1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Złość, którą odczuwamy wobec dziecka, wiele mówi o nas samych

Złość, którą odczuwamy wobec dziecka, wiele mówi o nas samych

(Ilustracja: Katarzyna Bogucka)
(Ilustracja: Katarzyna Bogucka)
Trudne emocje, które odczuwamy wobec własnych dzieci, warto potraktować jako klucz do własnych traum i lęków – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagog i psycholog.

„Nikt mnie nie irytuje tak jak ona, czasem jej nie znoszę” – powiedziała ostatnio moja znajoma o swojej ośmioletniej córce. Zaraz potem tłumaczyła, że czuje się winna, że w ogóle odczuwa takie emocje wobec kogoś, kogo powinna kochać najbardziej na świecie. Bo złość na dziecko to temat tabu. O ile już otwarcie mówimy o depresji poporodowej, potrafimy też przyznać, że nie radzimy sobie jako rodzice nastolatka, to przyznanie się, że nasze kilkuletnie dziecko nas irytuje, jest dowodem, że jesteśmy złymi matkami. Bo przecież miłość do dziecka powinna być czysta, nieskalana złymi emocjami.

Słyszy pani czasem od kobiet: „Nie kocham swojego dziecka”? Słyszę raczej: „Ono mnie złości, jest nie takie, jakie powinno być”.

Co to znaczy: „nie takie, jakie powinno być”? Większość z nas ma instynkt naprawiania dziecka, dopasowywania go do swoich wyobrażeń. A wyobrażenie to moc – tworzy się je, zanim jeszcze ten mały człowiek się urodzi. Przecież mniej lub bardziej świadomie wizualizujemy, jaki będzie nasz potomek, jego charakter, temperament, czasem nawet wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądał. Tworzymy w głowie swój ideał. Chcemy dziecka inteligentnego, ładnego, ceniącego w przyszłości podobne wartości co my. Oczywiście, zwykle powtarzamy: „Najważniejsze, żeby było zdrowe”. Ale tak do końca nie jest, bo trudno odciąć się od wizji, którą mamy w głowie. A potem okazuje się, że rzeczywistość odbiega od wyobrażeń. I trudno nam zaakceptować, że syn lub córka odziedziczyli coś, czego w sobie nie lubimy. Albo nie lubimy w innych ludziach. Będziemy więc złościć się, wściekać, próbować dziecko zmieniać, przeobrażać.

Miłość do dziecka nie powinna być bezwarunkowa? To jest ideał, ale nie zawsze możliwy do zrealizowania w normalnym życiu. Zresztą wszystko zależy od definicji miłości bezwarunkowej. Często uważamy, że jak się kogoś kocha, to nie można się na niego zezłościć, akceptuje się go w całości, rozumie wszystkie jego zachowania. A to nieprawda.

Co może nas złościć? Mój Boże, wszystko. Powolność albo gwałtowność. Roztrzepanie albo nadmierne uporządkowanie. To może być każda cecha, nawet związana z wyglądem zewnętrznym, choćby kolorem włosów czy rysami twarzy.

Ktoś może być niezadowolony, że jego dziecko ma taki, a nie inny kolor włosów?! Tak, to się zdarza. Szczególnie jeśli matka całe życie nie akceptowała swoich rudych włosów, a teraz takie same ma córka. Albo całe życie się odchudza, a teraz widzi, że jej córka też ma tendencję do tycia.

Niektóre kobiety skrzywdzone przez ojca dziecka nie potrafią zaakceptować podobieństwa potomka do byłego partnera. Ale wcale nie musimy nienawidzić ojca dziecka, żeby nie akceptować tego, że nasze dziecko odziedziczyło po nim jakieś cechy. Czasem jesteśmy w dobrym związku i kiedy widzimy jakieś nielubiane cechy partnera w potomku, czujemy złość.

Potrafimy się do tego przyznać? Powiedzenie, że drażni nas uroda naszego dziecka, wydaje mi się niewiarygodne. Nie dzieliłabym tego na cechy osobowości czy wyglądu. Ale jeśli dojdziemy do tego, co nas w dziecku denerwuje, to już odniesiemy ogromny sukces. Bo na ogół tego nie wiemy. Używamy ogólnych sformułowań: „Nie potrafię sobie z nią/z nim poradzić”; „Ona/on mnie irytuje”. A to jest moment, kiedy trzeba się zatrzymać i pomyśleć, co wzbudza we mnie takie emocje. Jaka konkretnie cecha i zachowanie uruchamia to zdenerwowanie i złość. Najprawdopodobniej okaże się, że nie chodzi tylko o dziecko, ale w ogóle czuję złość, kiedy ludzie zachowują się w jakiś określony sposób. Kolejne pytanie: dlaczego tak jest? To nie jest wina naszego dziecka albo ludzi. Oni są tylko „wyzwalaczem” tego, co niezałatwione we mnie. Miałam ostatnio pacjentkę, która wyznała, że nienawidzi asertywności swojego syna. Nazywała to „aspołecznością”. Bo on szczerze mówi, że nie chce się z kimś w danym momencie bawić, nikt nie jest w stanie namówić go na urodziny u nielubianego kolegi, chociaż rodzice tłumaczą mu, że nie wypada nie iść, gdy się dostaje zaproszenie. Przyjrzałyśmy się bliżej emocjom matki chłopca, wróciłyśmy też do jej wspomnień z dzieciństwa. Co się okazało? Ona tak naprawdę boi się asertywności, sama nigdy taka nie była, uważa, że dobre kontakty z ludźmi to podstawa dobrego życia. Zachowanie syna uosabia wszystko, czego się obawia. A my bardzo często postrzegamy dzieci jako część siebie. I zaczynamy pracę nad zmianą.

Co próbujemy zmieniać w dziecku? Wszystko. Robimy to w większości przypadków, dokręcając śrubę. Zrzędząc, męcząc, marudząc, piętnując daną rzecz. Przykład? Chłopiec jest spokojny, delikatny, a matka na siłę pcha go w piłkę, sporty. Mówi: „Bądź bardziej ambitny”. A dzieci generalnie są przecież średnio ambitne.

Trudno mi się z tym zgodzić, gdy patrzę na córkę przyjaciółki, dziewięciolatkę, która chce być najlepsza w jeździe na rowerze, w tenisie, nartach i jeździe konnej... Nigdy się nie poddaje. A pani przyjaciółka jest ambitna?

Bardzo. Sama pani widzi, to już jest bardziej kwestia wychowania. Same z siebie dzieci nie bywają ambitne. Po prostu ta cecha osobowości jest ważna w domu, w którym dziewczynka dorasta. Gdyby była wychowywana w innym, na coś innego kładłoby się nacisk. Oczywiście, nie jest to takie proste przełożenie. Może zdarzyć się jeszcze, że dziecko weźmie tę cechę „niepoddawania się”, ale w zupełnie innej sferze niż rodzic. Czyli na przykład w szkole będzie odpuszczało, nie będzie mu zależało na stopniach – co ambitną matkę może złościć. Jeśli ona powie wieczorem: „umyj zęby”, ono nie spełni polecenia. Odpowie: „zaraz”, potem znów: „zaraz”. Dojdzie do awantury, a ono nie posłucha, zacznie w tym czasie robić coś innego. Jest to też forma niepoddawania się, prawda? Czyli ma pewną naszą cechę, ale realizuje ją w zaskakującym dla nas obszarze. Ja często mówię: „Jeśli zachowanie twojego dziecka cię irytuje, zastanów się, czy nie zachowujesz się podobnie w innej sferze życia”.

Jak sobie poradzić z tymi skrajnymi emocjami? I czy właściwie powinniśmy sobie radzić z dzieckiem, czy ze sobą? Przede wszystkim ze sobą. Z własnymi oczekiwaniami i wyobrażeniami. Łatwo kochać potomka, który realizuje naszą idealną wizję życia. Tak się czasem zdarza, że dziecko ma pasje podobne do nas, podobne rzeczy się dla niego liczą, łatwo je „układać”. Wyzwaniem jest natomiast kochanie i rozumienie dziecka, które się od nas różni.

Bo może rodzicowi się wydaje, że życie jest prostsze, jeśli się jest jakimś. Rozmawiałam ostatnio z koleżanką. Jej córka nie została przewodniczącą samorządu. Koleżanka mówi: „Mnie wszyscy zawsze lubili i to mi w życiu bardzo pomogło. Martwię się, że córce będzie gorzej”. Pierwsza rzecz, z którą należy się pogodzić, to to, że dziecko nie jest nami. Często ma inne potrzeby niż my, czasem tylko inne sposoby realizowania tych potrzeb. Ale to odrębny człowiek. Jeśli nie widzę, że dziecko nie jest mną, to stosuję wobec niego wszystkie sposoby, techniki i metody wychowawcze, jakie chciałabym, żeby wobec mnie stosowali moi rodzice. Podam pani przykład. Gdy byłam mała i czułam się smutna, bardzo chciałam, żeby mama mnie przytulała. Dorosłam, wyszłam za mąż, urodziłam dwóch synów. Co robiłam, gdy widziałam, że moim synom jest źle? Oczywiście, ich przytulałam. A oni potrzebowali pobyć sami. Gdy byli już starsi, zaczęli o tym mówić. To była dla mnie bardzo trudna lekcja, że oni są inni niż ja, nie są moim przedłużeniem. I że okazując im fizyczną czułość, nie opiekowałam się nimi, tylko małą dziewczynką w sobie, która kiedyś czegoś nie dostała. Uszczęśliwiałam ich na siłę. Pamiętajmy też o rodzinnych skryptach. Jeśli z pokolenia na pokolenie w naszej rodzinie przekazuje się informację, że największą wartością jest twardy charakter i życiowa odporność, do szału będzie nas doprowadzała nadwrażliwość naszego dziecka. Za tą złością pójdzie lęk, jak ono sobie w życiu poradzi, a lęk jest mocną siłą napędową do tego, żeby przykręcać śrubę.

Ale wracając do pani pacjentki, rozumiem ją. Też uważam, że empatia pomaga w życiu – co w tym złego, że chcemy, żeby dziecko rozwijało w sobie tę umiejętność? Teoretycznie nic, bo empatia rzeczywiście jest ważna. Ale dziecko może mieć inny sposób radzenia sobie z rozumieniem ludzi niż my. Może jemu to nie przeszkadza? Jeśli z kolei będzie miało z tym problem, to przyjdzie i zakomunikuje: „Dzieci mnie nie lubią”. Czasem wtedy rodzice zaczynają się złościć: „Jak to cię nie lubią, przecież mnie lubili”. I zaczyna się przesłuchanie: „A co takiego robisz?”. A potem przychodzą do mnie i żalą się: „Podsuwam mu sposoby, a ono z tego nie korzysta. To dziwaczne!”. My w ten sposób nie pomagamy dziecku. Zaczynamy koić swoje poczucie niepokoju i lęku. Jesteśmy bardziej przy sobie niż przy nim.

Jak mamy być przy nim? Znów – zobaczyć obok drugiego człowieka. Zapytać: „Po czym poznajesz, że cię nie lubią, i czy na pewno wszyscy cię nie lubią?”. Dzieci mają często takie zniekształcenia poznawcze, że jedno niepowodzenie burzy cały ich porządek świata. Pomocne jest wtedy na przykład prowadzenie kalendarza domowego, w którym zapisuje się wszystkie ważne, fajne wydarzenia. Potem, kiedy coś się dzieje, można do tego wrócić. „Nikt cię nie lubi? A na urodzinach było u ciebie osiem osób. Wczoraj bawiłeś się z Frankiem w piratów i mówiłeś, że było fajnie”. Odwołujemy się do doświadczeń po to, żeby pomóc dziecku wyjść z czarno-białego widzenia świata.

Złość budzą rzeczy ważne dla nas. Potrafimy odpuszczać tam, gdzie sami sobie odpuszczamy. Trochę tak jest. Tam, gdzie sami siebie dociskamy, będziemy dociskać dziecko, nie patrząc na to, czy ono ma możliwości takie jak my. I nie zauważając, że to ciągle chodzi o nas i nasze projekcje, a nie o dziecko i jego szczęście. Bo – jak mówiłam – z jednej strony, owszem, troszczymy się o dobro dziecka, pragniemy, żeby było ambitne, poukładane, gdy my tacy jesteśmy. Myślimy: „Mam podobne atuty, korzystając z nich, osiągnęłam sukces”. A co, jeśli dziecko ma inne właściwości niż my? Nie mamy potwierdzenia, że inne cechy charakteru są w życiu pomocne, więc mówimy: „Nie rób tak, jak robisz, idź moją drogą, bo moje się sprawdza”. A dziecko nie jest naszym klonem, ma tylko 50 proc. naszych genów, wychowuje się w innym środowisku.

Przeczytałam kiedyś, że dopiero, kiedy zostajemy matkami, możemy skonfrontować się z wypartymi częściami siebie, z emocjami. To prawda. Czasem porównuję to do pudełek, w których przez całe życie chowamy trudne dla nas rzeczy. Nie potrafimy poradzić sobie z jakąś sytuacją, emocjami, pakujemy je do szczelnego pudełka, odkładamy. Gdy zostajemy rodzicami, nasze bolesne wspomnienia wracają. Jeśli przeżyła pani coś trudnego w wieku pięciu lat, to najprawdopodobniej, gdy pani syn lub córka skończą pięć lat, pani zobaczy w nich siebie. Oni, prezentując jakieś zachowania, otworzą to zamknięte na cztery spusty pudełko. To z kolei wyzwala w nas zwykle ból, o czym często nie mamy pojęcia. Jeśli nie zmierzymy się z tym, co w pudełku, będziemy reagować w sposób pacyfikujący („Nie rób tego, bo to jest złe”) albo będziemy krzyczeć. A chodzi o wdzięczność dziecku, że pokazuje nam coś, co wyparliśmy.

To znaczy? Na przykład mieliśmy trzy lata i urodziło nam się rodzeństwo, które chorowało. Nasi rodzice byli absolutnie skoncentrowani na maluchu. Zostaliśmy w jakimś sensie odstawieni. Nawet jeśli oni się starali, i tak podświadomie wyczuwaliśmy ich lęk, napięcie, niepokój. W końcu odsuwaliśmy się w cień. Naturalny byłby gniew. Ale nie można się złościć na kogoś, kto chorował, prawda? Trzeba coś z tą złością zrobić. Pakuje się ją więc do pudełka. Potem dorastamy, sami mamy dziecko. Ono zaczyna chorować, więc natychmiast odgrzewa się lęk, samotność, bezradność, porzucenie. Cała gama niefajnych emocji. Co robimy? Pędzimy z dzieckiem do lekarza, histeryzujemy. Złości nas, że o siebie nie dba, wrzeszczymy, że nie zakłada czapki. Jeśli rodzic doświadczył własnej traumy – został pobity, odrzucony, porzucony, zgubił się w sklepie, został sam u nieznanej cioci – może czuć złość, kiedy dziecko pokazuje emocje związane z lękiem, odrzuceniem, niepokojem.

Nie lubimy go za to? Nie lubimy tych emocji w nim. Bo one „odgrzewają” nasze realne cierpienie.

Czy łatwiej przychodzi nam złość na starsze dziecko? Małe dzieci łatwiej jest prowadzić, bo stanowimy dla nich jedyny autorytet. Jeżeli dziecko idzie do szkoły, przedszkola – odrywa się od nas. To najtrudniejsza rzecz, z którą rodzic musi sobie poradzić: pozwolić stopniowo na usamodzielnienie. Czasami z powodu własnych nieprzepracowanych traum jedno z dzieci zdecydowanie faworyzujemy, a inne zdecydowanie odrzucamy. Nie ma to nic wspólnego z miłością, samym dzieckiem, tylko z naszymi wewnętrznymi kłopotami. Np. matka nie potrafi zaakceptować tzw. agresji u dziecka, dynamizmu, mocnego charakteru. Dlaczego? Bo na przykład pochodzi z domu, gdzie mężczyźni byli agresywni w destrukcyjny sposób, i podświadomie nawet zachowanie zbuntowanego dwu-, trzylatka może budzić lęk. Jeśli duży człowiek boi się kilkulatka, następuje zaburzenie relacji. Później mały rośnie, a rodzic staje się coraz większym dzieckiem, bo dynamizm reakcji dziecka go przeraża i zamienia w „nielubienie”. Ale co to znaczy? Matka się boi tych zachowań, ponieważ są związane z jej osobistą traumą, budzą w niej małe dziecko.

Podświadoma zazdrość? Moja koleżanka ma córkę o silnym charakterze, mówi wprost, że doprowadza ją do szału poczucie pewności siebie własnego dziecka. Potem przyznaje, że ją za to podziwia. Ale to nie przypomina poczucia dumy, radości, że jej córka jest inna i może będzie jej łatwiej. Tu chodzi o jeszcze inny aspekt dotyczący kontroli rodzicielskiej. Niektórzy rodzice, szczególnie matki, mają bardzo silną potrzebę tej kontroli. I o ile o swoją karierę zawodową, relacje z innymi jesteśmy w stanie zadbać, o tyle nie zawsze udaje się to w przypadku dziecka, a chcemy tego, bo przecież „moje dziecko świadczy o mnie”. Więc kiedy ono zachowuje się niezgodnie z moimi oczekiwaniami, nie trzyma moich standardów, to zaczynam go nie lubić. Budzi się w nas mechanizm obronny. Tylko że znów jesteśmy przy sobie, a nie przy dziecku. Wie pani, jak można najpiękniej kochać dziecko? Nie obwiniać go o swoją złość, przyjrzeć się jej, potraktować jako ogromną szansę na zrozumienie siebie. Dziecko może być choć przez chwilę naszym najlepszym nauczycielem.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk, psycholog dziecięcy, terapeutka i pedagog specjalny. Prowadzi sesje indywidualne i rodzinne oraz indywidualne i grupowe zajęcia terapeutyczne dla dzieci.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak pomóc dzieciom uczyć się w czasie pandemii?

Doświadczenie rodziców w pracy online może się teraz przydać dzieciom. (Fot. iStock)
Doświadczenie rodziców w pracy online może się teraz przydać dzieciom. (Fot. iStock)
Szkoła on-line oznacza nie tylko problemy z realizacją programu, ale i zakłócenie rozwoju społecznego oraz nauki samodzielności dzieci. Jak można im pomóc? Na pytania Ewy Nowak odpowiada psycholożka Ewa Narkiewicz-Nejno.

Dzieci nie tracą lekcji, ale przecież szkoła to nie tylko nauka. Co tracą uczniowie, zwłaszcza najmłodsi, na tym, że edukacja przenosi się do Internetu? W szkole dzieci uczą się życia. Przede wszystkim się bawią, zdobywają wiedzę społeczną i rozwijają umiejętności niezbędne w dorosłym życiu. Człowiek to istota stadna – musi się nauczyć funkcjonowania w społeczeństwie, czyli wśród koleżanek i kolegów.

Czy rodzice mogą w jakiś sposób ukształtować ten obraz, na przykład opowiadając o swoich doświadczeniach szkolnych czy nawet bawiąc się z małymi dziećmi w szkołę? Opowiadanie o szkolnych czasach rodziców przede wszystkim na pewno buduje więź, więc rodzic będzie w przyszłości wyczulony na kłopoty, a to już dużo.

Co możemy zrobić, żeby dzieci podczas zdalnych lekcji nie oglądały filmików i nie grały z kolegami w gry na telefonie? Dzieci będą to robić, bo kto z nas na dwudniowej konferencji nie odpisywał rodzinie na wiadomości lub nie szukał butów w sieci? Ale zwracajmy uwagę, że takie zachowanie jest niegrzeczne wobec nauczyciela i że traci się w ten sposób czas, bo nie skorzysta się z lekcji.

Do jakiego stopnia rodzice powinni pomagać dzieciom w nauce? Niektórzy wręcz odrabiają za nie lekcje... Dziecko samo powinno być odpowiedzialne za swoje sprawy, w tym za odrabianie lekcji. Praca domowa ma służyć rozwijaniu jego samodzielności i poczucia odpowiedzialności. Jednak gdy dziecko ma wyraźny zespół wypalenia: jest zmęczone, znudzone, zblazowane – pomóżmy mu, np. uatrakcyjniając polecenia. Zamieńmy typowe zadanie z treścią z matematyki na historię Supermana, a czytanie podręcznika do historii na wspólne obejrzenie filmu dokumentalnego.

Czy są inne zagrożenia wynikające z pandemii, o których rodzice powinni pamięta? Oczywiście. W Polsce dzieci z uboższych rodzin miały zapewniony w szkole co najmniej jeden ciepły posiłek, który teraz straciły. Zaczniemy mieć problem z realnym niedożywieniem dzieci, co wpłynie na ich rozwój fizyczny. Inny problem to taki, że wiele dzieci już zostało wykluczonych z powodu braku wystarczającej liczby komputerów w domu albo wręcz Internetu. Rozejrzyjmy się, czy kolega córki lub syna, który wcześniej często u nas przesiadywał, ma się dobrze, czy nie jest uwięziony z uzależnionym tatą w mieszkaniu. W czasie pandemii tym bardziej pamiętajmy nie tylko o swoich dzieciach.

Ewa Narkiewicz-Nejno, psycholog kliniczny, jej program „Zrób coś z tym dzieckiem” od kwietnia na antenie TVN Style.

  1. Psychologia

"Przyjdzie wilk i cię zje". Do czego może prowadzić wychowanie oparte na strachu?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Rodzice straszą dzieci z wielu powodów: z braku czasu, lepszych pomysłów, dlatego, że ich też w dzieciństwie straszono… Wydaje się to niegroźne, a jest krzywdą i wychowawczą porażką. 

Wielu dorosłych uważa, że autorytet należy budować na strachu. W związku z tym wiele dzieci jest grzecznych tylko wtedy, gdy mama i tata patrzą… Używanie straszaków to bardzo skuteczna metoda wychowawcza – oczywiście jeśli chce się wychować człowieka posłusznego, i nic poza tym. Jeśli jednak nade wszystko pragniesz, by twoje dziecko było mądre, pewne siebie, spokojne i szczęśliwe, nie idź tą drogą. Prowadzi może i na skróty, ale donikąd.

Poczekaj, aż tata się dowie…

Cygan, dziad z worem, diabeł, Baba Jaga… Tradycja, w tym znakomita większość bajek, stworzyła wiele postaci służących do straszenia dzieci. Są wprawdzie nierealne, ale właśnie w tym tkwi ich wielka siła oddziaływania na wyobraźnię. Dlaczego straszenie abstrakcyjnymi postaciami jest tak skuteczne? Bo dziecko samo wymyśla swój strach. W zależności od wieku wybierze też, czego ma się bać – czy samego spotkania, czy porwania, a może zjedzenia…

Do straszenia idealnie „nadają się” też realne, konkretne osoby („poczekaj, pan sąsiad cię zabierze”), ale najskuteczniejsze i najbardziej obciążające psychikę dziecka jest straszenie członkami rodziny („jak tatuś wróci…”, „no, jak powiem babci…”). Zawieszasz głos i nie precyzujesz, co się wtedy właściwie stanie. A dziecko w swojej wyobraźni tworzy dalszy scenariusz. Tylko że podczas, gdy ty już dawno o tym zapomnisz, ono nadal będzie nosiło w sobie strach i podświadomie czekało na wymierzenie kary. Gdy tato wraca i nic się nie dzieje, maluch wcale nie odczuwa ulgi i nie dochodzi do wniosku, że mama użyła straszaka, bo była bezradna – ono cały czas się boi.

Dzieci nie rozumieją, że to było powiedziane tak sobie, na niby, dla żartu. Boją się naprawdę. A dorośli się potem dziwią, dlaczego maluch wpada nagle w histerię czy zaczyna się nieracjonalnie zachowywać. Nie kojarzą wybuchów paniki, nocnego moczenia, kłopotów ze zdrowiem czy problemów z nauką z tym, że kiedyś go nastraszyli.

Przestanę cię kochać

Elementarną potrzebą emocjonalną każdego dziecka jest poczucie bezpieczeństwa i bycie kochanym. Dlatego aby najskuteczniej nastraszyć dziecko, wystarczy zagrozić mu, że to utraci. Odbieranie miłości to niezwykle uniwersalny straszak, bo można go zastosować zarówno do bieżących zachowań („umyj zęby, bo będzie mi smutno”), jak i do tych bliżej niesprecyzowanych („nie po to tyle się staram, żebyś wyrósł na byle kogo”).

Warto wiedzieć, jakie skutki wywołuje mówienie do dziecka np.:

„To przez ciebie jestem smutna/y”. W konsekwencji za każdym razem, gdy rodzic ma gorszy nastrój, dziecko obarcza siebie za to winą. A ponieważ nie umie wymyślić, co takiego zrobiło, dręczą go nieuzasadnione wyrzuty sumienia. W skrajnym przypadku, gdy mama czy tata poważnie zachorują, dziecko może żyć w przekonaniu, że to przez nie, bo za mało się starało.

„Denerwujesz mnie”. W tym komunikacie brak jakichkolwiek konkretów i dlatego jest on tak skuteczny. Dziecko musi samo odgadnąć, co ma robić, żeby rodzic przestał się gniewać. Zamiast na nauce czy zabawie skupia się więc na zadowalaniu mamy czy taty. Jest rozdrażnione, płaczliwe, ma kłopoty z koncentracją i nie może pozwolić sobie na naturalne zachowanie, ponieważ wciąż się kontroluje, żeby rodzice byli z niego zadowoleni.

„Piotruś jest grzeczniejszy niż ty”. Każde dziecko, które to usłyszy, pomyśli, że mama albo tata już go nie chcą, nie kochają. Maluchy bardzo długo nie rozumieją, że między rodzicami a dzieckiem istnieje silna biologiczna więź, więc żarty w rodzaju „wymienię cię, nie chciałam takiego dziecka, wezmę sobie inne” – traktują z całkowitą powagą. Poza tym w wyniku takich komunikatów przestają lubić dzieci, które podejrzewają o to, że mogą być ich konkurentami o względy rodziców, bo są np. grzeczne, dobrze się uczą...

„Mam już dość takiego zachowania”. Pierwsza myśl dziecka jest taka: „mama/tata chce mnie zostawić”. Gdy rodzic wychodzi i ma zostać samo, choćby na krótko – wpada w panikę. Boi się, bo nigdy nie wie, kiedy groźba zostanie zrealizowana. Nie może znieść chwili bez mamy czy taty. Groźba, że je zostawią, może przetrwać w dziecku nawet kilka lat i być przyczyną tego, że – już jako nastolatek – nie będzie chciało np. jechać na kolonie.

„Jeśli coś zrobisz/czegoś nie zrobisz, będę bardzo zła/y”. Dziecko, które ciągle słyszy taki komunikat, w przyszłości może podejmować życiowe wybory opierając się na strachu, stosując kryterium braku kary, a nie wewnętrznej satysfakcji.

Robi to, co mu każą

Czymkolwiek lub kimkolwiek dziecko jest straszone, wcześniej lub później zrozumie, że dorośli mówili mu bzdury. Baba Jaga nie istnieje, w piwnicy nie ma wilka, od brudnych zębów czy jedzenia cukierków przed obiadem się nie umiera, mama nigdy mnie nie zostawi, bo jestem sensem jej życia, a to, czy mam porządek na biurku, nie przełoży się na mój sukces zawodowy. Wkrótce i tak dziecko zweryfikuje słowa rodziców, a ci bezpowrotnie stracą swój autorytet.

Poza tym jeśli maluch słyszy jedynie groźby, zamiast  racjonalnych powodów, to nie wie, dlaczego właściwie powinien coś robić. Myć zęby, jeść marchewkę, mówić prawdę albo być uczciwym czy miłym wobec innych. Nie widzi i nie rozumie korzyści płynących z przestrzegania zasad współżycia społecznego. Dziecko straszone umie robić to, co mu w danej chwili każą. Tylko czy o to chodzi?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. Jest wyrazem braku cierpliwości dorosłych i ich bezradności. Nie straszmy zatem dzieci, bo to po prostu wychowawcza porażka.

Zamiast straszaka

  • Gdy czytasz dziecku bajkę, w której pewnych postaci maluch może się bać, daj mu jednoznaczną informację, że to tylko literacka fikcja. Powiedz np.: „Jak to dobrze, że Baba Jaga istnieje tylko w bajkach, a my nigdy jej nie spotkamy”.
  • Nigdy nie żartuj, że przynosi ci zawód, że je zostawisz. Raczej mów mu, jakie chcesz, żeby było – bez komentarza, co się stanie, gdy takie nie będzie.
  • Poświęcaj mu czas, wykaż się cierpliwością, tłumacz wszystko, co tylko się da. Dzieci słuchają osób, z którymi są głęboko związane.
  • Nie zmuszaj do robienia czegoś tylko dlatego, że ty tak chcesz. Nie myl sukcesu wychowawczego z posłuszeństwem.
  • Nie pozwalaj, by inni straszyli twoje dziecko – nawet gdy jest nieposłuszne, niegrzeczne. Jeśli o czymś takim usłyszysz, zawsze mów, że to tylko żart, nieprawda, że tak nie jest. Dziecko doceni twoją szczerość. Nawet za cenę konfliktu z dziadkami czy nauczycielką broń dziecko przed strachem.

  1. Styl Życia

Agnieszka Pilaszewska: Mój najlepszy scenariusz

Agnieszka Pilaszewska z córką Nelą (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Agnieszka Pilaszewska z córką Nelą (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Nie wymyślałam sobie, że córka będzie lekarzem, aktorką albo fizykiem jądrowym. Takie projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Każdy powinien decydować o sobie – mówi aktorka i scenarzystka Agnieszka Pilaszewska, mama 27-letniej Neli, też aktorki.

Nie wymyślałam sobie, że córka będzie lekarzem, aktorką albo fizykiem jądrowym. Takie projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Każdy powinien decydować o sobie – mówi aktorka i scenarzystka Agnieszka Pilaszewska, mama 27-letniej Neli, też aktorki.

Moja córka Nela jest dorosłym człowiekiem! Będziemy więc rozmawiać raczej „jak wychowywałam” niż „jak wychowuję”. Czy dorosłe dziecko to moment „zbierania owoców”? Nie, ponieważ jako matka nigdy nie czekałam na żadne „owoce”. Oczekiwania na efekty wychowania wydają mi się kompletnym nieporozumieniem; dziecko to nie przedmiot, który ma spełnić nasze wymagania. Owszem, wraz z jego usamodzielnieniem przychodzi moment rodzicielskiego ukojenia, ale, jak mawia moja mama, „dziecko jest zawsze dzieckiem, bez względu na to, ile ma lat”.

Kiedy Nela tuż po maturze dostała się do szkoły aktorskiej Ateliers du Sudden i wyjechała do Paryża – z jednej strony byliśmy szczęśliwi, bo studiowała to, o czym marzyła, i tam, gdzie chciała, z drugiej – denerwowaliśmy się, bo życie w Paryżu wygląda obłędnie tylko z perspektywy turysty. Mieszkającemu tam cudzoziemcowi nie jest łatwo; prawdę mówiąc, po każdej wizycie u córki byłam pełna podziwu, że daje radę. W szkole w Paryżu brano ją za Francuzkę z południa. Języki obce nie stanowią dla niej żadnej bariery, perfekcyjnie posługuje się angielskim, francuskim, zna rosyjski i włoski. Przez cały pierwszy rok tłukła francuskie aleksandryny – francuska szkoła uważa, że jeżeli aktorski adept nie nauczy się mówić klasyki, to zawsze będzie aktorem wybrakowanym, ja się zresztą z tym zgadzam. Trzy lata nauki aktorstwa w Paryżu to było dla córki za mało, wyjechała więc do Los Angeles na słynny kurs aktorski w szkole Stelli Adler. Uznała ten kurs za niewystarczający, więc dodatkowo skończyła kurs w szkole Jamesa Franco (była w grupie słuchaczy, którzy statystowali w jego filmie „The Disaster Artist”). Koniec edukacji zwieńczył polski dyplom „aktora dramatu” w szkole Sewruka w Olsztynie.

Decyzja o opuszczeniu domu rodzinnego i udania się w „nieznane” była jej decyzją. Oczywiście, bardzo tęskniliśmy i popłakiwaliśmy po kątach, wchodząc do pustego Nelinkowego pokoju. Jednak był to dla nas naturalny proces, a nie syndrom pustego gniazda. Wczesne usamodzielnianie się to dla nas coś zupełnie normalnego. Maciej Maciejewski, mój mąż, ojciec Neli, opuścił dom rodzinny tuż po skończeniu 18. roku życia. Ja dostałam się na studia w wieku 17 lat i wyjechałam do Warszawy. Mogliśmy się spodziewać, że zapędy do samodzielności przekazaliśmy jej w genach!

Nie miała innego wyjścia

Nela miała zawsze multum zainteresowań: pięknie rysowała, od dziecka jej wielką pasją jest taniec, dobrze fotografowała, wygrywała konkursy recytatorskie, zawsze świetnie pisała… Cha, cha, taki człowiek renesansu, można by rzec. Obydwoje z mężem piszemy, mamy na koncie scenariusze, powieści, w domu nieustannie o tym gadamy. Nelka uczestniczyła w tych burzach mózgów, często odpytywała mnie też z tekstu sztuk teatralnych, pomagała mi uczyć się ról na pamięć. Zastanawiam się, czy dzieci wychowane w takich domach jak nasz, gdzie jednak praca nie zostaje za drzwiami, przepełnionych fikcją – mają inne wyjście? [śmiech]. Często łapią tego bakcyla, przesiąkają światem wyobraźni, bo to świat niezaprzeczalnie piękny, w którym wszystko jest możliwe. Odwiedzało nas wielu aktorów, scenarzystów, producentów, reżyserów, córka przysłuchiwała się naszym rozmowom, miała swoich ukochanych „wujków” i „ciocie”. Kiedy była mała, co roku jeździliśmy do Chałup na wakacje, spotykaliśmy się z aktorami teatru Ateneum, w którym wtedy pracowałam. Koniec końców Nelka zyskała absolutnego bzika na punkcie teatru. Teatr to dla niej miejsce święte. Chociaż kiedy była malutka, były momenty, gdy mówiła: „W życiu bym nie chciała być aktolką”. Jednak – aktorką została. Przyjęłam tę jej decyzję jak na kabotynkę przystało: popłakałam się i pomyślałam sobie mniej więcej tak: „Eeeeeee, nie jest źle… To znaczy, że aktorstwo to cudny zawód, skoro następne pokolenie, wiedząc o nim tak wiele, decyduje się wkroczyć na tę ścieżkę!”. Byłam naprawdę zaskoczona.

Nawet w myślach nie imaginowałam sobie, że będzie lekarzem, aktorką albo fizykiem jądrowym z Nagrodą Nobla. Takie projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Można się pomylić. Każdy powinien decydować o sobie, mieć możliwość przeżycia po swojemu: wzlotów i upadków, uniesień i rozczarowań. To wszystko uczy życia, stanowi jego esencję. Wydaje mi się, że ja na przykład od dziecka byłam przyuczana przez moją mamę na aktorkę. Pakowana w szkoły muzyczne, występy z tańcem, recytowaniem, śpiewaniem, wiele godzin prób... Terminowałam w zespołach mamy – która jest choreografką – od ostatniego rzędu, przez środkowy, aż do solówek. To było momentami uciążliwe, miałam mnóstwo obowiązków. I po cichutku marzyłam, żeby być konserwatorem zabytków – nic z tego nie wyszło, byłam za słaba z chemii [śmiech]. Ojciec mojej mamy, oficer 27. Pułku Ułanów z Nieświeża, prowadził orkiestrę pułkową, grał przepięknie na trąbce, komponował na ten instrument. Całe szczęście mama się nie pomyliła, a może po prostu ani ja, ani moja córka nie miałyśmy innego wyjścia?

Myślę, że zdając do szkoły w Paryżu, bardzo chciała uciec od tego, kim jesteśmy, od opinii, jaką mamy w środowisku. Chciała absolutnie samodzielnie dojść do tego zawodu, nie być posądzana o protekcję. To trudny temat, bo zawsze drugie pokolenie (w tym samym zawodzie) niesie na barkach nie tylko swoje niedoskonałości, lecz także niedoskonałości rodziców [śmiech]. Dużo rozmawiamy o aktorstwie, scenariuszach, reżyserii, czasem nie udaje mi się uniknąć mentorskiego tonu, ale wyraźnie widzę, że Nela ma własne przemyślenia, zachwycają mnie jej świeżość i pasja. Zależy mi na tym, żeby widziała, że jej rodzice żyją w sposób wartościowy i cieszą się z życia.

Grzeczne już byłyśmy

Moje kobiece pokolenie dojrzewało do sprzeciwiania się konwenansom, do odwagi samostanowienia o sobie, do niezależności. Od dziecka słyszałam, że dobrze być dziewczynką miłą, sympatyczną, grzeczną i uśmiechniętą w każdej sytuacji, bo to ułatwia funkcjonowanie w świecie. A ja zawsze miałam duży temperament, musiałam się powstrzymywać. Dlatego nie przepadałam za tymi naukami. I nie ceniłam uśmiechu podbitego wewnętrznym smutkiem czy niezgodą. Natomiast pokolenie Neli jest bardzo odważne w wyrażaniu swoich uczuć, przekonań, w wyrażaniu samych siebie. Ale, myślę też, mają nie lada problem: daliśmy im kokon bezpieczeństwa, poczucie, że ten wielki świat jest przyjazny, otwarty, tolerancyjny, wolny i taki już będzie zawsze. Ostatnie wydarzenia pokazują, że niestety ani otwartość, ani bezpieczeństwo, ani wolność nie są dane raz na zawsze, trzeba walczyć o nie ze wszystkich sił. Myślę, że już to zrozumieli, ulica pokazuje, że błyskawicznie się tego uczą. Córka jest… migotliwa, ma piękną wrażliwość, wspaniałą wyobraźnię, ogromny temperament, inteligencję, wiedzę. Jest ciekawa świata, zmotywowana do rozwoju. Krucha i silna, jak na aktorkę przystało, zgodnie z powiedzeniem pokutującym w moim zawodzie, że „trzeba mieć skórę słonia i wrażliwość motyla”. Jeśli miałabym natomiast określić, jaką matką jestem: czy taką, która ma wyrąbane na wszystko, czy mamą kwoką, to odpowiedź brzmi – kwoką, z wyboru, miłości i z przekazanych wartości. Szybko zorientowaliśmy się, że nie stać nas na drugie dziecko, w związku z tym skupiliśmy się na tym, które udało nam się powołać na świat. Staraliśmy się jej nie zawieść, wspierać ją i otaczać opieką. Chcemy, żeby wiedziała, że zawsze może na nas liczyć. W Warszawie nie mieliśmy do pomocy żadnej babci. Mieliśmy natomiast szczęście do cudownej niani, która długo towarzyszyła naszej córce, całkowicie jej ufałam. Nelka uwielbiała Nianiusię, zresztą do tej pory są w kontakcie. Do gimnazjum i liceum również mieliśmy szczęście. Nela uparła się na jedną szkołę, stworzoną przez Krystynę Starczewską – najpierw gimnazjum, potem liceum z maturą międzynarodową IB na Raszyńskiej. Z sukcesem zdała egzamin, a my już potem z fascynacją obserwowaliśmy, jak się rozwija. Te szkoły miały cudowne podejście do uczniów, traktowano ich podmiotowo, odpowiedzialnie włączano do współdecydowania o szkole, o społeczności, o świecie; świetni nauczyciele, świetny czas. Przyjmowałam jej koleżanki i kolegów z dobrodziejstwem inwentarza. Ostrzegałam oczywiście, że różne ludzkie „typy” mogą się wokół nas kręcić. Trzeba by córkę zapytać o to, ile razy głęboko ją uraziłam, bo wyraziłam swoje zdanie zbyt szybko. Ale muszę przyznać, że ma nosa do ludzi i potrafi ich analizować z aptekarską dokładnością. Umie jak lwica chronić swoich przyjaciół, co uważam za bardzo cenną cechę.

Agnieszka Pilaszewska: Projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Można się pomylić. (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films) Agnieszka Pilaszewska: Projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Można się pomylić. (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

Mam Oscara

Córka słyszała i słyszy różne moje gadki w stylu: „zjedz za mamusię, za tatusia, za babcię Halinkę i babcię Irenkę”, „nie zmarznij”, „łykaj witaminę D”, „jedź ostrożnie”. Kiedy mieszkała z nami, zdarzały się „szlabany”, i to ja byłam złym policjantem. Ojciec jest aniołem. Ale też wyznaczał granice. Zawsze z przerażeniem patrzy na dzieci, które biegają, dopóki same nie padną, do późnej nocy. Uważał, że dziecko lubi uporządkowanie i przewidywalność. Od maleńkości o określonej porze chodziliśmy z Nelą na spacery, po dwie, trzy godziny dziennie, w zależności od pogody. O stałej porze była kolacja, kąpiel, mycie zębów, dobranocka. Potem oczywiście czytanie bajek i lulu, nie było hasania do ciemnej nocy. Kiedy była nastolatką i sama zaczęła wychodzić, prosił ją, żeby była w domu przed 22. Może dlatego się nie buntowała, bo to była prośba, a nie nakaz: „Masz to zrobić, bo jak nie, to…”. I odwrotnie, godzina powrotu czasem się wydłużała na jej prośbę [śmiech]. Miałam trochę łatwiej niż inni rodzice, bo kiedy umawiała się z przyjaciółmi na placu Zbawiciela, w którego pobliżu mieści się mój Teatr Współczesny, mówiłam jej: „Kończę spektakl o 21.30, jak chcesz, to możemy razem wrócić do domu”. I czasem sobie razem wracałyśmy. Pamiętam, jak w cudownych, przedpandemicznych czasach byliśmy na wakacjach we Włoszech. Nelka miała jakieś osiem, dziewięć lat. Tak sobie siedzimy przy deptaku, pijemy kawę, a ona nagle prosi o dwa euro i pyta, czy może iść do sklepu po przeciwnej stronie. To było w zasięgu naszego wzroku, zgodziliśmy się. Jak tylko zniknęła nam z oczu, zaczęliśmy się denerwować. Maciejewski pisze w końcu kryminały, wyobraźnia leciutko przyszalała. A tu nasza córka wraca uśmiechnięta i bardzo podekscytowana, wyciąga w naszą stronę figurkę Oscara, mówiąc: „Złoty Oscar dla was!”. Oczywiście, że się poryczeliśmy, nasza córka przyznała nam Oscara. Najcenniejszego na świecie! Nie rozpamiętuję przeszłości, nie pogrążam się w poczuciu winy, że będąc aktorką, często nie stawałam na wysokości zadania jako matka. To nic nie da. Gdybym po urodzeniu dziecka zrobiła sobie przerwę w zawodzie i przez trzy lata nie grała, to być może nie miałabym do czego wracać i już nie byłabym aktorką. Byłabym wtedy głęboko nieszczęśliwą osobą. A może nie? Może wcześniej zaczęłabym pisać? I czy wtedy byłabym macierzyńską alfą i omegą? Pewnie nie. W każdym razie robiłam, co mogłam, żebyśmy byli cali i zdrowi i przetrwali jako rodzina. I żeby każdy znalazł w niej poczucie bezpieczeństwa i uważność. Życie jest piękne. Nawet jak jest źle, to też jest dobrze! Bez „źle” człowiek nie ma porównania, jak wygląda „dobrze”. Pamiętam, jak Janusz Kijowski stanął nad łóżeczkiem, w którym leżała roczna Kornelia, i zażartował do Maciejewskiego: „To twój najlepszy scenariusz!”. Nie lubię dywagować na temat „roli matki”. Z roli się wychodzi, matką jest się do końca. To wielkie szczęście, że córka pojawiła się w naszym życiu. Uwielbiam każdą chwilę z nią spędzoną. Inspiruje mnie. Czy chciałabym z nią kiedyś zagrać? No jasne! Po pierwsze, kocham wymagających, inteligentnych i wrażliwych partnerów. Po drugie, nieustannie piszę dla nas scenariusze. Po trzecie, to się spotyka z kompletnym niezrozumieniem! 

Agnieszka Pilaszewska aktorka, scenarzystka, od lat związana z Teatrem Współczesnym w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one? A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne. Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba? Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas. Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”. Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych? Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim? Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska? Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka? Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”. To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…? Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców? Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”. Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą? Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”. Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci... A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Psychologia

Moje dziecko jest nieśmiałe

Nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej. (Fot. iStock)
Nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej. (Fot. iStock)
Boisz się, że zawsze będzie miało pod górkę? A przecież może radzić sobie lepiej niż przebojowy rówieśnik… Rada – wzmacniaj w nim poczucie własnej wartości. 

Z dziećmi nieśmiałymi jest tak samo jak trzydzieści lat temu z leworęcznymi – z jakichś powodów wszyscy koniecznie chcą im pomóc się zmienić. Bo nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej.

Plusy bycia nieśmiałym

Jest ich bardzo wiele. W porównaniu z wygadanymi, otwartymi i asertywnymi – nieśmiali:
  • Są mniej narażeni na agresję ze strony innych osób, bo rzadziej wchodzą w interakcje w miejscach publicznych, takich jak ulica, bar, sklep, pociąg, dyskoteka.
  •  Rzadziej stają się obiektem plotek, bo zachowują się bardziej powściągliwie i nie ściągają na siebie powszechnej uwagi.
  • Mają bogate życie wewnętrzne – wspaniałą wyobraźnię, są oczytani, mają najróżniejsze, ćwiczone latami umiejętności. Ponieważ ich życie towarzyskie nie jest zbyt bogate, mają więcej czasu dla siebie.
  •  Są bardziej wrażliwi w kontaktach międzyludzkich, rzadziej ranią innych, popełniają mniej faux pas.
  • Potrafią słuchać, mają wielkie zdolności wspierające i są cenieni jako oddani przyjaciele.
  • Przeżywają mniej życiowych frustracji i rozczarowań, bo zwykle nie marzą o wielkich sukcesach, z tego samego powodu doświadczają też mniej zawiści.
  • Są znakomitymi fachowcami w swej dziedzinie, ponieważ nie rozpraszają ich bodźce ze świata zewnętrznego.
  • Mają zwykle taryfę ulgową – wywołują u innych odczucia opiekuńcze. Wzrasta także tolerancja na ich dziwaczne zachowania.
Dlatego warto nabrać przekonania, że światu potrzebni są zarówno ci przebojowi, jak i ci spokojni. Nie możemy przecież wszyscy być jednakowi. Co nie znaczy, że nieśmiałe dziecko trzeba pozostawić samemu sobie. Wprost przeciwnie, możesz mu pomóc w stawianiu czoła światu, podbudowując i ucząc nowych umiejętności. Najpierw jednak musisz zrozumieć, na czym polega natura nieśmiałka.

Od buntownika do pracusia

Młodzi nieśmiali bardzo różnią się między sobą. Swoje problemy i lęki maskują w rozmaity sposób, najchętniej przyjmując określone społeczne role:

Buntownika – to dość popularna maska, pod którą nastolatkowie skrywają swoją nieśmiałość. Agresywna postawa, nadmierny tupet...– to wszystko ma na celu pokazanie, jak bardzo nie przejmują się tym, co inni o nich pomyślą i jak ich ocenią. W ten sposób zaprzeczają temu, czego w sobie nie akceptują.

Konformisty – nieśmiałość szczególnie ciąży w grupie rówieśniczej, gdzie wszyscy bez ustanku poddawani są ocenie i porównaniom. Młody człowiek chętnie przyłącza się do najróżniejszych grup, band, zespołów – żeby mieć w swoim otoczeniu ludzi oswojonych i takich, którzy za niego realizują kontakty ze światem zewnętrznym. Postawa: „wystarczy, że nie będę się wychylał, a mnie zaakceptują” to wielka pokusa wszystkich nieśmiałych nastolatków.

Nieobecnego – ucieka ze szkoły, czasem już z przedszkola, opuszcza zajęcia zwłaszcza wtedy, gdy wiadomo, że będzie zastępstwo lub pojawi się ktoś nieznany. Bardzo szybko uczy się omijać wszelkie sytuacje, w których jest narażony na kontakt z rówieśnikami lub gdzie może zdarzyć się coś nieoczekiwanego. Nieśmiali często uciekają w chorobę i wymuszają indywidualny tok nauczania.

Pracusia – zaangażowanie się w naukę to wspaniałe alibi dla nieśmiałków. Tym bardziej, że jest poparte wielkim uznaniem społecznym. Rodzice są dumni z takiego dziecka, ale wyalienowanie społeczne nieśmiałego rośnie. To bardzo powszechne zjawisko, zwłaszcza u nastolatków.

Uwaga – narcyzm!

Niezależnie od maski, pod jaką twoje dziecko zdecydowało się ukrywać nieśmiałość, jego największym cierpieniem jest narcyzm. To cecha absolutnie typowa dla każdego dziecka i nastolatka. Tyle że u tych nieśmiałych przyjmuje niewyobrażalne rozmiary. Poczucie, że oczy całego świata są zwrócone na mnie, że wszyscy skupiają się tylko na tym, co robię – owocuje, zwłaszcza u nastolatka, panicznym strachem, żeby tylko nie stać się ofiarą negatywnej oceny. Na dodatek ma świadomość, że jej przyczyną może być nieśmiałość, którą wyolbrzymia do granic rozsądku. Z wiekiem czuje się coraz bardziej napiętnowany tą „złą cechą”, rejestruje każdy śmiech w swoim otoczeniu i zastanawia się, czy to aby nie z niego się śmieją. Nieśmiali nie mają łatwego życia

Ale przyroda nie bez przyczyny preferuje maksymalną różnorodność. Wyobraźmy sobie, że wszyscy jesteśmy asertywni, pewni siebie, otwarci i odważni. Co by to było? Nieśmiali są równie potrzebni jak ludzie przebojowi, ale czasem warto im nieco ulżyć w tej niedoli.

Tylko delikatnie

Zanim skupisz się na pomocy, upewnij się, czy twoje dziecko na pewno jest nieśmiałe, czy wycofanie nie jest może jego wyborem. Niektóre dzieci lubią być same, nie potrzebują licznego grona kolegów i wcale nie marzą o codziennym przebywaniu na podwórku. Podjęcie działań wspierających ma sens tylko wtedy, kiedy dziecko cierpi, chce się zmienić, bo nienawidzi nieśmiałości w sobie.

Wspomaganie nieśmiałego dziecka:

  • Staraj się przyjaźnić z rodzicami, którzy mają dzieci w jego wieku. Zgadzaj się na wspólne wyjazdy, noclegi i zabawy.
  • Inicjuj zabawy symboliczne, czyli zabawy w coś (sklep, stacja benzynowa, lekarz, szkoła). To da dziecku możliwość przećwiczenia różnych stylów zachowania.
  • Staraj się, żeby w waszym domu było wesoło. Nieśmiałe dziecko żyje w ogromnym napięciu, a śmiech znacznie je obniża.
  • Praw mu komplementy i słuchaj, co na nie odpowiada.
  • Nie zadręczaj się tym, że twoje dziecko jest nieśmiałe. Nie szukaj winy ani w sobie, ani w nikim innym. Dziecku w niczym nie pomoże wiedza, dlaczego takie jest.
  • Nie wypominaj mu, że nie zadbało o siebie i np. nie starczyło dla niego tortu urodzinowego na przyjęciu. Albo że nie dość mocno walczyło i dlatego nie dostało roli w szkolnym przedstawieniu. W ten sposób przysparzasz mu tylko cierpienia.
  • Nie rozpamiętuj porażek dziecka, nie przypominaj mu, że ominęła go fajna zabawa. Zwracaj raczej uwagę na to, że jeszcze będzie podobna okazja.
  • Nigdy nie karz dziecka za nieśmiałość, nawet jeśli zawiodło twoje oczekiwania – to nie wynika z jego złej woli.
  • Wciąż powtarzaj sobie zdanie: „Ono ma prawo być nieśmiałe”.

Wspomaganie nieśmiałego nastolatka:

  • Wprowadź go w środowisko, w którym robi się coś konkretnego. Radzenie sobie w szkole jest takie trudne, bo dzieci nie mają jasno określonych zadań. Gdy chodzą na modelarstwo, harcerstwo, chór, sport, robią gazetkę szkolną – jest inaczej. To idealne otoczenie i warunki do tego, by nieśmiały nastolatek nawiązał znajomości.
  • Kup mu psa. Oczywiście, to na ciebie spadną wszelkie obowiązki, ale i tak będzie warto. Po pierwsze, twoje dziecko zacznie częściej wychodzić z domu – psa trzeba przecież wyprowadzać kilka razy dziennie. A po drugie, podczas spaceru z psem w całkiem naturalny sposób nawiąże kontakty z rówieśnikami w swojej dzielnicy.
  • Koniecznie zachęć go do uprawiania sportu. Dobra kondycja, tężyzna, możliwość polegania na swoim ciele pomagają pozbyć się napięcia, poprawiają samoocenę i wzmacniają pewność siebie.
  • Opowiadaj o sytuacjach, w których ty się czegoś wstydzisz lub boisz, i pokazuj, jak się do nich przygotowywać (np. że wszystko trzeba mieć wcześniej sprawdzone, zarezerwowane, napisane).
  • Jeśli jutro czeka go jakaś ważna rozmowa, wypiszcie dziś pytania, które może podczas niej usłyszeć, i przygotujcie najlepsze odpowiedzi.
  • Rozmawiajcie na różne, także poważne, tematy. Chwal go za mądre uwagi, stoicyzm czy tolerancję.
  • Zachęć, by przeczytał jakąś książkę na temat nieśmiałości. W tym wieku wiedza, jak wiele osób ma ten sam problem, jest bardzo pomocna.
  • Pomóż mu zrozumieć, że nie jest dziwakiem, że jego zachowania są podyktowane właśnie nieśmiałością.