Drzewa, istoty ponad czasem – rozmawiamy z Adamem Wajrakiem

Adam Wajrak od 20 lat mieszka w Puszczy Białowieskiej (Fot. Adam Wajrak/Agencja Gazeta)
Adam Wajrak od 20 lat mieszka w Puszczy Białowieskiej (Fot. Adam Wajrak/Agencja Gazeta)

To jest schizofrenia: instytucja mająca chronić lasy zarabia na ich wycince.
Nie da się tego pogodzić. Nie chodzę już na te wycinki, to dla mnie zbyt mocne przeżycie, omijam takie miejsca. To tak jakby ktoś mi zbombardował dom. Stare drzewo jest jak zabytek. Jest świadkiem lepszym niż mury budowli, bo żywym
– mówi uzależniony od puszczy przyrodnik i dziennikarz Adam Wajrak.

Żoliborz za oknem. Spójrz: pełno zieleni, krzewy, stare drzewa. Zieleń kipi. No, pięknie jest.
Z jednej strony pięknie, z drugiej – niepięknie. Przeżyłem niedawno pewien szok, zaskoczenie, dotyczące właśnie żoliborskiej zieleni. Tuż przy domu przy Mickiewicza, w którym się wychowałem, tutaj, obok, za kościołem Stanisława Kostki, kiedy byłem mały, był taki wycinek świata, który był całkowicie opanowany przez dziką przyrodę. Kiedy biegałem tam jako dziecko, nazywaliśmy to miejsce „park Stary”. Do niedawna myślałem, że to było po prostu kilka zapuszczonych działek, których właściciele gdzieś zaginęli na skutek historycznych zawirowań, jakie nad miastem szalały. Ta zielona dżungla w środku dzielnicy była dla mnie bardzo ważnym miejscem, które jakoś mnie ukształtowało.

I już go nie ma.
Tak. Na początku pogodziłem się z jego utratą, bo w latach 90. powstało tam zamknięte osiedle, jeden, drugi luksusowy dom (to nie są takie wielkie bloki, raczej jednorodzinne). Niedawno spytałem na Facebooku moich czytelników, czy może słyszeli, jaka była historia tego miejsca, tego zapuszczonego kiedyś skrawka, tej działki lub kilku działek. I dostałem odpowiedzi razem z przedwojennymi planami miasta: otóż kiedyś był to park! Miejski park. Poczułem się okradziony. Okazało się, że nawet na zielonym Żoliborzu, już w wolnej Polsce, można było zamienić przedwojenny park ze starymi pięknymi drzewami na zamknięte, ogrodzone płotem osiedle wyłożone kostką. Ktoś sprywatyzował mój kawałek zielonego świata.

Na szczęście akurat na Żoliborzu to wyjątek, nie reguła.
Tak, na szczęście, ta dzielnica jest nie tylko zielona, ale też trochę dzika.

Nie masz na myśli ludzi, mam nadzieję.
Myślę o przyrodzie, choć i z ludźmi wszędzie różnie bywa. Są dzikie okolice Cytadeli, tam właściwie w wielu miejscach prawie nie ingeruje się w przyrodę, jak najrzadziej kosi się trawę, bo naprawdę przyroda najlepiej się czuje, kiedy jest pozostawiona sama sobie.

W mieście to niemożliwe. Okazuje się, że w puszczy… także nie. W ogóle ostatnie lata mijają pod znakiem wielkiej wycinki drzew.
Dopóki Puszcza Białowieska i inne puszcze będą we władaniu Lasów Państwowych – nic się nie zmieni. To instytucja zarabiająca na wycinaniu drzew. To dlaczego miałaby „odpuścić”? Leśnicy zawsze będą szukać jakiegoś powodu do wycinki. Z lasami i leśnikami z Lasów Państwowych jest trochę tak jak z przemocą wobec kobiety: jest przemocowa rodzina, w której mąż bije żonę, a społeczeństwo się odwraca i mówi: „No tak, on teraz obiecał, że będzie ją bił trochę mniej, więc sytuacja jest lepsza”.

W Puszczy Piskiej, w sercu Mazur, las jest wycinany takimi punktami: tutaj kilka hektarów, tam parę, powstają olbrzymie łaty…
To fachowo nazywa się zrąb. Zrąb oficjalnie jest lasem i jako las będzie figurował w statystykach, chociaż może nie być na nim po wycince ani jednego drzewa. Dlatego w statystykach nam przybywa lasów i wzrasta wycinka. To schizofrenia: instytucja mająca chronić lasy zarabia na ich wycince. To się nie da pogodzić. Nazywanie wycinki drzew ochroną lasów…

To oksymoron?
Tak. Lasy nie potrzebują ani wycinki, ani sadzenia drzew. Mogą istnieć „uprawy drzew”, ale nie traktujmy uprawy jak prawdziwego lasu, puszczy. Skądinąd lasy przez długi czas nikogo nie obchodziły. Pokutuje, niestety, takie podświadome przeświadczenie, że coś, co jest państwowe, jest niczyje, a nie wspólne. W idealnym kraju państwo powinno chronić własność wspólną, patrząc całościowo, z perspektywy obywateli i mijającego czasu, nie powinno się kierować partykularnymi interesami ani politycznymi, ani jedynie gospodarczymi czy lokalnymi. Podejście całkowicie inne odbija nam się czkawką nie tylko przy ochronie przyrody, ale we wszystkich dziedzinach.

Pamiętam twój tekst w „Gazecie Wyborczej” napisany po wycinkach – „Chodzę i płaczę, patrzę i nie poznaję”. Chodzisz jeszcze w te miejsca?
Nie, nie chodzę na te wycinki, boję się. To dla mnie za mocne przeżycie, omijam te miejsca. To tak, jakby ktoś mi zbombardował ten Żoliborz. No, połowę życia tam przecież mieszkam. Smutek, jakieś złe emocje – bo chęć zemsty też… No, nie mogę. Czasem, kiedy zmuszą mnie jacyś dziennikarze, żeby ich zaprowadzić… Wracałem kiedyś nocą, widziałem w świetle księżyca takie sterczące pnie, bo taki harvester raz tnie przy ziemi, raz wyżej, jak jakaś obłędna maszyna, i w tej bladej poświacie ten las czy to, co po nim zostało, wyglądało jak ruiny, naprawdę. I od tamtej nocy w ogóle tam nie zaglądam. Życie człowieka jest krótkie, nie wiem, ile jeszcze pożyję, dlatego staram się unikać złych emocji.

Adam Wajrak czuje się uzależniony od lasu (Fot. Marcin Onufryjuk)
Adam Wajrak czuje się uzależniony od lasu (Fot. Marcin Onufryjuk)

Coś się jednak zmienia, także w wymiarze lokalnym. Mieszkańcy Augustowa, którzy kiedyś pomstowali na ekologów broniących doliny Rospudy i opóźniających budowę obwodnicy, dzisiaj często przyznają, że nie mieli racji. Mieszkańcy Mazur protestują przeciw budowie szybkiej drogi z Ełku na zachód… Tam co parę kilometrów powinien być rezerwat, a najlepiej Mazurski Park Narodowy. Dzisiaj rezerwaty w Polsce to 1,4 proc. powierzchni lasów. Tyle co nic. Przy czym to nie są tylko rezerwaty ścisłe, więc można w nich często ciąć. W parkach narodowych można robić dużo, w parkach krajobrazowych – jak na Mazurach – wszystko. Ludziom „sprzedaje się” coś jako chronione, a to wcale chronione nie jest. Dobrze chronione w Polsce są właściwie tylko ścisłe rezerwaty i jako tako – te najbardziej znane parki narodowe, takie jak Białowieski.

Może Polacy po prostu nie lubią drzew, „wśród tych pól malowanych zbożem rozmaitem…”.
Nie, nie, chyba nie. Kiedy obowiązywało „lex Szyszko”, rzeczywiście część ludzi rzuciła się do cięć, wycinała drzewa na swoich działkach i posesjach „póki można”, furczały piły na przedmieściach, w gminach i dzielnicach, z drugiej strony – inna część społeczeństwa podniosła krzyk i zrobiła wielką awanturę. I politycy się ugięli, to prawo zostało zmienione. Pod naciskiem, bo przecież nie ze względu na miłość polityków do przyrody.

Ale drzew już nie było. Rosną sto lat, tnie się je kilka minut.
To prawda. Prof. Malcolm Hunter [naukowiec z Uniwersytetu w Maine zajmujący się ochroną przyrody – przyp. red.] powiedział podczas konferencji, na której ostatnio byłem, rzecz oczywistą, ale nie uświadamianą: drzewo, które ma 200 lat, tnie się dwie minuty. 200 lat to jest ponad sto milionów minut. Stare drzewa, wielkie, rozłożyste, są właściwie takimi galaktykami w małej skali, dzieje się w nich masa rzeczy, są jakieś zakamarki wśród gałęzi i tak dalej. I w dwie minuty zabija się taki kosmos.

Masz działkę, rośnie na niej drzewo, które uniemożliwia budowę garażu. Co robisz?
Oczywiście, że rezygnuję z garażu. Co za pytanie! To jest dobro wspólne. I moje dzieci – gdybym je miał (a nie mam) – bardziej byłyby zadowolone ze starego drzewa niż z jakiegoś budynku. Przecież kiedy mieszkasz w zabytkowej kamienicy, nie możesz sobie robić wszystkiego, co chcesz, prawda? Więc ja właściwie nawet nie rozumiem tego pytania, to dla mnie abstrakcja. Dawno temu dokupiłem obok mojego domu w Teremiskach pod Białowieżą dużą działkę tylko po to, żeby mieć rosnące na niej stare drzewo, lipę, olbrzymią, prawdopodobnie z XIX wieku. Moja żona Nuria powiedziała: „Chciałabym, żeby ta lipa była nasza, żeby była bezpieczna”. Stare drzewo jest jak zabytek. Jest świadkiem lepszym niż mury budowli, bo żywym.

Jest istotą z innych czasów, właściwie spoza naszego czasu.
Tak, drzewa nie przekładają się na naszą skalę czasową. Staję czasem przy takich dużych drzewach i myślę sobie, że ten dąb był już całkiem duży, gdy jeszcze nie było żadnych rzeczy, które są dla mnie oczywistą oczywistością: żarówki, telewizji, dżinsów, Stanów Zjednoczonych i rock and rolla.

Może właśnie za to ludzie dzisiaj nie lubią drzew, za ten ich spokój, brak pośpiechu. To nie uchodzi w naszych czasach mieć tak na wszystko… Tak obok wszystkiego być.
Możliwe! A jednocześnie drzewa są takie kruche. Bierzesz piłę i nie ma drzewa. A jak pilarzy jest setka… kawał puszczy znika.

Czy buntują się tylko aktywiści? Widziałeś nowy mural Banksy’ego w Londynie? Dziewczynka otacza dłońmi roślinę. Napis pod obrazem: „Koniec rozpaczy, czas na taktykę”.
W skali świata jest naprawdę coraz gorzej. Jeśli nic się nie zmieni, nadejdzie świat z „Mad Maxa”. Tak jak w Polsce dostrzegam, że jest pod pewnymi względami lepiej (może wyłączając węgiel), tak jeżeli chodzi o całą planetę – jestem pesymistą, niestety.

W Polsce aktywiści ekologiczni mają coraz szerszą bazę poparcia.
I są coraz bardziej widoczni. Według badań 80 proc. Polaków chce nowych parków narodowych. Wyobrażasz sobie? Te wszystkie działania, to przykuwanie się do drzew, te manifestacje, wszystko, co pokazują potem media – to jednak jakoś działa. Może ludzie myślą o swoich dzieciach? Że powinny móc pójść do prawdziwego lasu, spotykać zwierzęta nie tylko w zoo i oddychać czystym powietrzem? Na marginesie: w Polsce żyje coraz więcej wilków, dużo żubrów, około jednej trzeciej całej populacji w Europie… Ludzie powoli chwytają, że przyroda jest wartością. Gdyby jeszcze pięć czy dziesięć lat temu ktoś mi powiedział, że znajdą się lokalsi, którzy będą bronić Puszczy Białowieskiej, to popukałbym się w głowę.

Masz w tym swój udział.
Skromniutki. W Teremiskach mieszkam od 1999 roku, czyli 20 lat.

I co te 20 lat w tobie zmieniło?
Czuję, że jestem i z Żoliborza, i stamtąd, z puszczy.

W mieście byłeś „tym panem od zwierzątek”, a teraz?
Cały czas jestem „panem od zwierzątek”, mam masę młodych czytelników, ale i starszych. Bardzo wiernych. No gdzie ma pracować dziennikarz od przyrody? Przez lata uzależniłem się od tego lasu, który wciąga, fascynuje. Wyobraź sobie, to tak, jakby ktoś lubiący nurkowanie mieszkał cały czas na rafie koralowej. I ja mieszkam na takiej właśnie rafie – ten las, ta puszcza to moja rafa koralowa. 500 metrów od mojego domu obserwowałem tydzień temu wilki.

To gdzie jeździsz na wakacje?
Cały czas jestem na wakacjach. Tak się czuję. Dzięki puszczy.

Adam Wajrak, rocznik 1972; dziennikarz, działacz na rzecz ochrony przyrody i mieszkaniec Puszczy Białowieskiej. Jest autorem książek o tematyce przyrodniczej dla dzieci i dorosłych, m.in.: „Lolka”, „Wilków”, serii „Przewodnik prawdziwych tropicieli” oraz „Umarłego lasu” (z Tomaszem Samojlikiem).