1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. W jaki sposób rozmawiać z dzieckiem o narkotykach

W jaki sposób rozmawiać z dzieckiem o narkotykach

Facetpo40.pl
Facetpo40.pl
Czy zdajesz sobie sprawę, że codziennie tysiące młodych ludzi próbuje marihuany po raz pierwszy w życiu? Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, być może z poczuciem winy i wyrzutami sumienia, że twoje dziecko też może znaleźć się w tej statystyce? A może podejrzewasz, że już się tak stało?

Ale czy wiesz, że ty, jako ojciec, spośród wszystkich ludzi jesteś jedną z najbardziej wpływowych osób dla własnego dziecka, szczególnie, jeśli chcesz je uchronić przed czymś tak strasznym jak narkotyki? Naucz się, jak rozmawiać o tym z dzieckiem.

Nie zwlekaj z rozmową

Pamiętaj, że czas zawsze jest w takich kwestiach bardzo ważny. Rodzice często odkładają rozmowę na ten temat, bo nie sądzą, że ten problem może dotyczyć tak jeszcze młodego człowieka! Tymczasem w gimnazjum już wszystkie dzieci potrafią wymienić przynajmniej kilka rodzajów narkotyków i opisać, jak wyglądają. Z książek się tego nie dowiedziały. Ich edukacja zaczęła się już w podstawówce. Im więc wcześniej będziesz wiedział, jak rozmawiać z dzieckiem o narkotykach, tym lepiej. Jesteś ojcem, musisz być odpowiedzialny i musisz zacząć takie rozmowy z dzieckiem w jego bardzo młodym wieku, to ty musisz przede wszystkim wyedukować swoje dziecko, jeszcze zanim zacznie się jego "edukacja społeczna" w tym temacie.

Musisz jasno przedstawić sprawę, że narkotyki są nie do przyjęcia w twoim domu. Musisz mówić o skutkach zażywania narkotyków. I musisz mówić o odpowiedzialności. I najważniejsze jest, aby to była prawdziwa rozmowa z dzieckiem, a nie wystąpienie czy wręcz rozkaz dyktatora.

Im twoje dziecko jest młodsze, tym mniej prawdopodobne jest, że emocje i nieprzychylne nastawienie będą przeszkadzać mu w obiektywnej ocenie i przyswojeniu tego, co chcesz mu przekazać. Niestety, może być tak, że już odłożyłeś taką rozmowę na później i twoje dziecko nie od ciebie pierwszego usłyszało o amfetaminie. Mimo to, wszystko, co zostało powyżej napisane, nadal pozostaje w mocy. Nadal musisz uświadamiać swoje dziecko, jak wielkim zagrożeniem są narkotyki. Nawet, jeśli twoja córka czy syn jest już w wieku, gdy wszystko wie lepiej od taty i będzie ignorować twoje próby. Nawet, jeśli zacznie się śmiać lub wywracać oczami. Mimo nieprzychylnej reakcji nie ustawaj w próbach znalezienia porozumienia z dzieckiem – jesteś za nie odpowiedzialny, nie odpuszczaj.

Być może powinieneś to zrobić inaczej, być może potrzebny ci sposób na świeże podejście do tematu.

Zrób to dobrze

Zacznijmy od tego, co być może już wiesz. Istnieje kilka kluczowych punktów, na których rozmowa o narkotykach zwykle się zasadza:
  • "Chciałbym, aby było dla ciebie jasne, że nie znajdziesz u mnie żadnej tolerancji dla zażywania przez ciebie narkotyków lub picia alkoholu."
  • "Nawet, jeśli wydaje ci się, że wszyscy biorą narkotyki i piją alkohol, to wiedz, że jest to nielegalne i niedopuszczalne."
  • "Narkotyki i alkohol mogą zniszczyć twoją przyszłość i szanse na studia, na zdobycie wykształcenia, na znalezienie dobrej pracy a nawet na zrobienie i utrzymanie prawa jazdy."
Stwierdzenia te wydają się bardzo proste i mogą być skuteczne. Chociaż, dla nieco starszych nastolatków, mogą się okazać trochę zbyt oczywiste i być może oklepane. Skutecznym sposobem na rozmowę z dzieckiem o narkotykach, ale i innych zagrożeniach, to wyjście poza powszechne zasady i normy. Bo, jeśli się przez chwilę zastanowić, twoje dzieci już na pewno dużo wiedzą na temat pewnych faktów i statystyk związanych z narkotykami, zarówno z rozmów na korytarzu, jak i z lekcji wychowawczych czy może biologii. Informacje te podawane są przez ludzi, którym się płaci, aby to robili. Twoje dziecko będzie sobie z tego zdawać sprawę. I nawet jeśli nauczyciele, którzy są do tego przygotowani i wiedzą, jak rozmawiać z dzieckiem o narkotykach, mogą naprawdę robić to z troski o twoje dziecko, to jednak pomiędzy nimi brakuje więzi emocjonalnej, więzi dziecka z rodzicem. A wówczas wszystkie te zasady i statystyki wydają się nastolatkom abstrakcyjne i bezosobowe.

Dlatego twój głos w sprawie ma zupełnie inne znaczenie. Masz więź emocjonalną z własnym dzieckiem (bez względu na to, czy ją czujesz, czy nie). Można przejść z rozmowy o faktach do rozmowy o relacjach. Oto kilka najważniejszych punktów, na których taka rozmowa powinna się opierać. Zwróć uwagę, że każdy z tych punktów sięga znacznie głębiej niż punkty przytoczone powyżej.

  • Zagrażasz własnemu życiu i życiu innych. Nie chcę, aby stało ci się cokolwiek złego. Nie wiem, co bym zrobił wówczas, nie wiem, co by było gdybym cię stracił."
  • "Czasami dzieci, nastolatkowie, sięgają po narkotyki i alkohol, ponieważ mają problemy, takie jak stres, niespełnienie, brak szczęścia i problemy społeczne. Czy myślałeś o tym? Czy może są inne problemy, o których chcesz porozmawiać?"
  • "Czy twoi znajomi zażywają narkotyki? Jak ty to znosisz? Czy da się nie używać w tym środowisku?"
  • "Nie poddam się, bo cię kocham ... Jestem tu, aby Ci pomóc. Co mogę zrobić, aby pomóc ci nie wpaść w nałóg?"
Powyższe stwierdzenia opierają się na wzajemnej relacji rodzica z dzieckiem, a nie na nakazach i zakazach. Czy to dla ciebie nowe podejscie do rozmowy? Być może właśnie uświadamiasz sobie, że brakuje ci doświadczenia w poważnych rozmowach z własnym dzieckiem. Czy wiesz, co zrobić, gdy nastolatek zamyka się na takie pytania lub im zaprzecza?

Być może powinieneś popracować nad swoimi technikami wychowawczymi. Większości rodziców brakuje wiedzy w tym zakresie, szczególnie w momencie, gdy nastolatek zaczyna wymykać się spod kontroli.

Przygotuj się

Czy kiedykolwiek czułeś, że jesteś przy piłce, że twoja drużyna liczy na ciebie - ale ty nigdy nie trenowałeś tej gry?! Wielu ojców czuje się właśnie w ten sposób w roli rodzica. Ale boją się poprosić o pomoc.

Ojcowie czasem potrzebują szkolenia. Skuteczny ojciec to taki, który ciągle się dokształca i dostosowuje swoje metody wychowawcze. Taki ojciec czyta odpowiednią literaturę, szuka informacji w Internecie i telewizji i przykłada się do odrabiania swoich lekcji. I taki ojciec jest potrzebny twojemu dziecku.

Podnieś swój poziom wiedzy na temat wychowywania dziecka. Czytaj, słuchaj i szukaj mądrzejszych od siebie. Korzystaj z porad znanych psychologów i doradców, którzy publikują w sieci – nie tak trudno ich znaleźć. Możesz też umówić się na spotkanie z psychologiem rodzinnym i skonsultować z nim swoje metody wychowawcze.

Twoje dziecko jest „szkolone” każdego dnia. A co z twoim szkoleniem?

Fakt, że twoje dziecko „trenowane” jest codziennie przez swoich rówieśników, jest dla ojca sporym wyzwaniem. Ten „trening” powoduje, że przyjmuje ono określoną postawę wobec narkotyków. Otrzymuje sprzeczne informacje, które wpływają w bardzo różny sposób na jego poglądy na szkodliwość narkotyków. Może na przykład nabrać przekonania, że "każdy to robi", co będzie miało dla niego katastrofalne skutki. Z każdym dniem uodparnia się też na twoje argumenty i wychowawcze wysiłki. I wcale nie oznacza to, że będzie złośliwie lub z wrogością odrzucać twoje próby. Przeciwnie, będzie to zachowanie naturalne i podświadome, wyuczone od rówieśników, wyniesione z „podwórka”.

Staw czoła takiemu wychowaniu przez ulicę i rówieśników. Zacznij myśleć bardziej elastycznie i poza schematami. Buduj mocne relacje ze swoim dzieckiem w oparciu o odpowiednią wiedzę. Zdobądź jego zaufanie i wzmocnij więź emocjonalną w dziecku, odpowiednio je traktując i rozmawiając z nim jak partner. Teraz to ty jesteś przy piłce, rozegraj ją najlepiej jak potrafisz!

Artykuł pochodzi z serwisu

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Człowiek przekazuje wartości pod warunkiem, że je ma. Jak buduje się rodzicielski autorytet?

Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami. (Fot. istock)
Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami. (Fot. istock)
Gdyby dorośli przyznali: „my też jesteśmy zagubieni”, byliby dla młodych ludzi wiarygodni. A nie są, bo udają, że wiedzą lepiej – mówi Iwona Majewska – Opiełka, psycholożka, autorka książek (m.in. „Wychowania do szczęścia”).

Obwieszczono ostatnio klęskę liberalnego modelu wychowania. Jego przeciwnicy uważają, że wskutek takiego wychowania dzieci robią teraz co chcą. To kompletne nieporozumienie. Liberalne wychowanie nie zakłada, że wszystko jest wolno. Daje dzieciom jedynie więcej wolności w podejmowaniu wyborów, stawia na rozmowę i współpracę. Moim zdaniem to, co się dzieje w Polsce i na świecie jeśli chodzi o wychowanie, wiąże się  zupełnie z czymś innym. Z tym mianowicie, że nikt nie próbuje wychowywać, ba, nie zastanawia się nawet , co to jest wychowanie. Wystarczy zapytać matkę, ojca, nauczyciela, co oni rozumieją przez wychowanie, to będzie cisza. Kiedy zadawałam takie pytanie, natrafiałam na milczenie. Musieliśmy więc wspólnie to ustalać. Ludziom wydaje się, że wychowywać to znaczy dać jeść, ubrać, okazjonalnie zwracać uwagę na to, co jest dobre, co złe, zapewnić edukację i to jak najlepszą. W szkołach tak samo – dzieci się nie wychowuje, a rozlicza z nauki. Wychowywanie w szkole źle się kojarzy, bo przecież już byliśmy wychowywani za PRL-u, więc nikt tego nie chce. No i nikt nie ma na to czasu.

No więc co to jest wychowanie? Otóż wychowanie to kształtowanie ludzi według jakiejś idei, misji, według jakiegoś spójnego systemu wartości i codzienne przekazywanie tego systemu poprzez czyny, dawanie przykładu, a nie tylko poprzez słowa. Najważniejsze są wartości, w jakich chcemy wychowywać. To muszą  wiedzieć rodzice od momentu narodzin dziecka, a najlepiej jeszcze przed, to musi wiedzieć oświata, która powinna mieć określoną misję szkoły.

Misja też się źle kojarzy… Misja PRL-u była beznadziejna, ale była. Teraz nie ma żadnej.

Jak to – a rankingi, testy kompetencji, wyniki? To jest pseudomisja. Rankingi, wyniki, liczba języków w szkole to ślepy zaułek, w jaki brnie szkoła. A rodzice też nie potrafią się temu szaleństwu przeciwstawić, bo wmawia im się, że wyniki testów są najważniejsze. Dorośli zabierają się za wychowywanie z błędnym założeniem – że sami są dobrze wychowani, że są w porządku. A prawda jest taka, że jesteśmy zagubieni w wartościach, więc nie pokazujemy ich dzieciom na co dzień. Nie ma ich w polityce, ani w biznesie, nie ma często w domu. A dziecko obserwuje i wyciąga wnioski.

Czytałam jakiś czas temu reportaż o dzieciach polityków różnych opcji. I wie pani jaki wyłonił się z tego tekstu obraz? W rodzinach katolickich, dzieci były zdyscyplinowane, szanowały dorosłych, pracowały na rzecz innych, natomiast w domach lewicy, w których panował luz, dzieci przysparzały nie lada kłopotów. A czy były szczęśliwe? O tym w ogóle nie mówimy. Rodzice spójni wewnętrznie, żyjący w zgodzie z pewnym systemem wartości, wyznaczają dzieciom jasne granice, co sprawia, że czują się one wtedy bezpiecznie i postępują w zgodzie z wyznaczanymi standardami, bo wszystko jest jasne, zrozumiałe. I rzeczywiście często dzieje się tak w rodzinach katolickich. Ale to nie dlatego, że ten system wychowania jest lepszy czy gorszy, tylko, że ten system jest spójny. Jeżeli rodzice mówią „nie kłam”, po czym sami chwalą się, jak to kogoś okłamali w pracy, nigdy w wychowaniu niczego nie osiągną. Owszem, w wielu domach powtarza się „nie kradnij, nie kłam”, ale kompletnie się tego swoim przykładem nie manifestuje i to jest problem.

Mamy różne rzeczy na sumieniu, a udajemy przed dziećmi, że jesteśmy doskonali? Tak. Gdyby dorośli przyznali: „my też jesteśmy zagubieni, ale staramy się odnaleźć ”, byliby dla młodych ludzi wiarygodni. Powinniśmy wreszcie dostrzec, ile sami musimy się jeszcze nauczyć. Chcieć pracować nad sobą, rozwijać się. Zaprosić dzieci do współpracy. Wychowanie to wspólna podróż dorosłych i dzieci.

My się uczymy od nich, one uczą się od nas, bo to nie jest tak, że my wszystko wiemy. Gdyby jajko nie było czasem mądrzejsze od kury, nie byłoby postępu na świecie, przez wieki obowiązywałby status quo.

A autorytet rodziców na tym współwychowywaniu nie ucierpi? Autorytetu nie można narzucić siłą. Jeżeli rodzice sami nie prezentują określonych wartości, a wymagają ich od dziecka, to nie zbudują autorytetu. Człowiek przekazuje wartości pod warunkiem, że je ma. Dzieciak kradnie, mama przychodzi do szkoły i pyta nauczyciela: No i co on ukradł? Długopis? A do dziecka: No wiesz co, przecież bym ci z pracy taki przyniosła. Autentyczne! Żeby przekonać do czegoś dzieci, sami musimy wierzyć w to, co mówimy. Mamy bardzo duży problem z wartościami i na to powinno się postawić. Ja dla starszej córki byłam najważniejszą osobą na świecie. Dlaczego? Bo jako psycholog i osoba dobrze radząca sobie w rzeczywistości cieszyłam się szacunkiem ludzi i ona to widziała. Z młodszą było już inaczej. Wyjechałam do Kanady, słabo znałam angielski, pracowałam przez jakiś czas jako dozorczyni domu i nie czułam się w tej nowej sytuacji pewnie. Autorytetem była dla niej starsza córka, menedżer, u którego  pracowałam, a dopiero potem ja. Ona po prostu doskonale widziała, że jestem zagubiona. Odbudowałam w końcu autorytet u mojego dziecka, ale to pewno dlatego, że pracowałam nad sobą o czym ona wiedziała, dalej nie zatrzymuję się w miejscu. Ale jakim autorytetem może być matka, która nie potrafi skorzystać z Internetu? Musimy iść z duchem czasu -  niech mnie dziecko nauczy tego, co umie, a z czym ja sobie nie radzę. Będziemy mieć potem o czym rozmawiać.

Przyzna pani jednak, że w wielu domach rządzą dzisiaj dzieci. Rodzice tłumaczą, że uginają się pod ich żądaniami, bo nie chcą, żeby ich dziecko było gorsze od innych. Dziecko rządzi dlatego, że wartością w jego domu są markowe ciuchy,  najnowsza komórka, telewizor plazmowy. Jeżeli rodzice są silni, mają poczucie wartości, kierują się pewnymi standardami moralnymi, to nie będą robić czegoś tylko dlatego, że tak postępują inni. Wiem, co mówię, bo ja też to przerabiałam. Starsza córka domagała się różnych rzeczy, a ja jej często odmawiałam. Tłumaczyłam: Ty nie musisz się w taki sposób wkupywać w środowisko, bo ty masz inne atuty, a poza tym znajdziesz ludzi, którzy to docenią. Sprowadzamy życie do materii - komputerów, telewizorów, telefonów, ubrań. Nie pokazujemy, że jest coś poza tym. Dajemy dzieciom protezy poczucia własnej wartości zamiast je w nich budować.

A co powinniśmy zaoferować dziecku? Czas i miłość. Powiedzmy sobie szczerze: kupno kolejnego gadżetu jest rodzajem rekompensaty za to, że tego czasu dla dziecka nie mamy. A jest on o wiele ważniejszy od nawet najbardziej pożądanego przedmiotu, którym zresztą dziecko będzie potem szpanowało, budząc zazdrość biedniejszych dzieci lub tych, które mają mądrzejszych rodziców. Trzeba tłumaczyć, że nie w tym tkwi istota życia, trzeba dać im coś w zamian. Rozmawiać, pokazywać świat, robić coś razem. Są ludzie, którzy żyją bez gadżetów, fajnie spędzając przy tym czas. Poznałam prostych ludzi, kolejarzy, którzy korzystając z ulgowych biletów, w każdy weekend wyjeżdżają z trójką dzieci do innego miasta, w inny kraniec Polski. Wszyscy tym żyją – wyszukują wspólnie miejsca do zwiedzenia, tanie hotele, a potem po prostu są razem.

W swojej książce napisała pani, że tylko szczęśliwi rodzice wychowają szczęśliwe dziecko. Tak uważam. Matka szczęśliwa ma szanse zadbania o to, żeby jej dzieci były szczęśliwe. Ojciec też. Tacy rodzice nie są sfrustrowani, nie odreagowują na dzieciach swoich problemów i nie zależy im na tym, żeby dzieci robiło to, czego im nie udało się zrobić tylko pozwalają im na własne wybory.

A dyscyplina, o której teraz tak głośno? Wychowanie nie sprowadza się do tego, żeby zrobić listę zakazów i nakazów. Dyscyplina tak, granice tak, ale to na konsekwencjach, a nie karach powinno się wychowywać. Te konsekwencje mogą być czasem bolesne, ale one musza być. A czego uczy młodych ludzi minister edukacji? Że nawet niezdaną maturę można odkręcić. Jego decyzja pokazuje, że się nie ponosi konsekwencji swoich wyborów. A idea wychowania sprowadza się do uczenia odpowiedzialności: Miałeś prawo się nie uczyć, bo jesteś wolnym człowiekiem, ale musisz za to zapłacić. I  na tym polega cała zabawa – pokazywać dzieciom: wybrałeś, ale z tym wyborem są związane konkretne skutki. Pamiętam, jak powtarzałam mojej młodszej córce Weronice: Człowiek jest wolny, może robić w życiu wszystko, ale jedno musi: pamiętać, że każdy czyn pociąga za sobą określone konsekwencje. Była niejadkiem, więc jej mówiłam: Nie musisz jeść, ale pamiętaj, że skoro nie ma w twoim brzuchu miejsca na obiad, nie ma i na słodycze, a następny posiłek jest o 18. Pamiętam, jak ona potem powiedziała do babci: Ja nic nie muszę! Babcia przeżyła szok. Ale efekt był rewelacyjny – zaczęła jeść!

Dlaczego pani zdaniem arbitralne zakazy nie skutkują? Bo je zawsze da się jakoś obejść. Jako młoda matka byłam dość radykalna - wymagałam grzecznego zachowania nie zwracając uwagi na jej potrzeby ruchowe i emocjonalne. Tłamsiłam ja w pewnym sensie. I co uzyskałam? Moje dziecko rzeczywiście zachowywało się fantastycznie, ale jak byłam w zasięgu 10 metrów. Córka znajomych natomiast, w porównaniu z moją, zachowywała się jak szatan. Myślałam: Jak oni z tym dzieckiem wytrzymują i co to będzie, kiedy pójdzie do szkoły. I co się okazało? Tamta w szkole zachowywała się grzecznie, a z moim dzieckiem przez pierwsze dwa lata był duży problem, bo zabrakło mamusi do poskromienia. Znajomi pozwalali córce na pewne rzeczy, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, zakładając, że dziecko jest dzieckiem. Ja natomiast chciałam mieć laleczkę. I córka  rzeczywiście była bardzo grzeczna, ale w końcu gdzieś musiała dać upust swojej energii.

Apeluje pani w książce, żeby wychowywać dzieci do szczęścia. A nie do sukcesu?Gdybyśmy sukces rozumieli jako spokój sumienia i udane życie emocjonalne oraz rozwój zawodowy zgodny z predyspozycjami to tak. Ale dla wielu ludzi sukces to pieniądze i kariera.

A także wykształcenie, najlepiej dyplom z kilku fakultetów. To prawda, jest wielka presja na młodych ludzi, żeby za wszelką cenę kończyli studia. Pytam: po co? Czy nie można propagować teorii, że człowiek może być szczęśliwy również po zawodówce? Dlaczego męczyć te dzieci, które nie mają zdolności, stresować, mówić że wykształcenie jest tak ważne, co rodzi potem frustracje, bo oni spodziewają się, że jak w końcu zdobędą te dyplomy to będą pracować w wyuczonym zawodzie.

Wykształcenie jest ważne, ale w tym sensie, że poszerza horyzonty, pokazuje inny styl życia, ale niczego nie gwarantuje. Jeżeli już coś może gwarantować sukces, to pasja. Ja zawsze mówiłam córkom: Możecie kończyć co chcecie albo nic, ale starałam się zaszczepić im potrzebę czytania. I dziś młodsza córka jest moim przewodnikiem po tym, co się ukazuje na rynku. Studia łączą się z rozwojem światopoglądu, ale na litość, nie fundujmy dziecku oszustwa, że są wszystkim. Dlaczego nie mówimy mu, że ma być szczęśliwe? Dlaczego rozprawiamy o sukcesie, karierze, jak można po prostu o szczęściu? Niech sobie zaliczy matematykę na trójkę, ale jeżeli fantastycznie pisze, rysuje czy majsterkuje - niech to robi. Ważne, żeby wiedziało, że chcemy, aby było szczęśliwe.

Rodzice zaprotestują: Ależ chcemy! Może chcemy, ale według własnego wzorca, czy panującego stereotypu społecznego. Tymczasem dziecko jest przekonane, że zależy nam głównie na ocenach, że to my znamy przepis na jego życie, że wiemy, co jest dla niego dobre. Przyszła do mnie pewna pani doktor zrozpaczona, że syn zamiast na SGH idzie do szkoły oficerskiej. I wielki dramat w rodzinie. A może on chciał sprawdzić: A będziecie mnie kochać w mundurze? Powiecie w towarzystwie, że jestem w szkole oficerskiej? Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami.

Iwona Majewska – Opiełka jest psycholożką, konsultantką, trenerką liderów, doradczynią rozwoju osobistego, autorką książek, m.in.: „Czas kobiet”, „Sprzedaż i charakter”, „Korepetycje z sukcesu” (REBIS), „Sukces firmy” (GWP)

  1. Seks

Rodzice - istoty seksualne

Zdaniem psychoanalityków scenę pierwotną i kompleks Edypa przepracowujemy wielokrotnie przez całe życie. To, w jaki sposób, ma ogromny wpływ na życie seksualne. (Fot. iStock)
Zdaniem psychoanalityków scenę pierwotną i kompleks Edypa przepracowujemy wielokrotnie przez całe życie. To, w jaki sposób, ma ogromny wpływ na życie seksualne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Scena pierwotna – to obraz seksu rodziców. Podpatrzonego lub wyobrażonego. Skrypt schowany w nieświadomości. Nie jesteśmy w stanie objąć go rozumem. Nie analizujemy go. A on działa!

Andrzej, 40-letni prawnik, zgłosił się do mnie z problemem niewierności. Odkąd pamięta, w jego życiu zawsze były dwie kobiety – stała partnerka i kochanka. Partnerka była symbolem jego pragnienia kobiety opiekuńczej, troskliwej, ,,która zapyta, czy dziś już coś jadłem albo czy jestem zmęczony”. Kochanka – szaloną, bezpruderyjną kokotą, realizującą jego fantazje seksualne. W miarę trwania terapii okazało się, że Andrzej jest bardzo ostrożny w seksie. Kategorycznie nie chce mieć dzieci i – nawet jeśli partnerka stosuje antykoncepcję – nigdy nie kocha się z nią ,,do końca”. Andrzej był wychowywany przez samotną matkę. Ojciec miał jeszcze trzy inne żony i w sumie piątkę dzieci, które, jak kiedyś powiedział synowi, były jego jedną wielką pomyłką. Andrzej, jak przez mgłę, pamięta moment odejścia ojca z domu.

– Miałem jakieś dwa lata, kiedy pewnej nocy obudziłem się i usłyszałem dziwne odgłosy dochodzące z sypialni rodziców. Dziś wydaje mi się, że uprawiali ostry seks. Rano dowiedziałem się od matki, że ojciec odszedł – opowiada.

Mężczyzna prawdopodobnie był świadkiem tzw. sceny pierwotnej, czyli rzeczywistej lub wyobrażonej obserwacji kontaktu seksualnego rodziców. Podniesione głosy dobiegające z sypialni, a następnie zniknięcie ojca z ich życia i silne związanie z matką, wywarły ogromny wpływ na całe jego życie.

Przeżycie sceny pierwotnej zwykle ma miejsce, kiedy dziecko ciągle jeszcze czuje się symbiotycznie związane z matką (ono i matka to jedno). Akt seksualny rodziców jawi mu się jako katastrofa, zagrożenie życia, brutalne przerwanie związku z matką, agresywny atak ojca na osobę, którą kocha najbardziej na świecie.

– Ten akt zapisany jest wyłącznie w naszej nieświadomości – tłumaczy Teresa Raczkowska, psychoterapeutka. – Nie jesteśmy w stanie go objąć rozumem. Dlatego to jest takie trudne, budzi ataki paniki i lęk przed śmiercią.

Seks jest źródłem ludzkiego istnienia – gdyby nasi rodzice nie kochali się ze sobą, nie byłoby nas na świecie. Jednak życie seksualne matki i ojca wyklucza dziecko z tego układu. Nagle kobieta, która jest dla malucha dostarczycielką pożywienia, czułą opiekunką reagującą na wszystkie jego potrzeby, okazuje się także istotą seksualną, mającą swoje pragnienia, należącą do ojca. Bywa, że scena pierwotna w nieświadomości dziecka łączy się z jakimś innym traumatycznym wydarzeniem. W przypadku Andrzeja odejście ojca utrwaliło się w nim przekonaniem, że mężczyzna ,,po wszystkim” odchodzi, nigdy nie jest do końca z żadną kobietą (stosunek przerywany). A kobiety obsadza w swoim życiu w dwóch rolach: partnerki – matki (na wzór bliskiej relacji z matką, dla której po odejściu ojca stał się zastępczym partnerem) i kochanki, z którą wyłącznie uprawia się seks.

Edyp, czyli sceny pierwotnej ciąg dalszy

Zdaniem następców Zygmunta Freuda, ojca psychoanalizy i odkrywcy sceny pierwotnej, kontynuacją owego pierwszego doświadczenia seksu rodziców jest kompleks Edypa, czyli podświadome pożądanie rodzica przeciwnej płci, wyrażane fantazjami o poślubieniu taty lub mamy. A kiedy rodzice takiego 3-, 4-latka znikają w sypialni i zamykają dziecku drzwi przed nosem, malec doświadcza bolesnego faktu, że nigdy nie będzie w tak intymnej relacji z żadnym z rodziców, jak oni są ze sobą nawzajem. To budzi zazdrość, złość, chęć pokonania rywala, a jednocześnie przerażający lęk, że swoimi pragnieniami zagraża trwałości związku rodziców, od czego zależy byt jego rodziny.

Trzydziestoletnia Marta zgłosiła się do mnie na terapię z powodu nieudanych związków z mężczyznami. Jak stwierdziła, zawsze wybiera „niedostępnych” facetów. Zwykle są to żonaci mężczyźni, a raz kochała się z mężem swojej siostry. Choć w głębi duszy marzy o udanym związku, rodzinie, dzieciach, nie jest w stanie zaangażować się w żadną dobrze rokującą relację.

Być może jej, z góry skazane na porażkę, pragnienie zajętego mężczyzny jest realizacją dziecięcych fantazji o zdobyciu ojca. Lęk przed „normalnym” związkiem to konsekwencja nierozwiązanego kompleksu Edypa (skoro nie mogę mieć ojca, nie chcę żadnego mężczyzny). Inne fantazje z tej półki to pragnienie zakazanego seksu, np. w miejscach publicznych, płynące z perwersyjnego lęku, ale też chęci bycia przyłapanym w łóżku z rodzicem płci przeciwnej czy marzenia o pokonaniu rywalki – matki.

Zadaniem rodziców na tym, trudnym dla całej trójki, etapie kompleksu Edypa (od 3. do 6. roku życia dziecka) jest akceptacja, w granicach normy, uwodzącego stosunku dziecka do rodzica płci przeciwnej i – z drugiej strony –  stanowcze pokazanie, że sypialnia rodziców to strefa seksu dorosłych i że tu nie ma już miejsca dla dziecka. Jeśli małżonkowie mają udany seks, a jednocześnie nie odtrącają, nie wyśmiewają i nie karcą dziecka z powodu jego erotycznych zabiegów o rodzica płci przeciwnej, kierują tym samym malucha ku dorosłości, niezależności i dobrze przygotowują do odejścia (w przyszłości) z domu, w poszukiwaniu partnera na życie. Symboliczne zamknięcie przed dzieckiem drzwi do małżeńskiej sypialni to ważny krok na drodze do separacji z rodzicami. Jak piszą autorzy książki ,,Żyć w rodzinie i przetrwać” R. Skynner i J. Cleese – ,,Dla dziecka wyłączenie z tego układu i zazdrość o szczególną bliskość i rozkosz przeżywaną przez rodziców jest potężnym bodźcem do przeniesienia zainteresowania z rodziców na świat zewnętrzny, bo tylko tam, poza sypialnią mamy i taty, samo może doznać podobnego spełnienia”. Kiedy dziecko czuje, że małżeństwo rodziców jest udane, nierozerwalne i bezpieczne, nabiera zaufania do własnej seksualności, tego, że jedyne, co ma zrobić, by w przyszłości mieć fajny seks, to stać się podobnym i godnym pożądania – tak jak jego tata (w przypadku syna) czy mama (w przypadku dziewczynki).

Córeczka tatusia

Bywa i tak, że jedno z rodziców zbytnio erotyzuje relacje z synem czy córką. Przyczyną mogą być trudności w związku z partnerem albo strach, by dziecko nie czuło się odtrącone.

Edyta, lat 35, była w związku z dużo starszym od siebie mężczyzną. Zgłosiła się do terapeuty z powodu braku satysfakcji w seksie. Okazało się, że zakochany w niej po uszy ojciec bardzo rozbudził ją seksualnie. Kiedy była małą dziewczynką, brał ją bezustannie na kolana, całował, dotykał i starał się, by przy nim córka miała mnóstwo atrakcji. Choć tabu kazirodztwa nie zostało przekroczone, Edyta miała ojca na wyłączność, a matka została wykluczona.

– Tego samego Edyta oczekiwała od partnera – mówi Teresa Raczkowska. – Pragnęła, by każde ich spotkanie było pełne szalonego seksu. Uwodziła partnera jak dziewczynka i chciała, by on, podobnie jak ojciec, bezustannie się nią zachwycał. Nie mogła znieść sytuacji, kiedy nie dochodziło do zbliżenia, gdy mężczyzna był zmęczony albo chciał oglądać mecz. Jej potrzeby seksualne były wyraźnie oddzielone od miłości.

Kolejną konsekwencją seksualizacji przez rodziców relacji z dzieckiem bywa impotencja czy oziębłość. Córeczka tatusia czy synek mamusi żyją w przekonaniu, że wygrali z rodzicem tej samej płci, co budzi przerażenie z powodu unicestwienia rodzica, wstyd, lęk przed karą, a w konsekwencji lęk przed własną seksualnością. Bywa, że impotencja rozszerza się, prowadzi do unikania jakiegokolwiek sukcesu życiowego, bo każde zwycięstwo oznacza wygraną (z matką czy ojcem). Najważniejsza rzecz, której dziecko musi nauczyć się na zakończenie fazy kompleksu Edypa, to radość z przeżywania romantycznych uczuć, także erotycznych, wobec rodziców. I wiara, że nie zaszkodzą one ich małżeństwu, a także, że z mamą czy tatą nigdy nie doświadczy seksu.

Przymus zagrania w tej scenie

Zdaniem psychoanalityków scenę pierwotną i kompleks Edypa przepracowujemy wielokrotnie przez całe życie. To, w jaki sposób, ma ogromny wpływ na życie seksualne. Bywa, że jako dorosłe osoby próbujemy ,,wyrównać rachunki”, np. zupełnie nieświadomie odtwarzając, tym razem w innej konfiguracji, przeżycia z dzieciństwa.

Jedna z moich pacjentek zwierzyła mi się, że udany seks z mężem ma jedynie na… działce u teściów. Kiedy pierwszy raz przyjechali do letniego domku rodziców jej męża, teściowa pościeliła im swoje małżeńskie łoże, a sama położyła się na pojedynczym tapczanie. W nocy moja pacjentka poczuła tak silne pożądanie, że pomimo protestów męża, który bał się, że matka może usłyszeć, namówiła go na seks.

– Nigdzie indziej nie jest mi tak dobrze z mężem, jak w sypialni teściowej. Czy jestem nienormalna? – zapytała mnie z lękiem.

Moim zdaniem jej pragnienia są powodowane koniecznością odegrania sceny pierwotnej i w efekcie doprowadzą do przepracowania kompleksu Edypa.

Pacjentka terapeutki Teresy Raczkowskiej doznała takiego ukojenia we śnie. Śniła, że jest małą dziewczynką i jedzie na rowerze, a za nią idą trzymający się za ręce rodzice. Pamięta, że czuła się w tym śnie spokojna i szczęśliwa.

Pomieszczenie w sobie przeżycia sceny pierwotnej i rozwiązanie kompleksu Edypa nie daje gwarancji cudownego pożycia seksualnego, ale z pewnością zwiększa na nie szanse. A udany seks rodziców daje dziecku wzorzec dobrego związku, którego nikt, nawet ono, nie jest w stanie rozerwać.

  1. Psychologia

Budujemy fundamenty. Rozwój niemowlaka - jak go stymulować i wspierać?

Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, w szczególności w tych zajmowanych przez dzieci w wieku do trzech lat – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Pewien ojciec dwuletniego synka powiedział mi wyraźnie rozczarowany: „Bawię się z synkiem, czytam mu, chodzimy na spacery, a on tego nie doceni, bo niczego nie będzie pamiętał”. Stąd już tylko krok od myślenia, że okres niemowlęctwa jest mało istotny, jeśli chodzi o wychowanie.
Jest dokładnie odwrotnie. Myślenie tego ojca to częsty przejaw rodzicielskiego narcyzmu. Ponieważ okres niemowlęctwa i dzieciństwa do trzeciego roku życia jest dla rodziców wymagający, kosztowny i nierzadko wyczerpujący, więc bardzo by chcieli, żeby dzieci z wdzięcznością pamiętały tę ogromną rodzicielską inwestycję. Ale nie ma powodu do zmartwienia, bo i tak wszystkie doświadczenia naszych dzieci zostaną z ogromną precyzją zapisane w dziecięcej podświadomości. W dodatku wszystko wskazuje na to, że doświadczenie z okresu życia do trzech lat, a także doświadczenia prenatalne i okołoporodowe tworzą w mózgu dziecka pierwotną matrycę poznawczą i emocjonalną decydującą o sposobie postrzegania i interpretowania świata przez całą resztę jego życia.

Dlatego powtarzam od lat, że przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, wykuwa się w relacjach z rodzicami czy opiekunami, a także poprzez pośrednie uczestniczenie w zawiłościach uczuciowych związku rodziców. Dzieci w wieku do trzech lat nabywają niezbędną i fundamentalną wiedzę, coś w rodzaju oprogramowania, umożliwiającą odnalezienie się i przetrwanie w środowisku i systemie rodzinnym, w którym przyszło im się urodzić. Oprogramowanie to charakteryzuje się niezwykłą trwałością właśnie dlatego, że nie zapisuje się na poziomie świadomym. Zostało bowiem zakodowane w podkorowych, prewerbalnych strukturach mózgu, a więc jest praktycznie niedostępne refleksji, a tym bardziej próbom korekty. Dlatego właśnie uznajemy to sformatowanie za naszą prawdziwą tożsamość czy naturę, uważamy, że tacy się narodziliśmy, co obiektywnie jest błędem, ale w subiektywnym odczuciu nie sposób tego zakwestionować.

Co wobec tego jest w tym okresie w wychowaniu najważniejsze?
Nasycenie dziecka troską i miłością. Bezradny noworodek wrzucony w świat potrzebuje poczucia bezpieczeństwa prawie tak samo jak oddechu. A źródłami tego poczucia są troska, bezwarunkowa miłość i zachwyt rodziców. Skala nasycenia w tym okresie poczuciem bezpieczeństwa będzie decydowała o tym, na ile dorosła postać tego niemowlęcia będzie mogła i chciała odważnie kochać, cierpieć, wątpić i szukać, słowem, czy będzie odważnie żyć i ucieleśniać trafną obserwację, że świat należy do odważnych.

Czy dobrze rozumiem: dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości?
Zdecydowanie tak. Prawie wszystko zależy od tego, ile poczucia bezpieczeństwa i oparcia ma w sobie przede wszystkim mama, a w drugiej kolejności także ojciec, i jak w związku z tym rozumieją, na czym polega zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Niestety, większość rodziców ma z tym problem, więc ich troska o dziecko jest często podszyta lękiem, a przez to bywa zdecydowanie nadmierna. W rezultacie zamiast ufności i optymizmu przekazuje się dzieciom przekonanie, że świat jest nieprzyjaznym, niebezpiecznym miejscem.

