fbpx

Brak „atrakcji” największą zaletą wakacji z dzieckiem

Brak „atrakcji” największą zaletą wakacji z dzieckiem
fot.123rf

Dwójka dzieci, mama, surowy krajobraz Hiszpanii, a do tego brak zasięgu, telewizora czy odtwarzacza multimedialnego, nie mówiąc już o marnym aquaparku. Oto zapis swoistego eksperymentu, który odpowie nam na pytanie, czy bez dostępu do nowych technologii i mnóstwa atrakcji można się nie nudzić.
Żyjemy tak jak większość. Szybko. Nieuważnie. Niecierpliwie. Wciąż gdzieś się spieszymy. Odhaczamy kolejny miesiąc, dziwiąc się, że znów Boże Narodzenie, dmuchanie świeczek na urodzinach dzieci, my – rodzice – coraz starsi. „Pospiesz się, Klara, nie zdążysz na konie”. „Jurek, masz źle spakowany plecak, przecież wiesz, że po szkole nie wracasz już do domu, tylko jedziesz prosto na zajęcia!”. „Co robimy w weekend? Zaplanujmy coś”. Wiecznie jest plan. Działanie. I, niestety, pośpiech.

Co będziemy tu robić?

Malaga. Stary dom na wzgórzu i małżeństwo, które mieszka tu od wielu lat. Ona Dunka, on Hiszpan – postanowili przenieść swoje życie tutaj. Owce, kozy, psy, koty i cisza. Stajesz przed domem i widzisz tylko góry. Kot leniwie wyciąga się w słońcu, a z daleka dobiegają odgłosy kóz. „Dlaczego one mają dzwonki na szyi?” – pyta Klara. A za chwilę: „Tu nic nie ma, mamo. Co będziemy tu robić?”. Dobre pytanie. Nie ma Wi-Fi. Telefon traci zasięg. Zero telewizora, ani milimetra odtwarzacza multimedialnego czy śladu technologii. Najbliższe miasteczko 20 kilometrów stąd, serpentynami w dół daje czas około 45 minut drogi. Aquaparki i inne atrakcje czynne poza sezonem, nawet gdybyśmy zdecydowały się na dłuższą wyprawę do miasta. Tylko dom, wokół góry, dwa psy i kot. Tylko czy aż?

„Ja sobie poradzę” – myślę, spoglądając z niepokojem na jedną książkę, którą przywiozłam, a dzieci? Przyzwyczajone do innego życia, aktywne, lubiące zmiany i różnorodność bodźców, z zaplanowanym zajęciami tygodniem, odwiedzinami gości, iPadami, grami i tym podobne? Oszaleją przez tydzień, a ja z nimi.

Użyj wyobraźni

Pierwszy dzień przypomina scenę ze „Shreka”, gdy osioł co chwila pyta „kiedy dojedziemy?”, wciąż słyszę pytania „kiedy coś zrobimy?”. Coś znaczy: gdzieś pojedziemy. Robię rekonesans okolicy i przegaduję sprawę rozrywek z gospodarzami. Przyzwyczajeni zapewne do podobnych śmiesznych pytań, wymieniają jakieś parki rozrywki. To jest, ale nieczynne. To zaczyna sezon w marcu, a tamto w kwietniu. Generalnie nie ma nic poza czymś, co przypomina zoo i znajduje się poza Malagą. A ja mam wizję siedmiu dni w domu na pustkowiu z dwójką dzieci, które przyjechały na wycieczkę do Hiszpanii.

„Wow, ale atrakcja, pójdziemy do zoo, słyszysz K.?” – mówi jedna dziesięciolatka do drugiej z przekąsem i obie parskają śmiechem. „Chyba żartujesz, mamo”. Nie, nie żartuję i biorę głęboki oddech. „Musicie sobie zorganizować zabawę TU”. „Przecież tu nie ma nic!”. „To użyjcie wyobraźni”. „Wszyscy musimy jej użyć” – dodaję w myślach.

I co? Następnego dnia stoję na tarasie i oglądam niebo, które zmienia swój kolor z turkusowego na ciemnogranatowy, rozpoznaję już owce, które pasą się pod nami, całe stado białych i jedna czarna. Po jednodniowym fochu przychodzi Klara i opowiada mi, że dzwonki odstraszają wilki i że jej ulubiony to ten mały czarny. Przyglądamy się kotu, odkrywając jego żółte źrenice, które pod wpływem słońca są jak pionowe kreski – jak to możliwe, że nigdy wcześniej nie widziałam, że tak wyglądają słoneczne oczy kota? Idziemy na piknik w góry z kocem i truskawkami pokrojonymi w kawałki, bitą śmietaną i plastikowymi miseczkami. Ziemia jest spalona, w pupy wbijają nam się wysuszone rośliny, trudno nam znaleźć miejsce, w którym koc leży poziomo, a nie zsuwa się po zboczu. Nogi mamy podrapane gałęziami, wciąż zsuwamy się z góry i upadamy, a nigdzie nie ma wymarzonej trawy na wymarzony piknik. Ale gramy w kalambury, wspinamy się na drzewa, wymyślamy historie, które kontynuuje kolejna osoba, a przede wszystkim rozmawiamy. „Wiesz, co jest tu najlepsze, mamo?” – mówi nagle moja córka. „Co, córeczko?”. „Że nie masz telefonu”.

Proste, końskie życie

Nie mając nic, mamy wszystko. Zyskujemy uwagę, czas, wyobraźnię, siebie. Odkrywamy smak marchewki z boczkiem i cebulą. Uczymy się robić paellę, a Klara przechodzi test owoców morza. „Tato, zjadłam ośmiornicę” – krzyczy do niego przez telefon. „I vongolę!”. Gotujemy ziemniaki starym sposobem naszych babć, wkładając je z masłem w garnku pod koc. Wymyślamy, co zrobić z resztek w lodówce, wiedząc, że na zakupy musiałybyśmy wybrać się do miasta. Nagle nikomu się nie chce ruszyć z miejsca, zyskujemy swój rytm.

Daję się namówić na zabawę w konie, buduję swoją stajnię pod białą ławą, zamiast światła zapalamy świeczki, mój koń to Inez, a jej Lara, nie wiedziałam, że w stajni dzieje się tyle rzeczy! Nawet miłość, bo przecież stajenni też mają swoje życie tutaj. „Mamo, ty jesteś koniem, a nie Marzeną” – krzyczy Klara, gdy interesuje mnie bardziej narracja stajennej, która zakochuje się w hiszpańskim jeźdźcu. „Aha, szkoda” – mruczę pod nosem i wracam do swojego końskiego życia. Uczę się głaskać kota, by nie wbijał swoich małych pazurków w mój ulubiony sweter, oglądam zachody i wschody słońca, wymyślamy nazwy gwiazd i marzenia. Nie wiedziałam, że moja córka ma tak oryginalne marzenia. A swoich nie znałam prawie wcale.

Zatem jeśli nie wiesz, co zrobić ze swoją latoroślą, zostaw telefon, komputer, gry i plany, zabierz gdzieś tylko siebie i dziecko, a może czeka was najpiękniejsza przygoda, tak jak nasza teraz. Niech będzie najprościej. Powtarzamy wciąż, że nowe pokolenie będzie inne niż my. Uzależnione od multimediów, wirtualne, niepełnosprawne społecznie. Nie wiemy, jakie będzie. Jedno jest pewne: w każdym pokoleniu prawdziwej relacji z człowiekiem nie zastąpi żaden gadżet. Wiem, to banał, ale warto sobie o tym stale przypominać.

Małgorzata Ohme psycholog dziecięcy i rodzinny, założycielka portalu dla kobiet ohme.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze