Batch cooking – zalety gotowania „na później”

Batch cooking, czyli gotowanie seryjne jest coraz częściej wykorzystywaną praktyką. (Fot. iStock)

Moda na gotowanie przyniosła wiele zmian, w tym pożegnanie z przekonaniem, że dobre jedzenie wymaga codziennego wystawania godzinami przy kuchni. W nową filozofię wpisuje się zrehabilitowana idea „gotowania na później”, z angielska zwana batch cooking.

Lato to czas zdrowego odżywiania, jedzenia warzyw, nieprzejadania się i niekupowania żywieniowych śmieci. W wakacje łatwo dbać o dietę. Niestety, ich koniec oznacza
powrót do galopu szkoła-dom-praca. Wtedy wielu z nas wraca do zgubnych nawyków: wychodzenia rano bez śniadania, kupowania gotowych dań, kalorycznej drożdżówki z budyniem na obiad, jedzenia na stojąco byle czego od Pana Kanapki, podbierania leżących na recepcji u lekarza cukierków i dojadania pokonferencyjnych ciasteczek. Ale wcale nie musi tak być! Wystarczy planować, przygotowywać i przechowywać posiłki na cały tydzień. Ten znany nam z PRL-u zwyczaj doczekał się dziś prawdziwego renesansu.

Gotowanie „na później”

Pięćdziesiąt lat temu mój wujek został zmuszony przez rodzinę do zerwania zaręczyn, ponieważ jego narzeczona robiła coś, co oburzało moją prababcię – gotowała obiad na trzy dni. Skandal! W tamtych czasach w dobrym towarzystwie niemile widziane było już gotowanie na dwa dni, i to tylko w wyjątkowych sytuacjach. Podobno narzeczona wujka miała też inne wady: przygotowywała świetne nalewki (tylko źle prowadząca się kobieta interesuje się alkoholem) i, o zgrozo, kazała wujkowi robić weki. Dziś myślę z rozrzewnieniem o mojej niedoszłej wujence, prekursorce tak modnego dziś batch cookingu, czyli gotowania seryjnego, po staropolsku – „na zaś”. Żal mi, że nigdy jej nie poznałam.

Jak w każdym obszarze życia, do batch cookingu można podejść w różnoraki sposób:

Gotowe dania. Gulasze i smak na zupę mroziły już nasze mamy. Dodawały potem do tego skrobię: makaron, ryż, ziemniaki albo kaszę plus surówki, co sprawiało, ze posiłek wydawał się świeżo ugotowany i niemający nic wspólnego z wczorajszym.

Półprodukty. Kiedyś funkcjonowało w żywym języku słowo „podszykować”. Dziś królują półprodukty, czyli nie do końca zrobione, ale gotowe do wrzucenia, połączenia, zagotowania czy zmiksowania jedzenie. Zgrillowane zamrożone warzywa są tego wspaniałym przykładem. Przygotowane raz na jakiś czas w dużej ilości.

Wymiana jedzenia. Ponieważ lubię wszystko, co ma aspekt towarzyski, ta idea pociąga mnie szczególnie. Robisz jedno danie, które ci najlepiej wychodzi, albo które lubisz, i wymieniasz się z grupką znajomych na coś, co oni zrobili. Na pewno znajdziesz przynajmniej dwie osoby, z którymi to się uda. Zapytaj w pracy, kto by się wymienił na jedzenie. Zdziwisz się, jak wiele osób to podchwyci.

Weki w spiżarce

Jolanta Naklicka-Kleser, autorka książki „Zdrowe przetwory”, do tych trzech sposobów dorzuca czwarty: dobrze zaopatrzoną spiżarnię: – Gdy masz w niej zdrowe, własnoręcznie zrobione weki z pysznymi potrawami, które uwielbia cała rodzina, obiad zrobisz w 15 minut. Przecież wszyscy wiemy, że o daniu decydują dodatki. Aromatyczny słodziutki keczup z mango, wyrafinowane w smaku pesto z kolendry czy tak uwielbiane przez nasza florę bakteryjną kiszone rzodkiewki, zawekowane pikle (wszystkie przepisy autorka podaje w książce)… To jest moje gotowanie na zaś. Wystarczy otworzyć słoik, a dowolne białkowe danie nabiera absolutnie niepowtarzalnego smaku, charakterystycznego tylko dla mojego domu. Na przykład tortilla posmarowana keczupem z mango.

Mnie wekowanie wydaje się najokropniejsze ze wszystkich możliwości „gotowania na zaś”: nudne, żmudne, brudne i do tego niebezpieczne, bo można się poparzyć wrzącą wodą. Autorka „Zdrowych przetworów” odczarowuje moje negatywne widzenie: – Wekowania, jak wszystkiego, co się chce robić dobrze, trzeba się nauczyć. Jeśli przy pierwszym podejściu nie nauczysz się żelaznych zasad obowiązujących przy wekowaniu, nie zabieraj się do niego. Zmarnujesz czas, energię elektryczną i produkty.

Zatem po pierwsze, naczynia muszą być wysterylizowane. Umyte wkładasz do piekarnika na 100 stopni i sterylizujesz około 15 minut. Po drugie, zakrętki czyste, sterylne i nowe. Stara i wygięta pokrywka nie zadziała tak jak powinna. Po trzecie, wkładaj do słoików gorące przetwory. Jolanta Naklicka-Kleser w książce umieściła przepisy zawierające możliwie najmniejsza, lub żadna, ilość konserwantów (cukier, sól, ocet). Sama stawia na pasteryzacje, i to na sucho. Czyli po czwarte, zamknięte szczelnie słoiki wkładasz do piekarnika na 120 stopni. I gotowe. – Czy to jest trudne? – pyta pani Jolanta. Skorzystałam z przepisu na pikle i polecam.

Tajemnice porcjowania

Weki rozwiązują też problem porcjowania, co jest dla mnie szczególnie ważne, bo najtrudniejszym zagadnieniem w przygotowywaniu jedzenia na później czy zamrażaniu była dla mnie zawsze odpowiedz na pytanie: ile mam tego zrobić?

Ale że nie wszystko można zawekować, opracowałam też własny system porcjowania. I tak: nie zamrażam niczego w wielkich plastikowych pojemnikach, bo będę musiała odmrozić całość. Lepiej jest mrozić w porcjach. Zupy i sosy wlewam do pergaminowych foremek na mufinki, a gdy są już zamrożone, przekładam do jednej papierowej torby. Oczywiście, cokolwiek mrożę, wekuję, kiszę lub suszę – wyraźnie to podpisuje. Zdarzyło mi się obserwować odmrażający się gulasz przez bite dwie godziny i do końca nie domyśliłam się, co to jest. Poza tym w zamrażalniku mam stałe „rejony przechowywania”. Chleb (świetnie się mrozi i szybko sam odmraża), warzywa, sosy, zupy – wszystko ma tu wydzielone miejsce. Dzięki temu nie tylko mogę sięgać po nie w ciemno, ale i łatwiej mi zaplanować kolejną sesję gotowania. Ciesze się, że weki nie są dziś koniecznością tylko mądrym wyborem, a podszykowywanie jedzenia wyrazem zdrowego rozsądku, a nie byciem niechlujną.

Zalety batch cookingu

Oszczędzasz czas – jeśli gotujesz tylko raz w tygodniu, przygotowanie jedzenia zajmuje ci około czterech godzin, czyli 34 minuty na każdy dzień tygodnia.

Mniej wydajesz – nasze finanse cierpią najbardziej, gdy robimy coś kompulsywnie. W rezultacie masz w domu rzeczy, których nie zużyjesz. Dlatego planuj zakupy na cały tydzień i kupuj wyłącznie to, co masz na liście.

Zawsze jesteś przygotowany – nawet gdy wrócisz z pracy czy uczelni na ostatnich nogach, zdołasz doczołgać się do spiżarki lub lodówki i wyjąć pudełko z pęczakiem i grillowanymi warzywami czy wek z chutneyem z kurkumą i kolendrą.

Wszyscy w domu jedzą mniej – cokolwiek porcjujesz do przechowywania – odmierzaj. „Porcje odmierzone są mniejsze, nie ma dokładek, trzeba się nauczyć jeść wolniej, bo tylko tyle na dziś mamy” – mówisz sobie i domownikom.

Zużywasz mniej energii elektrycznej – rzadziej otwierasz lodówkę, włączasz mikser, blender, kuchenkę elektryczną, krajalnicę, termomiks niż gdybyś przygotowywał każdy posiłek od zera. Dlatego maksymalnie wykorzystuj kubaturę piekarnika. Ile blaszek zmieści się jedna nad drugą? Cztery? Niech każda będzie zajęta: bataty, brukselka, dynia, brokuły. Pieczone warzywa są cudownym składnikiem wielu sosów, gulaszy i zup.