1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Naucz dziecko samodzielności

Naucz dziecko samodzielności

Samodzielność dziecka to wielki skarb, zarówno dla niego, jak i dla rodziców. Potrzeba jednak sporo cierpliwości i wyrozumiałości, by oddać ster w ręce nieporadnego z początku malca.

Samodzielność nie oznacza, że nasza pociecha musi być alfą i omegą. Wystarczy, że dziecko będzie potrafiło poradzić sobie z zadaniami odpowiadającymi jego wiekowi i etapowi rozwoju. Nie możemy oczekiwać od dwulatka, że będzie sprawnie operował łyżką i zje zupę bez rozlania połowy. Czterolatek jednak nie powinien mieć z tym problemu. Nawet jeśli wiąże się to z przedłużeniem posiłku i wygłupami przy stole, rodzice powinni uzbroić się cierpliwość. Nikt nie ma wątpliwości, że dorośli całkiem sprawnie posługują się sztućcami, tak samo jak wszyscy jesteśmy pewni, że przy ich pomocy zupa zostałaby zjedzona szybciej. Nie jest to jednak wyzwanie dla nich, ale dla malucha, który z podobną sytuacją będzie musiał zmierzyć się przedszkolu.

Samodzielny znaczy dzielny

Usamodzielnianie dziecka to nie tylko małe, codzienne zmagania z sznurowaniem butów, sprzątaniem zabawek i szczotkowaniem zębów. To także nietypowe sytuacje, w których maluch uczy się nowych zachowań – mówi Grażyna Milewska z Kinderplanety. – Harce na placu zabaw pokazują, że można świetnie bawić się bez udziału rodziców. Jest to cenna lekcja samodzielności – maluch sam pokonuje przeszkody, wspina się na drabinki, a osiągając obrane cele nabiera pewności siebie – dodaje. Zabawa w małpim gaju to również świetna okazja do rozwijania umiejętności interpersonalnych. - W Kinderplanecie dzieci  mają możliwość zabawy z rówieśnikami i nawiązywania nowych znajomości – mówi Grażyna Milewska. – To świetny widok, kiedy maluszek sam przedstawia się koledze i proponuje wspólną zabawę – dodaje.

Nagradzamy, chwalimy, zachęcamy

Dzieci są dumne ze swoich małych sukcesów, zwłaszcza jeśli widzą zadowolenie rodziców. Warto to wykorzystać i zachęcać maluchy do  samodzielności. Chwalić za świetny wybór ubranek na wyjście, za zjedzony obiadek i umycie rączek. Warto też angażować malca w najzwyklejsze czynności, takie jak gotowanie, czy sprzątanie. Nawet jeśli brzdąc tylko podawał produkty, ale na koniec powiesz, że wspólnie zrobiliście ciasto, będzie naprawdę dumny.

Ja sam

Prędzej czy później dziecko wejdzie w etap, kiedy wszystko będzie chciało robić samodzielnie. Ważne jest, aby rodzice nie zniechęcili malucha swoją niecierpliwością lub ciągłym poprawianiem – mówi Monika Ćwiek, pedagog współpracująca z Kinderplanetą. – Każdy z nas wie, jak irytująca jest sytuacja, kiedy coś nam nie wychodzi. Maluszek, który uczy się wszystkiego od podstaw, musi być właściwie zmobilizowany i czuć wsparcie ze strony rodziców, żeby nie zniechęcić się do nauki – dodaje.

Początki są zawsze trudne, ważne aby się nie poddawać. Po kilkunastu nieudanych próbach wypicia soczku bez rozlewania, przyjdzie pora na sukces. Zmagania z zapinaniem guzików, też skończą się pomyślnie. Jednym dzieciom zajmie to więcej czasu, innym mniej. Warto jednak poczekać – na samodzielności korzystają nie tylko dzieci, ale również, a może przede wszystkim rodzice.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak zachęcić dziecko do nauki?

Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Zwykle barkuje im odpowiedniej motywacji. (fot. iStock)
Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Zwykle barkuje im odpowiedniej motywacji. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Można dziecko zmusić, żeby siedziało przy biurku, żeby wpatrywało się godzinami w podręcznik czy nawet żeby odrobiło lekcje, ale do nauki – nigdy. Maluch czy nastolatek będzie się pilnie uczyć tylko wtedy, gdy będzie mu to sprawiać przyjemność, gdy ta potrzeba zakotwiczy się na poziomie automotywacji. Jak zatem zachęcić dziecko do nauki?

Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Otóż wcale nie dlatego, że są leniwe czy mało pojętne. Przyczyn należy szukać w ich otoczeniu, a bardziej  konkretnie – w postawie dorosłych. Każde dziecko ma naturalną potrzebę zdobywania wiedzy. Rola rodzica polega tylko na tym, żeby go do tego nie zniechęcać. Oto wskazówki, które pomogą zachęcić dziecko do nauki:

Traktuj naukę dziecka jako rzecz świętą

Nie przerywaj mu, nie wołaj do telefonu, wyłącz wszelkie źródła dźwięku. Możesz mówić, że: dajesz mu kanapki z rybą, że musi spać dziewięć godzin, być dotleniony itp., żeby mógł się lepiej skoncentrować w szkole. Niech dziecko widzi, że traktujesz to bardzo poważnie.

Wprowadź zasadę, że wszystkie dzieci uczą się w tym samym czasie

Niech żadne wtedy nie ogląda telewizji i nie gra na komputerze, a telefony najlepiej jeśli zostaną wyciszone. To podstawowy błąd rodziców: pozwolić, by jedno z dzieci się bawiło, gdy drugie się uczy.

Pokaż mu, jak bardzo cenisz rozwijanie pasji

Samodzielnie napisany referat, research w książkach i internecie, zrobienie makiety – takie działania przyniosą dziecku więcej korzyści i satysfakcji niż przesiedzenie ośmiu lekcji w szkole.

W dni wolne staraj się rozszerzać wiedzę dziecka

Daj mu okazję, żeby błysnęło w domu tym, czego się nauczyło w szkole. Zabierz je do muzeum (nawet wirtualnie). Jeśli teraz uczy się o skałach, niech to będzie Muzeum Ziemi. Poznaje muzykę Chopina? Wykorzystaj to jako okazję do poznania Żelazowej Woli.

Naucz dziecko traktować naukę jak wyzwanie

Pokazuj mu, jak wartościowe jest robienie czegoś, czego jeszcze nigdy się nie robiło, a co wydaje się trudne. Np. piecz ciasta, które wydają się skomplikowane do zrobienia, rozwiązuj najtrudniejsze krzyżówki.

Wpajaj mu pogląd, że mądrość to coś, nad czym trzeba pracować

Jeśli uważasz, że ludzie po prostu rodzą się inteligentni albo nie, nie licz na to, że twoje dziecko będzie lubiło się uczyć. Po co ma to robić, skoro i tak od tego IQ mu nie wzrośnie?

Oceniając ludzi zmień kryterium

Na kryterium mądrości. „Marek jest bardzo mądry, prawda? Dużo czyta”. Kładź nacisk na wytrwałość, którą widzisz u innych, a nie na efekty.

Chwal dziecko za prawdziwy wysiłek i upór

Nigdy nie szafuj lekko rozdawanymi pochwałami, bo dziecko do nich przywyknie. Nie zachęcaj też dziecka do "oszukiwania" dla uśpienia poczucia winy.

Nie chwal dziecka za byle co, bo zrozumie, że masz niskie oczekiwania i nie cenisz wysiłku

W Europie mamy prawdziwą obsesję na punkcie poczucia wartości i chwalimy dzieci bez opamiętania, za wszystko. Gdy coś im przychodzi łatwo albo zrobiły byle jak i zostaną pochwalone – zniechęcą się do nauki.

Uważaj, jakie bajki czytasz maluchowi

Większość naszych tradycyjnych bajek swoją fabułę opiera na szczęśliwym przypadku, czyli sukces bohatera zależy od ślepego losu. Nie czytaj dziecku, że księżniczkę uwiezioną w wieży uwolnił książę, ale o tym, że przez wiele lat plotła linę z pajęczyny i sama się uwolniła.

Jak najczęściej mów dziecku o swoich błędach

I o tym, jak bardzo pomogły ci się nauczyć czegoś nowego. Wspominaj je z przyjemnością i mów, że były szansą do pokazania twojej wytrwałości.

Podkreślaj sukcesy, zamiast braków

Jeśli dziecko ma ogromne problemy z jednym przedmiotem, zachęć je, by na lodówce pojawiła się kartka: „Co już umiem”. Codziennie przed snem zapiszcie na niej to, czego dziś dziecko się dobrze nauczyło oraz to, w czym już jest kompetentne. Nawet jeśli to będą tylko dwie daty lub cztery słówka czy jedna definicja. Zwróć uwagę dziecka, jak szybko kartka się zapełniała, o ile stał się mądrzejszy przez te kilka dni.

  1. Psychologia

Metoda Montessori - pozwól dziecku samodzielnie rozkwitnąć

Metoda Montessori pozwala dzieciom rozwijać się we własnym tempie i według swoich możliwości. (Fot. iStock)
Metoda Montessori pozwala dzieciom rozwijać się we własnym tempie i według swoich możliwości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Nauczyciel nie jest wykładowcą z katedry, który przychodzi i sprawdza, czego się dziecko nauczyło. Jego rola polega na obserwowaniu ucznia, udzielaniu pomocy i budowaniu relacji zaufania – mówi pedagog Dorota Rotowska.

Czym się różni pedagogika Montessori od klasycznego systemu nauczania? Kluczem jest tu właśnie słowo pedagogika. W placówkach Montessori nie ocenia się stopnia opanowania pewnych umiejętności, lecz całościowy rozwój małego człowieka. Patrzy się na sferę intelektualną (umiejętności i wiedza), a także emocjonalną i duchową. To stanowi klucz do tworzenia tzw. przygotowanego otoczenia. Pierwszym jego czynnikiem jest przygotowanie dorosłych – nauczycieli i rodziców, bo przyjmując dziecko do placówki Montessori, przyjmujemy całą jego rodzinę. Rodzice, którzy wybierają taki model nauczania, decydują się na przyjęcie pewnych zasad i założeń. Na przykład, że dziecko rozwija się we własnym tempie i według swoich możliwości. Dzieci rozwojowo mają pewne predyspozycje, ale każde jest inne – przechodzą tzw. fazy wrażliwe i rolą dorosłego jest obserwowanie tego, co dla nich w danym momencie jest ważne i potrzebne. Jeśli to, co zaproponujemy dziecku w postaci pomocy rozwojowych czy aktywności, trafi w fazę wrażliwą, będzie ono przyswajało wiedzę w sposób łatwy, przyjemny i trwały.

Na tym chyba powinno to polegać…? Oczywiście, i choć jest to podejście słuszne, to jakże inne od tego, którego doświadczyli współcześni rodzice podczas własnej edukacji. W Polsce tradycje montessoriańskie są stosunkowo świeże. Dbamy o zrównoważony rozwój dziecka, a nie o to, żeby szybko opanowało alfabet czy tabliczkę mnożenia. Jeśli popracujemy nad równowagą rozwojową, dziecko samo z radością sięgnie po nowe kompetencje. Takie podejście wymaga zaufania ze strony rodziców, bo nie dostaną od nas informacji zwrotnej w postaci tradycyjnych ocen, nie sprawdzą, na której stronie podręcznika jest dziecko i w jakim stopniu opanowało materiał. Rodzice mogą za to z nami ściśle współpracować i obserwować ucznia i naszą pracę. Zachęcamy do tego. Wtedy wiedzą, co się dzieje z ich dzieckiem, a z drugiej strony czerpią pomysły na to, jak postępować z nim w domu.

To wymaga od rodziców zaangażowania. Tak. Im dziecko jest mniejsze, tym jest to ważniejsze. Przyjmujemy dzieci od 15. miesiąca życia i rodzice takich maluszków często uczestniczą w naszych spotkaniach. Z jednej strony pomagają nam „uczyć się” dziecka, z drugiej – mają okazję je obserwować i zauważać jego gotowość do samodzielności w różnych obszarach.

Dzieci uczą się też od siebie nawzajem. Czy temu właśnie służą mieszane grupy wiekowe? Między innymi. Pierwsza grupa to dzieci do 3. roku życia, następne grupy wiekowe to: 3–6, 6–9 i 9–12 lat. Ale nie oznacza to, że dziecko w dniu swoich trzecich urodzin jest automatycznie przerzucane do starszej grupy. Czekamy na moment, kiedy „nasyci się” pewnymi aktywnościami z grupy młodszej i jest gotowe do przejścia do grupy starszej. W klasach jednorodnych wiekowo szybko ustala się hierarchia i wyłania się „grupa trzymająca władzę”. W grupach mieszanych wiekowo struktura ciągle się zmienia, straszy rocznik odchodzi i młodszy przychodzi, więc kompetencje społeczne są wciąż budowane w oparciu o nowe środowisko. Każde dziecko przechodzi przez cały cykl – kolejno jest najmłodszym, średnim i najstarszym. W związku z tym w naturalny sposób uczy się współpracy ze starszymi i z młodszymi – bycia tym, który prosi o pomoc, podgląda i próbuje, oraz tym, który pokazuje, pomaga, radzi i jest autorytetem. Dzieci próbują własnych sił w różnych rolach i budują swoje poczucie wartości. Te z mocnym charakterem uczą się, że nie każdy im się podporządkuje, a słabsze – że mogą być autorytetem. Każde czerpie z tego wiele korzyści.

Jak wyglądają zajęcia? Założenia na każdym poziomie wiekowym są takie same, tylko rozwiązania inne. Na początku dnia jest praca własna, czyli każde dziecko zajmuje się aktywnościami, którymi jest zainteresowane i które sobie zaplanuje. Na poziomie przedszkola oznacza to, że jeśli dziecko chce np. przelewać wodę, to pod okiem nauczyciela przynosi sobie fartuszek, miskę i dzbanek i przygotowuje miejsce do pracy. Na wyższym poziomie planuje cykl czynności i ich kolejność – tworząc indywidualny system zarządzania czasem. Ma na to trzy godziny. To bardzo cenny czas, dzieci mogą się wtedy integrować z grupami różnymi wiekowo – np. sześciolatek może pracować z drugo-, czwarto- i szóstoklasistą, których też interesuje dana aktywność. Nauczyciele pomagają im zorganizować pracę oraz podsumować efekty na spotkaniu w kręgu. Dzięki temu dzieci uczą się współpracy i rozmowy. Później jest czas na zajęcia grupowe, związane z wymaganiami przedszkolnymi i szkolnymi – języki, gimnastyka, logopeda, religia dla chętnych, muzyka. Trzecia część dnia jest skoncentrowana na rozwoju predyspozycji w kółkach i sekcjach. Oferta jest bogata, ale dzieci mogą też same zorganizować i poprowadzić zajęcia na temat swoich zainteresowań. W międzyczasie jest codzienna rekreacja (przynajmniej 45 minut na świeżym powietrzu poza gimnastyką i wf-em).

Jakie jest zadanie nauczyciela? W Montessori nauczyciel nie jest wykładowcą z katedry, który przychodzi i sprawdza, czego się dziecko nauczyło, a następnie je ocenia, tylko osobą, która obserwuje dziecko, udziela niezbędnej pomocy i buduje relację zaufania. Dzieci mogą się do niego zwracać z problemami, szukać rady, pomocy i pocieszenia. To pozwala wyłapać trudności i zaradzić wielu problemom.

Ta sama rzecz w rękach nauczyciela Montessori będzie czymś innym niż w rękach nauczyciela tradycyjnego. W większości szkół mapy czy globusy stoją wysoko i tylko nauczyciel może ich używać. U nas pomoce naukowe służą nie nauczycielowi – aby mógł lepiej coś wytłumaczyć, są dla dzieci – aby mogły lepiej zrozumieć. Cechą pomocy montessoriańskich jest to, że są one bardzo dobrze przemyślane pod kątem tego, do czego mają służyć. I nawet bez nauczyciela dziecko może przez doświadczanie zdobywać wiedzę o świecie. Wszystkie pomoce dotyczą umiejętności związanych z obszarem praktycznego życia – od przewracania kartek, wiązania butów, przesypywania, nabierania łyżką, przez kształtowanie pojęć sensorycznych – związanych np. z wielkością, grubością, po kompetencje językowe, matematyczne i przyrodnicze. Dla przykładu – na lekcji gramatyki używamy kuli, która obrazuje czasownik, i ostrosłupa, który pokazuje rzeczownik. Czyli coś, co jest w ruchu, i coś, co jest stabilne. Gdy z pięcio- i sześciolatkami rozmawiamy o słowach oznaczających coś, co możemy zrobić i to, co możemy przynieść – odpowiednio turlamy kulę i stawiamy ostrosłup. Nie rozmawiamy o elementach gramatyki, tylko pozwalamy na zabawę, a dopiero później zaczynamy fachowo je nazywać. W przedszkolu dzieci układają też kwadraty liczb. Nic im nie mówimy o podnoszeniu do potęgi, tylko pozwalamy bawić się koralikami. Jeśli rząd z pięciu koralików położą obok siebie pięć razy, tworzą kwadrat liczby. W ten sposób dochodzą do umiejętności, które później tylko trzeba nazwać i rozwinąć. Ponieważ nie mamy systemu tradycyjnych ocen, pomoce zawierają element samokontroli – dziecko może sprawdzić, czy wykonało jakieś zadanie prawidłowo. Chodzi o to, żeby robiło coś przede wszystkim dlatego, że sprawia mu to przyjemność i odpowiada na jego potrzebę rozwojową. W ten sposób tworzymy wewnętrzny system motywacyjny. Nauczyciel cieszy się sukcesem razem z dzieckiem, ale go nie nagradza. Podaje rzetelną informację zwrotną, co wyszło dobrze, a nad czym trzeba popracować, i co ważne – jak to zrobić. I okazuje się, że dzieci nie potrzebują motywacji kijem i marchewką.

Pani obserwowała skuteczność metody też jako rodzic. Szukając przedszkola dla mojego wówczas trzyletniego syna, trafiłam wpierw do placówki waldorfskiej, a później do Montessori. Zakochałam się w tej metodzie, syna zapisałam do przedszkola, a siebie na kurs dla nauczycieli. I od razu zajęłam wakat asystenta, więc od początku byłam w roli nauczyciela i rodzica. Moi dwaj młodsi synowie są teraz w montessoriańskiej szkole podstawowej, dwaj starsi uczyli się w placówkach montessoriańskich do trzeciej klasy szkoły podstawowej (innej możliwości wtedy nie było). Jako najmocniejszy oceniają efekt przedszkola – w szkole wracały do nich wczesne doświadczenia z matematyki i gramatyki i dzięki temu rozumieli, czego się uczą. Edukacja Montessori bardzo pomogła im też pod względem społecznym – zyskali łatwość w budowaniu relacji z innymi, niezależnie od wieku. Po pierwszym miesiącu w szkole tradycyjnej jeden z nich został przewodniczącym szkoły, drugi – klasy. Wiedzę szkolną można zawsze uzupełnić, ale to umiejętności społeczne i emocjonalne decydują o tym, czy damy sobie radę w życiu.

Niektórzy rodzice zaczynają pod opieką państwa placówki prowadzić też tzw. edukację domową. W takiej sytuacji najważniejszy jest sposób podejścia do dziecka. Jeśli chcemy zaspokajać jego potrzeby, musimy przygotować do tego otoczenie. Składają się na to trzy aspekty: przygotowany dorosły, przestrzeganie reguł i praw oraz aspekt materialny, czyli to, co znajduje się w otoczeniu dziecka. O ile dwa pierwsze wymagają przemyślenia i podejścia, to trzeci narzuca konieczność pewnych udogodnień. Jeżeli chcemy, by dziecko uczyło się nakrywać do stołu, musimy zapewnić mu dostęp do naczyń, szuflady i stołu, co oznacza czasem potrzebę poprzestawiania rzeczy w mieszkaniu. Gdy chcemy wyrobić większą samodzielność u maluchów, powinniśmy też dostosować do rączek dziecka przedmioty codziennego użytku – kubek, grzebyk, szczoteczkę do zębów. Kolejna rzecz – wszystko robimy naprawdę, czyli dziecko nie dostaje zabawki pralki, tylko uczymy je obsługi prawdziwego urządzenia. Mój synek w wieku dwóch i pół roku potrafił już segregować pranie, wkładać do bębna i włączać program. Chodzi o to, by dziecko było zaangażowane w życie dorosłych – warto pokazywać mu, co może zrobić samodzielnie np. rozsypać coś, żeby dziecko mogło to potem zamiatać. Bo dla rodzica celem jest sprzątniecie, a dla dziecka sprzątanie, podoba mu się po prostu czynność zamiatania. Dobrze jest poznać etapy rozwoju dziecka i potrzebne aktywności. U nas w przedszkolu dzieciom najpierw pokazujemy, potem pozwalamy ćwiczyć umiejętność np. prasowania prawdziwym żelazkiem, żeby wiedziały, że jest gorące i trzeba uważać. Pod naszą opieką uczą się używać noża i nożyczek. Używają też szklanych naczyń i metalowych sztućców. Uczą się, że przewodzą ciepło, jak należy je trzymać, jak mocno można je ściskać. To są ważne doświadczenia.

Jakieś przykłady z pani domu? Mój najmłodszy syn nie miał łóżka, tylko materac, na który mógł sam wchodzić i spać wtedy, kiedy był zmęczony. Obrazki na ścianach były zawieszone na poziomie wzroku raczkującego malucha. Nie używaliśmy chodzików, tylko czekaliśmy, aż maluch sam zacznie chodzić. Jak coś nas niepokoiło w zachowaniu dziecka, zastanawialiśmy się najpierw, co takiego jest w otoczeniu czy w nas, co trzeba zmienić. Takie rodzicielstwo daje dużą frajdę, bo pozwala dobrze poznać swoje dziecko. Dziś wiem, że mam wspaniałe dzieci, które realizują marzenia i osiągają sukcesy. Nie moje oczekiwania, tylko swoje pomysły. Mogą próbować różnych rzeczy – doświadczają, ale i popełniają błędy, dzięki czemu poszukują siebie. Daję im poczucie, że jeśli tylko będą mnie potrzebowali, to jestem dla nich dostępna. Nie narzucam się, jedynie podrzucam pomysły, wycofuję się i obserwuję, co wybiorą. Jestem obecna w ich życiu, ale staram się ich nie osaczać. Jestem z nimi na ich zasadach, na tyle, na ile mi pozwolą.

To daje mi poczucie, że jestem OK – robię, co mogę, ale pozwalam dzieciom samodzielnie rozkwitnąć. Jestem szczęśliwa, bo widzę, jakie są i widzę, że każde jest sobą.

Metoda Montessori - opracowana przez włoską lekarkę, Marię Montessori. Kładzie nacisk na swobodny rozwój dziecka i przeciwstawia się systemowi szkolnemu, tłumiącemu aktywność dzieci, którego symbolem była dla Montessori „szkolna ławka”. Uważała, że głównym zadaniem pedagogiki jest wspieranie spontaniczności i twórczości dzieci, umożliwianie im wszechstronnego rozwoju fizycznego, duchowego, kulturowego i społecznego. Odkryła także zjawisko polaryzacji uwagi u dzieci. W 1907 roku otworzyła pierwsze przedszkole Casa Dei Bambini (Dom Dzieci).

Dorota Rotowska psycholog, pedagog, nauczycielka Montessori.

  1. Psychologia

Wybór kierunku studiów - jak pomóc dziecku w podjęciu dobrej decyzji?

Matury w tym roku później, jednak wątpliwości „co dalej?” już spędzają nastolatkom sen z powiek. (Fot. iStock)
Matury w tym roku później, jednak wątpliwości „co dalej?” już spędzają nastolatkom sen z powiek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Matury w tym roku później, jednak wątpliwości „co dalej?” już spędzają nastolatkom sen z powiek. Jak rozsądnie wspierać dzieci w wyborze kierunku studiów – pytamy Mikołaja Marcelę, nauczyciela akademickiego i autora książek.

Matury w tym roku później, jednak wątpliwości „co dalej?” już spędzają nastolatkom sen z powiek. Jak rozsądnie wspierać dzieci w wyborze kierunku studiów – pytamy Mikołaja Marcelę, nauczyciela akademickiego i autora książek.

Z powodu pandemii koronawirusa tegoroczne matury odbyły się później niż zwykle, a powtórki do egzaminów nie wyglądały normalnie... Jak pomóc swojemu nastoletniemu dziecku przygotować się na nowy etap w życiu? Przede wszystkim dbać o dobre relacje. Nasuwa mi się przykład dotyczący aktualnej sytuacji – konieczność prowadzenia lekcji online od razu ujawniła, jakie który nauczyciel ma relacje z uczniami. Od nauczyciela, którego nie lubią, którego się boją, niczego nie przyjmują. To samo dotyczy rodziców: relacja to baza, bez niej żadne wychowanie się nie uda. A co do matury, to generalnie uważam, że jest niepotrzebnym, a wręcz szkodliwym reliktem pruskiego systemu edukacyjnego, który dziś już się nie sprawdza.

Chciałoby się powiedzieć: "To zmieńmy system", i być może to się stanie, bo coraz więcej osób zauważa absurdalność matury i egzaminów jako takich.  Ja to zauważam od dawna. Podczas rekrutacji do programu Uniwersytet Najlepszych na Uniwersytecie Śląskim, w ramach którego jestem członkiem komisji rekrutacyjnej i tutorem, najcenniejsza jest rozmowa kwalifikacyjna. Nie sprawdzamy jednak konkretnej twardej wiedzy kandydata, ale co to za człowiek, jak myśli i kim chce być.

Czyli liczy się to, jakiego nastolatka wychowaliśmy, a nie czy umieliśmy zmusić go do nauki? Ale jednak trochę zmuszać trzeba. Zmuszanie to wyjątkowo zły pomysł. Badania pokazują, że mało skuteczne jest nawet motywowanie do nauki – zarówno za pomocą kar, jak i nagród. Generalnie – co pewnie może nam się wydać zaskakujące, ale jeśli spojrzymy na samych siebie, to już wcale tak nie będzie – uczymy się tego, czego sami chcemy się uczyć. Co więcej, narządem, który przyswaja wiedzę, jest mózg, a mózg nie jest wyłącznie organem biologicznym, lecz także... społecznym. A to oznacza, że podczas zabawy, ciekawej interakcji, miłej aktywności społecznej uczymy się łatwiej, więcej i chętniej. Przymus rodzi niechęć. Sytuację jeszcze pogarsza fakt, że mózg jest nastawiony na wyłapywanie wad, krytyki, ułomności, błędów. Gdy pochwalę cię dziesięć razy, a raz powiem, że zrobiłaś drobny błąd, to wrócisz do domu, obracając w pamięci tylko moją krytyczną uwagę. Krytyka zabija wszystkie pochwały.

Ale jednak nie każdemu nastolatkowi można ufać i zostawić wolność w przygotowaniu się do matury i studiów. Chcesz ze mną rozmawiać o studiach, egzaminach, a przecież edukacja zaczyna się w domu. I to edukacja na wszystkich polach, także na polu zaufania. Poprosiłbym rodziców, żeby powiedzieli, jak się czują, gdy w pracy szef nieustannie monitoruje ich pracę, pyta, co robili, dlaczego tak mało, kiedy wreszcie zaczną, kiedy skończą... To buduje zaufanie? Traktujmy młodych jak ludzi, a nie jak jakieś podstępne, leniwe istoty, które trzeba cały czas prowadzić za rękę. Chcesz móc ufać dziecku, to go zapraw w bojach. Pokazuj, że mu ufasz, i to zaprocentuje.

Już słyszę, jak rodzice, czytając to, co mówisz, prychają w duchu: "Nie znasz mojego nastolatka!".  Nie ma złych dzieci. W wychowaniu – tak samo jak w każdym innym obszarze – dostajesz to, co dajesz. Ufajmy, nie nadzorujmy.

W książce "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku" namawiasz rodziców, żeby przestali nadzorować naukę swoich dzieci. Nie pytali, co zdane, czy wszystko odrobione, ale spędzali z dziećmi czas... Tak, czas to najwyższe dobro, jakie rodzic może dać swojemu dziecku. Bez czasu nie zbuduje się relacji, a bez relacji nastolatek z żadnym problemem do ciebie nie przyjdzie.

Mikołaj Marcela, 'Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku' Mikołaj Marcela, "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku"

Samo spędzanie czasu wystarczy? A rozbudzanie ambicji, aspiracji, odpowiedzialności? Bez nadzoru wielu młodych ludzi zmarnuje życie i swoje możliwości. A jeśli nastolatek interesuje się jedynie Instagramem i grami?  To niech się interesuje. Instagram czy gry to normalne zainteresowania i można w ich ramach rozwijać swój potencjał. Dziś każdy obszar życia, nawet taki, który jest obcy rodzicom, może być źródłem wiedzy, a w przyszłości zarobkowania. Młody człowiek powinien móc popróbować wszystkiego. Ja grałem na perkusji, dla moich rodziców musiało to być nie do zniesienia, ale wytrzymali. Nie zostałem muzykiem, ale tamte doświadczenia, zwłaszcza akceptacja i wsparcie rodziców, fakt, że nigdy mi nie zarzucili, że to czysta strata czasu – ukształtowały wiele moich najważniejszych cech.

Zgodnie z koncepcją pedagogiki pozytywnej najważniejsze to dzieciom nie przeszkadzać. Czy sądzisz, że skoro dziecko nie chce iść na studia, to nie należy go wypychać? Nie podoba mi się słowo „wypychać”, ale uważam, że należy zachęcać do studiowania. Można powiedzieć tak: „Słuchaj, studia to pierwszy etap edukacji, gdy wreszcie ktoś będzie słuchać, co masz do powiedzenia, czasami będziesz też mógł sobie wybrać przedmioty, sposób zaliczenia, to dla ciebie wielka szansa rozwoju. Spróbuj, zobacz, jak działają studia, a jeśli ci się nie spodoba, to zrezygnujesz”.

Czyli jednak studiowanie ma według ciebie sens? Ma głęboki sens, bo daje możliwość rozwoju, buduje poczucie własnej wartości, rozszerza widzenie świata. Chodzi tylko o to, żeby rodzice nie wybierali maturzystom konkretnych kierunków. „Masz studiować medycynę, prawo, architekturę, bo to da ci pieniądze, pozwoli żyć na wysokim poziomie” – co to za komunikat?! Dziś nie ma dobrych i złych studiów, po prostu spróbuj, a może ci się spodoba.

A jeśli to studiowanie nie wypali? Wielu młodych zaczyna studia, ale ich nie kończy. To normalne i trzeba o tym szczerze mówić. Wszyscy nieustannie próbujemy. Studia to najlepsze miejsce na rozwój, ale zawsze możemy się na takim wyborze przejechać. Uczymy się tego przez całe życie.

Jednak rodzice chcą też zapewnić dzieciom wykształcenie, które da im w przyszłości możliwość dobrego życia. Życiowe doświadczenie mówi im, że pewne zawody dają większą gwarancję zatrudnienia niż inne. Tak? Jakie? Rodzice nastolatków muszą zmierzyć się z prawdą o współczesnym zatrudnieniu. Żaden młody człowiek nie ma szans na pracę w jednym zawodzie przez całe życie. Bez względu na to, jakie skończy studia. Będzie zmieniać pracę kilkanaście razy, będzie się wiele razy uczyć nowego zawodu Zwłaszcza dzisiaj, w świecie po pandemii COVID-19 i z rosnącą rolą uczenia się maszynowego. Gdy posłucha się futurologów i osób, które monitorują to, co dzieje się na rynku pracy, uwagę zwraca wysokie prawdopodobieństwo tego, że absolwenci kierunków humanistycznych i artystycznych łatwiej odnajdą się w nowej rzeczywistości. Sam jestem humanistą i widzę, jak wiele istotnych zdolności i kompetencji uzyskałem na filologii polskiej czy filozofii. Żadne studia dziś nie zapewniają w przyszłości wysokich poborów, a specjaliści z zakresu edukacji nie mają wątpliwości, że najważniejszą kompetencją w najbliższych latach będzie zdolność szybkiego i efektywnego uczenia się nowych rzeczy.

Na co zwracać więc nastolatkowi uwagę przy wyborze studiów? Na to, co go interesuje. Polecam książkę „Uchwycić żywioł” Kena Robinsona. Odkrycie swojej pasji zmienia w życiu wszystko. Najważniejsze, żeby robić to, co sprawia nam frajdę.

Czyli każdy nastolatek ma jakiś talent, tylko musi go znaleźć. Jak mu w tym pomóc? Najlepsze wyjście to tutoring, czyli edukacja spersonalizowana. Ta metoda skutecznie namierzy mocne strony każdego nastolatka.

Na czym ona polega? To cykl spotkań z tutorem, który ma dla młodego człowieka czas, zbuduje z nim dobrą relację, zapewni bezpieczną przestrzeń do rozmów, omówi niepowodzenia, ale pod kątem pozytywów. Przede wszystkim jednak pomoże mu w realizacji jego celów, bo ma do tego kompetencje. To jest praca jeden na jeden na głębokim potencjale młodego człowieka.

Jednak dla wielu rodziców spersonalizowany tutoring zawsze będzie poza zasięgiem. Czy masz domowy sposób na odkrycie talentów mojego nastoletniego dziecka? Mam, i składa się na niego kilka komponentów: czas, wspieranie nastolatków w ich pomysłach, przestrzeń i umożliwienie próbowania wielu rzeczy. Rozumiem to w następujący sposób: dajcie swoim dzieciom wolny czas po szkole, nie zaganiajcie ich do zadań domowych, niech sobie robią, co chcą. Nawet niech się ponudzą i zmarnują trochę czasu. I niech szukają tego, co ich kręci. Szkołę zostawcie w szkole, tak długo, jak wasze dziecko zalicza wszystkie przedmioty. I pomagajcie tylko wtedy, kiedy dziecko o to poprosi. Na pewno nie próbujcie nad nim wisieć ani go kontrolować, czy robi wszystko, co było zadane i czy ma same wysokie oceny. To najgorsza taktyka, najbardziej zabójcza dla każdego potencjału.

Twoje poglądy momentami brzmią bardzo idealistycznie, ale każda idea wydaje się absurdalna, zanim stanie się popularna. Może ta nasza rozmowa zasieje zmiany w sposobie myślenia i o systemie edukacji, i o traktowaniu młodych ludzi. To nie jest podejście idealistyczne, to opieranie się na naturalnych procesach uczenia się. Obecna edukacja jest całkowitym wypaczeniem takiego sposobu nauki. Myślę, że moje poglądy są raczej powrotem do źródeł. Przypomnijmy sobie, jak wyglądała edukacja w starożytnej Grecji, a więc zaraz na początku rozwoju naszej nauki: bez podstaw programowych, ocen, zadań domowych i testów. Był dialog, wymiana myśli, sztuka stawiania pytań i szukania odpowiedzi – przy użyciu logiki oraz za pomocą eksperymentu. A wszystko to w ramach budowania głębokich relacji między mistrzem a uczniem. To chyba brzmi lepiej niż edukacja w obecnej szkole, prawda?

Mikołaj Marcela, nauczyciel akademicki, wicedyrektor kierunków sztuka pisania, filologia klasyczna i mediteranistyka na Uniwersytecie Śląskim. 

  1. Psychologia

Zagubione dzieci, zestresowani rodzice, przestarzała szkoła - edukacja w pandemii. Nie dajmy się zwariować!

Nauka przez internet to przyszłość, warto się z nią oswoić (Fot. Getty Images)
Nauka przez internet to przyszłość, warto się z nią oswoić (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Nauczanie zdalne w ostatnich miesiącach naprawdę może zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtuje taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda i powietrze. A co za problem powiedzieć: „połowę z tego wyrzucamy i już”. To naprawdę nie będzie miało żadnych negatywnych następstw – mówi psycholożka dr Aleksandra Piotrowska z Wydziału Pedagogicznego UW.

Nauczanie zdalne w ostatnich miesiącach naprawdę może zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtuje taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda i powietrze. A co za problem powiedzieć: „połowę z tego wyrzucamy i już”. To naprawdę nie będzie miało żadnych negatywnych następstw – mówi psycholożka dr Aleksandra Piotrowska z Wydziału Pedagogicznego UW.

Nauczyciele zadają lekcje na potęgę, rodzice pilnują, żeby dzieci je odrobiły, a one albo się podporządkowują, albo buntują. Wydaje mi się, że nauka online w polskim wydaniu dużo mówi o naszej edukacji w ogóle. Całkowicie się z panią zgadzam. Ta wyjątkowa sytuacja pokazuje, nomen omen jak w zwierciadle, wszystkie słabości naszej edukacji, poczynając od tego, że zawsze spora część pracy związanej z opanowaniem treści była cedowana przez szkoły na rodziców – co teraz widać niezwykle wyraźnie – a kończąc na pruskim podejściu do nauczania. Rośnie mi ciśnienie, kiedy słyszę pana ministra opowiadającego, że 95 proc. szkół świetnie radzi sobie ze zdalną edukacją. Albo gdy słyszę wypowiedź jednego z kuratorów: „Nauczyciele narzekają na brak komputera? A przecież mają komórki, mogą uczniom wysłać SMS-em numery stron i zadań”. Całkowite niezrozumienie, czym jest edukacja!

A czym jest? Edukacja to taki trójkąt równoboczny, w którym jedno ramię stanowią nauczyciele i wszyscy pracownicy szkoły, drugie – uczniowie, a trzecie – rodzice. I wszystkie te ramiona muszą ze sobą ściśle współpracować. My, rodzice, nie możemy wykazywać się potulnością i pokorą wobec absurdów, jakie ze szkoły płyną. Dziwię się też bardzo nauczycielom, że pozwalają na to, żeby odium tego zamieszania związanego z nauką przez internet spadło na nich.

Nauczyciele nie mają wyjścia, są rozliczani, w dziennikach elektronicznych widać, co zapisują. I zgodnie z teorią dziobania dziobią tego, kto niżej, czyli uczniów. Ta teoria rzeczywiście dokładnie się tu sprawdza. Nauczyciele od dawna są zastraszaną i sponiewieraną grupą, w związku z czym gotowi są podejmować takie właśnie pseudoaktywności, byleby zwierzchnicy dostali informację, że ich zalecenia zostały wprowadzone w życie. Decydentom chodzi o to, żeby przebieg tego roku szkolnego nie był zakłócony, jeśli chodzi o terminy, i większość nauczycieli dała się w tę nieuczciwą grę wmanewrować. Bo naprawdę to tak pięknie wygląda wyłącznie w ministerialnych sprawozdaniach.

Dlatego rozsądkiem muszą wykazać się rodzice? Tak, dobrze by było, żeby zweryfikowali przeświadczenie, że ich obowiązkiem jest wywiązywanie się z absurdalnych zadań narzuconych przez szkołę. Podam przykład: rozmawiam z kobietą, i to z Warszawy, więc wydawałoby się, że tu powinno być z techniką lepiej, samotną matką czwartoklasisty, która nie dysponuje ani drukarką, ani skanerem. W większości polskich rodzin są komputery, laptopy, ale nie ma drukarek i skanerów. I ta matka mówi mi, że właśnie skończyła przepisywać 12. stronę karty pracy, bo jak zaalarmowała nauczyciela, że jej dziecko nie może wywiązać się ze zleconych zadań ze względu na brak drukarki, to usłyszała: „To może wziąć pani kartkę i przepisać to, co wysłałam”. No to przepisała, a nawet przerysowała, bo na tej karcie były też rysunki, dziecko miało ją uzupełnić i potem ona musiała wysłać to do nauczyciela. To jakaś paranoja! Częściowo mogę usprawiedliwić nauczycieli, którym mówi się, że są obibokami, że mają trzy miesiące wakacji, więc oni robią wszystko, żeby się wykazać.

Rodzice powinni się zbuntować? Tak, powinni się zbuntować, ja ich bardzo do tego namawiam. Powinni odmówić wykonywania nierealnych w takich warunkach zadań, które teoretycznie są zadaniami dla dzieci, ale dzieci z różnych powodów nie mogą ich wykonać bez udziału rodziców.

Pewnie rodzice mają ochotę, żeby się zbuntować, ale wiedzą, że zapłaci za to dziecko. Tak, bo dostanie gorsze stopnie, zdobędzie mniej punktów na egzaminach. Ale nie ma innej rady. Możemy apelować też do dyrekcji szkół, choć dyrektorzy w ogromnej większości przypadków wchodzą w tę grę i zaczynają udawać przed zwierzchnikami, że jest świetnie. Rodziców powinien skłonić do tego zdrowy egoizm, bo przecież mają swoje obowiązki zawodowe, często teraz wykonywane zdalnie, a nie jest normą w polskich rodzinach, że każdy członek ma swoje narzędzie elektroniczne, natomiast bawienie się w odrabianie pracy domowej na smartfonie to koszmar. Zdarzają się dzieci, które same radzą sobie znakomicie, ale takich jest co najwyżej 1 proc., natomiast cała większość musi mieć dostęp i do narzędzi, i mieć obok siebie dorosłego, który będzie nie tylko wyjaśniał, tłumaczył, ale także zachęcał, motywował.

Ta sytuacja może generować mnóstwo napięć, pogłębiać niechęć dzieci do nauki? Może. Nasze władze oświatowe mają cudowne zdolności do demotywowania dzieci. Ich poczynania zmierzają do tego, żeby nawet bardzo dobrzy uczniowie ziali nienawiścią do szkolnej nauki, co nie tłumi przecież zainteresowań poznawczych dzieci, natomiast powoduje, że coraz rzadziej kojarzą szkołę z miejscem, które odpowiada na ich zainteresowania. I to jest dramatyczne! Przecież w Centrum Nauki „Kopernik” każdemu dziecku błyszczą z zaciekawienia oczy, jeśli może samo coś odkrywać, ale na pewno nie stanie się to w trybie tak zwanej zdalnej edukacji, czyli w takim kształcie, w jakim to się teraz odbywa.

Przymusowe nauczanie online obnaża to, jak anachroniczna i przestarzała jest polska szkoła, jak schematycznie, odtwórczo uczy. A może, paradoksalnie, uświadomienie sobie tej prawdy to dobra strona nauczania zdalnego, bo zapoczątkuje jakieś zmiany? Oby. Niestety, w nas, dorosłych, jest duża doza myślenia, że „za moich czasów to było świetnie, nikt się mną nie przejmował, nie zaszkodziło mi nawet to, że mnie lali, w sumie na dobre mi to wyszło”. Jest w nas zgoda na transmisyjny model funkcjonowania szkoły, gdzie wiadomości z głowy nauczyciela jak na taśmie przepływają do głowy uczniów, uważamy, że to świetny model, jedyny możliwy. Ciągle nie kupiliśmy – jako społeczeństwo, jako rodzice – prawdy, że edukacja to organizacja uczenia się, a nie mechaniczne przekazywanie wiedzy. Oczywiście, mamy garstkę nauczycieli zapaleńców i ja wierzę, że ta grupa będzie z każdym rokiem się powiększała. Mamy także światłych rodziców, co pokazał chociażby ruch wokół ukrócenia prac domowych. Jeszcze przed kryzysem prace domowe w większości polskich domów były zarzewiem konfliktów, sprawiały, że relacje między rodzicami a dziećmi nie układały się dobrze. A to, co się teraz dzieje, jeszcze bardziej może je pogorszyć. U rodziców mogą budzić się najprostsze mechanizmy obronne: „To nie moja wina, to dzieciak się nie stara, marnuje czas”. Tymczasem oskarżanie dzieci nie ma nic wspólnego ze wspomaganiem ich rozwoju, a przecież to właśnie powinniśmy robić.

Zawsze powinno się stanąć po stronie dziecka? Może nie używajmy wielkiego kwantyfikatora „zawsze”, bywają różne przypadki, ale w większości jest tak, że opory dziecka są zasadne, że ono nie ma nic przeciwko zdobywaniu wiedzy w ogóle, tylko nie chce jej nabywać w taki sposób, takim kosztem. Rodzice, którzy zastanawiają się, jak dokręcić mu śrubę, tak naprawdę stają po stronie opresyjnego systemu. Symptomatyczne jest to, że jak jestem zapraszana na spotkania z rodzicami, to jednym z najbardziej pożądanych tematów do rozmowy jest to, jak motywować dzieci do nauki. Czyli tak naprawdę chodzi o to, jak zmusić dzieci do tego, żeby robiły to, co im się każe.

Może rodzice, widząc teraz, ile dzieci mają pracy, zweryfikują swoje wymagania? Tak rzeczywiście mogłoby się stać, gdyby kierowali się uważnością na swoje dzieci, analizowali, w jakiej one znajdują się sytuacji. Wtedy tygodnie domowej edukacji mogłyby stać się dobrą okazją do obserwacji, jak nauczanie szkolne wygląda naprawdę. Ale ja się obawiam, że rodzice nie nawykli do tego, żeby cały dzień uczestniczyć w ciężkiej pracy dziecka, bo do tej pory uczestniczyli tylko w jego pracach domowych. Dlatego mogą odczuwać przede wszystkim narastające pretensje do własnych dzieci, oskarżać je, że się nie starają. Niedostatku intelektu raczej im nie zarzucą, bo sądzą, że dziecko odzwierciedla ich intelekt, więc tu na pewno mu niczego nie brakuje. „Zdolny, ale leniwy” to określenie funkcjonuje w większości polskich rodzin. Mówimy o uczeniu się, ale już sama obecność dziecka z rodzicami na niedużej przestrzeni sprawia, że relacje wewnątrzrodzinne mogą teraz być burzliwe.

Jak pomagać dzieciom przetrwać ten czas? Rozmawiać o sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, o trudnościach, które na nas spadły. Dzieci muszą wiedzieć, w jakim świecie funkcjonują, nie wolno ukrywać przed nimi prawdy, bo one potem w tym świecie muszą żyć. Ale, na Boga, w trosce o swoje dzieci i o komfort własnego życia powinniśmy się przeciwstawiać absurdom, a nie je w bierny sposób akceptować, zaganiając całą rodzinę do odrabiania lekcji. To niedobry pomysł.

No, ale zdać maturę trzeba, i to dobrze! Wiele inteligentnych dzieci kwestionuje sens wkładania wielkiego wysiłku w to, żeby jak najlepiej zdać maturę. A rodzicom coraz trudniej znajdować argumenty, żeby je przekonać, że procent zdobytych punktów ma rozstrzygające znaczenie dla ich przyszłości. Bo może 40 lat temu ukończenie dobrej uczelni dawało pewne gwarancje dobrej pracy, ale dzisiaj nie daje. Dzisiaj lepiej radzić sobie w życiu, wykonywać ciekawszą pracę, wieść szczęśliwsze życie mogą ludzie, którzy potrafili w pewnym momencie odrzucić presję szkoły. Nie chcę powiedzieć, że tak trzeba robić, tylko uzmysłowić, że dzisiaj dobra szkoła i dobra edukacja nie gwarantują sukcesów zawodowych i dobrego życia. Dzieci to chyba zauważają częściej niż rodzice. A jakaż to tragedia będzie się wiązała z tym, że dziecko nie dostanie się do renomowanego liceum?

Taka, że nie dostanie się na dobre studia. No to się nie dostanie, pójdzie na inne, a te wymarzone zrobi później, w trybie zaocznym. Dla wykonywania niektórych rodzajów pracy nie ma aż takiego znaczenia, jakie studia skończę. Mój syn przez wiele lat pracował w Hewlett Packard i miał szefową, która była po filologii klasycznej. Może ważniejsze od studiów jest to, żeby ukształtować człowieka o przydatnych w życiu umiejętnościach, który umie dostrzegać wokół siebie niespójności, realne problemy, umie krytycznie myśleć, a nie człowieka, który pokazuje dyplomy 18 kursów. Z przykrością muszę powiedzieć, że celują w tym nauczyciele, którzy łapią każde dodatkowe szkolenie, jeśli tylko wiąże z uzyskaniem certyfikatu, by potem wpisać je sobie do CV.

Świat wyglądałby inaczej, gdyby dzieci miały możliwość odkrywania w szkole swoich pasji, a nie wkuwały na pamięć? Ludzie na pewno byliby wtedy zdrowsi psychicznie. Ze światowych badań dotyczących nerwic, chorób psychicznych wynika, że najwięcej kłopotów w tym zakresie bierze się stąd, że ludzie są niezadowoleni ze swojego życia, nieszczęśliwi. I zdarza się to wśród dobrze uposażonej klasy średniej. Więc jeśli o godzinie 22 dociera do dzieci na Librusie pięć zadań z chemii, które mają być zrobione na następny dzień (autentyczne!), to każdy normalny rodzic w takiej sytuacji prosi o zamknięcie komputera i pójście spać. Tymczasem co na ogół robimy? Nerwowo rzucamy się do podręczników, żeby zgłębić temat i zrobić zadania z dziećmi albo za dzieci.

Co powiedzieć tym wszystkim zestresowanym rodzicom? Miejcie odwagę mówić „nie”. Oceniajcie, co w tych warunkach jest rozsądne i możliwe do zrobienia, a jeśli sądzicie, że nie jest, odmawiajcie, czyli informujcie nauczyciela, że tego wasze dziecko nie zrobi, bo nie ma takich możliwości. W ten sposób będziecie wspierać dzieci, ale – paradoksalnie – także nauczycieli.

Bo nauczyciele odważą się powiedzieć „nie” zwierzchnikom? Tak, ale myślę, że ta odwaga powinna zacząć się od rodziców.

Co można zmienić od zaraz w nauczaniu online? Gdyby szkoła działała racjonalnie i była nastawiona nie na usatysfakcjonowanie władz oświatowych, tylko na dzieci, to zdalna edukacja mogłaby być fajną okazją do rozwinięcia ważnych umiejętności. Można na przykład wyznaczać czteroosobowe grupki, których skład będzie się zmieniać co parę dni, i zamiast tych nieszczęsnych kart ćwiczeń, zlecać opracowanie zagadnień w grupach. Dzieci miałyby wtedy okazję nabyć kompetencje, które są w życiu ważne.

Na przykład? Na przykład możliwości współpracowania z każdym, nie tylko z ulubionym kolegą, z którym dziecko zna się od żłobka. Bo to niezwykle ważne, żeby człowiek umiał pracować z każdym, kogo życie postawi mu na drodze. Przy okazji można realizować merytoryczne zagadnienia, ale nie jakieś bzdurne treści. No i byłaby, choć w części, zaspokojona potrzeba relacji z rówieśnikami, której dzieciom tak bardzo dzisiaj brakuje.

To dla nich chyba najbardziej dotkliwy brak. Słyszałam o świetnej inicjatywie nauczycieli  pewnej szkoły społecznej, którzy skrzykują wieczorem na platformie komunikacyjnej swoich uczniów na tak zwane dobranocki. Polegają one na tym, że nauczyciele mówią o swoich pasjach, a uczniowie opowiadają, co u nich się dzieje, śmieją się, dowcipkują. Cudowna inicjatywa! To muszę też pochwalić się, co robi szkoła mojego wnuka, ucznia trzeciej klasy. Otóż każdego dnia, dzięki aplikacji Zoom, mają kontakt pod wodzą wychowawczyni, który nie służy jednak realizacji treści programowej, ale rozmowie, opowiadaniu, co kto fajnego robił, z czym ma kłopoty. Nauczycielka pomyślała o tym, choć dla ośmiolatków potrzeba bycia w grupie nie jest aż tak silna jak dla nastolatków.

Co możemy zrobić, żeby w tym ciężkim czasie wspomóc dzieci? Wesprzeć je w zaplanowaniu dnia, uwzględniając czas na rozrywkę i odpoczynek. Organizować wspólne dla wszystkich domowników ćwiczenia fizyczne, treningi. Zachęcać dzieci do kultywowania swojego hobby w warunkach domowych. Te miesiące naprawdę mogą zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtują taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i, nie daj Boże, do dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się te nieszczęsne podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda czy powietrze. A co za problem powiedzieć: „Połowę z tego wyrzucamy i już”, to nie będzie miało żadnych negatywnych następstw. O to rodzice powinni zabiegać.

Płynie dla nas z tych zdalnych lekcji coś pozytywnego? Może to, że dzieci, rodzice i nauczyciele, przymuszeni sytuacją, przekonają się do idei zdalnej edukacji, zobaczą, że to kolejne narzędzie, które może wspomagać w nauce. Teraz ta forma jest źródłem utrapienia, płacimy za nią wysoką cenę, ale tak naprawdę potencjał nauczania zdalnego jest bardzo duży.

Aleksandra Piotrowska, psycholożka, dr psychologii na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas. Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła? Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka? Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność? Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką? Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana? Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi? Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową. Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej? Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie? To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała? Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz? Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu? Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie? Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza. Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi? Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia. Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim? Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu? Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”? Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda. Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne? Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę? Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi? Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata? Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.