1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pasja pisania

Pasja pisania

Na kursach twórczego pisania nie da się zdobyć talentu. Można go poszukać, nauczyć się warsztatu i... Zmienić swoje życie

Zawsze chciałam napisać książkę – opowiada Ula, organizatorka kursów Pasja Pisania. – Nosiłam ją głęboko w sobie i nie potrafiłam wydobyć. Aż siostra przywiozła mi ze Stanów kilka podręczników kreatywnego pisania. I zobaczyłam, że są zasady, według których można  nauczyć się pisać.

Nazwę wymyśliła w czasie spaceru z psem. Mąż kupił jej serwer i domenę. O pomyśle opowiedziała koleżankom – Magdzie i Basi. Magda od zawsze chciała być pisarką. – Jako nastolatka napisałam opowiadanie na konkurs do „Świata Młodych” – wspomina – ale kiedy przeczytałam tekst, który zajął pierwsze miejsce, zarzuciłam pisanie. Po latach zdałam na informatykę i cybernetykę, ale miłość do książek pozostała. – Magda opowiadała, że w Anglii są kluby książki, w których ludzie spotykają się i rozmawiają. Powiedziałam: stwórzmy taki klub!

Basia chciała zmienić pracę, Magda uruchomić się zawodowo. Pasja Pisania stała się faktem. Zaczęły od strony internetowej. Kilka miesięcy czytały,  tłumaczyły fragmenty podręczników, korespondowały z organizatorami podobnych kursów w Anglii. Poznawały formułę. Gdy znalazły prowadzącą, zorganizowały kurs. W planach mają też kursy specjalistyczne – reportażu, romansów, science fiction. Program jest jeden: motywacja, planowanie powieści, tworzenie postaci i dialogu, fabuła i poprawki.

Na każdych zajęciach są omawiane dwa teksty. Ludzie prezentują to, co napisali, uczą się przyjmować uwagi i poprawiać. Zasady są takie: każdy z uczestników zajęć podaje dwa argumenty za i dwa przeciw, okazuje się, że coś, co jednym się podoba, inni krytykują. Każdy musi odpowiedzieć sobie na pytanie, co mu się w tej pracy podoba, a co nie. To uczy słuchać swojego głosu i opowiadać swoją historię.

Nie ma powrotu do dawnego życia

– Wpisałam w Internecie hasło „pasja” i odkryłam Pasję Pisania – opowiada Kornelia. – Od dziecka marzyłam, że będę pisarzem. Życie potoczyło się inaczej – zaszłam w ciążę, musiałam zrezygnować z technikum i sprostać obowiązkom żony i matki. Zostałam krawcową, ale marzenie tliło się we mnie.
Wróciłam do niego, gdy odchowałam dzieci.

– Na Śląsku to wciąż jeszcze niezwykłe, że kobieta robi coś sama dla siebie – kontynuuje. – Ludzie dziwią się, że mąż mi pozwolił. A ja jestem wolnym człowiekiem. Kiedyś mój syn powiedział: Mamo, nie dawaj mi rad, co mam z moim życiem zrobić, bo ty ze swoim nic nie zrobiłaś. To mnie zmotywowało. Co tydzień wstaję przed 4 rano, by zdążyć na pociąg, o 9 jestem już w Warszawie.

Na pierwszych zajęciach było prawie 20 osób, połowa się wykruszyła.
Kornelia: – Ludzie chcieli prowadzenia za rękę, a tu potrzeba samodzielności. Mało teorii, dużo pisania i rozmawiania. Na początku bałam się krytyki, ale zrozumiałam, że jest dobra. Wcześniej byłam z moimi tekstami tak silnie emocjonalnie związana, że nie chciałam ich pokazywać ani zmieniać. Dlatego utknęłam z powieścią, którą zaczęłam kilka lat temu. Teraz wyjęłam ją i skreślam całe akapity.

Marzenia stają się planem

 – Wcześniej czekałam na wenę, a teraz mówię sobie: musisz się zorganizować, siadam i piszę – mówi Kornelia. – A mam dom, ogród, trójkę dzieci, szyję – to moja druga pasja. I daję radę. Czuję, jakbym w końcu dorosła. Jakbym się wewnętrznie wyprostowała.

– Kurs naprowadza: przeczytaj to, sprawdź tamto, ale resztę trzeba zrobić samemu. Usiąść i napisać. I tu można znaleźć do tego motywację. Zmienia – ja jestem już kimś innym – dodaje. – Nie mogę tak po prostu wrócić do dawnego życia. Teraz myślę, że dobrze się stało, bo do tego pisania dojrzałam. Już wiem, co chcę ludziom opowiedzieć.

Moja historia miłosna

– Moja historia jest długa i krótka – stwierdza Joanna. – Długa, bo literaturą interesuję się od dawna. A krótka, bo kiedy dzieci dorosły, zaczęłam pisać i doszłam do wniosku, że powinnam się dokształcić. I znalazłam ten kurs w Internecie.

Z zawodu jest nauczycielką angielskiego. W wolnym czasie pisze i śpiewa. – Śpiewanie jest proste, pisanie trudne – podsumowuje. – Przekazać siebie w słowach. Dla mnie to ciężka praca. Co prawda napisałam książkę. Ale teraz myślę, że to dobrze, że jej nie wydałam. Za dużo słów, opisów, które nic do książki nie wnosiły.

 

Talentu nie da się zdobyć na kursie. To rodzaj wyobraźni i wrażliwości, którą się ma albo nie. Ale można zyskać świadomość rzemieślnika.

Joanna: – Zajęcia zaczynają się od wprowadzenia teoretycznego, potem są ćwiczenia. Gdy tematem była „akcja”, przedstawialiśmy ją z punktu widzenia bohatera wiodącego, potem drugoplanowego. Na zajęciach z fabuły tekst przedstawialiśmy w kilku różnych formach narracji. I okazało się, że to więcej niż zmiana gramatyczna. Że całą sytuację należy pokazać z punktu widzenia innej osoby.

Na początku bała się, że będzie najstarsza. – I jestem – śmieje się Joanna. – I świetnie się bawię. Poza tym gdzie ja bym taką Kornelię spotkała? Zaprzyjaźniłyśmy się. Po wakacjach obie idziemy na drugi poziom.
 

Blog, miniatury, książka

– Odkąd pamiętam, rzeczywistość odbierałam jak powieść. Zawsze snułam w sobie różne historie. Uważałam, że mam za mało doświadczeń, żeby się wypowiadać o życiu. Potem przyszły dzieci. Ale może dzięki temu czerpię teraz z tego dużo satysfakcji.

Na początku zastanawiała się: wolna sobota, czy mi się będzie chciało jechać z Ursusa? Teraz pędzi na spotkanie ciekawa, co kto napisał. – Każdy pisze inaczej – podsumowuje Joanna. – Z Kornelii wypływają historie. Ja piszę i wciąż poprawiam. Teraz wszystkie swoje pomysły zawiesiłam i piszę na konkursy. Pierwszy właśnie wygrałam – Konkurs Małych Form Prozatorskich „Wrzenie” 2009. I piszę dalej. To moja pasja. Gdy jestem w domu i mam chwilę, od razu siadam i piszę. Bloga (mierzyczas.blog.onet.pl), miniatury na konkursy, książkę. Wymyślam, przelewam na papier i albo mi to wychodzi, albo nie. Ale to moja głęboka potrzeba twórcza.

W roli małego detektywa

– Poczułam, że dojrzałam do tego, żeby zacząć pisać – zwierza się Dominika. – Znalazłam Pasję Pisania i pomyślałam – mam 32 lata, nie mam dziecka, nie mam męża, kiedy, jeśli nie teraz?

Z wykształcenia jest politologiem, pracuje w jednym z programów edukacyjnych Unii Europejskiej. Pisze, odkąd pamięta. – Mój tata pisał – tłumaczy. – Od małego znam maszynę do pisania, teksty i kalki. Kiedy tylko nauczyłam się stawiać litery, zaczęłam pisać. Wiersze, gazetki, w końcu kabarety. Od dwóch lat wraz z przyjaciółmi piszę bloga (odzizas.blogspot.com). Pisanie pomaga mi utożsamiać się z rzeczywistością.
– Na kurs poszłam po to, żeby poznać samą siebie, innych ludzi i nauczyć się czegoś nowego – wyjaśnia. – I nauczyłam się obserwacji, konstruowania opowieści. Otworzyło mnie to i pozwoliło na większy dystans. Nie denerwuję się już na siebie, że nie umiem czegoś opisać, tylko szukam sposobu. I ćwiczę oszczędność słów.

Były zajęcia o fabule, narracji, bohaterze. – Wcześniej historia płynęła ze mnie – wspomina Dominika. – A teraz buduję ją bardziej świadomie. Czuję się jak dzieciak w sklepie z zabawkami, który uczy się, jak może się tym wszystkim bawić. Bo ten sam wymyślony przeze mnie bohater może grać rolę główną albo drugoplanową. To niesamowite tworzyć taką postać, a potem obracać nią w kilku równoległych światach.
To niewątpliwie pozwala inaczej spojrzeć na życie.

– Zwracam uwagę na sceny i bohaterów – opowiada. – Tak powstała Pani Janeczka. Zobaczyłam ją, gdy wysiadałam z metra. Wyglądała tak, że miałam ochotę podbiec, uściskać, zaprosić na kawę z mlekiem i słuchać. Promienna istota, lat około 80. Najcudowniejsza pani, jaką widziałam. I gdy mieliśmy opisać bohatera, opisałam właśnie ją. A teraz ma już moją historię – syna, wnuka...

Szykuje się na drugi poziom kursu po wakacjach. Dominika: – Żeby dalej odkrywać siebie i innych. Bo gdzie poznałabym tyle różnych umysłów i punktów widzenia? To żywa powieść! A przez te wolne miesiące może wrócę do starych tekstów na blogu i nad nimi popracuję? Ale nie stawiam sobie żadnych zadań. Po raz pierwszy w życiu robię coś bez nastawiania się. Tylko obserwuję, jak się z tym miewam. Dumna jestem z tego, że mi się to udaje. Że po prostu się tym cieszę. Rok temu bym nie potrafiła. Ten, kto pisze ten mój scenariusz, idealnie to wymyślił. 

Warsztaty kreatywnego pisania pomagają:

  • poznać siebie, swoją wrażliwość
  • zaakceptować swoją niedoskonałość
  • poczuć się przyjętym przez grupę
  • wyodrębnić siebie na tle innych
  • zauważyć niepowtarzalność każdego człowieka
  • przełamać lęk przed oceną i krytyką
  • przezwyciężyć dążenie do perfekcji
  • uczyć się na błędach
  • zauważać dobre i złe strony wszystkiego
  • skupić się na swoim głosie, swoim pragnieniu
  • przestać spełniać oczekiwania innych
  • zaufać sobie i sile twórczej
  • otworzyć się na świat i na innych ludzi

Więcej informacji na stronie www.pasjapisania.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Motanki – ludowa forma autoterapii 

Motanki Ziarnuszka i Bogacz. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)
Motanki Ziarnuszka i Bogacz. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Pradawne słowiańskie lalki były formą talizmanu. Motane z nici i skrawków materiału, wypełniane słomą, roślinami albo ziarnem miały strzec domowników przed złymi duchami, pomagać ciężarnym i matkom w opiece nad dziećmi, ochraniać podróżnych, wspierać gospodynie w prowadzeniu domu. Arteterapuetka Aneta Grzegorzewska pracuje z lalkami słowiańskimi od niemal dziesięciu lat i nieustannie zachwyca ją piękno oraz moc symbolicznych znaczeń ukryta w niewielkim gałgankowym ciałku motanki.

Aneta Grzegorzewska (Fot. Archiwum prywatne Anety Grzegorzewskiej) Aneta Grzegorzewska (Fot. Archiwum prywatne Anety Grzegorzewskiej)

Motanki są nadal bardzo popularne w Ukrainie, Białorusi czy Rosji. Czy wiemy jaką funkcję pełniły dawniej słowiańskie lalki? Czym lub kim były dla ówczesnych ludzi? Tradycja związana z motankami przekazywana była ustnie i dopiero w XX w. zaczęto zbierać informacje na ich temat. Na Ukrainie tradycja motania lalek jest przebadana najdokładniej i tam korzeni tej tradycji upatruje się w kulturze trypolskiej z III-V w. p.n.e. To jest czas, kiedy figurki boginiczne pojawiały się na całym świecie. Badacze sugerują, że lalki nawiązywały do kultu Wielkiej Matki, która w tradycji słowiańskiej przerodziła się w kult bogini Mokosz. Motanki były związane z wieloma słowiańskimi obrzędami obchodzonymi w trakcie cyklu rocznego. Chociażby nasza Marzanna, która też jest mocno osadzona w temacie lalkowym. Motanki towarzyszyły ludziom także na co dzień, przede wszystkim w ważnych momentach przejścia, takich jak ślub czy narodziny dziecka. Symbolizowały drogę rozwoju człowieka, wzmacniały życzenia i intencje. Współcześnie Motanki odwołują się do kobiecego pierwiastka, mocy kreacji i tworzenia, boskiej sprawczości. Według mnie są spotkaniem z czymś pierwotnym, co znajduje się głęboko w nas.

Mamy tu bardzo wiele wątków, co tylko pokazuje ile w jednej motance było skumulowanych symboli i znaczeń. Wszystkie związane są z kobiecością. Czy to oznacza, że tylko kobiety mogły motać lalki? W niektórych regionach uważano nawet, że dziewczyna może robić motanki dopiero w momencie, w którym zacznie miesiączkować. Tradycja motania lalek od początku była zarezerwowana wyłącznie dla kobiet i dzisiaj również słowiańskie lalki motane są głównie przez kobiety.

Lalka Rodzina, na płodność i opiekę. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalka Rodzina, na płodność i opiekę. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Lalka spiralna, rodowa. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalka spiralna, rodowa. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Nierozłączki. Lalki ślubne. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Nierozłączki. Lalki ślubne. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Gdzie po raz pierwszy spotkałaś się z  motankami? Jak one do ciebie trafiły? Nasze spotkanie zaczęło się bardzo magicznie. W tamtym czasie robiłam porządki w swoim życiu i mieszkaniu. Zawsze miałam tendencję do gromadzenia tkanin, byłam związana z tekstyliami hobbystycznie i zawodowo. Zastanawiałam się co zrobić z tymi wszystkimi materiałami. I usłyszałam w sobie słowo „motanki”, które przyszło do mnie z głębi duszy. Zaczęłam szukać informacji w Internecie. Wcześniej nie słyszałam w ogóle o lalkach słowiańskich, ale ten temat od razu mnie wciągnął. Bardzo szybko sama zaczęłam robić motanki. Wydaje mi się, że motanie było mocno wpisane w moje korzenie, ale to nie dotyczy tylko mnie. Kobiety, które trafiają na moje na warsztaty i zaczynają robić swoje lalki często opowiadają, że motanie jest dla nich czymś bliskim i bardzo znajomym.

Motanki spełniały bardzo wiele zadań, każda z nich odpowiadała za coś innego. Czy możesz opowiedzieć o najbardziej popularnych rodzajach lalek? Były lalki Otulaczki, które robiono dla nowonarodzonego dziecka i umieszczano w kołysce. Najczęściej wykonywano je z nasączonych zapachem i energią kawałków ubrań należących do rodziców. Otulaczki motano z intencją ochrony i wsparcia, wierzono, że lalka mogła przyciągać do siebie złe moce, by ochronić dziecko. Było to związane z ludowym bestiariuszem, w słowiańskim świecie na każdym rogu czaił się jakiś demon i czyhało coś złego, dlatego wytwarzano przedmioty, które pełniły rolę amuletów. Było też mnóstwo motanek związanych z macierzyństwem i płodnością. Jeśli w domu było dużo dzieci, które dobrze się chowały, to taką lalkę przekazywano z pokolenia na pokolenie. Była też motanka Wieduczka, czyli lalka wiodąca, którą dorastająca dziewczynka otrzymywała od swojej matki. Przedstawiała ona dużą postać kobiecą, która trzymała przed sobą mniejszą laleczkę, obie były połączone dłońmi. Taka motanka przekazywała błogosławieństwo całego kobiecego rodu. Kiedy dziewczyna była gotowa do zamążpójścia przygotowywała dla siebie lalkę z długą szyją, oplecioną 7 lub 9 wstążeczkami. Nakładając każdy z pasków dziewczyna wizualizowała cechy, które miał posiadać jej przyszły mąż. Taką motankę wystawiano w oknie i była to informacja dla świata i swatów, że w chacie mieszka dziewczyna na wydaniu. Były też lalki przejścia, które z jednej strony symbolizowały młodą dziewczynę, a z drugiej dojrzałą kobietę. Matka albo babka przygotowywała taką motankę dla córki lub wnuczki, żeby oswoić ją z momentem przejścia z jednego stanu w drugi. Były też lalki obfitości. Ziarnuszka to korpulentna i okrąglutka motanka, którą przygotowano każdego roku po żniwach, gdy spełniła swoje zadanie rozplątywano ją, ziarno którym była wypełniona wysiewano na polu, a resztki lalki palono.

Pierwotnie lalki były wykonywane przez matki i babki dla rodziny i najbliższych, były symbolem ochrony i wsparcia. Dziś najbardziej popularne są motanki, które tworzy się z osobistą intencją. Żadanica ma spełniać życzenia, powierza się jej określone zadanie dotyczące spraw duchowych, wartości i marzeń.  Dla mnie motanki to przede wszystkim lalki intuicyjne.

Jak wygląda sam proces motania lalek. Czy są tu jakieś wytyczne, co do materiałów czy samego sposobu motania? Lalki motamy z osobistych tkanin, najlepiej takich, które dobrze nam się kojarzą i są nośnikiem dobrej energii. Kiedyś ceniono przede wszystkim materiały należące do przodków, wierzono, że za ich pośrednictwem otrzymujemy wsparcie całego rodu. Dziś ważna jest też idea przetwarzania i nadawania tkaninom nowego życia. Jest również zasada, która mówi o tym, że lalki ubierają się same, że to nie my, tylko one decydują o swoim wyglądzie. Oprócz naturalnych tkanin do motania lalek wykorzystujemy także rośliny oraz związaną z nimi symbolikę. Jeśli chcemy pracować z tematem kobiecości, możemy skorzystać z dzikiej róży. Jeśli potrzebujemy się doenergetyzować, możemy sięgnąć po mięte. Gdy chcemy się oczyścić i szukamy równowagi, to dobry będzie piołun albo krwawnik. Ziarnuszki wypełniane są z kolei ziarnem zbóż, kaszy, grochu czy fasoli, które symbolizują nowe życie, związane są z czasem wzrostu i rozwoju, a także obfitości i sytości.

Lalki motane są w jednym ciągu czasowym, nie na raty. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalki motane są w jednym ciągu czasowym, nie na raty. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Motanki tworzone są ręcznie, bez użycia ostrych przedmiotów, aby „nie ukłuć losu”. Sposób, w jaki je przygotowujemy sprawia, że lalki przechowują moc dobrych myśli i ciepło ludzkich dłoni. Technika motania wiele mówi też o tym, w jaki sposób możemy traktować siebie -  w sposób łagodny, miękki, z uważnością. Motanie nie jest czynnością techniczna, na każdym etapie wpływamy na ostateczny kształt lalki. Dla mnie motanki to przede wszystkim lalki intuicyjne. Poddając się procesowi motania, możemy  po prostu przyjrzeć się sobie. Motanie jest symboliczne na każdym poziomie: to jakie kolory mnie przyciągają, jaką postawę przyjmie lalka, którą zrobię, jakiej będzie wielkości - wszystko ma tu ogromne znaczenie. Z motankami jest podobnie jak z baśniami, jest w nich zapisana ludowa mądrość. Jeśli uważnie przyglądamy się słowiańskim lalkom i świadomie z nimi pracujemy, możemy odkryć w nich bardzo wiele znaczeń.

Lalki tworzymy w jednym ciągu czasowym, nie przerywamy etapu motania, co oznacza, że nie porzucamy swojego marzenia. Gotową lalkę obdarowujemy prezentem, to może być koralik czy tasiemka, a że w motankach wszystko ma znaczenie, ten symboliczny upominek pokazuje też, czym ja siebie obdarowuje, dzięki czemu ta moja intencja, z którą tworzę lalkę będzie mogła się spełnić. Kiedy podejmujemy decyzję o tym, że chcemy zrobić motankę, to tak naprawdę decydujemy o tym w jakimś kierunku wyruszamy. I to jest kluczowe. Samo przygotowywanie motanki daje możliwość przyjrzenia się sobie. Zawiązując każdy supełki na lalce afirmujemy miłość, szczęście, radość, zdrowie. Lalki trzeba robić przede wszystkim wtedy, gdy jesteśmy w pozytywnym nastroju. Dawne przekazy mówią, żeby motanki tworzymy na przybywającym księżycu, czyli w czasie, w którym wzrasta energia. Ja uważam, że ważniejsze jest to jak się czujemy. Jeśli dobrze, możemy przystąpić do motania.

Trzy archetypy kobiecości. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Trzy archetypy kobiecości. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Dlaczego lalkom nie nadawano żadnego oblicza i czy wszystkie motanki nie mają twarzy? Ludowe przekazy mówią, że gdyby lalki je miały, to zajęłyby się swoimi sprawami. A zadaniem motanki jest wspieranie naszej intencji. Dawniej uważano, że oczy są zwierciadłem duszy, przez które w lalkę mogłoby wniknąć coś niedobrego. Żeby intencja była chroniona i dobrze zamknięta motankom nie nadawano rysów twarzy. Dla mnie to ma znaczenie psychologiczne, z którego wynikała mądrość naszych babek. Twarzą lalki staje się intencja, w której można się przejrzeć, zobaczyć siebie i swoje dążenia. Kiedy motanka nie ma rysów, pracuje też nasza wyobraźnia, a my możemy zwizualizować nasze wewnętrze stany.

Ale są też lalki ukraińskie z charakterystycznym krzyżem przeplecionym na twarzy, który pierwotnie symbolizował życie i  był elementem równowagi między światem materialnym i duchowym, energią kobiecą i męską. Ukraińskie motanki odwoływały się prawdopodobnie do świata bogów, dlatego często ich głowy skierowane były w stronę nieba, czyli duchowości.

Co działo się z laleczką po wymotaniu? Lalkami, które były robione z osobistą intencją nie należało się chwalić, nie mogły ich również dotykać obce osoby. Co innego Ziarnuszka czy Bogacz, te motanki stawiano przy piecu, czyli tam gdzie dawniej gromadziła się rodzina, w miejscu będącym symbolicznym sercem domu.

A gdy uznano, że motanka spełniła swoje zadanie? Podstawowy przekaz mówi o tym, że gdy lalka spełni nasze marzenie, to należy oddać ją naturze – spalić lub zakopać w ziemi. Jest to zamknięcie etapu, ale pokazuje również, że od początku do końca odpowiadamy za to, co powołałyśmy do życia.

Z tego o czym opowiadasz można wysnuć wniosek, że lalki słowiańskie pełnią dziś przede wszystkim funkcję autoterapeutyczną. Faktycznie tak jest? Lalki słowiańskie traktuję jak ludową psychologię. Można oczywiście zrobić motankę nie zagłębiając się w jej symbolikę, ale według mnie w momencie, w którym połączymy się z tą wielowiekową tradycja, to już zacznie na nas w jakiś sposób działać. Każda lalka ma znaczenie, dlatego można z nimi pracować na różne sposoby. Jeśli robimy Ziarnuszkę to pojawia się temat obfitości, z kolei lalka przejścia pozwala z jednej strony pracować i zatroszczyć się o nasze wewnętrzne dziecko, z drugiej pobudzić radość i kreatywność.

Podczas warsztatów obserwuję w jaki sposób kobiety pracują z motankami i które lalki robią na początku. Niektóre uczestniczki zaczynają od lalki przedstawiającej Babę Jagę, co można odczytać jako takie archetypiczne stanięcie w swojej wewnętrznej mocy. Dla innych kobiet najważniejsze będzie zaopiekowanie się swoim wewnętrznym dzieckiem. Ważne, aby  poczuć gotowość w sobie, wiedzieć z jakim tematem chcemy pracować i jaki obszar jest dla nas ważny.

Wspominałaś, że pracujesz nad książką, która będzie poświęcona motankom. Na naszym rynku brakuje takiego wydawnictwa. W Ukrainie powstało całkiem sporo publikacji poświęconych lalkom słowiańskim. Są prace badawcze i zbiorowe, często spisują je same twórczynie. Zajmuję się motankami już dziesięć lat i uznałam, że książka będzie zwieńczeniem mojej pracy z nimi.

Aneta Grzegorzewska prowadzi na Facebooku stronę „Motanki - słowiańskie lalki mocy”, poprzez którą można zapisywać się na warsztaty tworzenia słowiańskich motanek.

  1. Styl Życia

Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne) Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego wybiera pan slow travel, czyli powolną podróż koleją, skoro samolotem można dolecieć szybciej i więcej zobaczyć w tym samym czasie? Dziś wiele osób lata na przykład na 10 dni do Chin. Nasze życie zmieniło się dramatycznie w przeciągu ostatnich 20–30 lat. Jesteśmy coraz bardziej zagonieni i slow travel jest moim sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. Wyjeżdżam na dwa, trzy miesiące albo nawet na pół roku. Rzeczywiście wielu ludzie podróżuje do Chin na tydzień–dwa, ale jeśli ten czas spędzą głównie w Pekinie, który jest obecnie nowoczesnym, wspaniałym miastem, to tak naprawdę nie poznają Chin. Centrum Pekinu można dziś równie dobrze pomylić z Londynem czy Nowym Jorkiem. W porównaniu ze starym Pekinem (z jego niskimi i szarymi budynkami), który istniał jeszcze, gdy byłem tam w 1974 roku, takie zwiedzanie jest zwyczajnie nudne.

Aby poznać Chiny trzeba podróżować po wsiach. Pojechać pod Wielki Mur, ale zobaczyć też, jak rolnicy pielęgnują stare śliwy. To olbrzymi kraj, prawie kontynent. I jest zróżnicowany jak cała Europa, w której mamy tak odmienne kulturowo państwa, jak Albanię, Polskę czy Francję. Ale rozumiem, że ktoś ma tylko tydzień urlopu i brakuje mu czasu na jeżdżenie do małych wiosek. Może jednak to, co zobaczy, spodoba mu się na tyle, żeby poprosić pracodawcę o dłuższy urlop?

Powolna podróż przygotowuje nas do poznania nowego miejsca? Latanie powoduje, że podróżuje się zbyt szybko: wsiadasz do samolotu w Warszawie i kilka godzin później jesteś w Pekinie. Kiedy przemieszczasz się wolno, widzisz, jak zmienia się nie tylko krajobraz, ale też kultura, ludzie, systemy polityczne. Takie powolne zmiany otaczającego świata są jak aklimatyzacja dla himalaistów – stopniowym przyzwyczajaniem się do warunków.

Poza tym jazda pociągiem to najbardziej socjalizujący sposób podróżowania – poznaje się wiele osób, można z nimi swobodnie porozmawiać, zjeść w wagonie restauracyjnym, tym samym próbując lokalnej kuchni. Jest też bardzo elastyczna – jeśli po drodze spodoba ci się jakieś mijane miejsce, możesz wysiąść na dowolnej stacji. To daje poczucie wolności. W pociągach nie kontrolują bagaży jak na lotniskach, nie trzeba stać aż w takich kolejkach: wystarczy kupić bilet i wsiąść. Znacznie łatwiej czytać w nich książki czy pracować na komputerze. W autobusie lub samolocie jest to trudniejsze. No i jest to również środek lokomocji bardziej ekologiczny niż samochody, autobusy czy samoloty.

W mojej ostatniej książce „Orient Express” opisałem swoją podróż koleją z Londynu aż do Samarkandy. W Europie system kolei jest bardzo rozbudowany, więc można udać się prawie w każdym kierunku. Jest wiele rodzajów wagonów: mniej lub bardziej luksusowe, sypialne – łatwo dobrać właściwy do swoich potrzeb i możliwości.

Czy czasem lata pan jeszcze samolotami? Tak. Nie mogę za każdym razem jechać pociągiem – to zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Ale byłem już w Chinach kilka razy koleją: jechałem pociągiem z Oslo, przez Finlandię, Moskwę i Koleją Transsyberyjską. A kiedyś nawet pojechałem śladami Marca Pola: z Wenecji przez Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Tybet i prowincje tzw. Mongolii Wewnętrznej.

Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock) Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock)

Obecnie fascynująca jest jazda z Wielkiej Brytanii pod kanałem La Manche – podróż z Londynu do Paryża zajmuje dwie i pół godziny. Generalnie uważam, że w Europie podróże koleją są lepsze niż samolotami. Szybkie (na przykład z Paryża aż do Wiednia pociąg jedzie z prędkością 300 km na godzinę, zatrzymując się w głównych miastach) i  nie aż tak drogie. Ale jeśli chce się zakosztować egzotyki, koniecznie trzeba pojeździć po Indiach.

Byłem. Ciekawa przygoda! Czy nadal wywieszają przy wejściach do wagonów listę imienną pasażerów? Tak! Można powiedzieć wiele złego o kolonializmie, ale Brytyjczycy zrobili sporo dobrego dla rozbudowy infrastruktury kolejowej w swoich koloniach. Zwłaszcza w Indiach mają silnie rozbudowaną sieć. I chyba najbardziej staromodną, dużo więcej pasażerów bywa na dachu pociągu niż w jego środku. Wagony są w kiepskim stanie, słabo utrzymywane, więc wypadki zdarzają się często. Jednak mnie nigdy się nie przydarzył, choć jeździłem tam dużo.

Już kilkadziesiąt lat jeździ pan głównie pociągami. Czy ta forma podróżowania jakoś pana zmieniła? W trasie generalnie dużo czytam o przeszłości każdego państwa, przez które jadę. Sądzę, że to jeżdżeniu koleją zawdzięczam lepsze poznanie powiązań między krajami, ich kulturami, wynikające często z przeszłości. To dzięki powolnemu podróżowaniu wciągnęła mnie historia Azji, zwłaszcza Chin. Dziś dostrzegam szerszą perspektywę, bo historia Chin musi być postrzegana przez wpływy Mongolii, Indii czy Japonii.

Lubi pan cytować amerykańskiego powieściopisarza Henry'ego Millera „Celem podróży nie jest określone miejsce, ale nowy sposób postrzegania rzeczy”. Co pan spostrzegł inaczej po dwóch miesiącach spędzonych w Orient Expressie? Mimo że we wszystkich krajach, przez które jedzie pociąg, byłem już wcześniej, w niektórych nawet kilka razy, to przed tą wyprawą musiałem je poznać na nowo. Przeczytałem wiele książek i dzięki tej nowo zdobytej wiedzy obejrzałem muzea, miejsca, zabytki, których wcześniej nie widziałem.

Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne) Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne)

Na przykład Bułgaria, która należy do biedniejszych państw Unii Europejskiej – ma tak bogate zabytki, bo była miejscem, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Podobnie rzecz się ma z Turkmenistanem, o którym wiele osób nawet nie słyszało. A to kiedyś było ważne miejsce na Szlaku Jedwabnym. Wszędzie pozostały zabytki, ruiny, dawne miasta, resztki murów obronnych.

Dzięki slow travel człowiek nie tylko zdobywa wiedzę o nowych kulturach, ale także zyskuje szacunek dla mieszkańców, którzy są przecież częścią historii danego kraju.

Czy zawsze podróżowanie było dla pana takie ważne? Tak, przez całe życie. Pochodzę z małej miejscowości w środkowej Norwegii, zaściankowej i mało otwartej na świat. Moi rodzice przenieśli się do okręgu Oslo, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy trafiłem do zupełnie nowego świata... Zacząłem czytać książki o podróżach na Jawę, do Chin, Indii, Afryki. Zafascynowały mnie. Kiedy studiowałem historię w Oslo, zacząłem pracować w agencji informacyjnej, miałem więc okazję jeździć do Azji zawodowo. Później zawsze szukałem pracy, w której mogę łączyć przyjemne z pożytecznym. Teraz mam 72 lata, ale podróżowanie nadal sprawia mi tyle przyjemności, że pracuję dla biura podróży „Escape travel”. Zabieram pojedyncze osoby nad wielkie rzeki: Mekong, Ganges, Jangcy. To jest niezwykle interesujące, bo wszędzie tam, gdzie jest woda, powstały duże cywilizacje: Chiny, Indie, kultura Angkor... Moja matka niedawno zmarła w wieku 104 lat. Żartuję więc, że będę podróżował, aż osiągnę ten sam wiek.

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. Jest autorem 11 książek, po Polsku ostatnio ukazał się reportaż „Orient Express”.

'Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu' Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie "Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu" Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie

  1. Styl Życia

Namalowane nitką

Paulina haftuje już od trzech lat, i to praktycznie codziennie, ale twierdzi, że też miała swoje wzloty i upadki, a każde, nawet to nieudane dzieło czegoś ją nauczyło. (Fot. archiwum Pauliny Pleskot)
Paulina haftuje już od trzech lat, i to praktycznie codziennie, ale twierdzi, że też miała swoje wzloty i upadki, a każde, nawet to nieudane dzieło czegoś ją nauczyło. (Fot. archiwum Pauliny Pleskot)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wymagają czasu, cierpliwości i skupienia. Te bardziej profesjonalne – także wprawy i artystycznego zacięcia. Ale najpiękniejsze hafty powstają z zamiłowania do rękodzieła i szacunku do jego historii. Dowodem na to są prace Pauliny Pleskot.

Odkąd pamięta, była związana z rękodziełem. – Próbowałam swoich sił w wielu dziedzinach: rysunku, malarstwie, robieniu na drutach czy szydełkowaniu. Każdą z nich lubiłam, ale nie czułam, by to było „to” – opowiada Paulina. – Któregoś dnia, przeglądając Instagrama, natrafiłam na zdjęcia haftowanych prac dziewczyn z zagranicy. Pomyślałam sobie: „O! Ciekawe, czy dałabym radę coś takiego zrobić?”. Od razu zamówiła potrzebne materiały w pasmanterii, trochę na czuja, bo w tamtym czasie nie było w Polsce wielu osób zajmujących się tym tematem. Spróbowała i przepadła. Haft stał się jej pasją, a wkrótce również pomysłem na biznes. – Haftowałam różne motywy, jednak od początku najbardziej ukochałam sobie haft cieniowany. Bardzo przypomina malarstwo, a igłą z nitką maluje się obraz zupełnie jak pędzlem z farbą – mówi. Jej celem jest zawsze jak najdokładniejsze odwzorowanie rzeczywistości, z pracy na pracę chce być w tym coraz lepsza. Może dlatego pracuje głównie na większych tamborkach – wtedy jest więcej szczegółów, na których można się skupić i które można dopracować. Haftuje już od trzech lat, i to praktycznie codziennie, ale twierdzi, że też miała swoje wzloty i upadki, a każde, nawet to nieudane dzieło czegoś ją nauczyło. Z wykształcenia jest nauczycielką plastyki, jednak nie przepracowała w zawodzie jednego dnia. Obecnie haftowanie i jego uczenie (warsztaty, które prowadzi, z powodu pandemii zostały chwilowo zawieszone) to jej jedyne źródło utrzymania.

Prace Pauliny można kupić w jej sklepiku na Etsy. Ceny (w zależności od rozmiaru) wahają się od 140 do 1500 zł. (Fot. archiwum prywatne) Prace Pauliny można kupić w jej sklepiku na Etsy. Ceny (w zależności od rozmiaru) wahają się od 140 do 1500 zł. (Fot. archiwum prywatne)

Magia tamborka

– By zacząć haftować, nie potrzeba wiele – uspokaja. Poza chęciami. – Nie trzeba też posiadać żadnych szczególnych umiejętności, jednak na pewno przydają się podstawowe zagadnienia z dziedziny rysunku, malarstwa czy kompozycji. Wtedy łatwiej tworzy się własne wzory i samodzielnie dobiera kolory. Ale jest to oczywiście coś, co każdy z nas może wyćwiczyć. Na start wystarczą: pojedynczy drewniany tamborek dobrej jakości, kawałek bawełnianego materiału (idealnie nada się stare prześcieradło), igła, może być zwykła do szycia, a także mulina albo nici. Tyle! Gotowe zestawy do nauki haftu można kupić w jej sklepie – mereshkashop.pl . Zawierają wszystkie niezbędne materiały, których sama używa i które są potrzebne do wykonania pierwszego haftowanego dzieła. Do zestawu dołączona jest dokładna instrukcja krok po kroku, która przeprowadza przez każdy z etapów.

Inspiruje ją natura, głównie zwierzęta. – Uwielbiam haftować ptaki ze względu na ich piękne, różnokolorowe upierzenie – opowiada. – Najtrudniejsze są dla mnie kompozycje kwiatowe, szczególnie nowoczesne, bardziej trójwymiarowe. Zupełnie nie czuję tego tematu i już dawno postanowiłam, że zostanę przy tym, co sprawia mi najwięcej radości i daje najwięcej satysfakcji, czyli właśnie różnego rodzaju fauna. Zdarzało jej się haftować metryczki i pamiątki chrztu na zamówienie, ale – jak zapowiada – w tym roku chciałaby skupić się na haftach zwierzęcych. – Jeśli znajdą się chętni, z przyjemnością wyhaftuję czyjegoś pupila – dodaje. Jej zdaniem obecna moda na haft była czymś nieuniknionym. – Coraz więcej młodych ludzi sięga po rękodzieło. Chcą się wyróżniać, stworzyć coś niepowtarzalnego, ale też być bliżej natury, bardziej eko. Triumfy święciły robienie na drutach i szydełkowanie, potem tkanie makatek. Musiał więc przyjść czas i na haft. Ludzie dziwią się, że haft to nie tylko krzyżyki i że za pomocą zwykłego kawałka nitki i igły można wyhaftować właściwie wszystko, oprawić w zgrabny tamborek i powiesić na ścianie – komentuje.

Zestaw startowy do nauki haftu „Zimowy motyl” (na zdjęciu głównym) 70 zł; instrukcja w wersji PDF – 30 zł. Zestaw startowy do nauki haftu „Zimowy motyl” (na zdjęciu głównym) 70 zł; instrukcja w wersji PDF – 30 zł.

Historia we krwi

Haftowanie jest retro, i to jego kolejna zaleta. Paulina przyznaje, że sama też jest bardzo retro. Już jako dziewczynka była starą duszą w młodym ciele. Jednak dopiero niedawno nauczyła się, że nie ma w tym nic złego, a jej miłość do przeszłości może się wyrażać też poprzez strój. – Większość pewnie nazwałaby go babcinym. Dla mnie ma swój urok, a do tego jest wygodny. Na zdjęciach na moim Instagramie (@mereshka_shop) także widać tę tęsknotę za starymi czasami – dodaje. Paulina interesuje się też historią hafciarstwa. – Historia ogólnie jest fascynująca, jeśli tylko odejdzie się od militariów, klepania dat i nauki o bitwach, wielkich przegranych i utalentowanych dowódcach – mówi. – Czyli od narracji prowadzonej głównie przez mężczyzn (język angielski to świetnie oddaje: his story – „jego historia”). Może dlatego tak bardzo urzekł mnie haft – bo to było typowo kobiece zajęcie, zamknięty świat, do którego mężczyźni nie mieli wstępu, swoista her story. Doskonale oddaje to historia najpopularniejszych nożyczek do haftu, czyli tak zwanych bocianek. Jak pisze Paulina na blogu, od dawien dawna bociany były kojarzone z narodzinami dzieci. Mało kto wie jednak, że bocianki swoje początki mają w torbach XIX-wiecznych europejskich położnych. Nie były wtedy nożyczkami, lecz zaciskiem służącym do tamowania przepływu krwi w pępowinie nowo narodzonego dziecka. A że porody czasami trwają naprawdę długo, bywało, że położne musiały czekać długie godziny na rozwój akcji porodowej. Trzeba było ten czas czymś wypełnić, trzymały więc w swoich torbach małą robótkę do szycia lub haftowania, by zawsze mieć ją pod ręką. Z biegiem czasu bociankowe zaciski zaczęły zmieniać swój kształt i funkcję, aż w końcu przeobraziły się w nożyczki do haftu, które znamy dzisiaj. Można je kupić między innymi na stronie Pauliny. 

  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Styl Życia

Maciej Nabrdalik – fotograf z duszą

Maciej Nabrdalik (Fot. Wojciech Grzędziński)
Maciej Nabrdalik (Fot. Wojciech Grzędziński)
Po studiach informatycznych mógł mieć pracę z przyszłością, a robienie zdjęć traktować jako dziecięcą pasję. A jednak został członkiem prestiżowej agencji fotograficznej i ma na swoim koncie wiele nagród za fotografie prasowe. Jak to jest, kiedy zajmujesz się zawodowo czymś, co cię naprawdę cieszy – pytamy Maćka Nabrdalika.

Studiowałeś informatykę, pracowałeś jako ratownik – jak to się stało, że w końcu wybrałeś fotografię?
Praca ratownika z założenia była zajęciem tymczasowym, pracą wakacyjną; a informatyka – wyborem pragmatycznym, wydawała się oferować atrakcyjną przyszłość. Zresztą pewnie wielu ludzi faktycznie tych atrakcji doświadczyło. Internet pojawił się w Polsce, gdy byłem w liceum. Wciągnął mnie świat, który otwierały komputery. Dzięki nim nawiązałem pierwsze międzynarodowe kontakty, zaczynałem podróżować. Fotografia towarzyszyła mi jako pasja i, jak to w życiu bywa, spotkałem na swojej drodze ludzi, którzy pozwolili mi uwierzyć, że ta pasja i dziecięca fascynacja może stać się również moją rzeczywistością. Do teraz zdarza mi się zastanawiać, jak to możliwe, że zajmuję się zawodowo czymś, co tak bardzo mnie cieszy.

Które z setek wykonanych zdjęć jest dla ciebie najważniejsze?
Ciągle wracam myślami do jednego. To fotografia rodziny uchodźców na brzegu wyspy Lesbos. Sfotografowałem ich tuż po wyjściu z pontonu, w którym ściśnięci z kilkudziesięcioma innymi ludźmi przemierzyli fragment Morza Egejskiego między Turcją a Grecją. Wtedy trudno było uzyskać nawet podstawowe informacje od uchodźców, większość chętnie dawała się fotografować, ale nie chcieli się przedstawiać. Często po wyjściu na brzeg darli swoje paszporty, obawiając się, że prawdziwa tożsamość może im zaszkodzić. Tę rodzinę widziałem dzień później w okolicach portu. Chciałem ponownie nawiązać z nimi kontakt, ale zanim udało mi się zaparkować, zniknęli mi z oczu. Ich obraz niejako prześladuje mnie od tego czasu. Ciekaw jestem, jak potoczyły się ich losy, wyglądali na silnych, w pewien sposób dumnych, i wraz ze znajomym dziennikarzem zastanawiamy się, jak można by ich odszukać, nie narażając ich. Nie chcemy robić tego przez media społecznościowe, bo być może tam, dokąd trafili, nie wszyscy znają ich przeszłość.

Kilka lat temu powiedziałeś, że od zawsze towarzyszył ci mit podróżującego fotoreportera. Czy to Ryszard Kapuściński zaszczepił w tobie takie myślenie?
Ryszard Kapuściński pojawił się na mojej drodze na tyle wcześnie, że zawód reportera funkcjonował w mojej świadomości od najmłodszych lat, bo dzięki mojemu wujkowi dziennikarzowi Kapuściński był w moim rodzinnym domu w dniu, kiedy się urodziłem, i na pamiątkę tego spotkania podpisał tomik swoich opowiadań „Busz po polsku”. Dzisiaj moje podróże nie służą już poznawaniu odległych zakątków świata, choć i to lubię, ale uważam, że reporter czy fotoreporter musi podróżować, bo w innym przypadku łatwo utknąć w bezpiecznej bańce.

Jesteś członkiem prestiżowej amerykańskiej agencji fotograficznej Photo VII, jednym z jej założycieli jest urodzony w Czechach Antonin Kratochvil. To ważna dla ciebie osoba, czego się od niego nauczyłeś?
Antonina chętniej niż nauczycielem nazywam mentorem. Wielu nauczycieli próbuje rzeźbić swoich wychowanków na postawie sztywnych założeń i swoich przekonań. Prowadząc ich za rękę w wyznaczonym przez siebie kierunku, Antonin pozwolił mi odkryć własną drogę. Asekurował, ale na długiej elastycznej linie. Pomógł mi zrozumieć, że każde bez wyjątku doświadczenie, które spotkało mnie w życiu – dobre i złe, może stać się moją siłą.

Krzyzys uchodźczy, 24 września 2015, Skala Sikamineas, Lesbos, Grecja. Rodzina uchodźców z Syrii odpoczywa na wybrzeżu greckiej wyspy Lesbos. (Fot. Maciej Nabrdalik) Krzyzys uchodźczy, 24 września 2015, Skala Sikamineas, Lesbos, Grecja. Rodzina uchodźców z Syrii odpoczywa na wybrzeżu greckiej wyspy Lesbos. (Fot. Maciej Nabrdalik)

Masz też za sobą rok na Harvardzie w ramach stypendium Nieman Foundation, najstarszego i najbardziej renomowanego programu kształcenia dziennikarzy z całego świata. Czego się tam nauczyłeś?
Ha! To będzie długa lista. Oczywiście w sensie dosłownym nauczyłem się wielu rzeczy, studiując u boku wybitnych profesorów, wśród ambitnych i zdolnych młodych ludzi, ale chyba najwięcej dowiedziałem się o sobie samym. Wiele rzeczy tam uporządkowałem, odświeżyłem, ułożyłem na nowo. Celem tego stypendium jest umacnianie dziennikarzy poprzez stworzenie im warunków do rozwoju zawodowego. Myślę, że jednym z ważniejszych elementów tego procesu jest odseparowanie całej grupy od wszelkich bieżących zadań zawodowych. W niemal terapeutycznej atmosferze mogliśmy zastanowić się także, dlaczego robimy to, co robimy. Nauczyłem się patrzeć na sprawy z wielu perspektyw, bo każda wypowiedziana myśl wracała do mnie po chwili w zupełnie nowym kontekście, przefiltrowana przez doświadczenia współstudiujących z różnych zakątków świata. Poza tym nauczyłem się, że zniknięcie z dotychczasowego krajobrazu na cały rok nie powoduje żadnej katastrofy. To doświadczenie pozwoliło mi zwolnić, spędzam mniej czasu w tzw. środowisku, łatwo przychodzi mi wyłączenie się z mediów społecznościowych.

W pewien sposób wszyscy mamy za sobą taki rok „zniknięcia” z krajobrazu… Przez ten czas nasze życie stanęło na głowie. Jak to wpłynęło na fotografię? Czy także tak mocno się zmieniła?
Diametralnie. Z jednej strony łatwiej fotografować ludzi w publicznych miejscach, bo czują się bezpieczniej za maseczkami, z drugiej strony – dużo trudniej o kameralne spotkania i intymne sytuacje, trudniej zostać zaproszonym do czyjegoś domu.

Odwiedzałeś z aparatem oddziały zakaźne, gdzie leżą chorzy na COVID-19.
Realizowałem zlecenie dla „The Wall Street Journal”. Zwykle nie zadaję sobie pytania „po co?”, bo na tym polega moja praca, ale tym razem musiałem sobie na nie odpowiedzieć, ponieważ kilkakrotnie pytano mnie, czy na pewno jestem gotów ponieść ryzyko, które z tym zleceniem się wiąże. Jednak podejmowanie takich decyzji przychodzi mi dość łatwo, bo wierzę w zdobywanie informacji, w uczenie się o świecie z pierwszej ręki. Epidemia wyniosła falę samozwańczych ekspertów, a robiąc zdjęcia na oddziałach, rozmawiając z chorymi, obserwując lekarzy i personel medyczny, rozumiem znacznie więcej niż wcześniej.

Masz na swoim koncie kilka książek, a ostatnia – „OUT” opowiada historie polskich osób LGBTQIA. Dlaczego wybrałeś ten temat?
To temat wybrał mnie. „OUT” należy do całej serii publikacji o społeczności LGBTQIA w różnych miejscach świata, powstałej z inicjatywy amerykańskiego wydawnictwa „The New Press” przy wsparciu fundacji Arcus. Do projektu zaprosił mnie zaangażowany w niego Jurek Wajdowicz, który prowadzi w Nowym Jorku studio graficzne EWS. W odróżnieniu od dwóch poprzednich „OUT” nie jest dla mnie książką fotograficzną – choć zlecono mi ją jako fotografowi i są w niej też oczywiście zdjęcia – a cyklem spotkań z ludźmi, którzy otwierali się przede mną, dzieląc się często najtrudniejszymi doświadczeniami. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Nie potrafię pewnie zrozumieć w pełni tego, jak przeżywają swoje traumy, ale dzięki kilkumiesięcznej pracy wiem, z czym się mierzą, czego się boją i jak bardzo ich życie jest trudniejsze od mojego.

A czego ty się teraz boisz?
Mam wrażenie, że ostatnio pewniej stąpam po ziemi. Nauczyłem się odróżniać lęk, który odziedziczyłem w procesie wychowawczym, od tego, który jest mój, czyli rodzi się z mojej wrażliwości, wiedzy, uczuć. Ten pierwszy konfrontuję do momentu, kiedy spotka się z tym moim. Respektuję granice własnych lęków, bo ufam swojej intuicji, rzadko mnie zawodzi, a aparat i zdjęcia zwykle są świetnym pretekstem do badania tych granic. Ostatnio wiele dotychczasowych doświadczeń nabrało zresztą nowych znaczeń, nawet to zdjęcie, o którym powiedziałem na początku, inaczej mnie dręczy, odkąd jestem tatą. Kwestie relacji, rodziny, pokoleń, poznawania świata nowymi oczami, ale też kruchości życia – zaczynają się jakoś bardziej ze sobą łączyć.

Maciek Nabrdalik, fotograf wielokrotnie nagradzany w polskich i międzynarodowych konkursach fotografii prasowej, w tym World Press Photo, Pictures of the Year International, The Best of Photojournalism. Laureat nagrody za Zdjęcie Roku Grand Press Photo 2007 i nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego.