„Czy możesz pokazać nam suknię Taylor Swift?” – dopraszają się fani na profilach Jonathana Andersona. Dyrektor artystyczny Diora nie jest jednak skory, by mówić o projekcie przygotowanym na „ślub dekady”. Woli skupić się na współpracy z inną artystką, która zamiast popowych brzmień proponuje odbiorcom eksperymentalne formy z pszczelego wosku, lateksu czy poliuretanu.
Pokaz Dior haute couture jesień-zima 2026/2027 zorganizowano przy paryskim Musée Rodin poświęconemu – a jakże – rzeźbie. W sercu francuskiego ogrodu wzniesiono specjalny drewniany pawilon, w którym miejsce precyzyjnie przystrzyżonych żywopłotów zajął bujny wilgotny las. Już pierwsza sylwetka pokazała, że centralnym punktem kolekcji będą wszelkie plisowania, drapowania i wiązania. Najbardziej spektakularnym akcentem było nakrycie głowy – kapelusz z nieregularnym, metalicznym rondem przywołującym na myśl gniecioną blachę. Niemniej pod względem wyrazistości niewiele ustępował mu miękki szal z monumentalnym splotem.
(Fot. Spotlight/Launchmetrics)
Czuć tu ducha New Looku Christiana Diora, przepuszczonego jednak przez wrażliwość Lyndy Benglis. Amerykańską rzeźbiarkę i artystkę wizualną można już chyba oficjalnie nazwać muzą Jonathana Andersona. Projektant nie po raz pierwszy sięga do jej dorobku. Wcześniej ściągnął jej prace na wybieg, stojąc jeszcze na czele Loewe, a także zaprosił ją do udziału w kampanii sfotografowanej przez Juergena Tellera.
(Fot. Spotlight/Launchmetrics)
– Uważam, że jest genialna. Wyprzedzała swoją epokę – właściwie wyprzedziła wszelkie czasy – mówił za kulisami pokazu.
85-letnia Benglis jest jedną z najważniejszych postaci sztuki feministycznej i konceptualnej przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Jej radykalne realizacje zacierały granice między malarstwem a rzeźbą, i podważały utrwalone stereotypy płci. Chętnie pracowała z nieoczywistymi materiałami, wylewając bezpośrednio na podłogę pszczeli wosk, luminescencyjną farbę, gips czy płynny metal, pozwalając im tym samym swobodnie przyjmować organiczne formy.
Czytaj także: Dior w rękach Jonathana Andersona. Pierwsza kolekcja wstrząsnęła Paryżem i historią domu mody
(Fot. Spotlight/Launchmetrics)
Właśnie dlatego na wybiegu nie mogło zabraknąć bogactwa faktur: perłowo opalizujących powierzchni, tkanin przypominających zgnieciony papier, ażurowych detali oraz misternych zdobień. Kwiatowe hafty, aplikacje z koralików i cekinów nawiązują do serii Peacock, która narodziła się pod wpływem obserwacji pawi przechadzających się po posiadłości rodziny Sarabhai w indyjskim Ahmedabadzie.
(Fot. Spotlight/Launchmetrics)
Równie ważnym źródłem inspiracji stały się krajobrazy Nowego Meksyku i Gudźaratu – dwóch miejsc szczególnie bliskich sercu artystki. W kolekcji pojawiają się także fragmenty autentycznych XVIII-wiecznych tkanin chintz i indiennes, będących świadectwem bogatej indyjskiej tradycji rzemieślniczej.
(Fot. Spotlight/Launchmetrics)
W świecie „Harry’ego Pottera”, aby ożywić nieożywione artefakty, konieczne było zaklęcie Piertotum Locomotor. Jonathan Anderson nie potrzebował magii. Rzeźby Lyndy Benglis wprawił w ruch przy pomocy ręcznego rzemiosła.
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)
(Fot. Delphine Achard/WWD via Getty Images)