Czy tylko ta idea, że to twoja droga i masz nią iść?
Rodzice mnie nie pchali do sportu. Pozwalali mi próbować: fotografia, wspinaczka, siatkówka. Myśleli, że mam słomiany zapał. A ja po prostu szukałam tego, co będzie moje! I kiedy zakochałam się w sztukach walki – czyli w tym, czego oni nie kochali – co zaskakujące, pozwolili mi w tym być! Po dwóch miesiącach treningów zauważyłam, że lubię brylować. Na sali każdy się stresował, bo tam zawsze jest pełno ludzi i głupio by było z czymś nawalić, ja się nimi wszystkimi nie przejmowałam. Zawsze tak mam, bo lubię ludzi.

Po drugie, chciałam pokazać, że dam radę, nawet tym, którzy już długo trenowali i mówili: „jej się nie uda”. Byłam pulchną dziewczyną, więc drwili: „ona, do walki?!”. Zacięłam się w sobie i postanowiłam, że pokażę im wszystkim! No i znalazłam w sobie dość siły. I kiedy pierwszy raz stanęłam na pudle, byłam już pewna, że będę to robić!

Ale musiałaś bić i pewnie sama dostawałaś niezłe bęcki na początku?
Z tym sportem tak bywa, walkę trzeba kochać, żeby być tym, kim się jest, kim się staje. Wtedy jednak dla mnie ważniejsze było to, że mogę moje słabości, moje zmęczenie przekuć w siłę. Początkowo ćwiczyłam dwa razy w tygodniu, potem trzy, a potem codziennie, i stawałam się coraz lepsza. Sama dla siebie byłam motywacją. I to jest dla mnie ważne, żeby nadal tak było. Mogę mieć trenera, mogę mieć jakąś zewnętrzną motywację, mogę też mieć idola, ale jeśli sama nie wykonam tej pracy, to nic z tego nie będzie. Nie chodzi o to, żeby chcieć coś zrobić, tylko, żeby to zrobić. Dzięki naprawdę ciężkiej pracy, której nauczyli mnie rodzice, i dyscyplinie jestem tym, kim jestem. Kiedy współpracowałam z marką Prosto nad limitowaną serią JJ x PROSTO, na odzieży, którą stworzyliśmy, umieszczone zostało motto, z którym silnie się identyfikuję: „Jest wiele dróg do osiągnięcia sukcesu”, ale moim zdaniem to wewnętrzna dyscyplina cię do niego doprowadzi. W niej zawiera się ciężka praca, marzenia, cele, ale też talent.

W jaki sposób rodzice nauczyli cię ciężkiej pracy?
Kiedy miałam osiem lat, rodzice otworzyli sklepik osiedlowy. Chciałam im pomagać, ale mnie wyganiali, bo nauka, bo obowiązki… Kiedy miałam 12 lat, jeździłam więc do Ochotniczego Hufca Pracy, żeby sprzedawać gazety. Musiałam wstawać o czwartej rano i pamiętam, że pewnego dnia ojciec mnie zapytał: „Dziecko, a gdzie ty tak jeździsz o świcie?”. „Tato, ja sprzedaję gazety!”. „A ile ty tam zarabiasz?”. „12 zł!”. „To ja ci dam ten hajs, a ty tam więcej nie jedź!”. Ale jeździłam dalej, a w liceum i na studiach pomagałam już rodzicom w sklepie.

Zawsze lubiłam pieniądze. Nie dlatego, żebym wierzyła, że dadzą mi szczęście! Pieniądze nie sprawią, że będę szczęśliwa, ale stworzą możliwości rozwoju, podróży, inwestycji w siebie, czyli nauki. Dadzą mi poczucie bezpieczeństwa, gdy na przykład zachoruję. Były krytyczne momenty w mojej karierze sportowej, kiedy nie miałam możliwości zarabiania i chciałam zrezygnować. Wcześniej liczył się tylko sport, a ja nie miałam nawet podstawowych rzeczy potrzebnych do życia. Moja siostra bliźniaczka kupowała sobie różności, a to samochód, a to nowe ciuchy, a ja wszystko pakowałam w sport. Dlatego kiedy teraz ktoś mi mówi, a w zasadzie wytyka: „O, fancy zegarek, fancy fura, fancy to, czy tamto…”, mówię: „Gdzie byłeś przez te 12 lat, kiedy nie miałam co do gara włożyć?”. Zarobki przyszły później, kiedy Amerykanie mnie dostrzegli. Zawsze o tym marzyłam. Miałam ambicję, żeby tam walczyć i wygrywać. Pojechałam więc do Stanów i tam wreszcie mogłam zadbać o siebie…

W książce piszesz też, żeby nie zahaczać o dziedziny, do których nie mamy predyspozycji ani ciągot, bo nie ma co robić z siebie cierpiętnika.
Nie powinniśmy się zmuszać do tego, czego nie znosimy i co nam nie wychodzi. Kiedy słucham moich koleżanek marudzących, użalających się nad sobą, mówię: „zróbcie choć mały krok, podejmijcie decyzję, że za trzy lata to i to zmienicie!”. Patrzą na mnie i mówią, że to nie takie proste. A co jest proste? Jeśli nie będziemy działać, to nasze życie będzie tak beznadziejne jak to marudzenie. Moja praca niesie ryzyko częstych kontuzji, ale nie narzekam. Zresztą to nie boli. Nawet nokaut. Po nokaucie nic nie czujesz, po prostu cię spowalnia. Boli, kiedy zawodzi cię ktoś, w kim pokładałaś masę uczuć. Mówią, że fizyczne ciosy bolą, a ja myślę, że słowa bolą bardziej i zostawiają na sercu takie blizny, które nigdy nie znikają. Ale nawet po takim nokaucie trzeba podnieść się i iść dalej. Przepracować to, co się stało, uznać swoją wartość. Jesteśmy urodzeni do walki, walczymy już o pierwszy oddech, i dlatego warto być do niej przygotowanym. Bo życie zaskakuje każdego dnia. Dlatego każdego dnia rano wyznaczam sobie cele i adaptuję się do warunków, czyli po trochu zmieniam siebie, dalej będąc sobą. Dzięki temu, mimo niekorzystnych warunków, mogę nadal się realizować.

„Odkąd zrozumiałam, że przegrane nie są ujmą, czułam się bardzo mocna, bardzo pewna siebie” – to kolejny cytat.
Ludzie myślą, że przegrałam z Rose Namajunas i straciłam na jej rzecz tytuł, bo nagle spoczęłam na laurach. Bzdura. Przegrałam, bo pozwoliłam odciąć się od korzeni, od swojej siły. Ja jestem JJ z Olsztyna. Tam się zaczyna moja legenda i bez moich bliskich nie potrafię się doładować. To ten dorobek, który mam, powinien mnie definiować, a nie ta jedna przegrana. Jest dużo osób, które poznało mnie dopiero po tej walce. Miałam sześciokrotne mistrzostwo świata, a oni mówili „Looser, przegrała”. A ja im odpowiadałam, że tyle razy wygrałam, że nie mam czego się wstydzić. Spadłam z wysokiego konia i wtedy też pokazałam, kim jestem – podnosząc się. To mnie definiuje. Znam swoją wartość. Ludzie chcą mi ująć, odebrać motywację, chęć osiągnięcia sukcesu. Ale ja się na to nie zgadzam. Przyjmuję przegraną jako motywację do dalszej pracy. Powstaję, jak feniks z popiołów.

Jak sama sobie wtedy mentorujesz? Po pierwszym nokaucie?
Uświadamiam sobie, jak bardzo pragnę, żeby marzenia były realne. Marzenia i cele, które chcę osiągnąć, nakreślam sobie codziennie rano, bo życie każdego dnia nas czymś zaskakuje, i ja codziennie dopasowuję do rzeczywistości swój plan. Jako sportowiec jestem bardzo zadaniowa. Ludzie mówią: „To nie takie proste”. Właśnie proste. Nigdy nie korzystałam z porad mentorów, psychologów sportowych, motywatorów, bo wiem, że jeśli nie wykonam pracy, to niczego nie osiągnę. Jeśli mam zrobić tysiąc przysiadów, a zrobię 999, to oszukuję siebie i nie osiągnę tego, co chcę.

A czego chcesz?
W jednym z wywiadów powiedziałam, że chcę być legendą. „Co za butna gówniara” – można sobie pomyśleć, a mi chodzi o to, żeby coś po mnie pozostało. Jadę do Meksyku i ludzie mnie poznają! Nie jest ważne, jaką mamy posturę, czy jesteśmy fizycznie duzi, czy mali. Marii Kwaśniewskiej sam Hitler powiedział, że jest „małą Polką”, a ona zdobyła brązowy medal w rzucie oszczepem podczas Igrzysk Olimpijskich w Berlinie w 1936 roku. Chciałabym być tak zapamiętana. Każdy może zostać legendą, bo choć jesteśmy do siebie podobni z zachowania, jesteśmy inni. Każdy ma misję na tym świecie. Czuję, że moja polega właśnie na tym, że się nie poddałam, że walczę dalej, że to, co się zdarzyło w moim życiu zawodowym i prywatnym, może kogoś zainspirować. Producent dokumentu o mnie na HBO mówi: „To, co zrobiłaś, ludzi zachwyci”. Więc to możliwe.

O czym mówi twoja legenda?
Niemożliwe jest możliwe. Nieważne, skąd pochodzisz, jaki masz kolor skóry, jakiego jesteś wyznania, płci czy orientacji – zasługujesz na wszystko. Na to, by być tym, kim chcesz być. Problemem jest to, że ludzie mówią: „Nie wiem, kim chcę być”. Co chcesz zjeść? Też nie wiedzą. Lepiej powiedzieć: „Chcę być prezydentem Polski”. Może to realny plan, może nie. Na pewno to odległy cel. Ale masz na siebie plan! A jeżeli masz focha i nawet nie wiesz, co chcesz zjeść, to jak możesz podejmować życiowe decyzje? I to jest problem. Często słyszę: „Ale ty jesteś z Olsztyna, a ja z małej wioski”. No i co z tego? Jeśli czegoś chcesz, to sięgaj po to. Warszawa jest większa od Olsztyna. A Nowy Jork od Warszawy! Co to za wymówka, że jest coś większego niż twoja wioska? Wymówkę można zawsze znaleźć, ale szkoda czasu na wymówki. Potrzebne jest poświęcenie. Alb chcesz szczęściu pomóc, zrealizować marzenia, albo masz focha na życie.

Legenda będzie o JJ z Olsztyna, która zdobyła wszystko, co chciała?
Która żyła i nie bała się żyć. Pomimo wielu prób i błędów szła dalej do celu. Bo czasami czuję w sobie moc Wonderwoman! Byłam dziewczyną, która miała marzenia, miała plan, miała talent, ciężko pracowała. Ale brakowało mi wsparcia. Poznałam wielu ludzi, którym jestem wdzięczna za to, że jestem w tym miejscu, w którym jestem. Po to też zakładam JJ Sport Foundation, która będzie pomagać dzieciom. Chcę to robić, bo wiem, jak to jest mieć marzenia, ambicje, ale nie mieć możliwości. Chcę ich wspierać finansowo i szkoleniami z dietetykami, z psychologami. To nie będą tylko dzieciaki zainteresowane sztukami walki.

Walcząc, nie tracisz kobiecości?
Czuję się stuprocentową kobietą. Ale sport zmienia sylwetkę, gospodarkę hormonalną. Modelką nie jestem i nigdy nie będę, za to jestem jak sprężynka. Nie zmienię tego: ten sport wybrał mnie, ja wybrałam ten sport i przyjmuję tego konsekwencje. Ludzie mogą mnie różnie odbierać: „Kobieta? Taki sport? To musi być jakiś babochłop?!”, ale ja wiem, kim jestem i mogę być w stu procentach kobieca nawet w takim sporcie zdominowanym przez mężczyzn.

Najbliższe plany?
Chcę wrócić do nauki języka hiszpańskiego, chcę iść na pole dance i na salsę! No, ale przede wszystkim treningi. Pod koniec roku czeka mnie walka o tytuł mistrzowski.

Polecamy książkę: „Czarno na białym”, Joanna Jędrzejczyk, wyd. Burda Media Poland

Joanna Jędrzejczyk, rocznik '87. Sportsmenka przez duże S.Trzykrotna zawodowa mistrzyni świata, dwukrotna mistrzyni Europy oraz czterokrotna amatorska mistrzyni świata, trzykrotna mistrzyni Europy i pięciokrotna mistrzyni Polski w boksie tajskim. Pierwsza Polka w organizacji MMA.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze