Szczęście narodowe Bhutanu

fot. iStock

Jest jednym z najbiedniejszych państw, ale to właśnie Bhutan ma receptę na największe bolączki współczesnego świata – postępujące nierówności społeczne i zanieczyszczenie środowiska.

Bhutan żyje własnym tempem. Ten niewielki kraj z Himalajów, wciśnięty między Chiny i Indie, liczy tylko 700 tys. mieszkańców i do lat 70. był praktycznie odizolowany od świata. Do 1962 r. nie było tu ani jednej jezdni, szpitali ani szkół. Pierwszy samochód wjechał tu dopiero w 1963 r. i, jak niesie miejscowa legenda, mieszkańcy chcieli karmić go sianem. Thimphu to chyba jedyna stolica, gdzie do dziś nie ma żadnej sygnalizacji świetlnej. Bhutan jest też chyba ostatnim krajem na świecie, gdzie pojawiła się telewizja, stało się to dopiero w 1999 r.!

Wykształcony w Oksfordzie czwarty król Bhutanu Jigme Singye Wangchuck uznał w 1972 r., że czysto ekonomiczny wskaźnik PKB niewiele mówi o kondycji kraju i jego mieszkańców, zastąpił go więc nowym GNH, czyli szczęściem narodowym brutto – służącym do bardziej holistycznej oceny życia. Królewski program objął zasady mające pomóc w osiągnięciu równości społecznej i wzrostu poczucia życiowej satysfakcji wśród obywateli. Co to oznacza w praktyce? Darmową edukację i opiekę zdrowotną, brak zgody na rozwój gospodarczy kosztem zasobów naturalnych i miejscowej kultury. I to na serio. Konstytucja, którą napisał król, narzuca np. stopień zalesienia kraju na poziomie minimum 60 procent (dziś wynosi 72 proc.). Bhutan jest jednym z nielicznych centrów bioróżnorodności na świecie. Parki narodowe i rezerwaty przyrody stanowią ponad połowę jego powierzchni. To nie wszystko, rząd dostarcza bezpłatnie prąd na tereny rolnicze (80 proc. ludności mieszka poza miastami), by nie palono tam drewna, subwencjonuje elektryczne samochody i żarówki LED, nawet stara się nie używać papieru. Zakazano także eksportu drewna. Król ustawowo zabronił palenia, za częstowanie miejscowych papierosem można więc dostać mandat. Opinię obywateli traktuje się tu poważnie, co dwa lata przeprowadzana jest ankieta z 220 pytaniami, żeby sprawdzić, jak im się żyje. By kultywować miejscowe rzemiosło artystyczne i sztukę, stworzono Szkołę Sztuk Tradycyjnych, celebruje się tu święta, dba o 2 tys. świątyń i 10 tys. buddyjskich stóp, można tutaj budować tylko tradycyjne trzykondygnacyjne domy. Ograniczono nawet masową turystykę, może i przynosiłaby krocie, ale byłaby zagrożeniem dla kultury państwa żyjącego tak długo w izolacji.

To, co na początku wydawało się ekscentrycznym pomysłem władcy ubogiego państewka, w świecie borykającym się ze skutkami nieumiarkowanego rozwoju przemysłowego zyskało posłuch. W końcu Bhutan to jedyny kraj świecie, który ma zerową emisję dwutlenku węgla. A właściwie ujemną, bo jego lasy pochłaniają trzy razy więcej dwutlenku węgla niż go produkuje. To paradoks, bo choć Bhutańczycy tyle robią dla środowiska, dotkliwie odczuwają skutki globalnego ocieplenia. Topniejące lodowce sprawiają, że 2700 bhutańskich jezior lodowcowych stało się potencjalnym zagrożeniem powodzi i osuwisk.

W 2006 roku czwarty król Bhutanu znalazł się na liście stu najbardziej wpływowych osób według tygodnika „Time”. Jego koncepcja zrównoważonego rozwoju, czyli narodowego szczęścia brutto, stała się przedmiotem analiz najlepszych ekonomistów i wywiera wpływ na międzynarodową politykę. Dzieło czwartego króla od 2008 r. kontynuuje jego syn. Od 2012 roku, po dyplomatycznej kampanii Bhutanu, obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Szczęścia. Został ustanowiony przez ONZ na 20 marca. Rezolucja poparta przez 68 krajów mówi o potrzebie nowego podejścia do rozwoju gospodarczego, które promuje zrównoważony rozwój, walkę z ubóstwem, szczęście i dobrobyt, a więc zasady, które Bhutan wprowadził u siebie już w latach 70.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »