Wszystko zaczęło się od marzenia. Merrill J. Fernando poświęcił życie herbacie w 1950 roku – marzył, by świat miał dostęp do herbaty najwyższej jakości, zbieranej i dostarczanej z szacunkiem dla ludzi i natury. W 1985 roku nadał swojej marce nazwę „Dilmah”, zestawiając imiona dwóch synów: Dilhana i Malika. Dziś, ponad cztery dekady później, ta rodzinna historia zatacza kolejne kręgi.
Z panami spotykam się podczas ich podróży służbowej, w warszawskim sklepie i herbaciarni Herbata i Kawa przy ulicy Kruczej 47, gdzie na półkach można znaleźć najszerszą w Polsce ofertę marki Dilmah. Mimo że rozmowa ma być o biznesie, przekształca się w opowieść o rodzinie, której herbata jest wspólnym językiem, wartością przekazywaną z pokolenia na pokolenie. A także dowodem na to, że uczciwość może być strategią rynkową. Choć na to, co usłyszałam, strategia jest zbyt wyrachowanym i ubogim słowem.
Zwierciadło: Jakiś czas temu przyleciał Pan do Polski przybliżyć dziennikarzom markę Dilmah. Poprowadził Pan wtedy warsztaty, podczas których degustowaliśmy czarną herbatę z kieliszków do wina. I tak zwyczajna codzienna czynność zyskała rangę wyjątkowego doświadczenia. Czy to tylko marketing, czy istnieją historyczne podstawy, by herbata zasługiwała na taki rytuał z całą oprawą?
Dilhan: Herbata działa na zmysły, powinna być oceniana nie tylko podniebieniem, ale także wzrokiem. Kiedy widzi się herbatę jasną, przejrzystą, złocistą, wiadomo, że będzie delikatna, że będzie miała nuty kwiatowe. Gdy jest bardziej bursztynowa, oczywiste jest, że będzie bardziej słodowa. A kiedy jest mocniej utleniona, jej kolor staje się ciemniejszy i jest uprawiana na niższych wysokościach – zyskuje większą intensywność. Dlatego jako degustatorzy herbaty najpierw patrzymy na napar i nauczyliśmy się rozróżniać bardzo subtelne różnice. Po wyglądzie zaparzonej herbaty można na przykład stwierdzić, czy woda była odpowiednia, czy liście miały dobrą jakość. Sygnały wizualne płyną z estetyki herbaty.
Myślałam, że to aromat, smak jest najważniejszy.
Dilhan: Drugim etapem jest zapach. Nos mówi nam bardzo wiele dzięki aromatowi. To lotne związki zawarte w herbacie, które stanowią część rodziny przeciwutleniaczy i odpowiadają zarówno za smak, jak i za właściwości prozdrowotne. Dopiero ostatnim etapem jest ocena na podniebieniu i, co za tym idzie, w mózgu. Niestety konsumenci skupiają się zbyt mocno na samym smaku. Oznacza to, że gdy piją naprawdę dobrą herbatę tylko z filiżanki, tracą dwie trzecie doświadczenia. Proszę sobie wyobrazić, że dostaje pani wędzonego łososia, ale na talerzu jest on niebieski. Estetyka jest naturalną częścią naszej percepcji zmysłowej. Dlatego używamy kieliszka do wina – jego kształt jest idealny do wizualnej oceny herbaty.
Czyli z punktu widzenia savoir-vivre'u byłoby w porządku, gdybym wieczorem na tarasie w Warszawie podała herbatę w kieliszkach do wina?
Amrit: Oczywiście. Czasami używam też kieliszków do whisky. One również świetnie skupiają aromat.
Dilhan: Tu chodzi przede wszystkim o to, że forma wynika z funkcji. Potrzebujemy odpowiedniego kształtu – czy będzie to kieliszek do whisky, czy wina. Kiedy degustuje się wysokogórskie herbaty z kolekcji Watte na przykład z kieliszka do whisky, ma się w dłoni piękny krótki trzon szkła, ale szeroki brzusiec, więc można podziwiać wygląd naparu, a następnie aromat skupiający się ku górze. Jeśli użyje się kieliszka burgundzkiego, uzyska się inne doświadczenie, ponieważ jego kształt jest całkowicie inny.
Czyli herbaty nie musimy pić tylko z porcelany. Zderzając się dalej z popularnymi opiniami o herbacie - jedną z nich jest przekonanie, że nie powinno się pić czarnej herbaty wieczorem. Drugą, bardzo popularną, jest to, że czarna herbata odwadnia organizm. Ile w tym prawdy?
Dilhan: Jeśli chodzi o pierwszą kwestię, niedawno opublikowano międzynarodowe badanie przeprowadzone wspólnie przez Harvard University, Queen’s University w Belfaście oraz Edith Cowan University w Australii. Prosty wniosek, który wynikał z tych badań i ukazał się w gazetach, brzmiał: „Dwie filiżanki herbaty dziennie sprzyjają długowieczności”. Kiedy spotkałem jednego z badaczy, doktora Bena Parmentiera, zapytałem go o coś, co bardzo mnie ciekawiło: „Jak w swoich badaniach udowodniliście, że herbata pomaga w zasypianiu?”. Mechanizm jest następujący: kiedy pijemy herbatę, po pierwsze działa ona emulgująco. Pomaga rozkładać tłuszcze, trawić posiłek. Czystsze jelita oznaczają mniejsze obciążenie układu trawiennego, a to przekłada się na lepszy sen. Tu dochodzimy do najważniejszej dla dobrostanu człowieka osi jelitowo–mózgowej. To, co zaobserwowano, było bardzo wyraźne: osoby pijące herbatę po posiłku czuły się lepiej i lepiej spały niż grupa placebo. Próba obejmowała ponad 100 tysięcy osób w tych trzech krajach, więc badanie było bardzo jakościowe. Wierzę wyłącznie w wiarygodne źródła i tylko takie cytuję.
Wątpliwości w tym temacie dotyczą zapewne kwestii kofeiny? Trochę ryzykowne fundować ją sobie przed snem…
Dilhan: „Herbata zawiera więcej kofeiny niż kawa” – słyszę to bardzo często. To stwierdzenie na skróty. Kilogram suchych liści herbaty ma jej więcej niż kilogram kawy, jednak do przygotowania filiżanki naparu używa się około 1,82 grama liści, podczas gdy do kawy około 6 gramów. W efekcie w filiżance herbaty znajduje się zaledwie około 2–2,5 miligrama kofeiny. Ponadto kofeina z herbaty ma okres półtrwania wynoszący około 5 godzin, więc jej działanie szybko mija. Ona nie kumuluje się w organizmie, jak wielu uważa – po prostu przez niego przechodzi. Dodatkowo przeciwutleniacze zawarte w herbacie ograniczają wchłanianie kofeiny o około 20–30%. Najważniejsza jest więc biodostępność: ile z tego rzeczywiście przyswoimy? Przy 2 gramach suszu bardzo mało. Ale kofeina pełni tu jeszcze inną funkcję. Obecnie 1/3 ludzi na świecie zmaga się z problemami zdrowia psychicznego. Tymczasem kofeina, połączona z wyjątkowym dla herbaty składnikiem – L–teaniną, tworzy jeden z najpotężniejszych naturalnych poprawiaczy nastroju. Istnieje na ten temat nawet poemat…
Poemat o działaniu kofeiny w herbacie?
Dilhan: Otóż tak. 5 tysięcy lat temu cesarz Shennong pisał o tym, że pierwsza miseczka herbaty go oświecała, a po siódmej znajdował się już w Elizjum. Opowiada o tym traktat Lu Yu, czyli pierwsza rozprawa w całościowy sposób omawiająca zagadnienia związane z herbatą. To tekst kultury, ale kryje się za tym naukowa prawda. Efekt kumulacji nie jest fikcją – każda filiżanka herbaty poprawia nastrój coraz bardziej. Oczywiście w rozsądnej ilości.
Czy naukowo możemy też obalić stwierdzenie, że czarna herbata odwadnia?
Dilhan: Szczerze mówiąc, nie wiem, skąd wziął się ten mit o odwadnianiu, wysuszaniu. Może z Chin, które przede wszystkim słyną z plantacji zielonej herbaty, więc narracja o jej wyższości w tym kontekście byłaby na korzyść tamtego rynku. Ale nie chcę spekulować. Wiem jedno – herbata nawadnia. Także czarna. Sam piję 4 litry płynów dziennie – w tym 3 czarnej herbaty, 1 wody.
Cztery litry? W Europie we wskazaniach mówi się o dwóch. Oczywiście mamy różnice klimatyczne…
Dilhan: Niezależnie od nich – pijcie więcej płynów. Dla elastycznej skóry i prawidłowego funkcjonowania organów to bardzo ważne. Przez wiele lat piłem około 2,5 do 3 litrów dziennie. Później wykonano mi badania i lekarze powiedzieli: „Niektóre parametry wskazują na lekkie odwodnienie wątroby i nerek. Musi Pan pić więcej”.
Co jeszcze możemy zyskać, pijąc herbatę i co sprawdzono pod okiem naukowców?
Dilhan: W jednym z ciekawych badań uczestników podzielono na dwie grupy. Jedna otrzymywała placebo – po prostu zabarwioną wodę. Druga piła herbatę. Następnie wykonywano testy mierzące czujność i szybkość reakcji. Warunki były identyczne: ta sama długość snu, te same okoliczności, warunki etc. Osoby pijące herbatę reagowały około 50-60% szybciej i dokładniej niż te pijące zabarwioną wodę, przekonane, że piją herbatę. To było bardzo interesujące badanie. Dotyczyło czujnościi nastroju. Na stronie PubMed można znaleźć ponad 20 tysięcy badań dotyczących herbaty.
Dużo dziś mówi się o długowieczności. I tu herbata ma świetny PR. Szczególnie biała, zielona, czerwona… A czarna?
Dilhan: Sposób produkcji herbaty czarnej, zielonej i oolong również obrósł wieloma mitami w tym temacie. W Internecie widziałem ludzi twierdzących, że małe liście pochodzą z jednego miejsca krzewu, a duże z innego i że to właśnie to ma znaczenie w kontekście długowieczności. To niemożliwe. Zbiór herbaty tak nie wygląda. Różnica między tymi trzema rodzajami polega na utlenianiu. W zielonej herbacie znajdują się katechiny – jeden z rodzajów przeciwutleniaczy. Przeciwutleniacze to ogromna rodzina związków, ale katechiny są charakterystyczne dla zielonej herbaty. Po 4-5 minutach utleniania otrzymujemy herbatę oolong. Po 30, może 40 minutach – w pełni utlenioną, czyli czarną herbatę. W trakcie tego procesu przeciwutleniacze zmieniają swoją strukturę. Katechiny przekształcają się w tearubiginy. To nadal przeciwutleniacze, ale o innej strukturze. Dlatego kiedy ludzie pytają: „Która herbata jest najzdrowsza?”, odpowiadam, że to niewłaściwe pytanie. Prawidłowe brzmi: „Jaki efekt chcę osiągnąć?”. Jeżeli zależy nam na określonym rodzaju przeciwutleniaczy – katechinach, można wybrać herbatę zieloną. Jeżeli na innym – czarną. Ale wszystkie herbaty pochodzą z tej samej rośliny i zawierają bardzo wysokie stężenie przeciwutleniaczy. To trochę tak, jakby pytać, czy lepsza jest pomarańcza czy mandarynka. To różne owoce, ale należą do tej samej rodziny. Najważniejsze jest to, czy pijemy prawdziwą herbatę wysokiej jakości.
To interesujące, bo w Europie bardzo często spotyka się przekonanie, że zielona herbata jest „zdrowsza”, a czarna jest po prostu używką.
Dilhan: Tak, to jeden z największych mitów. Prawdopodobnie wynika z faktu, że pierwsze badania nad przeciwutleniaczami skupiały się właśnie na katechinach obecnych w zielonej herbacie. Potem naukowcy zaczęli badać teaflawiny i tearubiginy występujące w herbacie czarnej. Okazało się, że również mają bardzo ciekawe właściwości. Dlatego nie można powiedzieć, że jedna jest dobra, a druga gorsza.
Skoro mówimy o jakości, chciałabym przejść do kwestii zaufania. W Polsce marka Dilmah jest kojarzona z wysoką jakością i transparentnością. Byłam świadkiem, jak lekarz polecał ją pacjentce chorującej na ostry przypadek celiakii jako jedyną jakościową i „czystą” spośród szerokodostępnych herbat. Jak buduje się takie zaufanie?
Dilhan: Mówi Pani o budowaniu zaufania, a ja nie postrzegam tego jako budowania, skalowania czegokolwiek. Filozofia mojego ojca zawsze opierała się na uczciwości. Trzeba po prostu robić to, co właściwe. Warto pamiętać, że pewnego dnia wszyscy przejdziemy na emeryturę. Pewnego dnia wszyscy odejdziemy. Ja też. Czy będzie Pani pamiętała, że osiągnąłem marżę 5% lub 10%? Albo że zarobiłem tyle pieniędzy, że mogłem kupić samolot? Nie. Będzie Pani pamiętała, czy pomagałem ludziom, dawałem ludziom wsparcie, robiłem właściwe rzeczy.
I czy chronił Pan naturę, bo to natura daje herbatę. I o tym często przypominał Pana ojciec.
Dilhan: Zgadza się. Ale jest jeszcze jeden aspekt. Dilmah to firma rodzinna. Ziemię, którą dziś uprawiamy, za kilka lat będzie uprawiał mój syn, Amrit. Kiedy odejdę z biznesu, to on przejmie odpowiedzialność. Później przejmą ją jego dzieci. Jak mógłbym siedzieć tutaj i rozmawiać z Panią, a jednocześnie szkodzić pacjentce, o której Pani mówiła, dodając do produktu coś niewłaściwego? Niestety w branży zdarza się to bardzo często.
Mówimy o konkretnych producentach?
Są ogromne marki, które opowiadają piękne historie. Tymczasem do herbaty muszą dodawać „esencję herbaty”, jej aromat, żeby w ogóle smakowała jak herbata. Prawdziwa herbata ma naturalny aromat. Nie można kupować taniej herbaty np. z Iranu, dodawać aromat i pakować jej w piękne pudełka fałszujące historię. Zdecydowanie bardziej wolę powiedzieć udziałowcom: „Zarobiliśmy 2%. Jestem zadowolony”. Nawet jeśli wychodzilibyśmy tylko na 0, nadal jestem zadowolony, o ile nie musimy iść na kompromisy.
Dwa procent?
Dilhan: Tak. Tyle zarabiamy. A tak naprawdę, kiedy mówię o 2%, w rzeczywistości jest to 22%. Tyle, że 20% przeznaczamy na działania fundacji.
Oczywiście to 2% z liczby o globalnej skali. Ale fakt – nie jest to typowe biznesowe podejście. Inwestorzy rozumieją misję?
Dilhan: Mój ojciec miał dwie motywacje: miłość do herbaty i wiarę w ludzi i naturę. Był prostym człowiekiem, myślał, że biznes jest po to, żeby pomagać ludziom. Dziś powiedzielibyśmy, że był naiwny. Nie miał szans czytać esejów Friedmana o tym, że jedyną społeczną odpowiedzialnością biznesu jest przynosić dochód udziałowcom. A właśnie wtedy to była jedyna obowiązująca biznesowa prawda. Mój ojciec był więc zniechęcany – mówiono mu, że ta troska to nie jego robota. Że to problemy państwa, ustroju rządu.
Dziś to, co robił Pana ojciec, nazywa się CSRem firmy i wpisuje w strategię.
Tak. Ale odpowiadając na pytanie o zysk. Świat nieustannie mówi nam: „Jedźcie do Chin”. „Jedźcie do Wietnamu”. „Zwiększcie zysk”. „Obniżcie cenę”.
Amrit: Uprośćcie proces.
Dilhan: Ale proszę pamiętać, że żyjemy w świecie, w którym pośrednik zarabia często 10 albo 20 razy więcej niż producent. My, większość tego, co zarabiamy, oddajemy ludziom, naturze, badaniom.
Naprawdę trudno uwierzyć w to, że nie idziecie na kompromisy nawet o krok. Przyznacie, że w biznesie brzmi to jak utopia.
Dilhan: Pamiętam wizytę u naszego największego kontrahenta w Australii. Sugerował nam kompromisy, wywiązał się z tego spór cenowy. Wyszliśmy ze spotkania i poszliśmy z tym do prasy. Nasze oświadczenie opublikował największy australijski dziennik.
Amrit: Mam gdzieś link do artykułu. O jest tu…
Jakie były skutki tej publikacji?
Dilhan: Odezwało się do mnie około 80 australijskich firm rodzinnych z wiadomością: „Proszę nam pomóc. Boimy się rozmawiać z dużymi sieciami handlowymi”. Odpowiadałem, że to nie nasza rola. Po prostu trzeba stanąć po tej dobrej stronie. To nie jest marketing. Raczej kwestia uczciwości.
Australia to daleki kontekst. A nasz rynek, tu w Polsce?
W najważniejszej kwestii nie widzę różnic. Muszę mieć partnerów, którzy reprezentują te same wartości. W Polsce dystrybutorem jest Piotr Witomski, CEO Gourmet Foods, i jego rodzina. Znałem dziadka Piotra, pana Janusza Witomskiego. Jak miałbym powiedzieć Piotrowi: „Sprzedaję Ci najlepszą herbatę”, a potem sprzedać mu jakiś śmieciowy produkt? To niemożliwe. Nie szanowałbym wtedy sam siebie.
Wasza odpowiedzialność sięga jednak dalej niż plantacje herbaty. Wspomniał już Pan o fundacji MJF Charitable Foundation i Dilmah Conservation. Czy mógłby Pan opowiedzieć o nich więcej?
Dilhan: Fundacja MJF Charitable Foundation powstała formalnie w 2004 roku.
Dość późno jak na historię marki…
Dilhan: Tak jak powiedziałem, została wtedy zarejestrowana formalnie. Jej idea istniała jednak od początku. Mój ojciec zaczynał z 18 pracownikami i już wtedy im pomagał. Dziś fundacja zajmuje się pracownikami, społecznościami lokalnymi i środowiskiem.
Co jest dziś Waszym głównym celem?
Są dwa projekty, które szczególnie mnie zajmują. Pierwszy to cel, aby do 2030 roku całkowicie wyeliminować raka szyjki macicy na Sri Lance. O problemie dowiedziałem się, gdy rząd nie miał środków na program dla całej populacji, więc postanowiliśmy go przejąć. W 99% ta choroba dotyczy kobiet i rzeczywiście większość ludzi nie zdaje sobie sprawy ze skali zagrożenia. Rząd finansuje szczepienia dla uczennic, a my – we współpracy z ONZ – finansujemy badania przesiewowe dla kobiet między 16. a 35. rokiem życia. W pierwszym roku, dzięki testom wykrywającym około 20 typów zmian, zidentyfikowaliśmy ponad 2 tysiące kobiet w grupie bardzo wysokiego ryzyka. Świadomość, że prawdopodobnie uratowaliśmy tyle istnień, robi ogromne wrażenie. Na świecie z tego powodu umiera około 700 tysięcy kobiet , a kluczem jest wczesne wykrycie. Poza tym realizujemy drugi ważny projekt: pierwszy na świecie prywatny program badań nad zmianami klimatycznymi, gdzie pomagamy drobnym rolnikom. Pracujemy też z dziećmi z porażeniem mózgowym czy zespołem Downa i prowadzimy szkoły kulinarne.
Jak wybieracie cele fundacji przy tak ogromnej liczbie zagadnień? Bo wokół wielu problemów społecznych istnieje na świecie bardzo silny lobbying, dlatego jestem ciekawa, jak podejmujecie decyzje.
Dilhan: Jesteśmy bardzo praktyczni. Jeżeli natrafiamy na problem, który wymaga działania i nas porusza – tak jak to było z rakiem szyjki macicy – po prostu staramy się reagować. Kilka tygodni temu pojechaliśmy do jednego z najuboższych regionów Sri Lanki. W 23 szkołach wybudowaliśmy kuchnie, ponieważ dzieci nie miały pieniędzy na jedzenie.
Ufundowaliście posiłki?
Dilhan: Nie. Dać pieniądze to najprostsza i najgłupsza rzecz, którą można zrobić w dobroczynności.
Dlatego w Europie wciąż trwają burzliwe dyskusje o finansowych programach socjalnych. Nie da się na tak dużą skalę kontrolować tego, na co, mówiąc wprost, idą pieniądze.
Dilhan: Dlatego podeszliśmy do tego jak do projektu biznesowego. Stworzyliśmy łańcuch usług i dóbr. Najpierw wsparliśmy rolników. Nazywamy to programem dla małych gospodarstw. Współpracujemy z około 2400 rolnikami i drobnymi przedsiębiorcami na Sri Lance. Zapewniliśmy im finansowanie i powiedzieliśmy: „Chcemy, żebyście uprawiali rośliny strączkowe i inne produkty, które tradycyjnie spożywają mieszkańcy tego regionu”. Daliśmy im sprzęt, zapewniliśmy mentoring. Następnie spotkaliśmy się z matkami dzieci i poprosiliśmy, by stworzyły stowarzyszenie edukacyjne. Tak powstał obieg: kupowaliśmy produkty od rolników i skłoniliśmy matki do gotowania w wybudowanych przez nas kuchniach. Powstał specyficzny mechanizm kontroli jakości. Powiedzieliśmy tym kobietom: „Jesteście matkami. To są wasze dzieci. Przychodzimy pomóc, ale jesteśmy obcymi ludźmi. Nie będziemy wysyłać kucharzy. Chcielibyśmy, żebyście gotowały same”. Potem powstały instalacje biogazowe, szkolne ogródki ziołowe, a następnie system edukacji. Kiedy pomaga się ludziom, trzeba chronić ich godność. Rolnicy w tym programie myślą: „Sprzedajemy produkty szkołom. To świetnie”. Nie analizują, że w praktyce musieliśmy na starcie sfinansować cały system, który dopiero po czasie działa samodzielnie. Gdyby wiedzieli, mogliby pomyśleć: „To działalność charytatywna. Jesteśmy biedni. Dajcie nam więcej”. A tak postrzegają siebie jako przedsiębiorców. Pracują ciężko. Uprawiają ziemię. Dostarczają żywność. To daje im poczucie godności. Podobnie matki. Myślą: „Gotujemy dla naszych dzieci”. A dzieci wiedzą: „Nasze mamy przygotowują nam jedzenie”. To również daje poczucie wartości.
Czyli wszyscy stają się partnerami projektu.
Dilhan: Tak. Nazywamy ten program „Harvest Square”. Pierwszym plonem są źródła utrzymania rolników. Drugim – przyszłość dzieci. Kiedy pod koniec życia spojrzę wstecz, nie interesuje mnie zdjęcie z czekiem i rolnikami mówiącymi: „Dziękujemy, proszę pana”. Jaki to ma sens? Znacznie ważniejsze jest to, że dzięki temu programowi w 23 szkołach codziennie je około 2700 dzieci.
Istnieje też Dilmah Conservation. Na swoim terenie macie konserwatorium słoni. To jeszcze inny wątek…
Dilhan: Na Sri Lance mamy poważny problem. Ludzie coraz bardziej wkraczają na tereny, które dawniej należały do słoni. W efekcie dochodzi do konfliktów między ludźmi a zwierzętami. Próbujemy pomagać w rozwiązywaniu tych problemów. Natura czasem stwarza wyzwania, ale jednocześnie daje rozwiązania. Trzeba do nich dojść za pomocą obserwacji, nauki. Dlatego współpracujemy z uniwersytetami.
Amrit: Ja nawet nie powiedziałbym, że natura jest problemem. To raczej my jesteśmy problemem…
Dilhan: Masz rację synu, słuszna uwaga. Ale spójrzmy np. na katastrofy naturalne. Mieliśmy cyklony, tsunami, zginęły setki tysięcy ludzi. Jednak istnieje pewna zależność. Tam, gdzie znajdowały się wydmy, szkody były niewielkie. Tam, gdzie zachowały się lasy namorzynowe, szkody były minimalne. Kiedy wycina się namorzyny albo osusza mokradła, pojawia się problem. Gdy szanuje się naturę, natura odwdzięcza się tym samym. To nasza podstawowa filozofia. Nieważne, czy mówimy o lampartach, słoniach, ludziach czy żywności. Próbujemy pokazać ludziom, że istnieje głębsza historia. Nie jesteśmy tutaj po to, żeby tylko brać i odchodzić. Nawet w przypadku słoni nie chodzi o słodkie zdjęcia małych zwierząt. Owszem, pomagamy osieroconym słoniątkom, dajemy im mleko. Ale to bardzo mała część całej działalności. Znacznie ważniejsze są badania naukowe. Zrozumienie mechanizmów współistnienia, a potem budowanie modeli, które pozwolą ludziom i zwierzętom żyć obok siebie.
Czyli to coś w rodzaju laboratorium badającego ten problem?
Dilhan. Tak i to na wielu poziomach. Ustawiamy np. linie uli. Słonie nie lubią pszczół i omijają takie miejsca. Równie ważne jest zrozumienie, dlaczego słonie w ogóle tam przychodzą. Czasami przyczyną jest brak wody w ich naturalnym środowisku. Wtedy trzeba znaleźć rozwiązanie: może pogłębić zbiornik wodny. Może zmienić sposób magazynowania wody. Najpierw trzeba zrozumieć problem. Dopiero później można go rozwiązać. Może nie dziś, ale może za kilka miesięcy czy lat.
Skoro rozmawiamy o kolejnym pokoleniu w firmie, chciałabym zapytać o różnice między pokoleniami. Amrit, reprezentujesz kolejne pokolenie. Na pewno na wiele kwestii masz inne spojrzenie niż Twój tata czy dziadek.
Amrit: Najpiękniejsze jest to, że miałem szczęście dorastać przy dziadku. Mogłem obserwować go w firmie. Później również mojego ojca. Jeżeli mówimy o różnicach pokoleniowych, najważniejsze jest to, o czym rozmawiamy od kilkudziesięciu minut. Misja pozostaje taka sama. Herbata jest naszą pasją. Ale jest też narzędziem do tworzenia realnego wpływu – na ludzi i ochronę przyrody.
Czyli DNA pozostaje niezmienne, nawet jeśli zmieniają się czasy.
Amrit: Bez względu na to, co wydarzy się na świecie, to nie może się zmienić. Drugą rzeczą jest jakość. Nasza miłość do herbaty. Co tydzień degustujemy około 10 tysięcy herbat. To również nie może się zmienić. Mój dziadek ustanowił standardy. Mamy w ofercie kolekcję Watte – wysokiej jakości herbaty w puszkach. Powstała z herbaty pochodzącej z ogrodów herbacianych, które dziadek szczególnie cenił. W herbatach w torebkach jest ta sama jakość co w naszych herbatach sypkich. To są te same zbiory, tylko drobniejsze liście. To dziadek zatwierdził te standardy. I one pozostaną niezmienne.
Amrit, jesteś przedstawicielem pokolenia Z. Ile masz lat, jeśli mogę zapytać?
Amrit: 25. Tak, jestem z pokolenia Z. Ale myślę już o pokoleniu Alpha. I myślę, że dla nowego pokolenia bardzo ważne są dziś styl życia, profilaktyka zdrowotna i dobrostan. Nie chodzi już tylko o kupienie produktu i wypicie go w domu. Chodzi o wychodzenie do ludzi, o budowanie relacji, o wspólne doświadczenia. Mam wrażenie, że ludzie chcą wrócić do tego, jak wyglądało życie wcześniej. Ten bardzo szybki styl życia napędzany mediami społecznościowymi będzie się zmieniał. Ludzie chcą być częścią społeczności. Dlatego zastanawiamy się, jak tworzyć doświadczenia związane z herbatą. Jak budować chwile, które ludzie będą mogli wspólnie przeżywać. Jak podnosić doświadczenia gastronomiczne na wyższy poziom. Choć obawiam się, oczywiście, czy część moich rówieśników i osób młodszych ode mnie może pójść w przeciwnym kierunku przez coraz bardziej szalony konsumpcjonizm.
Dilhan: Myślę, że zobaczymy polaryzację. Widzimy, że pokolenie Z wraca do wartości. Próbuje zrozumieć świat głębiej. Wiele osób mówi mi, że pokolenie Z jest problematyczne. Uważam inaczej. To największy sojusznik jakości, zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialności. Kiedy rozmawiam z młodymi ludźmi, również z pokolenia Amrita, widzę ogromne zainteresowanie tymi tematami. Na przykład w Australii współpracujemy z ruchem Daybreakers. O świcie, na plażach w Sydney, spotyka się około 3 tysięcy młodych ludzi. Piją herbatę. Tańczą. Ćwiczą. O piątej rano. Wielu z nich całkowicie odrzuca alkohol. Interesuje ich zdrowie, sprawność, dobry styl życia.
Sensem tej współpracy jest promowanie trendu trzeźwości na rzecz herbaty?
Dilhan: Nie, niczego nie promujemy. Jesteśmy jak zawsze blisko ludzi, interesują nas nadchodzące potrzeby, pytania. Jedna część pokolenia Z kieruje się w stronę uważności. Chce wiedzieć: Jak słońce wpływa na herbatę? Jak wiatr wpływa na smak? Jak powstaje napar? Jakie procesy zachodzą w naturze? Dla nas właśnie to jest prawdziwe doświadczenie herbaty i natury. Z drugiej strony są ludzie, którzy chcieliby zamknąć wszystko w tabletce i otrzymać ten sam efekt. Dlatego w przyszłości widzimy dwa kierunki. Jedni szukają szybkiego, taniego rozwiązania – wkrótce wszystko będą mieć w jednej pigułce do połknięcia. Drudzy chcą rozumieć świat głębiej – celebrować rytuały. I myślę, że właśnie w tym kierunku będzie rozwijać się przyszłość.
Gdybyście mieli możliwość ocalenia dla kolejnych pokoleń jednego rodzaju herbaty, zapakowania ją w rakietę kosmiczną i wysłania tam, gdzie przetrwa kataklizmy, którą byście wybrali?
Dilhan: Moim wyborem byłaby Nuwara Eliya Pekoe. Dzisiaj wypiłem jej dwie filiżanki. Chciałbym siedzieć w rakiecie kosmicznej, patrzeć na zawieszoną w przestrzeni Ziemię i podziwiać ją właśnie z filiżanką Nuwara Eliya Pekoe. To lekka herbata. Pochodzi z wysokości ponad 1800 metrów nad poziomem morza. Ma lekko zielonkawy charakter, bo pochodzi z wysokich upraw. Temperatura w dzień wynosi tam około 20 stopni. W nocy około 8-9 stopni. Ta różnica temperatur jest bardzo ważna.
Amrit: Ja wybrałbym Craighead Estate Silver Curl. To herbata sezonowa.
Dilhan: Och, daj spokój! Ona jest bardzo droga.
Amrit: No i co z tego? Przecież lecę w kosmos.
Dilhan: Masz rację, to w końcu Twoja rakieta.
Amrit: To herbata, którą można zbierać tylko przez 3 dni w roku. Masz wręcz jedną szansę. Muszą wystąpić idealne opady, idealne nasłonecznienie i idealny wiatr. Wszystko musi być perfekcyjne. Tylko wtedy można ją zebrać. A czasami nawet wtedy się nie udaje.
Jaką wybrałby Pana ojciec, Panie Dilhanie?
Dilhan: Miał ulubioną herbatę o nazwie Ceylon Supreme.
Co w Waszych wspomnieniach z plantacji jest najbardziej wyraźne?
Dilhan: Pamiętam zapach mokrych liści herbaty. Ludzi pracujących na plantacji. Mgłę schodzącą na wzgórza wieczorem. To są obrazy, które pozostają na całe życie.
Amrit: Dla mnie plantacja była jak gigantyczny plac zabaw. Były wzgórza, strumienie, lasy. I oczywiście herbata. Nie rozumiałem wtedy jeszcze ani biznesu, ani jakości, nawet różnic między herbatami. Po prostu świetnie się bawiłem. Ale z czasem zacząłem dostrzegać coś więcej. Ludzi i to, jak są dumni ze swojej pracy i z jaką starannością zbierają liście. Myślę, że właśnie wtedy zacząłem rozumieć, że herbata to coś więcej niż napój. To dla wielu ludzi treść ich życia.