fbpx

Dziewczyna z Nyeri

Dziewczyna z Nyeri
Christian Science Monitor/ Getty Images/ Flash Press Media / Wangari Maathai podczas sadzenia drzew

„Kiedy sadzimy drzewa, sadzimy też nasiona pokoju i nadziei”. To słowa Wangari Maathai, laureatki Pokojowej Nagrody Nobla, Kenijki, która wyszła z biednej wioski Nyeri w świat tak szeroki, że nigdy się tego nie spodziewała. A wyniosła ją ekologiczna pasja.

Jest koniec listopada 2002 r. Na drodze z Mombasy do Mariakani odbywa się wiec przedwyborczy. Ze schodów przydrożnego baru przemawia drobna, uśmiechnięta dziewczyna. Dziewczyna? Ma wtedy już 62 lata. Jednak uśmiech, radosne oczy i żar mowy czynią z niej prawie nastolatkę. Otoczona jest wianuszkiem ludzi, którzy słuchają w skupieniu, a od czasu do czasu wykrzykują słowa aprobaty, gęsto klaszcząc.

Słońce praży, ani skrawka cienia, nie mówiąc o jakichkolwiek drzewach w okolicy. Proszę naszego przewodnika, żeby przetłumaczył mi to, co mówi Wangari Maathai (tego się już dowiedziałem) w języku kikamba.

Ty się musisz uczyć, mała!

– Precz z Danielem Moi! – słyszę. A Daniel Moi to ówczesny prezydent Kenii, który wsławił się tym, że z premedytacją, wykorzystując swoje stanowisko, wycinał całe połacie lasów, aby w tych miejscach zakładać plantacje herbaty, z których czerpał zyski do własnej kieszeni, a także za łapówki zezwalał na rozmaite inwestycje budowlane w najpiękniejszych miejscach krajobrazowych.

 – Działalność Daniela Moi – słyszę Wangari Maathai – to bieda dla naszego narodu. To susza. To brak wody. To mniej płodów rolnych. To coraz większa pustynia.

Huk braw. Klaszczą głównie kobiety. Wangari Maathai jest przede wszystkim ich idolem. Ona i one wiedzą bowiem, że w tradycyjnym życiu Kenijczyków to żony i siostry ponoszą największe trudy zapewnienia bytu rodzinie.

Sama pamięta, jak w swojej wsi Nyeri całymi dniami szukała wraz z matką drewna na podpałkę, wody do picia i podlewania, jak próbowały w wyschniętej ziemi sadzić pataty. To wtedy zaczęła się buntować. „Nie wszystko jeszcze rozumiałam – wspomina, kiedy w końcu po wiecu mamy szansę na chwilę rozmowy – ale dojrzewała we mnie coraz bardziej pewna myśl, że to człowiek, ale nie ten z mojej wsi, ale gdzieś, tam daleko, w Nairobi czy Mombasie, skazuje nas na coraz większą suszę i cierpienia”.

Bardzo wiele godzin rozmawiała o tym ze starszym bratem, który w końcu pewnego wieczora, gdy siedzieli przy ognisku, powiedział jej: – Ty się musisz uczyć, mała. Ty już wiesz o co chodzi. Teraz powinnaś to poznać od podszewki. – I namówił rodziców, żeby wysłali ją do szkoły średniej.

W wielkim świecie

Wangari Maathai zrobiła maturę w 1960 r., zdobywając jednocześnie stypendium na studia. Nie miała wątpliwości. To będzie biologia. I się zaczęło… Licencjat, magisterium, doktorat, profesura!

Nim dochodzi do rozlicznych godności w Kenii, ma swój amerykański „epizod” naukowy: Uniwersytet w Pittsburgu. Tu doznaje dwóch olśnień: człowiek syty mądrzej i odważniej myśli (to pierwsze); człowiek myślący ma prawo do wolności obywatelskiej (to drugie). Te konstatacje wyzwala w niej ruch przeciwko wojnie w Wietnamie, jaki ogarnął wówczas, w latach siedemdziesiątych, społeczeństwo USA.

 

A kiedy wraca do Kenii, już wie: sadzimy lasy! Wówczas lasy w Kenii zajmowały aż… 1,7 proc. powierzchni państwa. Kraj zamieniał się w jedną wielką pustynię.

– Już wówczas wiedziałam – mówi mi po wiecu pod Mariakani, siedząc na kamieniu przed barem – że tylko odbudowując w szybkim tempie kenijski drzewostan można przynieść dobrobyt ludziom. Ale… To mogli zrobić tylko sami obywatele! Nie skorumpowany rząd!

Zakłada więc Ruch Zielonego Pasa. Jeździ od wsi do wsi, od miasta do miasta. Tłumaczy i wyjaśnia. Jest krwią z krwi i kością z kości takich ludzi, jakich spotyka. Biednych. Umęczonych. Zniewolonych.

Pomysł Wangari Maathai trafia dosłownie i w przenośni na podatny grunt. Urzędnicy rządowi pukają się w czoło. Większość mężczyzn zresztą też. Ale zawzięły się kobiety na wsiach, udręczone codziennym staraniem o byt. W pierwszym roku postało sześć szkółek leśnych, potem kilkaset, teraz jest ich ponad sto tysięcy. Przez 33 lata swego istnienia Ruch Zielonego Pasa, wspierany przez Krajowa Radę Kobiet, posadził ponad 30 milionów drzew w miejscach wykarczowanych bezmyślnie lub za łapówki przez urzędników.

Pamiątka po prezydencie Moi

Diagnoza Wangari Maathai się sprawdza. Kiedy odnajduję w grudniu 2002 r. wyniki wyborów w Kenii, dowiaduję się, że moja rozmówczyni weszła do parlamentu z ramienia opozycji z 98-proc. poparciem. Pół roku później założyła Partię Zielonych Kenii, potem została wiceministrem Ochrony Środowiska i Zasobów Naturalnych. A w dwa lata po naszym spotkaniu na drodze otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla z uzasadnieniem: „Pokój na Ziemi zależy od naszych umiejętności ochrony swego środowiska. Wangari Maathai jest na pierwszej linii frontu walki o ekologicznie sensowny rozwój społeczny, gospodarczy i kulturalny w Kenii i w Afryce”.

Ale tam, na drodze, jeszcze tego nie wiemy. Widzę, jak moja rozmówczyni co jakiś czas poprawia chustę, która szczelnie owija jej głowę. Zastanawiam się przez chwilę czy nawet Afrykance w taki skwar nie jest w niej za ciepło. Widać zbyt długo gapię się z tego powodu, bo sama mi odpowiada:

– To taka pamiątka po prezydencie Moi…

Nadstawiam ucha, bo nie wierzę, ale zaraz wszystko się wyjaśnia. Trzy lata wcześniej broniła wraz z innymi największego miejskiego parku w Nairobi, który Daniel Moi chciał w połowie wyciąć. Zwolennicy prezydenta ugodzili ją maczetą. Chusta zasłania od tej pory sporą bliznę po zadanej ranie.

Ale nie przestraszyła się. Robiła swoje. Dziś prezydenta Moi już nie ma, lasy w Kenii szumią coraz głośniej, a Wangari Maathai twierdzi, że wraz z nimi ubywa biedy, a przybywa wolności.

Kiedy byłem w Kenii osiem lat później, nie spotkałem już wprawdzie pani Wangari Maathai, ale mogłem potwierdzić jej słowa.