fbpx

Siostry Krzeptowskie – całe życie w górach

Siostry Krzeptowskie - całe życie w górach
Siostry Krzeptowskie. Marta (z lewej) i Marychna, prowadzą schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Góry kochają najbardziej na świecie. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Jedna ekonomistka, druga po historii sztuki. Marychna i Marta prowadzą najwyżej położone schronisko w Polsce. Jak wcześniej ojciec, dziadkowie i pradziadkowie.

Najpierw droga biegnie przez las. To w górę, to w dół, po kamiennych stopniach i splątanych korzeniach drzew. Potem otwiera się na szerokie dno Doliny Roztoki, którą płynie mocnym nurtem potok. Wokół szumią wysokie świerki. Ponieważ Dolinę Pięciu Stawów Polskich oddziela od Roztoki wysoki próg, ostatnie pół godziny to już prawdziwa górska wędrówka. Wzdłuż Wielkiej Siklawy, największego w Tatrach wodospadu, spadającego z wysokości 70 metrów, lub szlakiem czarnym, ostro pod górę, przez tzw. Rzeżuchy, prosto do schroniska. Dotrzeć tu można tylko pieszo. Dolinę otacza skalny pierścień wysokich turni. Hale tulą w objęciach miękkich traw i kosodrzewiny pięć jezior, od których dolina wzięła nazwę. Dokładnie jest ich sześć, ale jedno pojawia się tylko czasami. Latem odbijają się w nich góry, chmury, niebo. Zimą są zamarznięte i przykryte pierzyną śniegu.

Zimą dolina to najbardziej śnieżne i najlepsze na ski-tour miejsce w Polsce. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Na ścianie Schroniska Górskiego PTTK w Dolinie Pięciu Stawów Polskich wiszą dwa czarno-białe zdjęcia. Na jednym szczupły mężczyzna w kapeluszu z piórkiem stoi na skale, patrząc w dal. To Andrzej Krzeptowski, znany w międzywojniu biegacz narciarski. Na drugim zdjęciu siedzi postawna kobieta, za jej plecami kilkuletni chłopiec. To żona Andrzeja, Maria Krzeptowska, i ich syn, także Andrzej. Małżonkowie przez lata prowadzili schronisko w Pięciu Stawach. Potem ich synowie, teraz wnuczki. Marta Krzeptowska i zwana Marychną Maria Krzeptowska-Marusarz siedzą przy stole na wprost portretów dziadków. Jedzą śniadanie, zmęczone całonocną zabawą. Raz na dwa lata odbywa się u nich zlot TOPR-u.

– Fajnie, że mają swoje święto – mówi Marychna, brunetka. – Cały rok ciężko pracują.

– Latem jest często akcja za akcją – dodaje Marta, młodsza z sióstr, podobna do babki blondynka. Dużo się dzieje w Pięciu Stawach, bo przez dolinę przechodzi wiele szlaków. Kiedy ląduje śmigłowiec, siostry niosą pilotom zupę albo szarlotkę.

Babcia Maria Krzeptowska, z synem Andrzejem (1939 rok). (Fot. Agnieszka Rodowicz)
Przepis na szarlotkę nie zmienił się od czasów, gdy piekła ją w schronisku Maria, babcia sióstr. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Schronisko jak dom

Historia Krzeptowskich w Dolinie Pięciu Stawów Polskich sięga czasów Władysława IV, który w połowie XVII w. nadał im tamtejsze hale. Spędzali tu lato, pasąc owce, robiąc bundz i oscypki. W szałasie pasterskim chronili się pierwsi wędrowcy i taternicy. Potem Marianna i Wojciech Budzowie, pradziadkowie sióstr Krzeptowskich, prowadzili schronisko. Dzierżawcami następnego, otwartego w 1932 roku, zostali ich dziadkowie, Maria i Andrzej Krzeptowscy. Pomimo że to najwyżej położone (1672 m n.p.m.) i jedyne w Polsce schronisko, do którego nie ma dojazdu, dzięki staraniom gospodarzy turystom niczego nie brakowało. Mogli liczyć na serdeczną atmosferę, kąt do spania, kwaśnicę i pyszną szarlotkę pieczoną przez Marię. Jej receptura nie zmieniła się do dziś.

– Nie poznałyśmy babci, umarła pięć lat przed moim urodzeniem – mówi Marychna. – Podobno była ostra, wymagająca. Musiało jej być bardzo ciężko. Mieli tu krowy, swoje mleko, robili masło, sery. Resztę zaopatrzenia, opał musieli wnieść. Nie było prądu ani centralnego ogrzewania, a zima w dolinie trwa pół roku.

– Musiała być niezwykle silną kobietą – ocenia Marta.

W Pięciu Stawach bywali nie tylko znani sportowcy, taternicy, ale i artyści. Schronisko z lat 30. XX w. zaprojektował uznany architekt i rzeźbiarz Karol Stryjeński. Autorką pierwszego logo była Józefa Wnukowa z gdańskiej ASP. Siostra dziadka Andrzeja Zofia była wielokrotnie portretowana przez Witkacego. – Nasza rodzina od dawna miała kontakty z artystami – wyjaśnia Marta, historyczka sztuki.

W latach 50. nad północnym brzegiem Przedniego Stawu staraniem PTTK stanęło duże kamienne schronisko kryte gontem. Jego kierowniczką została Maria Krzeptowska. Potem kierownictwo schroniska objęli bracia Krzeptowscy, a później sam Andrzej. Ożenił się z Magdą Szweycer, dziewczyną z Warszawy, która za miłością zawędrowała w Tatry.

– Pierwszy raz znalazłyśmy się w Dolinie Pięciu Stawów, kiedy miałyśmy po kilka miesięcy, przyniesione przez rodziców – mówi Marychna. – Ja zawsze lubiłam chodzić, więc pewnie przyszłam piechotą, mając ze dwa lata. Moja siostra jeszcze jako trzylatka docierała tu u taty w plecaku – śmieje się Marta. Jako kilkuletnie dziewczynki już regularnie pokonywały pięć kilometrów od Wodogrzmotów Mickiewicza do doliny. Po drodze ojciec czasami naprawiał drogę i zapędzał je do tej roboty, czego nie znosiły. Spieszno im było na górę. – Budowanie baz, odkrywanie zakątków dużej, płaskiej doliny było jak zabawa w wielkim ogrodzie – wspomina Marta. Ich dzieci bawią się dziś tak samo jak one, a wcześniej tata i wujek Józek.

Miały też obowiązki. Jako czterolatki pomagały obierać grule (ziemniaki), kilka lat starsze zmywały. Gdy umiały już liczyć, tata dał im pod opiekę sklepik z pocztówkami. W tygodniu mieszkały w Zakopanem, gdzie chodziły do szkoły, w weekendy gnały na górę.

Gdy Marychna miała 19 lat, a tata 60, poprosił o pomoc w prowadzeniu schroniska.

– Ani przez chwilę się nie wahałam – mówi kobieta. – Ze wszystkich miejsc na Ziemi najbardziej kocham dolinę, schronisko jest moim domem, a góry największą miłością. Przerwała naukę, bo przez pierwsze lata pracowała po 20 godzin na dobę. Marta studiowała w tym czasie w stolicy. Wyjechała za narzeczonym na jakiś czas do Londynu, potem pracowała w Paryżu. Ale w każdą wolną chwilę wracała do Pięciu Stawów. Więc kiedy pewnego dnia Marychna, matka dwójki dzieci w ciąży z trzecim, zadzwoniła i poprosiła siostrę o pomoc, ta wróciła na stałe.

Niedługo potem ojciec przeszedł na emeryturę i powierzył córkom schronisko.

– W ogóle się nie wtrącał – opowiada Marychna. – Przychodził często na górę, ale tylko po to, by posiedzieć, porozmawiać – dodaje Marta. Do końca życia wszyscy mówili do niego „kierowniku”. Zmarł pięć lat temu.

„Piątka” na piątkę

Przeciętnemu turyście dotarcie do schroniska zajmuje prawie dwie godziny. Marcie i Marychnie 40–50 minut. Mają wtedy czas, by wszystko przemyśleć, omówić. Czasami naprawiają drogę, tak jak kiedyś ich tata. Kilka razy w tygodniu trzeba dostarczyć do schroniska jedzenie, napoje, materiały budowlane, sprzęty…

Zaopatrzenie trzeba dostarczać na górę kilka razy w tygodniu. Dawniej konno, dziś traktorami, skuterami, czy quadami. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

– Tata nie miał nawet samochodu – opowiada Marychna. Jeździł po Zakopanem motocyklem, robiąc zakupy, zwoził je na dworzec PKS-u. Wkładali wszystko na dach autobusu jadącego do Wodogrzmotów Mickiewicza. Stamtąd Mietek, zatrudniony jeszcze przez babcię Krzeptowską, jechał zaprzęgiem w górę. Potem Andrzej z bratem i Mietkiem, technicznym geniuszem, zbudowali windę. Ale do dolnej stacji kolejki nadal trzeba wszystko dowieźć. Do końca lat 90. XX w. pomagały w tym konie. – Teraz mamy specjalny traktor, skuter śnieżny i sześciokołowy quad – mówi Marychna. – Ale w górę idziemy zawsze pieszo. Nawet gdy leje, wieje czy trzaska mróz.

– Babcia razem z ojcem i wujkiem Józkiem zbudowali w latach 50. pierwszą, wtedy nielegalną, elektrownię wodną – opowiada Marta. Siostry w ciągu ostatnich dziesięciu lat dzięki wsparciu wielu osób i instytucji zmodernizowały elektrownię, dzięki czemu w schronisku jest nie tylko światło, ale też elektryczne ogrzewanie i kuchnia. Nie trzeba palić węglem. Budynek przeszedł termomodernizację, wymieniono wszystkie instalacje, stworzono biologiczną oczyszczalnię ścieków i wprowadzono segregację śmieci. Są z tego dumne, bo na górze wszystko jest dużo trudniejsze. – Jak się skończą gwoździe, nie można skoczyć do sklepu – daje przykład Marychna. I dodaje, że nie byłoby to wszystko możliwe, gdyby nie cała ekipa „Piątki”. – Mietek pracuje w schronisku już 51 lat, Krysia w tym roku będzie obchodziła 20-lecie, Darek, syn Mietka, jest z nimi od dziecka, Michał od 15 lat, Piotrek – od ośmiu, Natalia, Justynka, Wojtek, Jasiek też już dobrych kilka lat – wylicza.

– To szczególne miejsce, bo nie tylko razem pracujemy, ale i mieszkamy – mówi Marta. Wszyscy wszystko o sobie wiedzą, ale też przyjaźnią się, powstają pary. Dlatego z nowymi pracownikami zawsze umawiają się na okres próbny, by sprawdzić, czy się polubią. – Inaczej nie da się tu wytrzymać – mówi Marychna. Za to jak ktoś się przyjmie, to zostaje na lata. Każdy co kilka tygodni ma wolne i może zejść na dół. Wielu nie chce i trzeba ich do tego zmuszać.

W „Piątce” trzeba nie tylko dogadywać się z innymi, ale i być robotnym. Latem jest podział funkcji, zimą każdy robi wszystko. One też. Jak trzeba, siadają do obierania ziemniaków, krojenia jabłek albo stoją cały dzień na zmywaku.

– Mamy ekstraludzi – przyznaje Marta. Dzięki temu są w stanie pogodzić pracę w schronisku z życiem rodzinnym. Na co dzień mieszkają w Zakopanem.

– Prowadzimy dwie firmy, zatrudniamy kilkanaście osób i każda z nas ma trójkę dzieci. Żeby to wszystko spiąć, mamy niezłą łamigłówkę – dodaje Marta. Jak już zupełnie się nie wyrabiają, pomaga im mama. Poza zwykłymi zmartwieniami mają też nietypowe. Marta głowi się, co zrobić, bo jej starsza córka Terka jest w szkole muzycznej, a w schronisku nie ma pianina. Najmłodszy syn Marychny trenuje skoki. – Niedawno leciał z Wielkiej Krokwi – największej skoczni narciarskiej w Polsce. Dobrze, że nie wiedziałam, bo umarłabym ze strachu – przyznaje Marychna.

Marta w razie potrzeby może też liczyć na męża. Jasiek Wierzejski, warszawiak, artysta, z miłości do góralki porzucił stolicę. – Fajna z nich para – komentuje Marychna. – Mnie idzie gorzej. Miałam dwóch mężów. Nie wyszło.

Za to współpraca układa się siostrom świetnie. – Zawsze miałyśmy bliską relację, mimo że jesteśmy kompletnie inne – mówi Marychna.

Czasami się droczą, dyskutują. Pokłóciły się tylko raz. Pojechały z dziećmi na lodowiec i Marta wzięła siostrze złe narty. – Tak się wściekłam, że zaczęłam wyrzucać je z samochodu – opowiada Marychna. – Ja z szóstką dzieci przed nią uciekałam, ale wszyscy pękaliśmy ze śmiechu – dodaje Marta.

Z miłości do gór

– Dla całej naszej rodziny narty są bardzo ważne – tłumaczy siostrę Marta. Obie zaczęły szusować, kiedy tylko nauczyły się chodzić. – Gdy czuję, jakbym się rozpadała na kawałki, idę na narty, robię trzy skręty i wszystko wraca do normy – mówi Marta. Właśnie wróciła z dziećmi z lodowca. Cieszy ją, że Terka (lat 10), Wanda (8) i Franek (6) są już tacy sprawni. Choć jeszcze nie całkiem samodzielni. Kiedy idą razem pojeździć, Marta niesie trzy pary nart i butów. Hania (17 lat), Jasiek (15) i Staszek (13) Marychny są już dla niej prawdziwymi narciarskimi partnerami.

Drugą pasją sióstr są podróże. Wymieniają się obowiązkami, dzięki czemu każda z nich może co jakiś czas wyjechać. W tym roku Marta z mężem i dziećmi byli w Japonii. Połowę czasu spędzili w górach. Marychna pojechała z dziećmi do Chile. Weszli razem na 5500 m n.p.m. – Dużo podróżujemy, ale najśmieszniejsze jest to, że zazwyczaj wyjeżdżamy w góry – mówi Marychna. Choć nie razem. Tylko raz pojechały wspólnie przejść na Korsyce szlak GR20. Jest piękny i trudny, ale one, zaprawione w wędrówkach, pokonywały każdy etap najszybciej. Kiedy inni wędrowcy docierali na nocleg, były już po kolacji, rozpalały w piecu, częstowały wszystkich herbatą. – Wyjechałyśmy na wakacje, a robiłyśmy to samo co w schronisku – śmieją się obie.

– Trochę nas denerwuje, że niektórzy wychodzą w góry nieprzygotowani, niedoinformowani – mówi Marta. W zeszłym roku ktoś zgłosił, że pod Krzyżnem siedzi dwóch biedaków. Siostry poszły do nich z czekoladą i gorącą herbatą. Chłopcy z biednych domów, mieli tylko na bilet, pojechali w góry w trampeczkach. Spadł im cukier, nie mogli się ruszyć.

– Ale byli szczęśliwi, że tu są. I co? Miałyśmy zrzędzić, że źle zrobili? – pyta Marychna. – Przenocowałyśmy ich, narobiłyśmy kanapek na drogę. Po to tu jesteśmy.

To jednak rzadkie przypadki, a im zależy, by turyści byli bezpieczni. Dlatego nie można mieć w „Piątce” pokoju na wyłączność za żadną cenę, a kilkanaście miejsc zawsze zostaje dla tych, którzy nie mają siły zrobić już ani kroku. Czasami ludzie śpią też na podłodze w korytarzach, na stołach, szerokich parapetach. – Jeśli nie mogą się położyć, to chociaż siedzą w cieple – mówi Marychna. I dodaje, że serce jej rośnie, gdy widzi turystów, którzy ryzykują taki nocleg, by rano pójść na Orlą Perć.

Pięć Stawów to zimą najbardziej śnieżne i najlepsze na ski-tour miejsce w kraju. Ale czasami dolina jest przez kilka dni odcięta od świata, często pojawiają się lawiny. Martę kiedyś porwała. Na szczęście nie została przysypana, więc wyszła z niej cało. Jej mąż wymyślił wtedy, by robić kursy lawinowe. Założyli Szkołę Górską, w której od 11 lat uczą kopania, sondowania, szukania, nawigacji, używania raków, czekanu. Dawniej zimą turystów w Pięciu Stawach prawie nie było. Teraz wyposażeni w sprzęt lawinowy, wiedzę i narty skitourowe przychodzą. Tym bardziej że w schronisku jest też wypożyczalnia. Jeśli zmieni się pogoda, można więc zamienić narty na raki lub odwrotnie.

Do tańca i do różańca

Bywalcy mówią, że „Piątka” to imprezowe schronisko. – Niesamowite są sylwestry. Wszyscy tańczą – potwierdza Marta. Podczas śmigusa-dyngusa dorośli szaleją na równi z dziećmi, polewając się wodą ze strażackich hydrantów. Być może sprawia to oddalenie od świata, a może fakt, że wszyscy Krzeptowscy są otwarci i serdeczni.

Świetlik w drewnianych drzwiach od zaplecza. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Święta często spędzają w „Piątce” z przyjaciółmi i turystami przyjeżdżającymi od lat. – Nawet gdy ktoś przychodzi do schroniska po raz pierwszy, sam, zaraz do nas dołącza – mówi Marychna. Obcy ludzie ze sobą rozmawiają, planują wspólnie trasy.

Siostry, kontynuując rodzinne tradycje, przyjaźnią się z artystami. Jednym ze wspólnych projektów był witraż wstawiony w oknie jadalni. Piękny, ale turyści się obrazili, że zasłonił im widok. – Musimy uważać. Wiele osób uważa schronisko za swój dom, nie lubią zmian. Bierzemy pod uwagę ich sugestie, często są cenne – mówi Marta. Jak ta o potrzebie wegańskiego bigosu czy renowacji schodów.

Marta i Marychna przyjaźnią się z artystami. Widać to w wystroju schroniska. Malowane w tatrzańskie rośliny numery pokoi i przywieszki do kluczy są autorstwa Joanny Galicy-Doruli. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Chcą, żeby w schronisku każdy czuł się dobrze niezależnie od poglądów, sympatii politycznych czy diety. – Ale ograniczamy jak możemy wpływ schroniska na przyrodę, bo mamy do niej ogromny szacunek – mówi Marta. – Jeleniowi wszystko jedno, czy przejdzie obok niego sto, czy sto tysięcy osób, o ile nie schodzą ze szlaku i nie śmiecą – wyjaśnia Marychna. Dlatego same dają dobry przykład.

Babcia byłaby z nich dumna. Z prawnuków też. Na razie wszystkie dzieci sióstr Krzeptowskich deklarują, że chcą prowadzić schronisko. Tak więc nawet w najtrudniejszych momentach Marta i Marychna myślą pozytywnie. – Bo mamy siebie i masę życzliwych ludzi wokół, a dzięki temu – odwagę do działania. Jesteśmy szczęściarami, że urodziłyśmy się tu i w takiej rodzinie.