fbpx

Babski chillout

Babski chillout

Uciekła z korporacji, założyła własny biznes. Dziś wydaje gazetę bezpłatną gazetę dla korpoludków „Korpo Voice”, samodzielnie wychowuje syna i uczy się wypoczywać. Do tego ostatniego zachęca też koleżanki, które jak ona kiedyś, uważają, że bez nich świat na pewno się zawali.

Sądzisz, że naprawdę kobiety dziś muszą uczyć się wypoczywać?

Justyna Szawłowska: Jestem o tym przekonana. Sama zresztą stanowię tego najlepszy przykład. Jeśli przez parę czy nawet paręnaście lat działasz na najwyższych obrotach, a tak dziś funkcjonują kobiety, które starają się połączyć wiele obowiązków naraz: pracę w korporacji, wychowywanie dzieci, dbanie o siebie, o dom, bycie dobrą żoną, kochanką, córką. To później bardzo trudno zwolnić, złapać równowagę. Do tego dochodzą też rozmaite przekonania, wyniesione z domu, które później, w konfrontacji z rzeczywistością, robią kobietom mętlik w głowach. Ostatnio właśnie tłumaczyłam mojej znajomej dlaczego nie jest grzechem wynajęcie raz w tygodniu pani do sprzątania.

A uważa, że to grzech?

W jej przekonaniu urasta to do takiej skali. Dziewczyna pochodzi ze wsi. Udało jej się wybić, pracuje w międzynarodowej korporacji, dobrze zarabia. Z pewnością stać ją na pomoc domową. Ale to nie kwestia pieniędzy, tylko przekonania właśnie, że nie powinna. Jej matka całe życie sama prowadziła dom i nigdy w życiu nie „skalałaby się” oddaniem części obowiązków komuś obcemu. Tyle, że jej matka nie wychowywała samotnie dzieci, nie dojeżdżała codziennie 1,5 godziny w jedną stronę do pracy, nie pracowała piątek, świątek i niedziela w permanentnym stresie, w ciągłej gotowości, z wielkimi finansowymi zobowiązaniami na głowie, nie musiała spłacać kredytu, itd. Tymczasem ta moja koleżanka, przy takim nawale spraw, jakie codziennie ma na głowie, kryguje się przed poproszeniem o pomoc, choć przecież pada na nos i widać, że ciągnie resztką sił.

Dlaczego kobiety tak się „zarzynają”?

Tak jak mówiłam trochę to wina stereotypów, od których nie potrafią się odciąć, a trochę efekt równouprawnienia. Wywalczanie sobie swoich praw, jest mozolną i ciężką pracą. Doświadcza tego wiele kobiet, które muszą wybijać sobie na różne sposoby dziurę w szklanych sufitach. Jeśli już uda im się coś wywalczyć, okazuje się, że owszem daje im równość w pewnych sferach, ale i przysparza nowych obowiązków, a starych nikt im z głów nie zdejmuje. Dziś więc kobiety jak mężczyźni pracują zawodowo, ale także nadal to na nich głównie spoczywa wychowanie dzieci czy prace domowe. Równouprawnienie nie przyniosło jeszcze na razie równego podziału ról między płciami. Przybyło zatyranych kobiet i zagubionych facetów, którzy nie wiedzą kim są i do czego właściwie zostali stworzeni, siedzą więc na kanapie i czekając na odpowiedź, grając w play station.

Jesteś przeciwniczką równouprawnienia?

Absolutnie nie, ale widzę jak to teraz nierówno wygląda. Niestety obawiam się, że jeżeli kobiety znów same nie wywalczą sobie, choćby właśnie czasu dla siebie, nie spasują trochę z ambicji, to za chwilę będą ustawiać się w kolejkach do psychiatry, z nerwicami, depresjami, rozstrojem nerwowym i chronicznym zmęczeniem. Zresztą pomału już tak się dzieje.

To stąd twój pomysł na imprezę „Korpowoman na chilloucie” ?

Kiedy rzuciłam pracę w korporacji, myślałam, że zwolnię, że w końcu będę miała więcej czasu dla siebie, dla dziecka. Ale rozkręcanie własnego biznesu to nie lada przedsięwzięcie, zwłaszcza jak postanowisz wziąć się za wydawanie ogólnopolskiej gazety dla korpoludków, więc znów był pęd i praca, praca, praca. Problem w tym, że ja mam strukturalnie gdzieś wbudowaną w siebie potrzebę częstej zmiany miejsca. Jak za długo siedzę w jednym, to mnie nosi. Muszę wyjechać choćby na dobę, odetchnąć innym powietrzem, zobaczyć inny krajobraz, przespać się w hotelu i wtedy mogę wracać na stare śmieci. Tak się resetuję. Pomyślałam więc, że może innym kobietom dałoby to równie duże wytchnienie jak mnie. Dlatego postanowiłam organizować takie wspólne babskie wyjazdy dla czytelniczek Kopro Voice. Tym bardziej, że moje dawne koleżanki z korpo non stop skarżyły mi się, że mają już wszystkiego dość, że w ogóle nie mają czasu dla siebie, że od 5 lat nie były na urlopie. Pomyślałam , że zrobię coś dla siebie i dla innych

Jak więc udaje Ci się namówić je na taki dwu, trzydniowy wypad?

Gdy znajdę jakieś fajne miejsce na taki krótki pobyt, a w Polsce jest naprawdę masę świetnych miejsc, wrzucam posta na FB i informuję o imprezie w mailingu. I wtedy zwykle… cisza. Żadna się nie odzywa. Robię to więc parę razy, czasem dzwonię. I wtedy słyszę: „nie mam z kim zostawić dziecka”, „muszę posprzątać”, „mam ważny raport do zrobienia na poniedziałek”, „zapomnij, mam kocioł w pracy”. Zwykle trzeba im więc przypomnieć, że po pierwsze, mają prawo odsapnąć, mają prawo zrobić coś dla siebie. Poza tym uświadomić im, że w ciągu dwóch czy trzech dni bez nich świat nie zginie: dziecko nie dostanie choroby sierocej, mąż nie umrze z głodu, a korporacja nie splajtuje. Niestety większość kobiet żyje w przekonaniu, że muszą wszystko zrobić same i do końca, bo inaczej będzie tragedia. To oczywiście iluzja.

W zasadzie weekendy mogłyby przecież wykorzystywać dla siebie. Dlaczego tego nie robią?

Weekendy są dla rodziny. W weekendy rodzice wariują, starając się za wszelką cenę wynagrodzić dzieciom to, że tak mało ich było dla nich w ciągu tygodnia. Jest więc bieg przez płotki z przeszkodami: zoo, papugarnia, lego, lody, hula-kula i inne atrakcje. Kończą weekend z wywieszonymi ze zmęczenia językami, a tu już poniedziałek i znów pęd. Chodzi o to, by zatrzymać ten maraton, by skupić się na sobie.

Ok, więc mniej więcej raz na kwartał organizujesz takie imprezy, na których kobiety mają czas tylko dla siebie, ile uczestniczek udaje ci się zgromadzić na takim wyjeździe?

Zwykle jest nas około 20. Zależy nam na tym by było kameralnie, a nie hurtowo, więc tej liczby staramy się nie przekraczać. Wyjeżdżamy w piątek rano, wracamy w niedzielę po południu. Niektóre z uczestniczek dobijają dopiero w piątek wieczorem, bo nie udaje im się wziąć wolnego dnia w pracy. Z innymi umawiamy się na kilka samochodów. Ostatnio wioząc cztery uczestniczki, nie mogłam się nadziwić, jak trudno im oderwać się od codzienności. W drodze jeszcze wysyłały maile, dzwoniły wydając dyspozycje podwładnym w pracy, członkom rodziny. A to przecież miał być czas dla nich.

No właśnie, zatem kiedy udaje się opanować to szaleństwo?

Pierwsze tzw. odpięcie wrotek następuje w piątek wieczorem. Kiedy wszystkie uczestniczki są już na miejscu, za oknem cisza, spokój, przyroda. W środku chilloutowa muzyka, winko. Dziewczyny się zapoznają i zaczynają dzielić tym, co im leży na wątrobach. Piątkowa noc to zwykle pogaduchy do rana. Na tapetę idą wszystkie możliwe tematy, dzieci, praca, zdrady mężów, problemy z szefami. Wylewają radości i żale. W sobotę budzą się i po raz pierwszy dochodzi do nich, że od rana nic nie muszą. Mają czas na spacer, na drzemkę. Są też zajęcia z coachem, nauka technik relaksacyjnych, joga , zajęcia taneczne itp. W niedzielę około 15.00 powrót. Niektóre z uczestniczek już wtedy nie wytrzymują i znów sięgają po smartfony, sprawdzają wiadomości i od razu się spinają, i już ich nie ma. Uaktywnia się syndrom stresu przed poniedziałkowego.

Dla niektórych zapewne w ogóle bycie sam na sam ze sobą musi być trudne?

Oczywiście, bo tego trzeba się nauczyć… albo do tego dojrzeć. Dawniej sama tego nie umiałam. Gdyby jeszcze 5 lat temu ktoś mi powiedział, że będę się relaksować przy dźwiękach gongów tybetańskich, popukałabym się w głowę. Teraz szukam ciszy, szukam okazji do pobycia sam na sam z przyrodą, z własnymi myślami. Na jednych z zajęć z coachem, dostałyśmy z uczestniczkami zadanie. Włożyć do ust rodzynkę i przez 5 minut nic nie robić, skupić się na niej. Potem miałyśmy opowiadać o swoich wrażeniach z tym związanych. Zgadnij ile z nas potrafiło faktycznie przez 5 min. skupić się tylko na rodzynce (śmiech).

Syndrom ciągłej aktywności…

Dokładnie. Jedną ręką myjesz zęby, a drugą wrzucasz pranie do pralki. Non stop na wysokich obrotach, bo chwila bezczynności sprawia, że wpadasz w panikę, że ze wszystkim nie zdążysz, że tracisz czas. Koń na Krupówkach jak się zmęczy ponad siły, to pada, kobieta nawet ledwo żywa ze zmęczenia, będzie się uśmiechać, bo wydaje jej się, że tego od niej oczekują, a ona jako grzeczna dziewczynka, powinna przecież spełniać oczekiwania innych.

Grubymi nićmi to wszystko szyte.

Dlatego właśnie odpoczynek, który pozwala też wejrzeć w głąb siebie, skontaktować się z własnymi potrzebami, wyciszyć się jest szalenie ważny. I kobiety muszą sobie na niego pozwolić, choćby właśnie takimi wyjazdami od czasu do czasu albo zaangażowaniem w sport, pobytami w spa, czymkolwiek, co będzie wyłącznie dla nich. Wierzę, że takie „odcięcia się” od trosk dnia powszedniego działa profilaktycznie, zapobiegając wszystkim tym bolesnym następstwom zagonienia, zapracowania, perfekcjonizmu, nadmiaru ambicji. Pozwalając sobie na czas dla siebie, chronimy się przed doprowadzaniem się do takiego stanu, że pewnego dnia obudzimy się i nie będziemy miały ani sił, ani chęci wstać z łóżka. A w ciągłym pędzie niestety ten moment łatwo przegapić.

Towarzystwo innych towarzyszek „niedoli” chyba też, w przypadku takich wyjazdów jak te organizowane przez ciebie, również działa terapeutycznie?

Działa i to bardzo. Przestają być same ze swoimi problemami, widzą, że nie są to problemy wyabstrahowane, że z podobnymi mierzą się i inne kobiety. Nawet jeśli nie znajdą na nie w danej chwili rozwiązania, zdobywają przestrzeń na myślenie o nim. Naprawdę rozmawiając z uczestniczkami tym moich imprez, widzę ile wśród nich jest prawdziwych heroin. Są niesamowite. Dźwigają na swoich barkach gigantyczne ciężary, potrafią ogarnąć tysiące spraw naraz. Dają radę mimo wielu przeciwności jakie spotykają na drodze. Niestety płacą też za to wysoką cenę. Co tym bardziej przekonuje mnie do tego, że kobiety kobietom powinny sobie nawzajem pomagać.

 

Z Justyną Szawłowską redaktor naczelną bezpłatnej gazety dla pracowników korporacji „Korpo Voice” rozmawiała Izabela Marczak

?>