Jak wobec tego odróżnić lęk wynikający z rzeczywistej dbałości o bezpieczeństwo, przejawiający się na przykład zawieszaniem kamerki nad łóżeczkiem, żeby zapobiec tak zwanej śmierci łóżeczkowej, od lęku destrukcyjnego dla dziecka?
Na ogół wiemy, kiedy i jak bardzo się boimy. A jeśli z jakichś powodów nie wiemy, to trzeba używać zdrowego rozsądku: zdać sobie sprawę, że marketing wielu niepotrzebnych nam rzeczy oparty jest na wzbudzaniu lęku; dowiadywać się, jak wychowuje się dzieci w innych, mniej bojaźliwych niż nasza kulturach i tradycjach; czytać i słuchać wybitnych nonkonformistów; wyciągać wnioski z własnych doświadczeń; pytać i wątpić, otwierać się na alternatywne systemy myślenia i wartości. No i szukać towarzystwa, które wspiera nasze wątpliwości i eksperymenty.

Czyli kogo?
Innego gatunku rodziców. Takich, którzy są zdecydowanie mniej przestraszeni od nas. Jeśli słyszymy od nich, że nadmiernie przegrzewamy dziecko, że nie trzeba go ładować w śpiwór i przykrywać dwiema kołderkami, bo wystarczy kocyk – to zastanówmy się, czy nie ma w tym jakiejś mądrości. Albo gdy słyszymy od nich, że uczącemu się chodzić dziecku nie trzeba całego domu wykładać gąbką i zakładać kasku oraz ochraniaczy na łokcie i kolana. Dziecko uczy się bezpiecznie poruszać w świecie, niestety, także przez ból, a więc lepiej przygotujemy je do życia, jeśli damy mu okazje uczenia się tego, jak sobie z bólem radzić. Bo naczelnym zadaniem rodziców jest wspieranie dziecka w jego instynktownym dążeniu do autonomii, aby jak najprędzej stało się niezależną istotą, która sama radzi sobie w życiu, także w trudnych warunkach. A to wymaga mądrego umiaru w troszczeniu się o dziecka komfort i bezpieczeństwo. Najlepiej stosować się do świętej zasady: 50 proc. troski i wsparcia oraz 50 proc. wymagań i zaufania do możliwości dziecka.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jak ten cel osiągnąć? Ważny jest spokój rodziców?
Jeśli nasza troska o dziecko ma silny komponent lękowy, to zainfekujemy je lękiem przed światem i życiem, a także brakiem zaufania we własne możliwości. A wtedy zrezygnuje ze stawania się w pełni samodzielną osobą we wszystkich wymiarach: sprawnościowym, zmysłowym, odpornościowym, emocjonalnym, intelektualnym i duchowym. Aby temu zapobiec i nie skrzywdzić swoich dzieci, trzeba je wychowywać w kontakcie z realnym światem, z całym bogactwem jego możliwych przejawów. A więc oprócz przyjemności także z: gorącem, zimnem, głodem i bólem, z rozpaczą rozstań i strat, a także z goryczą przemijania.

Bo w przeciwnym razie tworzą się w dzieciach neurotyczne mechanizmy zachowania?
Tak. Powtórzmy to jeszcze raz: w okresie od urodzenia do lat trzech trwale instalujemy w dzieciach najważniejsze przekonania o sobie, o ludziach i o świecie. Będą one wystarczająco urealnione, jeśli rodzice dadzą dziecku okazję do radzenia sobie z niedogodnościami, wyzwaniami i zagrożeniami życia. Takie godne uznania postawy rodziców można obserwować w krajach Północy, gdzie – pewnie trochę za sprawą wymagającego klimatu – dzieci od małego hartuje się i usamodzielnia. Uczulam więc polskich rodziców, którzy zapewne sami jako dzieci byli nadmiernie ochraniani i wyręczani, żeby nie przesadzali z tą ochroną, a także z aseptyką i obsesyjną higieną.

Żeby nie bali się kontaktu dziecka z czymś brudnym?
Na przykład. Małe dzieci instynktownie same aplikują sobie taką szczepionkę, wkładając do buzi i liżąc wszystko, co się da, albo jedząc ziemię z doniczek – w ten sposób instalują sobie w przewodzie pokarmowym odpowiednią florę bakteryjną, która też odgrywa ogromną rolę w utrzymywaniu odporności.

Namawiasz do jedzenia ziemi?
To tylko przykład. Ale żadna tragedia się nie stanie, jak dziecko poliże ziemię albo własne palce pobrudzone ziemią, oczywiście, pod warunkiem że nie będzie ona zatruta jakąś substancją chemiczną. Z dzieciństwa zapamiętałem ciekawą w tym kontekście scenę, która miała miejsce w gabinecie słynnego wówczas w Warszawie pediatry, doktora Mroczka. Siedzę z mamą w poczekalni, z gabinetu wychodzi pacjentka z małym dzieckiem na ręku. W drzwiach żegna się z doktorem, a ten mówi: „Zapomniałem odnieść się do tego, że pani synek ma częste kolki”. Po czym wyjmuje z buzi dziecka smoczek, pociera nim gdzieś o podłogę i wkłada dziecku z powrotem do buzi ze słowami: „Teraz już będzie dobrze”.

Chyba przesadził.
Ja też byłem pod wrażeniem. Ale zapewne chciał zademonstrować, jak dzieci organizują sobie autoszczepionki. A przy okazji zaszczepić matce, a tym samym dziecku, zaufanie do otaczającego świata. Bo pozostawanie w harmonii i symbiozie z otaczającym światem jest podstawowym warunkiem ludzkiego zdrowia i szczęścia, a także zdolności do radzenia sobie z wieloma trudnymi wyzwaniami, z którymi życie i świat będą nas nieuchronnie konfrontować. Niestety, większość rodziców postępuje wbrew tej zasadzie. Odbywa się to na przykład tak: Mama idzie z trzyletnim dzieckiem na plac zabaw. W pamięci swojego dzieciństwa ma zapisane rodzicielskie dobre rady i ostrzeżenia rodziców, które – jak sądzi – uratowały jej życie, choć w istocie były to klątwy, które jej kawał życia zmarnowały: „Nie biegaj, bo się przewrócisz i zrobisz sobie krzywdę!”, „Uważaj, bo się pobrudzisz” itd. Mama nie zdaje sobie sprawy, a być może nawet tego nie pamięta, że ta chmura gróźb, którymi była w swoim dzieciństwie otoczona, zapisała się w jej mózgu w postaci zgeneralizowanego przekonania: „Jeśli idąc za swoimi naturalnymi potrzebami, oddalę się od mamy/taty, to groźny świat mnie skrzywdzi, więc moje naturalne potrzeby ruchu i zabawy, a także wielkie pragnienie autonomii są niewłaściwe i niebezpieczne – jestem więc dla siebie samej niebezpieczna”. Łatwo sobie wyobrazić, jaką krzywdę wyrządzamy dziecku, instalując w jego podświadomości naszą chmurę lęku przed światem.

Co robić, żeby tak się jednak nie stało?
Nauczyć się samokrytyki i ignorowania swoich lęków, tak aby nie determinowały naszych zachowań i wyborów. Dzięki temu będziemy w stanie pozwalać dziecku na to, na co nam nie pozwalano. To konieczne, jeśli chcemy, aby miało ono więcej niż my samoakceptacji i wiary w siebie.

Konieczne, ale niełatwe.
No tak. Bo jak przekazać niemowlęciu, że jest najważniejszą istotą na świecie, chociaż nic nie umie, niczego nie osiągnęło, robi w pieluchy, rzyga, nie daje spać po nocach i trzeba się nim bez przerwy zajmować? Jak bezwarunkowo akceptować, kochać i zachwycać się kimś takim? Pamiętajmy jednak, że najbardziej liczy się przekaz pozawerbalny. Jeśli zawiera w sobie spokojny, skoncentrowany i celowy sposób poruszania się, czuły i ciepły dotyk, miękki i zrelaksowany ton głosu, spokojny rytm serca, rozluźnione ciało, miłość, radość i zachwyt w oczach, brak pośpiechu i presji oraz gotowość do obdarowania dziecka dużą ilością nasyconego uwagą czasu – to dziecko będzie na resztę życia wiedziało, że bez względu na trudne okoliczności jest kimś ważnym, zasługującym na szacunek, uznanie, uwagę i miłość.

To są fundamenty, na których dziecko może budować dalsze życie?
Tak. O dwóch filarach już mówiliśmy: bezpieczeństwie i poczuciu własnej wartości. Jest też trzeci bardzo ważny filar – szacunek dla granic ciała, przestrzeni życiowej i strefy intymnej dziecka. Dziecko w wieku do lat trzech nie ma możliwości zaprotestowania, gdy naruszamy granice jego ciała. A przecież na tym etapie życia dorośli nieustannie kontaktują się z dzieckiem poprzez jego ciało: karmią, myją, pielęgnują, podnoszą, kładą, ubierają, rozbierają itd. Część z tych czynności – stosownie do stanu umysłu i emocji rodziców – robiona jest w pośpiechu, pod presją, a nawet w gniewie, bez zwracania uwagi na opór i płacz dziecka, przez co niebezpiecznie graniczy z przemocą. Szczególnie zmuszanie do jedzenia, pośpieszne ubieranie i rozbieranie, a także wszelkie zabiegi pielęgnacyjno-higieniczno-diagnostyczne często naruszają granice dziecka i na przyszłość uczą ulegania przemocy lub też niechęci i obawy przed bliższym kontaktem z innymi ludźmi. Tak więc nie wolno dziecka traktować, jakby było przedmiotem! Nie wolno też negatywnie oceniać wszelkich przejawów zainteresowania dziecka własnym ciałem. To bardzo ważna sfera jego rozwoju. Przez dotykanie siebie i sprawdzanie, jak to ciało funkcjonuje i reaguje, dziecko z wolna czyni to ciało własnym, poznaje je i zaprzyjaźnia się z nim, a od tego w dużym stopniu zależy to, czy stosunek przyszłego dorosłego do własnego ciała będzie pozytywny, czy wrogi. Nie trzeba chyba dodawać, jak wielkie znaczenie ma to dla jakości całego życia.

Kiedyś uważano, że noworodek nie czuje bólu, więc można poddawać go zabiegom medycznym bez znieczulenia.
Mam wrażenie, że takie podejście tu i ówdzie nadal pokutuje. Przejawia się na przykład w zmuszaniu dziecka do przedwczesnego kontrolowania zwieraczy i siadania na nocniku, w głodzeniu niemowlaka przy okazji karmienia na godziny, w pozostawianiu go samego w ciemnym pokoju i niereagowaniu na płacz, bo jak się wypłacze, to dobrze zaśnie itp. Na szczęście psychologia dziecięca już dawno odrzuciła i napiętnowała tę tradycję wychowawczą, zwaną szkołą pruską, która doprowadziła do wychowania kilku pokoleń ludzi sfrustrowanych, upokorzonych, o niskim poczuciu wartości. Ich wyparta, skumulowana agresja i potrzeba kompensacji przez wywyższenie stworzyły psychologiczne podglebie szaleństwa drugiej wojny światowej. Dobrze więc pamiętać, że tylko dzieci traktowane z szacunkiem i miłością będą w swoim dorosłym życiu odruchowo zdolne do traktowania innych z szacunkiem i miłością. W ten sposób właśnie losy świata decydują się w dziecięcych łóżeczkach i pokojach.

Małe dziecko budzi czułość. Nawet obcy ludzie chcą je całować, często w usta. To dość bezrefleksyjne naruszanie jego granic, nie uważasz?
Racja. Bawienie się dzieckiem, tulenie na siłę zaburza jego poczucie bezpieczeństwa i autonomii. Nasze własne potrzeby emocjonalne związane z naszym bólem załatwiajmy między dorosłymi, a nie między nami a dziećmi. Ta zasada powinna zresztą obowiązywać przez cały okres wychowywania. Przytulanie dziecka przez mamę i tatę jest oczywiście bardzo ważne, ale powinniśmy być wyczuleni na sygnały, które wysyła niemowlę, odwracając głowę, prężąc się, odpychając lub płacząc. Jeśli tego nie zauważymy albo to zignorujemy i na przykład przyciągniemy dziecko do siebie, wbrew jego woli i chęci, to zainstalujemy w jego psychice skłonność do ulegania przemocy ze strony innych ludzi.

Może przekraczanie granic w tym obszarze bierze się z opacznie rozumianego praktykowania bliskości?
Bliskość tak, ale nigdy na siłę. W wyrażaniu miłości do dziecka też trzeba zachować umiar, wykazać się wrażliwością na wysyłane przez niego sygnały, na jego rytm kontaktu i wycofania. Uważność rodziców na granice dziecka decyduje o tym, czy będzie ono umiało w dorosłym życiu słuchać swojego organizmu i rozumieć, o co mu chodzi. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Style przywiązania - jak związek z matką wpływa na późniejsze relacje?

Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców.

Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców. Jakie wyróżniamy style przywiązania i jaki mają one wpływ na naszą relację z partnerem?

Ewa, lat 34, mama sześcioletniej Marty. Pewnego dnia, po awanturze z mężem, widzi w sobie swoją matkę. Silną, dominującą, wiecznie zagniewaną. Przypominają jej się kłótnie matki z ojcem, gdy była dziewczynką. Chowała się wtedy pod stołem i zatykała sobie uszy. W Martusi widzi małą Ewę – zalęknioną, ale też rozhisteryzowaną, roszczeniową. Odkrywa jeden ze stylów przywiązania u dzieci. Szuka ratunku u terapeuty. Terapia nie ocala wprawdzie małżeństwa, ale pomaga na nowo budować relacje z córką.

Część wspólna zbioru

Nie każdy z nas ma szczęście zobaczyć jak na dłoni siebie w swoim dziecku. To dlatego większość psychoterapeutów proponuje rozpoczęcie terapii od spojrzenia w siebie, choć to, co tam zobaczymy, bywa często skutkiem relacji z naszymi rodzicami. Nie znaczy to, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy popełniali błędy.

Często dopiero własne dzieci pokazują, jacy naprawdę jesteśmy. Uświadamiają nam style przywiązania z przeszłości. Są lustrem, w którym możemy się przejrzeć. Marta, córka Ewy, z byle powodu wpadała w histerię. Swoim zachowaniem pokazywała jednak nie to, „jak paskudny ma charakter” (cytat z ojca), ale to, co fundowali jej rodzice.

Dzieci są czymś w rodzaju wspólnego zbioru pomiędzy ojcem a matką, czyli są tym, co daję na rzecz związku ja i co ofiarowuje mój partner. Z czasem granice tej „części wspólnej” powiększają się o wszystko, co wnosi dorastające dziecko. Przez pierwsze lata życia jest ono jednak swoistą walizką, którą rodzice – często nieświadomie – zapełniają. Są pierwszymi osobami, z jakimi dziecko wchodzi w doświadczenie bliskich związków. Według Johna Bowlby’ego, brytyjskiego lekarza i psychoanalityka, od przebiegu relacji dziecka ze znaczącymi dla niego osobami we wczesnym okresie życia zależy jego funkcjonowanie psychiczne i społeczne w przyszłości. Style przywiązania u dzieci mają niebagatelne znaczenie.

Psycholog rozwojowy Mary Ainsworth przeprowadziła badania, które miały odpowiedzieć na pytanie, jak emocje matki wpływają na relacje z dzieckiem. Badania polegały na tym, że sprawdzano reakcję dziecka, gdy matka znikała z jego pola widzenia. Na tej podstawie określono trzy tak zwane style przywiązania u dzieci.

Mamo, zaopiekuj się mną, czyli style przywiązania u dziecka a późniejsze relacje z partnerem

Pierwszy, oparty na poczuciu bezpieczeństwa, prezentuje około dwóch trzecich dzieci. Co je wyróżnia? To, że ufają matce, czują się przy niej bezpiecznie, wierzą, że jest dostępna, wrażliwa i gotowa do wsparcia i opieki. Taka relacja buduje w małym człowieku poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że ma prawo do miłości. A to z kolei sprawia, że chce on potem poznawać świat z dużą dozą pewności siebie, jest ciekawy nowych zjawisk i angażuje się w relacje społeczne. Dzieci prezentujące bezpieczny styl przywiązania jako osoby dorosłe potrafią tworzyć trwałe, zdrowe relacje. Umieją wspierać innych, ale też zwracać się o pomoc. Nie sprawia im trudności bycie zależnym od innych, potrafią również stawiać wyraźne granice. Po latach opisywali swoich rodziców jako troskliwych, uczuciowych, sprawiedliwych.

Badania Ainsworth pokazują, że około 20 procent dzieci przejawia inny styl przywiązania – lękowo-ambiwalentny. Aż tyle nie ma pewności, czy dostanie pomoc i pocieszenie! I dlatego stale upewniają się, czy aby mama jest blisko. Gdy próbuje się oddalić, gwałtownie protestują. A po jej powrocie z jednej strony się cieszą, a z drugiej – demonstrują gniew i opór. W dorosłości zamartwiają się o to, czy są naprawdę kochani i czy nie kochają za bardzo. Mogą stać się chorobliwie zazdrośni i czuć się niedoceniani przez partnera i inne ważne osoby, na przykład współpracowników. Badani o takim stylu przywiązania opisywali swoich rodziców jako agresywnych, kontrolujących.

Kolejne 20 procent dzieci cechuje unikający styl przywiązania. Takie dzieci mają poczucie odrzucenia przez matkę. A nabierają go dlatego, że są karane za próby nawiązania z nią bliskiego kontaktu fizycznego. Jako dorośli czują się skrępowani bliskością innych ludzi, stają się w ich obecności nerwowi, unikają intymności, nie ufają partnerowi. Wikłają się w przelotne związki seksualne i nadmiernie koncentrują, na przykład na pracy zawodowej. Wspominali rodziców jako wymagających, krytycznych i pozbawionych troskliwości.

Zamiana ról

Badania pokazują, że u 70 procent dorosłych (21-latków) styl nawiązywania relacji z partnerem jest taki sam jak styl przywiązania u dzieci do matki w wieku 12 miesięcy.

John Bradshaw, amerykański psycholog (ten, który ukuł termin „wewnętrzne dziecko”), twierdzi, że błędne koło powielania tego schematu da się przerwać. Zacząć trzeba od powrotu do swojego dzieciństwa, od obejrzenia go jak na zwolnionym filmie, przeanalizowania wspomnień i faktów. Dobrze jest przeprowadzić coś w rodzaju wywiadu ze sobą. Czy czuliśmy się wystraszeni, gdy mama znikała? Czy mieliśmy żal do rodziców, że wyjechali? Kto się nami opiekował, przytulał? Byliśmy chwaleni czy tylko karani?

Ewa przeprowadziła ze sobą taki wywiad. I co się okazało? Że panicznie bała się rozłąki z mamą, ponieważ ta postraszyła ją kiedyś (gdy była niegrzeczna): „Wyjdę z domu i więcej nie wrócę”. Odtąd lęk towarzyszył jej zawsze, gdy traciła matkę z oczu. Potem panicznie bała się zdrady i odejścia męża.

Ale aby przerwać przymus powielania schematu, nie można poprzestać tylko na uświadomieniu sobie tego, co jako dzieci przeżyliśmy. Trzeba też spróbować zrozumieć rodziców, spojrzeć na swoje dzieciństwo ich oczami. Żyli przecież w innych czasach, borykali się z różnymi trudnościami, nie mieli takiego dostępu do wiedzy na temat wychowania, jaki teraz mamy. A my chcieliśmy widzieć w nich bogów, którzy są w stanie wszystko dać i wszystko wiedzieć.

Gdy więc stajemy się dorosłymi, podziękujmy rodzicom za to, że kochali nas tak, jak potrafili, nie obarczajmy winą, tylko wybaczmy im i weźmy swoje życie w swoje ręce. Teraz to my jesteśmy rodzicami. Pamiętajmy: od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności. To taka naturalna wymiana – ono pobiera od nas lekcje stawania się autonomiczną osobą, a w zamian daje nam lekcje stawania się odpowiedzialnymi za drugiego człowieka.

Co się dzieje, gdy powstaje zbyt duża zależność rodzica z jednej strony i zbyt duża niezależność dziecka z drugiej? Ilustruje to taka oto sytuacja: Mama z dzieckiem przechodzą obok stoiska z zabawkami. Synek domaga się samochodu. Mama tłumaczy, że nie kupi mu autka. Synek krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama czerwona ze wstydu, dla świętego spokoju, kupuje samochód i wściekła wyciąga malca ze sklepu.

Prawdziwy dialog

W tej próbie sił wygrywa dziecko, ale czy na pewno? Widząc poirytowaną matkę, zastanawia się: „Niby wygrałem, ale dlaczego mama jest taka zła?”. Satysfakcję z postawienia na swoim mącą synkowi wątpliwości, czy wobec tego mama go jeszcze kocha. Tak rodzi się brak poczucia bezpieczeństwa. Bo to poczucie budują rodzice, którzy kochają, ale stawiają granice, uczą, czego wolno, a czego nie, którzy w swoich reakcjach są przewidywalni, konsekwentni.

Ulegamy dzieciom między innymi dlatego, że nie radzimy sobie z gniewem – chcemy ukryć irytację i złość, którą one bardzo wyczuwają. A wszystko to z lęku przed ich reakcją!

Z kolei skutki zbyt małej niezależności dziecka i zbyt małej zależności rodziców ilustruje taka oto sytuacja: Synek wygląda przez okno samolotu i nagle woła: „Tato, popatrz, jaki piękny stadion!”. Na co tata: „Co ty pleciesz, tu nie ma żadnego stadionu”. „Ale ja go widzę!” – upiera się synek. Tata: „Stadionu nie ma w tym mieście”. „Widocznie lecimy nad innym” – odpiera rezolutnie chłopiec. „Nie dyskutuj ze mną!” – ucina ojciec. Po chwili kapitan samolotu informuje, że lecą nad Manchesterem. A w tym mieście stadion na pewno jest. Tata jednak udaje, że nie słyszy. Synek słyszy doskonale, ale już wie, że tata musi zawsze mieć rację.

Wszechwiedzący rodzice, którzy decydują, co jest prawdą, a co nie, sprawiają, że dziecko nie ma poczucia sprawczości, czyli nabiera przekonania, że nic od niego nie zależy. Nie ma więc ochoty, by się zmieniać, rozwijać, podążać za swoimi pragnieniami i talentami, bo po co, skoro kontrolujący rodzice i tak wiedzą lepiej. Ale w głębi duszy pozostaje złość i żal oraz głębokie poczucie niesprawiedliwości. W życiu dorosłym takie skrzętnie skrywane uczucia mogą mieć opłakane konsekwencje – jak niesamodzielność, trudności w radzeniu sobie z codziennymi problemami, zbyt duża zależność od zdania innych osób, niskie poczucie własnej wartości. Takie style przywiązania mają wpływ na relacje z partnerem.

Dziecko powinno móc wyrazić każdą swoją emocję. Być zauważone i bezwarunkowo kochane. A jednocześnie znać granice, których nie wolno przekraczać, i konsekwencje, jakie poniesie, gdy jednak nie będzie ich respektować. To wszystko daje mu poczucie równowagi i stabilności. Nawet jeśli odzywa się w nas stara płyta ze znanymi ze swojego dzieciństwa melodiami, starajmy się włączyć nową. I powtarzajmy dziecku: „kocham cię”. Bo ono zawsze potrzebuje takiego zapewnienia.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka.

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.