Co lubi jeść Eliza Mórawska – autorka bloga White Plate

Eliza Mórawska  od 2006 roku prowadzi blog White Plate. Zdobyła wiele nagród za promowanie kultury kulinarnej. Autorka książek „O jabłkach...”, „O chlebie...” i „Na zdrowie...” (Fot. Anna Rutkowska, Michał Rutkowski/Mammamija)

Jej comfort food to… chleb z masłem i ziemniaki, choć lubi też kuchnię arabską i hinduską. Eliza Mórawska gotuje od zawsze, od lat prowadzi blog White Plate i wierzy, że jedzenie może być źródłem zdrowia i przyjemności, a także sprzyjać przyjaźni.

 

W twojej książce „Na zdrowie…” jest taki prościutki  przepis: jajka ze smażonymi ziemniakami. Przeniósł mnie w rejony sielskiego dzieciństwa, czasy domowej zapiekanki, takiej z kiełbasą, ogórkiem kiszonym. To bliska ci kuchnia?
Bardzo lubię prostą domową kuchnię. Kiedy masz dzieci – a ja mam trzy córki – proste gotowanie sprawdza się najlepiej. One nie chcą wymyślnych, skomplikowanych potraw, ale pożywne i powtarzalne smaki.

Codziennie gotujesz?
Tak, choć trochę się dzielimy, mój mąż też lubi gotować. On jest od kuchni „w stylu babci”, czyli kotleciki, zupy, makarony, a ja od wypieków, ciast i chleba i od kuchni międzynarodowej. Szczególnie arabskiej i indyjskiej, którą kocham, od kiedy wyprowadziłam się z domu i sama zaczęłam gotować.

Czyli mieszasz w domowej kuchni i na blogu style oraz gatunki, kuchnię polską i tę ze świata.
Tak, staram się pokazywać różne potrawy i style, ale zawsze mam z tyłu głowy myśl, że żyjemy w Polsce i te potrawy muszą smakować nam, Polakom. Znam też już swoich czytelników na tyle, iż wiem, że pewne bardzo skomplikowane rzeczy raczej nie chwycą. 

W ludziach jest silny jedzeniowy konserwatyzm?
Jest, choć to się zmienia. Czasem mam wrażenie, że młodzi żywią się głównie surowym jedzeniem (raw food), piją koktajle i jedzą humus. Też miałam kiedyś podobne fascynacje, jednak z wiekiem doszłam do wniosku, że bliżej mi do ciepłej, regionalnej, sezonowej kuchni, związanej z miejscem, w którym akurat jestem. 

A jak z mięsem, jesz je?
Nie jadłam przez 18 lat, bo nie lubiłam, nie chciałam i dopiero niedawno, w ciąży, zaczęłam jeść znowu. I lepiej się poczułam. Oczywiście, jem małe ilości, ale nagle okazało się, że dobrze śpię, nie mam migren. To mnie zaskoczyło i dało do myślenia.

Ciągle jednak ulegamy jakimś kulinarnym modom, choć może głównie w Warszawie…
Prawdopodobnie to zjawiska z dużych miast. Rzeczywiście są coraz to nowe, kiedyś było sushi, potem burgery, rameny.  

Słyszałam opinię, że rameny i burgery tak świetnie się w Polsce mają, bo to w gruncie rzeczy mielone i rosół.
Coś w tym jest. Ale jednak w innej formie. 

Ostatnio były topinambury i chia, wkręciłaś się w to?
Próbowałam superfood, ale bez większego efektu, robiłam koktajle i do końca mnie nie przekonały. Myślę, że przyjdzie jeszcze moda na kuchnię pięciu przemian, ja ją uwielbiam i wierzę, że może się w Polsce sprawdzić. Dużo kasz, gotowane potrawy. To bardzo stara chińska kuchnia, często do niej wracam. 

No i mamy też teraz comfort food. Choć właściwie zawsze je mieliśmy, tylko tak go nie nazywaliśmy. Dla mnie to były zupy, dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Kiedy wracałam z podróży, to prosiłam mamę: „Zrób mi zupę”. A twoje comfort food to co?
Wiesz, chyba też zupy. Moja rodzina średnio je lubi, więc jak dużo ugotuję, to potem muszę sama zjadać. W dobrej zupie jest wszystko, i kasza, i warzywa, i wywar. Chleb z masłem to też moje comfort food, no i ziemniaki. 

W twojej książce jest zaskakująca potrawa: kostka ziemniaczana. Sama esencja, prostota.
A takie piure ziemniaczane… cudowne jest. Uwielbiam ziemniaki, tyle można fajnych potraw z nich zrobić. Na przykład dodaję ugotowane ziemniaki do bułeczek drożdżowych, są wtedy wilgotniejsze, dłużej świeże. Na Podlasiu dopytywałam się w pewnej piekarni, jak robią taki wspaniały chleb, i zdradzili mi, że dodają ziemniaki do ciasta. W ogóle tak je lubię, że powinnam chyba zostać światowym ambasadorem ziemniaka.  

Dziś ludzie z jednej strony przywiązują coraz większą wagę do jedzenia, a z drugiej – powstają fabryki gotowych dań. Coraz częściej kupuje się w supermarketach potrawy już przygotowane, tylko do odgrzania. Myślisz, że dojdziemy do takiej sytuacji, że nic się nie będzie gotowało?
Już coraz częściej tak jest. Dieta pudełkowa czy gotowce w spożywczaku. Ale może to przejściowa moda? Kiedyś fascynowaliśmy się kolorowymi ciastami, roladami w plastiku, sama pamiętam z dzieciństwa marzenie: móc zjeść kawałek takiego ciasta… A potem przechodzi, widzisz, że to niefajne. I zaczynasz doceniać na przykład smaki regionalne, te prawdziwe. Z jednej strony jemy więc gotowce, a z drugiej – podróżujemy na drugi koniec miasta, by kupić warzywa od ulubionego rolnika czy ryby z Mazur. 

Jesteś z Warszawy, a twój mąż z Poznania. To są różne kuchnie.
Różne kuchnie i różne mentalności, to niesamowite, bo pozornie wydaje się, że wszyscy jesteśmy tacy sami, przynajmniej w dużych miastach. A jest wiele różnic, na przykład w sposobie spędzania wolnego czasu – mam wrażenie, że poznaniacy są bardziej rodzinni, chętniej siedzą w domu. Widzę też różnice w nazwach potraw – na przykład poznańska sznytka to kanapka, nasza, warszawska, piętka to dla nich kromka. Lubię wspólnie świętować – moja rodzina i poznańska rodzina męża spotykają się w Warszawie i każdy przygotowuje coś swojego. Lubię te debaty: „Jak robisz to?”; „Jak gotujesz tamto?”. I niekończące się zdziwienie, że tego czy tamtego nie znamy. 

Są też różne etapy w życiu związane z jedzeniem.
Tak, jak jesteśmy młodzi, to bardziej na sobie eksperymentujemy, a potem zaczynamy się liczyć ze zdrowiem, być może lepiej znamy nasz organizm i wiemy, czego mu trzeba. I w książce „Na zdrowie…” chciałam pokazać, że zdrowie to nie tylko ograniczenia i wymyślne składniki, że to raczej pożywna dobra kuchnia, nieprzeładowana cukrem i bliska temu, co wynieśliśmy z domu. Tylko może lżejsza niż kiedyś. Wierzę w cudowną moc jedzenia, które nie musi się łączyć z wyrzeczeniami.

Gotowałaś od dzieciństwa?
Tak, podobno skłonności do gotowania miałam już jak jako trzylatka. Często bywałam u dziadków na Podlasiu, a oni wspólnie gotowali, robili faworki, kiszoną kapustę, konfitury i bardzo mi się to podobało. Wszystko mogłam zobaczyć, teraz wiem, że to był mój kapitał. 

Zachowałaś te smaki?
Tak. Lubię wracać na Podlasie i szukać smaków, które pamiętam. Bardzo kochałam moją babcię, spędzałam z nią dużo czasu. Miałyśmy swoje rytuały, na przykład jako dziecko lubiłam jej robić maseczki, na które przepisy znajdowałam w prasie dla kobiet – a to z marchewki, a to z drożdży. Babcia kładła się na kanapie, ja kładłam jej maseczki i snułyśmy wspólne plany i opowieści. Do dziś mam założony w tamtych czasach zeszyt „Przepisy kulinarne Elizy”, do którego co jakiś czas zaglądam.

U ciebie w domu w Warszawie jak było?
Też wszyscy gotowali. Jadałam nawet dwa obiady: jeden po powrocie ze szkoły robił mi dziadek, a potem drugi mama, kiedy przychodziła z pracy. Ale mama nie bardzo mnie dopuszczała do gotowania, mówiła, że bałaganię. Zresztą mnie najbardziej wtedy interesowały ciasta. Na przykład takie z kakao, wtedy nazywało się murzynek, dziś to niepoprawna politycznie nazwa, no, ale tak się nazywało. Jak miałam dziesięć lat, to już mi wychodziły właśnie murzynki, szarlotki, spisywałam też przepisy od znajomych i sąsiadek, kiedy chodziliśmy do nich w gości. 

Czyli wszystko w nas, także gotowanie, bierze się z domu? No, chyba że z opozycji do domu?
Ja mam gotowanie z domu, a czytanie – z opozycji do niego. Zawsze wszystkie pieniądze, jakie miałam, wydawałam na książki.

A twoje córki gotują?
Najstarsza niechętnie, bo jest niejadkiem, a młodsza ma dopiero trzy lata. Wszystko jeszcze może się zdarzyć, ale dziś jest tak łatwo, tyle dobrych rzeczy można dostać na mieście, że nie wiem, jak to będzie. To jednak bardzo rozleniwia. 

Tylko że dziś chyba bardziej niż dawniej ludzie świadomie poszukują wspólnoty, a jedzenie tworzy do tej integracji idealną płaszczyznę.
Ja to świetnie widzę na warsztatach. Od lat prowadzę bloga, ale chciałam się dzielić wiedzą i spróbować wyjść ze strefy komfortu, co nie było dla mnie łatwe, bo jestem nieśmiała. Zaczęłam prowadzić warsztaty i tam właśnie widziałam, jak ludzie szybko zaczynają współpracować. Teraz warsztaty prowadzę sporadycznie, bo mam małe dzieci, ale bardzo dobrze to wspominam. W weekendy w domu dużo razem gotujemy, to jest fajne, dobrze nam robi, przychodzą goście, zawsze coś wspólnie przygotujemy i jest cudownie. Tak jak u mnie w domu w dzieciństwie. Kiedy był brydż i kanapki, takie z bułki wrocławskiej…  

Od lat czytam twój blog i zawsze miałam poczucie pewnego powinowactwa, do tego stopnia, że bywałam rozczarowana i smutna, jak wpisy pojawiały się rzadko… Pamiętam taki zabawny tytuł wpisu „Powiedz mi, jak mam żyć, i nowy chlebek bananowy”. Jak według ciebie żyć, żeby być z tego życia zadowolonym?
Mam poczucie, że ile razy piszę o czymś ważnym, dotyczącym kobiet, to mam duży odzew. I to jest już drugie pokolenie czytelniczek. Dziewczynki, które robiły muffinki z mojego bloga, kiedy miały dziesięć lat, dziś są młodymi kobietami i czytają to, co piszę. Może dlatego, że staram się nie umoralniać. Żyj i pozwól żyć innym. Zawsze czułam odpowiedzialność za czytelniczki. Kiedy spotykam je na warsztatach albo przychodzi list lub komentarz, to zdarza się, że chciałabym je po prostu przytulić. Bardzo lubię ludzi i chciałabym dla nich dobrze. 

Jak byłam młoda, to chciałam być Marthą Stewart i jak ona robić cateringi, mieć magazyn kulinarny i wielki ogród, ale przekonałam się, że to nie dla mnie. Wydaje mi się, że umiałam wykorzystać wiedzę, którą zdobyłam w różnych sytuacjach – w pracy w korpo, uczestniczeniu w sesjach zdjęciowych, uczeniu się. Chciało mi się. Mam blog i to jest miejsce na szczerość, dzielenie się dobrymi rzeczami, nie tylko przepisami.