fbpx

Toast za życie

Toast za życie
Fot. Celestyna Król

Przepych, z jakim się nosi, robi wrażenie. Te wszystkie barokowe wzory i wyraziste kolory: naszyjniki, korale, wisiory, pierścienie, bransolety. Płaszcze i kimona, buty i torebki. – To suma wszystkiego – jak mówi sama Liana Gamcemlidze – czego miałam w życiu w nadmiarze. I rekompensata za to, czego w nim zabrakło.

Ostatnio ot tak podeszła do Liany na ulicy kobieta: „Pogoda ohydna, deszcz, szaro, a tu spotykam panią. Pani jest jak z Księżyca! Od razu zachciało mi się żyć. Dziękuję pani bardzo”.

Zdarzają się też złośliwe komentarze rzucane za plecami, ale w dziewięćdziesięciu paru procentach ludzie reagują pozytywnie.

Wyrzuciła większość czarnych, szarych i brązowych ubrań, które kiedyś tak lubiła. A bez kilogramów biżuterii nigdzie się nie rusza. Mówi, że bez niej czuje się naga. Nosi ją też w domu, nawet kiedy jest sama.

Kiedy to się zaczęło? Ponad trzy lata temu. Od pewnego konkretnego wydarzenia. Ale tak naprawdę dużo wcześniej. Jeszcze w Gruzji.

GRAJ

O swojej ojczyźnie mówi: – Jestem z miejsca, w którym zawsze było za dużo słońca, ciepła i kolorów.

Dorastała w Rustawi, 15 kilometrów od stolicy, właściwie już na przedmieściach Tbilisi. Jej najżywsze wspomnienia to zapachy i smaki. Kolendra, estragon, fioletowa bazylia. I wszystkie potrawy, które uczyła ją robić mama. Kiszonki: wściekle różowa kapusta z burakami, zielone i czerwone pomidory w zalewie ze świeżym selerem i czuszką. Mięciutkie placki chaczapuri z serem. Przyprawiane plastry bakłażana z pastą z włoskich orzechów, posypane pestkami granatu. Konfitura ze skórek arbuza albo konfitura ze specjalnej odmiany jasnych czereśni. Majstersztyk, bo w miejsce każdej wydrylowanej pestki wkłada się orzeszek laskowy.
Zawsze lubiła jeść i gotować. Jeśli z kuchni wydobywały się smakowite zapachy, to znaczyło, że i Liana musi tam być.

Pianino? Stało w ich mieszkaniu tak jak w mieszkaniach wszystkich sąsiadów naokoło.
W Gruzji gra się na instrumentach i kropka. Starszą siostrę zmuszono do nauki w szkole muzycznej, ale Liana garnęła się do pianina sama. Na egzamin dla wunderkindów zaprowadzono ją, kiedy miała trzy lata. Wyszło, że ma słuch absolutny. Po załatwieniu wszystkich formalności związanych z pozwoleniem na naukę dla dziecka w wieku przedszkolnym zaczęła regularne lekcje gry na fortepianie. Do tego dochodziły jeszcze dwie, trzy godziny ćwiczeń. Codziennie, do 16. roku życia.

Chwila przerwy, bo Liana wychodzi za mąż za Davida. Poznają się w Kachetii na wschodzie kraju. Regionie nazywanym gruzińską Toskanią, słynącym z rozległych winnic. W wielu z nich wino wytwarza się tak samo jak przed ośmioma tysiącami lat: winogrona zbiera się ręcznie i wyciska stopami, a sok płynie do glinianych naczyń impregnowanych pszczelim woskiem i wkopanych w ziemię. Rodzina Davida przeniosła się tam z Tbilisi.

Ich nazwisko znane było w Gruzji nie tylko ze względu na rodzinny biznes – jedyną w komunistycznej republice prywatną firmę budowlaną. Ojciec i dziadek Davida byli także zawodowymi tamadami. Tamada to odpowiednik polskiego wodzireja, ale i dużo więcej. Tradycyjne supry – biesiady nawet na tysiąc osób – to ważny element życia Gruzinów. A padające podczas supr toasty to cały teatr. Ciągnące się czasem nawet godzinami opowieści, pieśni, tańce. Tu trzeba charyzmy i talentu. Starszy o cztery lata od Liany David był wychowywany na godnego następcę ojca. Oczekiwano też, że jak najszybciej znajdzie sobie odpowiednią żonę. Liana spędzała w Kachetii co roku wakacje. Mieli z Davidem wspólnych znajomych. Ona grała i częstowała go przysmakami własnej roboty, on szkolił się w przemowach, opowiadając rzeczy, których wspaniale się słucha.

– Jakby się zastanowić – śmieje się Liana – do dziś niewiele się w naszym układzie zmieniło.

Wtedy wszystko przebiegło typowo, po gruzińsku. Doszło do tradycyjnego „porwania”, po którym ojciec Davida pojechał do Tbilisi, do jej matki, wyjaśnić, co się dzieje. Że to sprawa honorowa, że młodzi chcą się pobrać. Przyszły teść uważał, że dobrze wykształcona kobieta niekoniecznie jest dobrą żoną. Na szczęście David miał na ten temat inne zdanie.

Biorą ślub, Liana jako 17-latka rodzi syna. Mieszkają przez jakiś czas z teściami. A tam dzień w dzień goście. Nie dwóch czy trzech – 20 wzwyż. Gotują tylko teściowa i Liana. Skubią kurczaki pół nocy, stół cały czas ma być zastawiony. Niezła szkoła życia. Przyda się jej na przyszłość, choć Liana nie może jeszcze tego wiedzieć. Wkrótce zresztą zaczyna studia w stolicy. W konserwatorium. Od razu dwa kierunki: dyrygenturę i fortepian.

Kiedy je kończy, kończy się też Związek Radziecki. Gruzja w 1991 roku odzyskuje niepodległość. Przez chwilę jest pięknie, Gruzini wybierają swojego prezydenta, ale szybko dochodzi do puczu. W Tbilisi trwają zamieszki, można przypadkiem zginąć na ulicy. W sklepach puste półki i kilometrowe kolejki. W bloku odcięli im centralne ogrzewanie i wodę.

Liana zatrudnia się w szkole baletowej jako akompaniatorka. Za jej pensję – dwa dolary – można kupić kilo cukru i litr oleju. David nie chce wyjeżdżać, a w niej narasta coś takiego, co po latach ewoluuje w dominującą cechę jej charakteru. Zacisnąć zęby, nie zastanawiać się, działać, o konsekwencjach pomyśli się potem.

Od starszej siostry i jej męża pożycza 300 dolarów. Wie, że mają odłożone te pieniądze, bo sprzedali fortepian. Rudego bernsteina z długą rodzinną historią. To ich cały kapitał na wyjazd.

Nie ma powrotu

Przeprowadzka do Polski wydaje się oczywistym wyborem. Na trasie Moskwa – Warszawa handel kwitnie w najlepsze. Liana nie ma pojęcia o handlowaniu, ale popyt jest praktycznie na wszystko. Zachwyca się polskimi bombonierkami, śliwkami w czekoladzie. Na coś, co jest tak słodkie i tak pięknie pachnie, muszą być klienci w Rosji. Słynny nocny pociąg „Polonez” zawsze wypełniony jest po brzegi towarem. Wyjeżdżasz z Warszawy po południu, rano jesteś w Moskwie. A potem kurs z powrotem. Po drodze wiele może się zdarzyć i się zdarza. Historie, w które, jak mówi Liana, mało kto by uwierzył. Nigdy nie wiesz, ile na nocnej trasie będziesz mieć „gości”, którym trzeba „uścisnąć serdecznie dłoń”, żeby jechać spokojnie dalej: – Od tamtej pory niczego się nie boję. Nic nie jest już mnie w stanie przestraszyć.

Rękami szkolonymi dwadzieścia parę lat do gry na fortepianie przekłada teraz co kilka dni 20 ton towaru. Kursowanie trzeba pogodzić ze szkołą syna. Próbują z Davidem budować sobie w Warszawie małą stabilizację. Wynajmują kolejne pokoje u kolejnych ludzi. Do pierwszego mieszkania, które wynajmują już w całości sami, na warszawskim Grochowie, David kupuje jej pianino. Zdezelowane i rozstrojone, ale za to historyczne, z ozdobnymi świecznikami. Niespodzianka, którą trzeba wnieść na czwarte piętro bez windy. Liana jest szczęśliwa. Nawet jeśli może grać na nim cichusieńko i tylko do 22.

Granice na Wschodzie się uszczelniają, a im rodzi się drugi syn, budują dom w Piasecznie. Liana wie, że już nie ma powrotu, że już nie umiałaby żyć znowu w Gruzji. Jeśli bywa jej w Polsce źle, to głównie dlatego, że martwi się, że jej dzieci dorastają bez ciotek, babć, kuzynów. Że nie doświadczają bezwarunkowej międzypokoleniowej miłości, nie znają takich więzów. Próbuje to naprawiać, gotując. Dla Liany człowiek zaopiekowany, to człowiek najedzony.

David dostaje dobrą pracę, jest szefem w firmie dystrybuującej gruzińskie wina. A kiedy to się kończy i kiedy rodzina siedzi i zastanawia się, co teraz, znajomi Polacy doradzają: „I tak przyjmujecie wciąż gości, wydajecie na nas ostatnie pieniądze. Zróbcie na tym biznes, załóżcie knajpę”.

Tak się rodzi restauracja Gaumarjos w podwarszawskim Piasecznie. To po gruzińsku „zwyciężaj”. Dosłownie, bo to także odpowiednik naszego „na zdrowie”, kiedy wznosi się toast, ale można się też tym słowem przywitać czy komuś podziękować.

Wieść niesie się pocztą pantoflową, przychodzą kolejni goście. David odgrywa rolę gospodarza i tamady, częstuje winem, wznosi piękne toasty, Liana jest non stop na kuchni, nie licząc momentów, kiedy akurat zajmuje się zaopatrzeniem albo kelneruje. W naprawdę nielicznych wolnych chwilach od razu siada i gra. W ich knajpie nie mogłoby zabraknąć pianina.

Kiedy pojawia się okazja, żeby otworzyć drugi lokal na Ursynowie, Liana mówi, że już nie daje rady, ale, oczywiście, zaciska zęby i, oczywiście, o konsekwencjach pomyśli później.

Chcemy jeść

– Musisz zacząć od siebie. Tobie jest potrzebna rewolucja w życiu osobistym – mówi Lianie na wizji Magda Gessler, a ogląda to cała Polska. Jest rok 2013, marzec. Kiedy z knajpą na Ursynowie było już naprawdę źle, kiedy przez długi zaciągnięte, żeby opłacić czynsz i wypłacić pensje pracownikom, nie dało się już spać, do Liany i Davida zgłosiła się producentka telewizyjnego programu. To nie były typowe „Kuchenne rewolucje”. Żadnego rzucania garnkami, sporo komplementów pod adresem wyśmienitego jedzenia. Liana? Z dłuższymi włosami, prawie bez makijażu i bez biżuterii w programie zupełnie nie przypomina dzisiejszej siebie.Prawdziwa rewolucja zaczyna się dzień po emisji programu.

– Przyjechałam jak zwykle do pracy wcześnie rano i myślałam, że dostanę zawału. Na ulicy na chodniku czekało 500 osób. 500, policzyliśmy. Zimno, wszyscy marzli, dzieci płakały. Kilka razy trzeba było jechać do sklepu, bo wszystko schodziło w mig. Nie wiedziałam, czy stać w kuchni, biec na zakupy, czy odbierać telefony, bo kiedy jeden się odbierało, zbierało się już dziesięć innych nieodebranych połączeń. W pewnym momencie po prostu wyłączyłam telefon. Przez kolejne pół roku od godziny 12 do 22 przez siedem dni w tygodniu stał przed naszą knajpą ogonek jak do mauzoleum w Moskwie. Zdarzyło mi się w kuchni stracić przytomność. Z przepracowania, z poczucia odpowiedzialności za tych, którzy stoją i czekają.

Zadzwoniła do Magdy z paniką w głosie. I usłyszała dokładnie to samo co na wizji, tylko o wiele ostrzej. Nie może być jednocześnie kucharką, kelnerką, załatwiać zaopatrzenia, odbierać telefonów. Ma zatrudnić osoby do pomocy. Ma się sobą wreszcie zająć. Świat się nie zawali. I mąż to przeżyje, i syn się wychowa.

Szaszłyczek nie wchodzi w grę

Przez lata Magda Gessler stała się dla niej bliską osobą, o tej przyjaźni Liana mówi nietypowo dla siebie: bardzo serio i krótko. Zgodnie z jej radą, krok po kroku, zatrudniała ludzi do pomocy. Ale zająć się sobą? Chyba nie do końca rozumiała sens tamtych słów i tę część odłożyła sobie na później.

Aż doszła do ściany. Po przeprowadzonej ponad trzy lata temu operacji kolana chirurg powiedział jej wprost: „Żaden implant nie wytrzyma takiej wagi jak twoja. Nie wierzę, że zaczniesz stosować dietę. Nie w twojej branży, nie przy takim tempie i ilości pracy. Musisz zrobić coś drastycznego. Jeśli nie schudniesz, masz kogoś, kto będzie cię woził na wózku?”.

W ciągu 20 lat przytyła 60 kilo. Długo uważała, że to skutek uboczny jej trybu życia, że tak już musi być. Dopiero ten wózek podziałał na wyobraźnię. Jak mogłaby zrobić takie świństwo Davidowi albo któremuś z synów?

Niech więc będzie: wycięcie trzech czwartych żołądka. Kiedy się budzi po zabiegu, dociera do niej, co takiego zrobiła. Na salę wchodzi lekarz: „Jak się pani czuje? Może chciałaby pani kleik?”.

„Kleik to pan doktor może zjeść, a ja potrzebuję swój szaszłyk jagnięcy i sałatkę”.

Lekarz patrzy na nią z politowaniem: „Kochana pani, wczoraj osobiście panią kroiłem i ma pani w tej chwili żołądek o pojemności 20 deko. Żaden szaszłyczek w tym momencie nie wchodzi w grę”.

Tak naprawdę nie czuje głodu. W ogóle. Po takim zabiegu nie ma prawa czuć. Ale czegoś tak potwornie jej brakuje, że zupełnie nie może się odnaleźć. Najpierw zaczyna przeglądać w szpitalnym łóżku, na swoim tablecie, programy kulinarne i filmiki, jak ludzie jedzą. Łzy jej lecą, nie może ich powstrzymać. A potem tak się jakoś składa, że znajduje w sieci zdjęcia ponad 90-letniej Iris Apfel (historyczki sztuki, dekoratorki wnętrz Białego Domu) „z całym jej niesamowitym anturażem, obłędnie kolorowymi ubraniami i biżuterią od Sasa do Lasa”.

Liana: – Zaczęłam analizować, że skoro można w tym wieku wyglądać tak fantastycznie, to może to coś także dla mnie? Skoro jestem osobą niepalącą, nie piję nawet łyka wina – mój mąż nadrabia za nas dwoje – i właśnie straciłam wielką miłość, jedzenie.

Wychodzi ze szpitala lżejsza i pełna energii. Kiedy znajoma restauratorka zaprasza ją na otwarcie swojego nowego lokalu, Liana przyjeżdża na imprezę i siedzi o szklance wody ubrana w całą biżuterię, którą miała w domu. To może z jedna trzecia tego, co nosi na co dzień teraz, ale najwidoczniej wygląda na tyle widowiskowo, że podchodzi do niej pewna elegancka blondynka. Zagaduje, mówi, że sama robi biżuterię. Szybko pojawiają się też inne osoby, od których Gamcemlidze dziś sprowadza naszyjniki, pierścionki, wisiory. Z Francji, Gruzji, Polski. Z Nowego Jorku. Liana znajduje hurtownię ze wspaniałymi włoskimi jedwabiami i genialną krawcową z Białorusi, która szyje z nich kimona. Ma wrażenie, że chciała czegoś i nagle świat sam się do niej dopasował.

Domyśla się, że i Davidowi się podoba, choć czasem – dla porządku, jak typowy gruziński mąż, który uważa, że żona powinna być skromna – mówi jej: „Przecież ty jesteś po pięćdziesiątce, przecież ty już jesteś babcią!”. Odpowiada, że to prawda, święta racja:

– Jestem po pięćdziesiątce i robię to, na co nie mogłam sobie pozwolić, kiedy byłam młoda i teoretycznie mogłam szaleć. No, to teraz zakładam te skórzane spodnie, buty na koturnach, biżuterię, maluję na czerwono usta i paznokcie i czuję, że żyję.

Fot. Celestyna Król

Słodki ciężar

Ostatnio była z przyjaciółką w Paryżu. Myślała, że w takim mieście nikt specjalnie nie będzie zdziwiony jej stylem. Że jedzie z drewnem do lasu. Ale nie. Przyjaciółka chciała kręcić komórką reakcje Paryżan. Jak szły ulicą koło ogródków restauracyjnych, komuś wypadł z wrażenia widelec z ręki. Jeszcze nigdy tyle osób nie prosiło Lianę o wspólne selfie.

Najśmieszniej jest na lotniskach. Ma osobną walizeczkę z biżuterią na zmianę, ale żeby przejść przez bramkę i nie piszczeć, musi zdjąć to, co ma na sobie, a potem znowu założyć. Celnicy pytają, czy zajmuje się handlem biżuterią. Niektórzy nie wierzą, że to wszystko „tylko na użytek własny”. Wtedy pokazuje im swój Instagram: „Patrzcie, taka już jestem”.

Ta sama przyjaciółka powiedziała jej niedawno coś takiego: że na początku się trochę denerwowała, bo gdziekolwiek razem pójdą, wszyscy na Lianę patrzą. Ale przemyślała sprawę i doszła do wniosku, że jest w takim wieku, że na nią właściwie już nikt nie patrzy, jest przezroczysta, a jak się tak dwie przejdą, to część tej uwagi skapnie na nią i to bardzo miłe uczucie.

Wszystko pięknie, tylko czy nie ciężko nosić tę całą biżuterię? Ile to właściwie waży?

Liana się zamyśla:

– Nie wiem, ale proszę mi wierzyć, są w życiu rzeczy, które dźwiga się o wiele trudniej. A to tu to słodki ciężar. Chodzę wyprostowana, z głową do góry. Inaczej się w tym chodzić nie da.

Dziękujemy za udostępnienie wnętrza do sesji showroomowi Koszykowa 24 (ul. Koszykowa 24/1, Warszawa).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze