1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. pARTs – BIŻUTERIA Z CZĘŚCI VOLVO

pARTs – BIŻUTERIA Z CZĘŚCI VOLVO

Karlik ART
Karlik ART
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Czy z uszczelek, nakrętek i fragmentów układów scalonych można stworzyć biżuterię? Jak się okazuje – można! pARTs to pierwsza w Polsce kolekcja biżuterii, która została wykonana z części samochodów marki Volvo.

Biżuteria pARTs to debiutancka linia designerskiej marki Karlik ART. Każdy element kolekcji został  stworzony zgodnie z ideą upcyklingu, która zakłada przetwarzanie surowców wtórnych w produkty nowe o wyższej wartości. W naszyjnikach, bransoletach czy brelokach pARTs wykorzystano zużyte stalowe nakrętki i uszczelki, wtopione też zostały płytki z układami scalonymi, fragmenty filtrów, a nawet żarówki z kontrolek i bezpieczników pochodzące z różnych modeli samochodów Volvo.

„Koncepcja stworzenia tej oryginalnej kolekcji zrodziła się z połączenia pasji, jaką jest motoryzacja, i miłości do pięknej biżuterii”, mówi Joanna Karlik-Knocińska, pomysłodawczyni kolekcji, prezes Firmy Karlik, właścicielka salonów Volvo w Poznaniu. Pomysł został zrealizowany we współpracy z Anną Orską, projektantką biżuterii i prekursorką wykorzystania upcyklingu w polskim jubilerstwie.„ Zaprojektowanie i wykonanie biżuterii z części samochodowych było dla mnie nowym doświadczeniem i interesującym wyzwaniem, to pierwsza w Polsce tego typu kolekcja”, podkreśla Anna Orska.
Kolekcja biżuterii pARTs składa się z linii damskiej i męskiej. Pierwszą tworzą naszyjniki, bransolety i kolczyki w wersji metaliczno-srebrnej oraz złotej. Poszczególne elementy linii damskiej są wzbogacone eleganckimi, czarnymi kryształami Swarovskiego, które sprawiają, że biżuteria pARTs stanowi doskonały dodatek również do wieczorowych kreacji. Wśród elementów linii męskiej znajdziemy jedyne w swoim rodzaju spinki do mankietów, bransolety oraz breloki. Motywem przewodnim zarówno linii damskiej, jak i męskiej jest charakterystyczna zieleń, która podkreśla wyjątkową stylistykę kolekcji. Każdy element serii to unikalne rękodzieło artystyczne najwyższej jakości. Biżuteria pARTs jest dostępna od 24 września br. w Salonie Volvo Firmy Karlik przy ul.  Kaliskiej 26 w Poznaniu oraz przez .

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Polski Pakt Plastikowy – co zrobimy z naszymi odpadami?

1 018 915 ton – tyle wynosi waga opakowań z tworzyw sztucznych w Polsce za 2018 rok, wg raportu opracowanego przez Rekopol Organizację Odzysku Opakowań.  (fot. iStock)
1 018 915 ton – tyle wynosi waga opakowań z tworzyw sztucznych w Polsce za 2018 rok, wg raportu opracowanego przez Rekopol Organizację Odzysku Opakowań. (fot. iStock)
Polski Pakt Plastikowy to odpowiedź na globalną akcję Plastic Pact Network. Pakt łączy firmy i organizacje związane z produkcją, użyciem czy transportem tworzyw sztucznych, aby wspólnie pracować nad zamknięciem obiegu plastiku w Polsce.

Czy wiesz, ile tworzyw sztucznych trafiło globalnie do recyklingu przez ostatnie 70 lat? – Zaledwie 10%! – tak pokazują dane Plastic Atlas, Heinrich Böll Foundation, Break Free From Plastic, 2019. Reszta tworzyw, w dużej mierze, zaśmieciła środowisko naturalne.

Od lat pięćdziesiątych wytworzyliśmy na świecie aż 9,2 miliarda ton plastiku, który niestety w większości - po jednorazowym użyciu - trafiał na wysypiska śmieci czy do oceanów. Problem ten dostrzegają rządy, przedstawiciele biznesu, organizacji pozarządowych, świata nauki i konsumenci na świecie, ale również w Polsce. 59% polskich konsumentów widzi problem nadmiernego zanieczyszczenia planety plastikiem i wskazuje go jako jedno z pięciu najważniejszych wyzwań środowiskowych. Dlatego 10 września, wzorem innych państw, z inicjatywy różnych środowisk (biznesowych, naukowych, ekologicznych) powołano wspólną inicjatywę - Polski Pakt Plastikowy, który dołącza do najważniejszej międzynarodowej inicjatywy środowiskowej Plastics Pact network Fundacji Ellen MacArthur. Z Fundacją globalnie współpracuje ponad 400 firm (odpowiedzialnych za wprowadzanie 20% opakowań na światowe rynki), rządy wielu krajów, organizacje pozarządowe i branżowe, ośrodki naukowe i inwestorzy.

Z niecierpliwością czekamy na możliwość wspierania rządu i polskiego biznesu we wprowadzaniu prawdziwej zmiany na rzecz gospodarki obiegu zamkniętego dla tworzyw sztucznych. Będzie się to odbywało poprzez eliminowanie tych z nich, które są nadmierne i problematyczne. Poprzez wprowadzanie innowacji, które zapewnią, że plastik, którego potrzebujemy nadaje się do ponownego wykorzystania, recyklingu lub kompostowania. Jak również poprzez utrzymywanie w obiegu wykorzystywanych tworzyw sztucznych, tak aby nie trafiały do środowiska. Razem możemy stworzyć świat, w którym plastik nigdy nie stanie się odpadem ani zanieczyszczeniem. – mówi Sander Defruyt, lider programu New Plastics Economy w Fundacji Ellen MacArthur.

Polski Pakt podpisało wiele dużych firm działających na rodzimym rynku, m.in. Alpla Polska, Carrefour, Grupa Spółek Danone w Polsce, Kaufland Polska Markety, Lidl Polska, Nestlé Polska, Unilever Polska. W sumie tworzy go grupa 12 firm: od produkujących opakowania, poprzez firmy wprowadzające produkty w opakowaniach na rynek i sieci handlowe, po recyklerów i organizacje odzysku, które wprowadzają na polski rynek aż 1/5 wszystkich opakowań z tworzyw sztucznych. Firmom towarzyszą instytuty badawcze, uczelnie, organizacje pozarządowe.

Polski Pakt Plastikowy powstał z inicjatywy Kampanii 17 Celów, której podstawowym zadaniem jest mobilizowanie polskiego biznesu do podjęcia wspólnych działań na rzecz realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju. Członkiem Paktu zostać może każde przedsiębiorstwo, organizacja czy instytucja, która zobowiąże się do realizacji wspólnych celów. W szczególności zachęcane do tego są firmy wprowadzające produkty w opakowaniach z tworzyw sztucznych na rynek, producenci opakowań, a także przedsiębiorstwa zajmujące się handlem detalicznym, recyklerzy.

Cele Paktu do roku 2025:

  1. Identyfikacja i eliminacja wskazanych opakowań nadmiernych i problematycznych z tworzyw sztucznych poprzez przeprojektowanie, innowacje i alternatywne modele dostawy.
  2. Dążenie do zmniejszenia o 30% użycia pierwotnych tworzyw sztucznych w opakowaniach wprowadzanych na rynek.
  3. 100% opakowań z tworzyw sztucznych na polskim rynku nadaje się do ponownego wykorzystania lub recyklingu.
  4. Dążenie do zwiększenia udziału surowców wtórnych w opakowaniach z tworzyw sztucznych do poziomu 25%.
  5. Efektywne wsparcie systemu zbiórki i recyklingu opakowań, aby osiągnąć poziom recyklingu w wysokości co najmniej 55% na polskim rynku.
  6. Podniesienie jakości i efektywności edukacji konsumentów w zakresie segregacji, recyklingu, ponownego wykorzystania i ograniczenia zużycia opakowań.

  1. Styl Życia

Artykuły wymyślonej potrzeby - konsumpcjonizm w Polsce. Rozmowa z autorem "Książki o śmieciach"

W
W "Książce o śmieciach" Stanisław Łubieński demaskuje nasz konsumpcyjny styl życia(Fot. Albert Zawada)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie da się nie śmiecić, właściwie każdy aspekt ludzkiej egzystencji ma związek z zanieczyszczaniem planety. Stanisław Łubieński, autor „Książki o śmieciach”, wierzy jednak, że konsumpcyjny styl życia można ograniczać, i podpowiada, co zrobić, żeby zapobiegać bezsensownemu produkowaniu odpadków.

W kryminałach bardzo często detektyw przeszukuje śmieci, żeby dowiedzieć się czegoś o podejrzanym. Co o nas mówią nasze śmieci?
Że wszyscy jesteśmy do siebie bardzo podobni. Może jedni głosują na Krzysztofa Bosaka, a inni na Roberta Biedronia, ale nasze śmieci w żaden sposób nas nie wyróżniają i nie są szczególnie ciekawe. Niemal wszyscy kupujemy to samo, mamy podobny tryb życia. W czasie pisania swojej książki natknąłem się na informację o tym, jak francuscy fotografowie Bruno Mouron i Pascal Rostain robili zdjęcia śmieci różnych znanych osób dla pisma „Paris Match”, najpierw we Francji, a potem w Hollywood. Strasznie się zapaliłem, pomyślałem sobie, ale to będzie ciekawe, to wgląd w życie sław, które są przecież trochę jakby bogami. Okazały się dosyć zwykłe, taki Nicholson wyrzuca dużo listów i kopert, po jego odpadkach widać, że podjada sobie czipsy Fritos, popija je piwem Corona, używa płynu zmiękczającego Downy.

Konsumpcjonizm opanował świat. Wszyscy ulegamy konsumpcyjnemu stylowi życia?
Kupujesz sobie nowe rzeczy, nowe ubrania, dużo podróżujesz, konsumujesz. To współczesna wizja bycia szczęśliwym człowiekiem i jeśli jej nie przyjmiesz, masz poczucie braku. Wrażenie, że czegoś nie mamy albo że to, co mamy, nam nie wystarczy – nie odstępuje nas na krok. To skutek funkcjonowania w gospodarce opartej na mrzonce nieustannego wzrostu, gromadzeniu dóbr i iluzji, że wszystkim będzie coraz lepiej. Z drugiej strony – definicja śmiecia jest nieskończenie rozszerzalna, właściwie na każdy aspekt naszego życia możemy spojrzeć przez pryzmat tego, że wiąże się on z wytwarzaniem śmieci, czy to będzie pompowany przez elektrownie dwutlenek węgla, czy to będą śmieci komunalne. Nie da się nie śmiecić.

Skąd się wziął pomysł na taki temat książki?
Kiedy pisałem felietony o śmieciach do „Dwutygodnika”, nie byłem jeszcze pewien, czy to jest temat na książkę. I wtedy przydarzyła mi się historia z plastikową kulką, którą prawie zjadłem w restauracji we Włoszech. Znalazłem ją w morskiej rybie. Jadłem tę rybę i nagle poczułem, że gryzę coś, co nie jest ani ością, ani rybim mięsem. Trudno o bardziej druzgocący dowód na skalę zanieczyszczenia mórz.

Być może w restauracji La Cambusa na wyspie Lipari codziennie ktoś zjada plastikowe kulki, ale mnie się to przydarzyło pierwszy raz. Pomyślałem, trochę z przymrużeniem oka, że ten temat to może być moje przeznaczenie. Kulkę zabrałem ze sobą do domu i poszedłem z nią do dr Agnieszki Dąbrowskiej z Wydziału Chemii UW, badającej plastikowe odpady w środowisku morskim. Poddaliśmy ją tzw. badaniu spektrograficznemu, okazało się, że trudno powiedzieć ze stuprocentową pewnością, z czego jest zrobiona. Mówimy plastik, ale plastików są tysiące, zawierają składniki wymieszane w różnych proporcjach i domieszki, które zmieniają ich właściwości.

materiały prasowe materiały prasowe

To właśnie plastik jest jednym z głównych bohaterów twojej „Książki o śmieciach”. Wśród współczesnych lęków dotyczących zanieczyszczenia środowiska wysoką pozycję zajmuje strach przed mikroplastikiem, tym, że jest w nas.
Zwykłe pranie polarowej kurtki skutkuje zanieczyszczeniem wody tysiącami mikrocząsteczek plastiku, które spłyną do morza. Oczywiście, można popaść w paranoję, że plastik jest wszędzie, że spada w śniegu i jest w wodach podziemnych, i w miodzie, i w soli, nawet w naszych organizmach, ale niewiele z tym możemy zrobić. To już się dzieje i jest nie do zatrzymania. Od plastiku już nie uciekniemy, nasz świat jest od niego uzależniony, część postępu zawdzięczamy tworzywom. Prawdziwym absurdem jest to, że rzeczy jednorazowe, których używamy przez chwilę, robione są z niezniszczalnego materiału. Szał jednorazówek jest efektem rozrostu przemysłu tworzyw sztucznych, produkuje się je szybko i tanio, są łatwo dostępne, ale to one tworzą główną masę plastikowych śmieci, np. na plażach czy w lasach.

Rewersem mikrocząsteczek jest Wielka Pacyficzna Plama Śmieci.
O niej się dużo mówi, bo jest największa, jej powierzchnia to 1,5 mln km kw. Ale podobnych plam jest na oceanach przynajmniej pięć. Mówi się już nawet o Plastisferze, kontynencie z plastiku. Wizja tych skupisk, gdzie spotykają się prądy morskie, nie napawa optymizmem. Rocznie trafia do oceanu 8 mln ton plastiku. Tworzywa wydzielają różne toksyczne substancje. Jeden z raportów mówi, że wkrótce masa plastiku będzie większa niż masa pływających w oceanie ryb.

Nie potrafimy dojść do prostego dosyć wniosku, że świat, w którym żyjemy, nawet jeśli podzielony na kraje i kontynenty, to jedna całość.
Widać to najlepiej właśnie na przykładzie oceanu. To jest jeden zbiornik podzielony dla ludzkiej wygody różnymi nazwami, ale jak wrzucę piłkę na plaży w Japonii, to ona za jakiś czas może wypłynąć u brzegów Kalifornii albo Alaski. Nie myślimy o tym, że to, co dotyka inną część świata, w pewnym sensie dotyka też nas. W tym sensie rzadko czujemy solidarność z ludźmi doświadczonymi kataklizmami w innych częściach świata. Przejmuje nas powódź na Podkarpaciu, a nie mamy pojęcia, że to samo, tylko na gigantyczną skalę, dzieje się w północnowschodnich Indiach. Klimat zmienia się na całym świecie, ale przyjmuje to różne formy.

Czy w czasie poszukiwań informacji do książki zdarzyły ci się jakieś niespodziewane odkrycia?
Nie zapomnę, jak poznałem doktora Krzysztofa Kolendę, wrocławskiego herpetologa badającego wpływ śmieci na przyrodę. Przyglądaliśmy się razem odpadkom, które zbieraliśmy w lesie we Wrocławiu. W butelkach i puszkach były tysiące trupów leśnych owadów.

To uderzające, że głupia butelka czy puszka po pepsi porzucone w lesie zamieniają się w cmentarzyska. Utkwiła mi w pamięci historia o żukach, które ukochały sobie brązowe butelki po napoju.
Butelki przypominały im partnerki, działały na nie jak superstymulanty. Samce pozostawały obojętne na wdzięki prawdziwych samic, wybierały butelki, próbowały z nimi kopulować, a ich zaloty kończyły się śmiercią w pułapce. Smażyły się na tych butelkach. Ich chutliwość była zagrożeniem dla gatunku. Rozwiązanie było bardzo proste, wystarczyło zmienić kolor butelek, żeby pobudliwe żuki straciły nimi zainteresowanie. Równie proste jest rozwiązanie w wypadku leśnych śmieciowych pułapek. Wystarczy nie śmiecić. Tak, wiem, to się wydaje nierealne, ale zadziwiające jest, jak olbrzymie konsekwencje dla lasu mają te odpadki. Porzucone butelki zamienią się w masowe groby żyjących w nim owadów, małych gryzoni i płazów. Zwierząt niepozornych, ale często kluczowych dla zachowania zdrowia tego ekosystemu.

Twoja książka uświadamia, że metki „eko” czasem wprowadzają w błąd. Kiedy zagłębiamy się w badania, okazuje się, że robienie zakupów w taki sposób, żeby oszczędzać planetę, jest jak szukanie drogi w labiryncie.
Bardzo mnie bawią zabiegi pewnej dużej firmy sprzedającej wodę mineralną w plastikowych butelkach. Wymyśla ciągle nowe ekologiczne akcje, które mają pokazać, jak to bardzo troszczy się o planetę: sadzi las z leśnikami albo przekonuje, że lepsza jest woda w plastiku niż woda w szkle. Trzeba się bardzo nagimnastykować, żeby przedstawić się jako zbawca planety i jednocześnie zajmować się produkcją plastikowych butelek. Był też szampon, który się reklamował tym, że ma opakowanie w 30 proc. zrobione z recyklatu. To nie jest wielkie osiągnięcie, bo te butelki można byłoby zrobić w stu procentach z przetworzonego materiału. Wszyscy próbują się tanim kosztem podłączyć do tych ekotrendów. Naprawdę ekologiczna byłaby seria w butelkach, które można ponownie napełniać.

(Fot. Studio Fru) (Fot. Studio Fru)

Kupujemy bambusowe przedmioty, sądząc, że są ekologiczne, a one często są klejone syntetycznymi żywicami, z których uwalniają się niebezpieczne substancje.
Pułapek jest wiele. Niestety, nie można już być ufnym. Dobrze weryfikować różne podejrzane doniesienia, wszyscy czasem padamy ofiarą fake newsów. Folia biodegradowalna, w naszym przekonaniu nieszkodliwa dla środowiska, rozkłada się na przykład tylko i wyłącznie w specjalnych instalacjach, więc jeśli wrzucimy ją do śmieci zmieszanych, to nie łudźmy się, że ona się rozłoży. Ale o tym niech mówią ludzie, którzy od lat drążą ten temat. Jest na przykład Julia Wizowska, która ma blog Na Nowo Śmieci, napisała też książkę. Jeździ po kompostowniach, wysypiskach, sortowniach i dowiaduje się, jak to działa.

Mam wrażenie, że o inicjatywach takich, jak: trash challenge, czyli spontaniczne zbiórki śmieci, którym obowiązkowo towarzyszy selfie, albo plogging, połączenie zbierania odpadków i poczciwego joggingu, czy praktyki zero waste – piszesz z lekkim przekąsem.
Na początku mój stosunek do takich inicjatyw był rzeczywiście trochę ironiczny. Wydawało mi się, że to taki festiwal próżności, że te śmieci zbiera się dla zdjęcia. Może nie rozumiałem jeszcze, że takie akcje mogą mieć skalę masową właśnie dzięki mediom społecznościowym. Zbieranie śmieci jest bardzo niewdzięczne i każdy, kto to robi w wolnym czasie, jest bohaterem. W Polsce to, niestety, bardzo rzadkie, żeby przejmować się dobrem wspólnym, ale także przyszłością miejsca, w którym się żyje. W każdym lasku, w każdym rowie przydrożnym można znaleźć sterty śmieci.

Kibicuję wszystkim ruchom zmierzającym do ograniczenia ilości opakowań czy modyfikowania ich tak, by dawały się łatwo przetworzyć. Żeby zaszły jakieś realne zmiany, potrzebna jest masa krytyczna. Możemy sobie indywidualnie tupać na różne rzeczy, ale to, niestety, mało kogo obchodzi. Dopiero kiedy tupnie masa, zostanie to dostrzeżone przez wytwórców, producentów. Ale problemu zanieczyszczenia nie da się załatwić dobrą wolą producentów i zaangażowaniem konsumentów. Tutaj potrzebne są trudne, odważne regulacje prawne, żeby zapobiegać bezkarnemu, bezsensownemu produkowaniu śmieci. Czy nam się to podoba, czy nie, temat ochrony środowiska jest dziś najważniejszy i będziemy to odczuwać coraz boleśniej.

Dlaczego odpowiedzialność producentów za produkcję odpadów jest taka ważna?
Za granicą jest tak, że to producenci w większej mierze odpowiadają za finansowanie zbiórki wyprodukowanych materiałów, które powinny trafiać do recyklingu. Dzięki temu cały ten biznes, ten obieg zamknięty, staje się bardziej opłacalny, więc wszyscy się bardziej starają i efektywność zbierania, ale i przetwarzania jest dużo większa. W Czechach za wytworzenie tony odpadów plastiku producent musi wpłacić do systemu 206 euro, w Polsce – około 0,6 euro. Te opłaty muszą być wyższe. Poza tym uważam, że powinno się wprowadzić na przykład obowiązek stosowania recyklatu w nowych opakowaniach. Musi istnieć jakiś bodziec do ponownego wykorzystania materiałów.

W tym momencie recykling nie wydaje się szczególnie opłacalny. Spadły ceny ropy, więc produkcja plastiku stała się jeszcze tańsza. W czasach pandemii zamknęło się wiele zakładów recyklingu (znam przykłady z Francji) w obawie przed plagą zachorowań u pracowników. Do tego doszedł pandemiczny kryzys, kiedy to baliśmy się, że wszystko będzie przenosić wirusa, więc nastąpił powrót do jednorazówek. Rękawiczki i maseczki zużywane są w hurtowych ilościach. Producenci tworzyw rozgrywają nieprawdziwy argument, że tylko jednorazowe rzeczy są bezpieczne. Sprawa wygląda jednak tak, że nie stać nas już na jednorazowość. Od 50 lat żyjemy na kredyt Ziemi, nasza eksploatacja przekracza możliwości naturalnego odnawiania zasobów planety.

Uważasz, że jedna z najważniejszych umiejętności współczesnego człowieka to nauczyć się odmawiać, także sobie. Ty nie masz z tym problemu?
Mnie jest o tyle łatwiej, że nigdy specjalnie dużo nie potrzebowałem. Moją partnerkę denerwuje, że potrafię nosić te same ubrania przez wiele lat i nie odczuwam w ogóle potrzeby wyglądania jak poważny pisarz w średnim wieku. Mięsa nie jem przede wszystkim ze względów moralnych. Jest mi lżej na sercu, że się nie przykładam do czegoś, co jest strasznie złe i głęboko mnie niepokoi. Niestety, jeżdżę samochodem, ale w mieście wybieram rower. Nie mam potrzeby dalekich, egzotycznych podróży, bo nigdy nie znudzi mi się Polska. A jeśli już raz na jakiś czas wybiorę się gdzieś dalej, to też, wydaje mi się, nie będzie wielki dramat. Nie mówię, że wszyscy mamy się stać świętymi, mieszkać w eremie i żywić mchem. Jest taka bardzo trafna myśl, którą napisała jedna z zerowaste’owych kucharek Anne-Marie Bonneau:

„Nie potrzebujemy kilku osób, które robią stuprocentowy zero waste, tylko milionów, które robią to w sposób niedoskonały”.
Chodzi o to, żeby ludzie zadali sobie czasem pytanie, czy muszą mieć nowe, czy mogą kupić używane. Albo czy w ogóle nie wymyślają sobie jakichś fikcyjnych potrzeb.

Stanisław Łubieński rocznik 1983; pisarz i publicysta, przyrodnik amator, ptasiarz, autor „12 srok za ogon” nominowany do Paszportu „Polityki” i do Nike. Właśnie ukazała się jego „Książka o śmieciach”.

  1. Moda i uroda

Gelato - soczysta kolekcja biżuterii Orska

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 18 Zdjęć
Najnowsza kolekcja Anny Orskiej pojawia się w środku lata. I jest jak lato - wesoła, kolorowa i soczysta. 

Kolekcja Gelato zachwyci wszystkich, którzy kochają piękno kamieni naturalnych. Naszyjniki, bransoletki i kolczyki zdobią bowiem ametysty, kwarce, granaty, lazuryty, jadeity i turkusy.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Kamienie w oryginalnej oprawie tworzą kompozycje o intrygujących kształtach. Biżuteria jest wyrazista, a jednocześnie lekka i delikatna. Idealnie pasuje do letnich kreacji w stylu boho, kojarząc się z beztroską wakacji.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Anna Orska nazwała kolekcję po włosku - Gelato. I chyba trudno o bardziej trafną nazwę dla biżuterii, która -na pierwszy rzut oka - kojarzy się z ożywczym smakiem lodów jedzonych w upalny letni dzień.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Projekty z kolekcji Gelato możecie obejrzeć w galerii zdjęć.

  1. Moda i uroda

Orska kocha Ziemię - nowa kolekcja New Stone made by Homo Sapiens

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Anna Orska jest znana z eksperymentalnego podejścia do tworzenia biżuterii. Tym razem sięgnęła po odpady plastiku. A z nich, dzięki współpracy ze specjalistami od innowacji, stworzyła syntetyczny kamień. To on gra w tej kolekcji pierwsze skrzypce.

Anna Orska jest znana z eksperymentalnego podejścia do tworzenia biżuterii. Tym razem zaeksperymentowała z odpadami plastiku. I stworzyła z nich, dzięki współpracy ze specjalistami od innowacji,  syntetyczny kamień. To on gra w tej kolekcji pierwsze skrzypce.

Czarne bryły o tęczowym połysku i fakturze przywodzącej na myśl krystalizację naturalnych minerałów zostały wykonane z recyklingowanego plastiku z dodatkiem opiłków mosiądzu przez Weronikę Banaś i zespół Boomplastic w pracowni Orska. Każdy kamień jest opatrzony pieczęcią „made by Homo Sapiens” i ma przypominać o tym, że ludzkie dzieła to również nasza odpowiedzialność, gdyż planeta nie poradzi sobie sama z tym, co po nas zostanie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

 

„Powstanie kolekcji New Stone, której sercem jest syntetyczny kamień w 100% stworzony z materiałów odpadowych, zainspirował niepokój o to, co pozostawimy po sobie na świecie. Idea narodziła się w oparciu o przekonanie, że wydobycie czy nawet wytwarzanie, docelowo można zastąpić przetwórstwem. Tak powstało coś nowego. Kolekcja nie rozwiąże globalnego problemu utylizacji i zagospodarowania odpadów z tworzyw sztucznych. Mam jednak nadzieję, że zainspiruje innych do poszukiwania kolejnych ciekawych pomysłów na wykorzystanie surowca, który wciąż jest dla nas wyzwaniem.” - mówi Anna Orska.

 

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

 

Czarny syntetyczny kamień znajduje się prawie we wszystkich projektach z kolekcji. Oprawiony w mosiądz w kolorze złotym lub ciemnoszarym tworzy pierścienie, obrączki, piny, naszyjniki i kolczyki. Jest również coś typowo dla panów - spinki do mankietów.

Oprócz biżuterii z kamieniem są również oryginalne projekty z samego mosiądzu. Ich formy przywodzą na myśl nadtopiony, lekko zniekształcony plastik.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ceny produktów z kolekcji New Stone. Made by Homo Sapiens wahają się od 140 zł do 1960 zł. Całkowity dochód ze sprzedaży pinów z kolekcji New Stone wesprze działania Fundacji MARE, która chroni Morze Bałtyckie przed szkodliwym wpływem działalności człowieka.

 

 

 

  1. Moda i uroda

Nowa kolekcja Anny Orskiej utkana w dolinie Inków

Nowa kolekcja Anny Orskiej powstała wysoko w peruwiańskich andach (Fot. materiały prasowe)
Nowa kolekcja Anny Orskiej powstała wysoko w peruwiańskich andach (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Najnowsza kolekcja Anny Orskiej powstała w Peru. Projektantka stworzyła ją wysoko w Andach, pracując z lokalnymi rzemieślnikami. Ręcznie tkane i wyszywane kamieniami naturalnymi naszyjniki, bransolety i kolczyki zachwycą wszystkich miłośników biżuterii.

To już piąta wyprawa Anny Orskiej w ramach cyklu Warsztaty Świata. Aby zgłębić tradycyjne techniki tworzenia biżuterii projektantka terminowała już w warsztatach lokalnych mistrzów w Nepalu, na Bali, w Wietnamie, w Meksyku, a ostatnio w położonych 4 000 metrów nad poziomem morza andyjskich wioskach.

Głównym motywem kolekcji Peru są peruwiańskie tkaniny, które dzięki bogatej symbolice są opowieścią lokalnych tkaczy o życiu wśród monumentalnej przyrody, historii i wierzeniach całych społeczności. Wykorzystując tradycyjne tkaniny peruwiańskie w biżuterii, Anna Orska przeniosła te opowieści do Polski. Tkaniny zostały udekorowane haftem koralikowym, w którym wykorzystano kamienie naturalne, takie jak szafiry, rubiny, granaty, akwamaryny, onyksy czy piryty.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Z okazji premiery kolekcji Peru rozmawiamy z Anną Orską

Skąd wziął się pomysł, by część kolekcji, którą można kupić w butikach ORSKA powstawała we współpracy z rzemieślnikami z dalekich krajów? Pomysł kształtował się stopniowo. Projektuję biżuterię od wielu lat i w swojej pracy spotykałam rzemieślników pełnych pasji, którzy zajmowali się najróżniejszymi technikami. Mistrzowie w swoim fachu odsłaniali przede mną tajniki rzadkich sztuk, czasami zapomnianych, wymierających. Eksplorowałam polskie rzemiosło, aż postanowiłam sięgnąć dalej, spojrzeć szerzej. Pomyślałam, że w różnych zakątkach świata mogę znaleźć specjalistów wykorzystujących w swojej pracy techniki o których nawet nie mam pojęcia. Postanowiłam, że będę ich szukać, by przybliżyć moim klientkom ich niezwykłe umiejętności, egzotyczne materiały i oryginalne wzory. Każde z miejsc, w którym powstawały podróżnicze kolekcje ORSKA, pełne jest symboli, których znaczenie bliskie jest także nam, Polakom. Okazało się, że fundamentalne kwestie są ponadczasowe, niezależne od zmieniającego się świata i równie ważne w każdej kulturze.

W sprzedaży właśnie pojawiła się kolekcja, którą tworzyłaś w Peru. Ale zanim trafiłaś w Andy, w poszukiwaniu inspiracji przemierzyłaś Meksyk, Bali, Wietnam i Nepal. Jak wygląda taka podróż? Jak znajdujesz warsztat, z którym później współpracujesz? Najczęściej, jeszcze w Polsce, robię research i szukam informacji o ciekawych rzemiosłach. Następnie mój mąż, Przemek, który podróżuje ze mną i wspiera mnie w logistyce wyjazdów, rezerwuje bilety lotnicze i pierwszy nocleg. A potem zaczyna się prawdziwa przygoda! Wiemy czego szukamy, ale nie zawsze wiemy, gdzie to znaleźć. Podróżujemy, więc od wioski do wioski, poznajemy ludzi, rozmawiamy, pytamy. Najczęściej komunikujemy się językiem gestów i życzliwych uśmiechów. Czasem zdarza się tak, że rzeczywistość weryfikuje moje oczekiwania na dany temat i wówczas muszę być elastyczna i zmienić plany. Taka sytuacja miała miejsce w Wietnamie, do którego pojechałam po perły. Wymyśliłam sobie, że zatrudnię się na plantacji i wrócę do swojej pracowni z własnoręcznie zebranymi egzemplarzami. Na miejscu okazało się jednak, że zadanie nie jest proste – każde takie miejsce było nastawione na produkcję hurtową, a ja jednak w tym wymiarze jestem tylko detalistą. W efekcie, dzięki ogromnej determinacji i samozaparciu, w kolekcji pojawiły się perły, ale biżuteria powstała głównie w oparciu o starożytną technikę lakowania z warsztatu nieopodal Hanoi, który znalazłam będąc już na miejscu.

A co skradło Twoje serce w Peru? Jakie rzemiosło dominuje w kolekcji, którą stworzyłaś w tym kraju? W Peru dominuje tkactwo. Miałam taki przedmiot na studiach i wydawało mi się, że ten rodzaj sztuki nie powinien sprawiać mi trudności. Okazało się jednak, że byłam w błędzie. Umiejętności peruwiańskich tkaczek są na absolutnie najwyższym poziomie. Panie tkają bardzo skomplikowane wzory z niemal matematyczną dokładnością i ponadludzką precyzją. Zanim jednak powstanie bogato zdobiona tkanina trzeba udać się w góry, powyżej wsi, i sprowadzić do gospodarstwa jedną z pasących się na zboczach alpak lub lam. Następnie należy ściąć wełnę i uprząść ją tradycyjnym sposobem, a uzyskany surowiec pofarbować w miejscowych naturalnych barwnikach, wysuszyć, zwinąć w motki, naciągnąć na krosna i w końcu zacząć tkać. To bardzo pracochłonny proces, miejscowa ludność wszystko robi samodzielnie. Na peruwiańskich wyżynach tkanie jest procesem społecznym. Cała wieś zbiera się by wspólnie pracować, dodatkowo dużą wagę przykłada się do tego, by praca dzielona była po równo i by każdy miał swoje zadanie do wykonania. Zachwyciła mnie ta wspólnotowość. Wykorzystałam wytworzoną przez andyjskich górali tkaninę, by stworzyć miękkie bransoletki, kolczyki i naszyjniki. Ta biżuteria tkana jest nitka po nitce ludzką ręką. Każdy kawałek ma swoje własne życie, które odzwierciedla ducha, umiejętności i osobiste historie twórcy. Ciosanie maczetą kopalowego drewna w Meksyku było dużo łatwiejszym zadaniem, naprawdę!

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

W czasach szybkiej mody wielu z nas nawet nie wie na czym polega tkanie! Jak wygląda taki proces? Co sprawiło Tobie największą trudność? Tkaniny, także te, które wykorzystałam w kolekcji, wykonane są w technice dwustronnej, dzięki niej powstaje materiał, w którym wzór jest taki sam po obu stronach, ale kolory są przeciwne. Tkanie to praca niby prosta, lecz wyjątkowo żmudna. W skrócie polega na podniesieniu wybranych nici osnowy, przepuszczeniu nici wątku, podniesieniu innej partii osnowy i znowu przepuszczeniu wątku. Każde podniesienie osnowy tworzy rząd punktów, niby-pikseli, które dopiero złożone w całość dadzą obraz. Po każdym przejściu wątek jest ubijany za pomocą bijaka, nazywanego w Peru ruki lub wichuna. Rolę ramy krosna pełnią dwie listwy, do których mocuje się nici osnowy. Uzupełnia je wbity w ziemię kij (albo rurka, pręt, cokolwiek) i... tkaczka. Na kiju zawiesza się jedną z listew, a rzemieślnik, siedząc na ziemi w odległości około dwóch metrów, napręża osnowę. Tkaczki całymi godzinami siedzą z wyprostowanymi nogami na ziemi i tkają. Wokół talii mają przepasany pas tkacki z doczepioną drugą listwą z osnową – delikatnymi ruchami do przodu i do tyłu odpowiednio naciągają lub poluzowują osnowę. Przyznam szczerze, że najtrudniej było mi właśnie przyzwyczaić ciało do tej pozycji. Dla kobiety z odległej Polski była ona wyjątkowo nienaturalna i niewygodna.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Inną trudnością była „matematyka”: liczenie nici osnowy, którą nić podnieść w którym momencie, żeby nie zepsuć wzoru – to wymagało niesamowitego skupienia i uważności. Błąd widać dopiero po kilku kolejnych liniach i właściwie nie do pomyślenia jest, aby cofnąć się i poprawić swoją pomyłkę  Stopnie skomplikowania wzorów są różne: zaczyna się od prostych, pojedynczych, potem się je multiplikuje, aż do złożonych kompozycji opartych o matematyczne reguły. Dlatego tkałam tylko proste wzory, nie byłam w stanie nawet zbliżyć się do takiego poziomu umiejętności jaki reprezentują miejscowi artyści.

Z drugiej strony przyjemnością było farbowanie przędzy z użyciem indygo czy kwiatów kiko, dających żółty barwnik, ponownie też zetknęłam się tutaj z żyjącą na kaktusach cochinilla (Czerwcem kaktusowym), z którego również w Meksyku pozyskuje się naturalny, czerwony barwnik w różnych odcieniach.

(fot. materiały prasowe) (fot. materiały prasowe)

Kto zajmuje się tkaniem w Peru? Kim są rzemieślnicy? Nici przędą głównie kobiety, choć w niektórych regionach zdarza się, że tę pracę wykonują także mężczyźni. Robią to w ciągu dnia, głównie na polu, podczas wypasania zwierząt. W poszukiwaniu warsztatu, z którym mogłabym współpracować przejechałam wiele wsi i mniejszych miejscowości położonych wysoko w górach. Kiedy przemierzałam te tereny siedząc na pace ciężarówki, widziałam zielone zbocza gór usiane kolorowymi punktami – tkaczki ubrane w barwne stroje widać bowiem z daleka. Głównie dziewczynki uczą się tkać od najmłodszych lat, jest to bowiem najcenniejsza umiejętność jaką matka może przekazać córce. Sytuacja kobiet w tych społecznościach nie należy do najłatwiejszych; często są one niepiśmienne, mówią tylko w keczua i nie potrafią komunikować się w urzędowym w Peru języku hiszpańskim. Dopiero od niedawna sytuacja powoli się zmienia, dziewczynki chodzą do szkoły i uczą się czegoś więcej niż procesu tkackiego. Ekonomiczna sytuacja jest tam bardzo trudna, nie ma miejsca na zbytki – każdy zarobiony pieniądz miejscowi wydają na najpotrzebniejsze rzeczy, jak leki czy obuwie. Przywiązuję ogromną wagę do etycznej współpracy z lokalnymi rzemieślnikami, chcę by otrzymywali godne wynagrodzenie, dlatego zaakceptowałam proponowaną mi stawkę, wiem, że sporo wyższą, niż otrzymują handlarze tkaninami w miastach, którzy sprzedają turystom przygotowane w górach wyroby.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Wspominasz o rozbudowanej symbolice, którą tkaczki wykorzystują w swojej pracy. Jakie wzory najczęściej pojawiają się na tkaninach? Tkaczki rozwinęły szerokie słownictwo motywów i technik. Niektóre z nich to proste kształty geometryczne, inne przedstawiają rośliny, zwierzęta lub cechy geograficzne. Część z nich odnosi się do historycznych wydarzeń lub scen z codziennego życia, czasem sięgają do kultury i religijnych symboli. Drobny, podstawowy wzór może tworzyć skomplikowane kreacje poprzez lustrzane odbicie, odwrócenie go lub powielenie. Takie wzory mogą być następnie umieszczone obok siebie, tworząc szeroką tkaninę o niezwykłej złożoności. Zdolność tkaczy andyjskich do tworzenia ekstremalnie rozbudowanych wzorów bez pisemnych zapisów sprawia, że tkanie jest sztuką niemal magiczną.

Ponadto każda społeczność wypracowała swoje wzory i techniki. Wielokrotnie, będąc w jednej z kolejnych wiosek, pochodzenie mojego ponczo było bezbłędnie rozpoznawane, mimo dużych odległości i wysokości. W miejscowościach, w których pracowałam często pojawiał się motyw lamy symbolizujący opiekę i dobrobyt, węża, symbolizującego odrodzenie czy atrybuty pumy (ogon, pazur ślad łapy), która reprezentuje władzę. Jednym z bardziej znaczących symboli jest znak przypisany Inti, bóstwu słońca. Niektóre wzory mogą pojawić się tylko w określonych sytuacjach, np. karmiące się wzajemnie kolibry (symbol miłości małżeńskiej) zdobią tkaniny będące podarkiem ślubnym. Wszystkie te wzory, ale także wiele innych, odnaleźć można w biżuterii, którą przywiozłam z tego niezwykłego miejsca.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

W kolekcji wykorzystujesz powstałe na miejscu tkaniny, jednak wełna kojarzy się gównie z ubraniami, nie z biżuterią… I na tym polega wyjątkowość tej kolekcji! Okazało się, że miękki materiał doskonale współgra z mosiądzem, który wykorzystujemy w pracowni ORSKA. Na przykład naszyjniki, które pojawią się w kolekcji są inspirowane taśmami z tradycyjnych kapeluszy, zwanych jakimas. Całość już w Polsce została przyozdobiona haftem koralikowym, w którym wykorzystane zostały ozdobne kamienie, m.in. szafiry, rubiny, granaty, akwamaryny, onyksy, piryty i wiele innych. Wszystkie kamienie są drobne i w większości fasetowane, dzięki czemu ornamenty peruwiańskie delikatnie połyskują. Wszystkie taśmy wykończone są dopasowanymi indywidualnie wykończeniami z mosiądzu.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

W kolekcji znajdują się głównie unikaty i serie limitowane składające się z kilku zaledwie sztuk. Poza długimi, zdobnymi naszyjnikami przygotowaliśmy również naszyjniki w formie taśm na szyję, utkane golfy, szerokie bransolety oraz duże kolczyki. Wszystkie elementy można nosić nie do pary, dowolnie mieszać z resztą biżuterii, bo łączy je peruwiański klimat. Kolekcję uzupełnia seria mosiężnych wzorów, w której wykorzystałam zaczerpnięte z tkanin symbole Inków.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ile czasu zajmuje wykonanie takiej tkanej bransoletki? To dwa dni pracy, w trakcie których produkt przechodzi przez kilka par rąk. A naszyjnik? Ten zdobny, okazały powstawał ponad 30 godzin. To cztery dni robocze! Wyjątkowość kolekcji, która powstawała w odległych zakątkach Peru polega także na tym, że wiele osób poświęciło jej mnóstwo czasu, umiejętności i czułości. Każdy element jest osobistą opowieścią tkacza, unikatową manifestacją jego życia i społeczności ukrytą w symbolach. Nosząc biżuterię utkaną na peruwiańskich wyżynach, z każdym dniem dodając jej własnych znaczeń, możemy kontynuować historię zbudowaną na wątkach innych miejsc i kultur. Możemy dodać własny epilog.

Co najbardziej zapadnie Ci w pamięć z pobytu w tym niezwykłym kraju Ameryki Południowej? Z każdej wyprawy przywożę niezwykłe historie ludzi, z którymi współpracuję. Kolekcja powstawała w trzech miejscowościach: Ccachin, Choquecancha i Chahuaytire, we współpracy z ponad dwudziestoma niezwykłymi tkaczkami i tkaczami. Szczególnie mocno zaprzyjaźniłam się z Lucio i jego żoną Rosą. Lucio to lider tkaczy, wszyscy spotykaliśmy się wcześnie rano u niego przed domem, na ogrodzonym murem, porośniętym trawą placu, aby wspólnie zacząć pracę. To on przyjął moje zlecenie i rozdzielił zadania pomiędzy całą swoją społeczność. Lucio jest bardzo doświadczonym tkaczem, który wyszkolił dużą grupę przyszłych mistrzyń i mistrzów tkactwa. To od niego czasem dostawałam liście koki do żucia, które pomagały mi w walce z chorobą wysokościową. W żadnym zakątku świata nie przełamywałam tylu swoich słabości. Omdlenia i ból głowy, spowodowane dużą wysokością i małą ilością tlenu, palące, niszczące skórę słońce, porywisty wiatr – Peru hartowało mnie codziennie przez cały pobyt, za każdym razem dając odczuć, że nie jestem stąd.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)