1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak utrzymać namiętność w długoletnim związku?

Jak utrzymać namiętność w długoletnim związku?

Jeden z najważniejszych składników miłości – namiętność – jest jednocześnie jej najmniej trwałym komponentem. Szczęściarzami nie są ci, którym przychodzi ona z łatwością, lecz ci, którzy potrafią wykrzesać emocje z jeszcze ciepłego popiołu i po raz kolejny zakochać się we własnej żonie czy mężu. (Fot. iStock)
Jeden z najważniejszych składników miłości – namiętność – jest jednocześnie jej najmniej trwałym komponentem. Szczęściarzami nie są ci, którym przychodzi ona z łatwością, lecz ci, którzy potrafią wykrzesać emocje z jeszcze ciepłego popiołu i po raz kolejny zakochać się we własnej żonie czy mężu. (Fot. iStock)
Szczęściarzami nie są ci, którym zakochanie i namiętność przychodzą z łatwością, tylko ci, którzy potrafią wykrzesać emocje z jeszcze ciepłego popiołu i po raz kolejny zakochać się we własnej żonie czy mężu.

Prawda niestety jest dosyć gorzka, jeden z najbardziej pożądanych składników miłości – namiętność – jest jednocześnie jej najmniej trwałym komponentem. Przy zakochaniu namiętność szybko sięga zenitu, ale po przekroczeniu pewnego poziomu nieubłaganie spada. Wtedy na pary, których relacje nie były wspierane innymi niezbędnymi filarami miłości: intymnością i zaangażowaniem, czeka nieuniknione fiasko.

Psychicznie dojrzała osoba rozumie różnicę pomiędzy emocjami, namiętnością, a trwałym, spokojnym, często pełnym wyrzeczeń i kompromisów związkiem nazywanym miłością. Właśnie dlatego Stephen Covey odkrył, że „kochać”, to czasownik i na skargi w rodzaju: „…ale nie kocham swojej żony”, z przekonaniem polecał: „To kochaj ją!” Działanie – to jest cudowny środek, który potrafi przywrócić tlejące uczucia.

Emocje i jeszcze raz emocje

Czy zastanawialiście się kiedyś, czemu sporo par się tworzy podczas zagrażających życiu sytuacji? Klęski żywiołowe, wojna, różnorodne nieszczęścia w życiu prywatnym stają się najmocniejszym spoiwem spotkanych przypadkiem ludzi, między którymi nagle i pozornie bez przyczyny rodzi się wielka namiętność. Gdyby te osoby natrafiły na siebie w innym czasie i przy innych (niezagrażających) okolicznościach, jest całkiem możliwe, że nigdy by nie zrodziło się pomiędzy nimi zakochanie. Dlaczego tak się dzieje? Okazuje się, że człowiek nie zawsze potrafi rozpoznać źródło swoich emocji i silne fizjologiczne pobudzenie (przyśpieszenia rytmu serca, pocenie się rąk itp.) traktuje jako przyczynę pojawienia się innej osoby o przeciwnej płci. Czyli jeśli w nagle spadającej windzie spotkały się dwie osoby, to jest ogromna szansa, że jedna z nich przynajmniej zaprosi drugą na randkę. Sama znajomość tego zjawiska nie daje rezultatów; nie chcemy także powodować żadnych klęsk żywiołowych. W życiu codziennym, by umiejętnie wykorzystać dane zjawisko, możemy zabrać naszą połówkę na ekstremalny odpoczynek: skoki ze spadochronem, lot balonem, wycieczka w góry, rafting. Każdy pomysł, który wywoła silne emocje, nawet nie koniecznie pozytywne, jest dobry.

Podobieństwo

Powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają, w długotrwałych związkach raczej się nie sprawdza. Więc jeśli już dobraliśmy się w parę, to inspiracji warto szukać właśnie w podobieństwach. Zastanów się co ty i partner czy partnerka lubicie robić razem: jaka to jest forma odpoczynku, a może pracy? Czy lubicie razem gotować, jeździć konno, podróżować, zwiedzać wystawy, sprzątać? Każda aktywność, którą wykonujecie razem i z której razem czerpiecie przyjemność pogłębia i pielęgnuje związek.

Zmiana otoczenia

Osoby, które mają niską tolerancje na nudę, nie zawsze odnajdują się w rutynowych, codziennych czynnościach, a co za tym idzie ich uczucia zaczynają szybko gasnąć podczas długich, spokojnych wieczorów. Żeby taki partner nie poszukiwał nowości w kimś innym, warto zapewnić mu chociaż co jakiś czas pewne zmiany. Mogą to być podróże, spacery gdzie indziej, niż zazwyczaj, kilka dni w innym niż dom miejscu, przesuwanie mebli w pokojach, pomalowanie ścian, nigdy nie darowane wcześniej prezenty, nigdy nie poruszane tematy rozmów. Pomyślcie jak zareaguje partnerka, jeśli zamiast bukietu róż dostanie kwitnący kaktus, a co powie mąż, jeśli żona bez uprzedzenia zarezerwuje miejsce na noc w pobliskim hotelu (nie koniecznie musimy być przy tym na wyjeździe). Dobrze, jeżeli nasza zmiana współgra z zaskoczeniem, wtedy jeszcze bardziej zintensyfikujemy rezultat.

Wspólna praca

Szczęśliwy związek to taki sam cel jak każdy inny, który wymaga dużej pracy. Jeśli planujemy zostać sędzią, to staramy się jak najlepiej zdać maturę, wybieramy się na studia prawnicze, robimy aplikację, zastanawiamy się co jeszcze mogło by zwiększyć nasze szanse na osiągnięcie celu. Niestety udany związek traktujemy jako coś samoistnego i przypadkowego, właśnie dlatego często to prowadzi do rozczarowań. Okazuje się, że myślenie strategiczne sprawdza się nie tylko w życiu zawodowym, ale także i prywatnym. Zaproponuj partnerowi zastanowić się razem na jakim etapie związku jesteście, co jest za wami, czy udało się wyciągnąć jakieś wnioski z niepowodzeń, czy podążacie w dobrym kierunku, co chcielibyście zmienić, jak to zrobić? Planujcie swój związek jak planujecie karierę zawodową, stawiajcie sobie cele i wyznaczajcie konkretne działania. Miłość to nie loteria, tylko długoterminowy cel.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Fascynacja - wstęp do miłości. Czym właściwie jest?

W przypadku fascynacji w mózgu zaczynają się wydzielać te same substancje, które pojawiają się, gdy kogoś pożądamy. (Fot. iStock)
W przypadku fascynacji w mózgu zaczynają się wydzielać te same substancje, które pojawiają się, gdy kogoś pożądamy. (Fot. iStock)
Czym właściwie jest fascynacja? Emocją? Stanem ducha? Zjawiskiem? Zapewne wszystkim po trochu. Jej istotę zgrabnie uchwyciła pisarka Susan Sontag, określając ją „przeciwieństwem nudy”.

Fascynacja nie jest prostą emocją. Składa się z wielu komponentów, które się ze sobą mieszają i zmieniają swoje natężenie. Jakie to składniki? Na przykład radość, podniecenie, chęć poznania, ciekawość, zauroczenie, upojenie. Kiedy coś nas fascynuje, poświęcamy temu uwagę, myśli, czas. Chcemy, by wypełniało nasz świat. Gdy fascynacja jest gwałtowna, pojawia się nienaturalna ekscytacja i pewien rodzaj emocjonalnej nadwrażliwości. Jeśli obiektem fascynacji jest osoba, interesuje nas wszystko, co jej dotyczy – sposób, w jaki mówi, porusza się, jak zakłada nogę na nogę.

W przypadku wielkiej fascynacji w mózgu zaczynają się wydzielać te same substancje, które pojawiają się, gdy kogoś pożądamy.

To, co pozornie inne

Fascynacja sprawia, że zaczynamy się interesować drugą osobą, jest wstępem do zakochania. Poznajemy kogoś, kto nas intryguje i zadajemy sobie pytanie: „Co on w sobie ma, że nie możemy przestać o nim myśleć?”. Zwykle jest to odwrotność tego, co sami reprezentujemy, bo najbardziej fascynuje to, co inne, nowe, obce. Nieznane może nawet lekko niepokoić, ale wciąż (a może nawet tym bardziej) pociąga.

Ktoś kiedyś powiedział, że powód, dla którego zaczynamy być z jakąś osobą, często staje się przyczyną, dla którego po jakimś czasie się z nią rozstajemy. Tak może być, gdy związek zaczyna się od fascynacji odmiennością. Wyobraźmy sobie na przykład mężczyznę – urodzonego pesymistę, lekko gnuśnego, flegmatycznego. Któregoś dnia spotyka kobietę – wesołą, potrafiącą cieszyć się każdą chwilą. Jej umiejętność czerpania radości z niczego fascynuje go, bo sam chciałby taką posiadać. Będzie więc dążyć do kontaktu, by być bliżej jej wspaniałych właściwości. Wyobraźmy sobie dalej, że obydwoje rzeczywiście się do siebie zbliżą, zakochają i zaczną wspólne życie. Mijają jednak, powiedzmy, dwa lata i nasz ponurak nie jest nagle w stanie znieść swojej drugiej połówki. Ona coraz częściej słyszy: „No nie, kolejny spacer? Po co ty tyle jeździsz na rowerze? Jak to, znów idziemy do kina?!”. W końcu albo się rozstaną (zmęczeni innością partnera często wybieramy właśnie taki wariant), albo przetrwają, ale tylko jeśli jemu udzieli się energia partnerki. Bywa bowiem i tak, że czyjaś radość życia może być dla nas tak ożywcza i zaraźliwa, że będziemy korzystać z niej jak ze swego rodzaju różowych okularów, przez które świat będzie wyglądać zupełnie inaczej.

Zdarza się też, że fascynuje nas w drugiej osobie coś pozornie odmiennego, ale na głębszym emocjonalnym planie pokrewnego, tylko do tej pory nieodkrytego. Wtedy związek ma jeszcze większe szanse na przetrwanie.

Wypełnić deficyt

Przyciągają nas i fascynują nie tylko przeciwieństwa. Zapytani, co powinien mieć w sobie ktoś, by się nam spodobać, odpowiadamy: to coś. I choć pewnie każda z przypadkowych 100 osób owo „coś” zdefiniowałaby na swój sposób, to w pewnych punktach wszyscy byliby zgodni. To, co nas łączy, to m.in. potrzeba miłości, bliskości, bezpieczeństwa, bycia akceptowanym i samorealizacji. Oprócz tego mamy też pewne niezaspokojone, bywa, że głęboko ukryte, potrzeby emocjonalne i naszą fascynację wzbudzają osoby, które mogą – według nas – je zaspokoić, wypełnić nasz deficyt. Zwykle jednak ulegamy złudzeniu. Najczęściej tylko tak się wydaje, że obiekt naszej fascynacji może nam dać to, czego potrzebujemy. Innymi słowy, dokonujemy na niego projekcji własnych oczekiwań i wyobrażeń. Nasza tęsknota za spełnieniem jest tak wielka, że na początku widzimy u partnera cechy, których nie posiada. Niestety, po gwałtownej fascynacji przychodzi zwykle rozczarowanie.

Podobny do ojca

Każdy nosi w sobie pewne archetypy. Dlatego fascynuje nas ktoś określony przez taki wewnętrzny wzorzec, nawet jeśli zupełnie nie jest w naszym typie. Pierwszym mężczyzną w życiu każdej kobiety, tym, który kładzie podwaliny pod powstanie tego archetypu, jest jej ojciec. I niezależnie od tego, jak się sprawdził w tej roli, staje się także jej pierwszą miłością. A za nią podążamy stale w naszym dorosłym życiu. Nawet jeśli ojciec nie był dla nas dobry. Wtedy naszą fascynację mogą budzić osoby, które niosą ze sobą pierwiastek uczuciowego zagrożenia – zadadzą nam ból czy skrzywdzą. Poczujemy więc coś, czego już kiedyś doświadczyliśmy w emocjonalnym związku i teraz podświadomie kojarzymy to jako jego podstawę. Niektóre kobiety wybierają na partnerów tzw. drani. To znaczy, że jakiś drań funkcjonował już kiedyś w ich życiu, tylko w innej roli.

Jak ćmy do świecy

To, jak szybko rodzi się w nas fascynacja i jak długo trwa, zależy w głównej mierze od wieku. Płomień zachwytu w duszy młodej, jeszcze niedojrzałej emocjonalnie osoby, może być pozbawionym kontroli pędem w jakimś kierunku. Młody, rozgorączkowany człowiek, który ze swej natury jest istotą poszukującą, eksperymentującą, chce jak najszybciej wskoczyć w to, co go fascynuje – nawet, gdyby miał się spalić. Nie podejmuje racjonalnych decyzji, bo jego fascynacja nie podlega kontroli rozumu. Czasem bywa to groźne w skutkach. Przykładem jest młodzieńcze zainteresowanie różnego rodzaju sektami.

Ktoś starszy i emocjonalnie dojrzalszy zapala się wolniej. Jego fascynacji jest bliżej do ciekawości, zainteresowania i chęci poznania niż emocjonalnego naporu. Dojrzały człowiek mówi: „fascynujące”, kiedy ma na myśli coś, co jest interesujące, bardzo ciekawe, warte poznania. Potrafi również przyjrzeć się swoim emocjom z dystansem, może się czymś fascynować spokojniej i dłużej, bo u niego często przeradza się w hobby.

Z kwiatka na kwiatek

Niektórzy rzadko ulegają fascynacji, nie rezonują ze światem. Inni robią to bez przerwy, często zmieniając jej obiekt. Od czego to zależy? Trochę od temperamentu, a trochę od naszego indywidualnego zapotrzebowania na bodźce. Osobom, które do normalnego funkcjonowania potrzebują ciągłej stymulacji, by czuć, że żyją, niezbędny jest pewien stały poziom ekscytacji. Wszystko jedno, czy skoczą na bungee, czy przejadą się motocyklem z prędkością 200 km/godz. Dla nich ważne jest tylko to, by poziom stresu był wysoki.

Duże zapotrzebowanie na bodźce może też świadczyć o wysokim poziomie wewnętrznego niepokoju. Przeskakiwanie od jednej fascynacji do drugiej jest oznaką emocjonalnej niedojrzałości. Zapalając się raz po raz do nowej rzeczy, usiłujemy nie dopuścić do głosu skrywanych i bolesnych emocji. Ukrywając się za podnieceniem, unikamy konfrontacji z tym, co nas niepokoi. To samo dotyczy osób, które się zakochują, ale nie przechodzą do kolejnej fazy, tylko kończą związek i wpadają w następną, opartą na czystej fascynacji, znajomość. Inaczej musieliby spokojnie przyjrzeć się sobie, drugiemu człowiekowi i temu, co ich łączy. Aby stworzyć z kimś trwały związek, musimy przekraczać swoje granice. O wiele łatwiej, przyjemniej, a dla niektórych bezpieczniej, unikać konfrontacji z szarą rzeczywistością i – skacząc z kwiatka na kwiatek – udawać, że nasze życie jest kolorowe i szczęśliwe. Uwaga, od ciągłego poszukiwania można się jednak uzależnić.

Fascynacja i co dalej?

W każdym związku nadchodzi moment podsumowań. Gdy okazuje się, że ktoś nie jest taki, jak myśleliśmy, możemy powiedzieć: „Nie chcę już z tobą dłużej być”. Możemy też spojrzeć na niego od nowa i powiedzieć: „Chcę zobaczyć, jaki naprawdę jesteś”. Kiedy po pierwszym zauroczeniu pojawia się szczere zaciekawienie, chęć poznania drugiej osoby, tego, co jest dla niej istotne, co lubi, a czego nie – wtedy fascynacja ma szansę przerodzić się w sympatię, przywiązanie i chęć bycia ze sobą. A to prosta droga do miłości.

Jeśli wiemy już, że nasz związek nie przynosi spełnienia, lecz emocjonalny ból i łzy, bądźmy czujni. Kiedy po raz kolejny ulegamy fascynacji jakąś osobą, przyjrzyjmy się dokładniej temu uczuciu, zastanówmy, jakie cechy tej osoby pociągają nas najbardziej. Może czujemy, że nas skrzywdzi i podświadomie do tego dążymy, bo taki wzorzec wynieśliśmy z domu. Jeżeli zdamy sobie z tego sprawę, mamy szansę na przełamanie schematu, który zmusza nas do wchodzenia w nieszczęśliwe związki.

Maria Jurowska psycholog, terapeutka Gestalt. 

  1. Psychologia

Wspólne wakacje z partnerem. Czas próby czy sielanka?

Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. (Fot. iStock)
Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. (Fot. iStock)
„Cudownie!” – mówią zgodnie oboje. Ale co myślą? Kobieta: „Teraz się do siebie zbliżymy”. Mężczyzna: „Nareszcie odpoczniemy”. I są to całkowicie sprzeczne cele. Jak zatem nie zamienić raju na Seszelach w horror pośród tropików, tłumaczy psycholog Maria Rotkiel.

Jak myślę o małżeństwie moich rodziców, to mam wrażenie, że kiedyś pary dobierały się na zasadzie sprawdzania się w boju: w pracy, prowadzeniu domu, wychowaniu dzieci. Dzisiaj wyzwaniem dla wielu par jest czas wolny.
Na pewno obecnie większą wagę przykładamy do sfery emocjonalnej, a w niej mieści się też temat spędzania wolnego czasu. Dbamy o wspólne rozrywki, jeździmy na rowerach, podróżujemy. Nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice w każdą sobotę rano chodzili na tenisa, bo u nas w sobotę rano się sprzątało, a w niedzielę jechało do babci na obiad. Dziś w weekend jedziemy do centrum handlowego – to jest ta gorsza wersja, a w lepszej – oddajemy się jakiemuś hobby. Sfera wolnego czasu, zainteresowań i relaksu rzeczywiście ma więc obecnie większe znaczenie niż kiedyś.

A kwintesencją relaksu jest wspólny urlop.
Urlop jest genialnym papierkiem lakmusowym relacji. Jeśli wyjeżdżamy na urlop na początku znajomości, to często w ogóle nie wychodzimy z pokoju hotelowego. Czyli robimy to, co na tym etapie znajomości jest najfajniejsze: seks, seks, seks. I to bardzo dobry pomysł na pierwszy wyjazd (śmiech). Nawet jeśli naszą uwagę zajmuje głównie ten seks, to i tak będziemy mieli szansę sprawdzić się także na innych polach. Czy mamy wspólne tematy, podobne temperamenty, gusta kulinarne, ale też wizje tego, czym dla nas jest udany odpoczynek. Oczywiście, na co dzień też się tego o sobie dowiadujemy, ale wtedy nie spędzamy ze sobą 24 godzin na dobę. I może się okazać, że podczas tak intensywnego bycia razem odnajdziemy w sobie rzeczy, które nam się nie spodobają. Dlatego mimo cudownych okoliczności przyrody wiele par często ostro kłóci się podczas wyjazdów.

Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. To czas próby. Jeśli w relacji dzieje się dobrze, to urlop to potwierdzi; a jeśli coś kipi pod pokrywką, to urlop doprowadzi to do prawdziwego wrzenia. Lubię żartować, że po urlopie wracamy albo w ciąży, albo jako singielki. W dużym uproszczeniu, oczywiście.

Niektóre pary postanawiają wspólnie gdzieś wyjechać właśnie wtedy, gdy przechodzą kryzys.
Tylko jeśli nie rozwiążą problemu, który wywołał kryzys, jeśli tego nie przegadają lub nawet nie przekłócą, to współczuję takiego urlopu. To zacznie się już w samochodzie albo na lotnisku bądź w pociągu. Zamknięte przestrzenie sprzyjają kumulacji emocji. Zresztą przed trudnymi rozmowami jedno z partnerów zwykle tchórzy, i jest to zwykle mężczyzna. Dominuje schemat: kobieta chce rozmawiać, a facet ucieka, dosłownie. A z samochodu czy samolotu nam nie ucieknie (śmiech). Każda para to zna. Oczywiście, na początku on może się w ogóle nie odzywać, ale po godzinie naszego rozżalonego monologu pewnie wybuchnie i nie będzie to zbyt konstruktywne. W efekcie lądujemy w hotelu wkurzeni na siebie i ziejący nienawiścią, z perspektywą spędzenia ze sobą najbliższego tygodnia.

Dużo par przychodzi do ciebie na terapię po urlopie?
Bardzo dużo. Po wspólnym wyjeździe albo po świętach, które też są pewnego rodzaju urlopem. Pary przychodzą do mnie w momencie, kiedy nie mogą dłużej udawać, że jest między nimi w porządku i gdy kryzys staje się dla nich bardzo dokuczliwy. Codzienność sprzyja wypieraniu problemów, bo zwyczajnie nie mamy czasu na to, by się porządnie pokłócić. Co innego kilka dni wolnego. Znam pary, które wszystkie nagromadzone przez rok sprawy chcą „załatwić” właśnie podczas wakacyjnego wyjazdu.

Może źle się na ten urlop nastawiamy?
Na pewno mamy bardzo różne oczekiwania w stosunku do urlopu. Kobieta myśli: „Teraz się do siebie zbliżymy”, natomiast mężczyzna: „Nareszcie odpoczniemy”. I to są dwa różne cele. On odpoczywa, czyli nalewa sobie wieczorem piwo, bierze gazetę czy laptopa i się „odrywa”, a ona chce bliskości, spaceru, rozmowy, przytulania, romantycznej kolacji. I wtedy mogą dziać się różne rzeczy.

Z drugiej strony: fajnie się różnić.
Zgadzam się. Fajnie się różnić, pod warunkiem że mamy solidną wspólną płaszczyznę. Bo to, że nasz partner chce odpocząć, a my zbliżyć się do niego – nie musi się wykluczać. Dajmy sobie czas na swoje przyjemności, niech on zostanie z tą gazetą nad basenem, ty idź pozwiedzać okoliczne zabytki, ale później, wieczorem spotkajcie się podczas wspólnej kolacji. Urlop pokazuje dokładnie, jak współpracujemy w parze, bo nie ma tych wszystkich dystraktorów, które na co dzień nas rozpraszają i odrywają od relacji. Cała uwaga jest skupiona na związku. Czasami okazuje się więc, że nie do końca trafnie się dobraliśmy albo że jesteśmy sobą bardzo zmęczeni.

Brzmi jak historia mojej znajomej. Kiedy wyjechała na wakacje ze swoim chłopakiem i wreszcie mieli mnóstwo czasu dla siebie, okazało się, że w sumie nie mają o czym rozmawiać i nie zgadzają się w wielu sprawach, tylko do tej pory zagłuszali to oglądaniem filmów, zapraszaniem przyjaciół czy pracą.
Tak czasem bywa i im szybciej się o tym przekonamy, tym lepiej. Urlop pomaga zobaczyć to, co na co dzień umyka i czego po prostu nie chcemy widzieć. Kobiety często „zakłamują rzeczywistość”. Ze strachu, z wygody, z braku możliwości zmiany, oczywiście ich zdaniem, bo ta możliwość zawsze jest, tylko my tchórzymy. Dlatego odważnie przyglądajmy się sobie i naszemu związkowi podczas urlopu i wyciągajmy z tych obserwacji wnioski.

Może lepiej odpoczywać osobno?
Jestem wielką orędowniczką osobnych wyjazdów, ale pod warunkiem że znajdziemy też miejsce na wspólny wypad albo kilka dni spędzonych w domu. Bo jeżeli na co dzień mamy dla siebie mało czasu i urlop spędzimy oddzielnie, to tylko nas to od siebie jeszcze bardziej oddali.

Tym bardziej że urlop sprzyja spotykaniu wielu atrakcyjnych osób.
No właśnie, à propos wakacyjnych romansów. Nie zgadzam się z tym słynnym powiedzeniem, że okazja czyni złodzieja, moim zdaniem trzeba mieć osobowość złodzieja, by okazja ją z nas wyciągnęła. Zdrada podczas urlopu mówi o tym, że w związku dzieje się źle, po prostu. Ale to temat na osobną rozmowę.

Idealny model urlopowania się w parze, choć życie nie jest idealne, to jeden dłuższy wspólny wypad w roku i krótsze osobne – z przyjaciółkami, kolegą czy rodziną. I apeluję – planujmy wakacje. Nie stawiajmy na spontaniczność i nie myślmy: „A, jakoś to będzie”. Pewnie, że niekiedy trafi nam się cudowne miejsce, z którego oboje będziemy zadowoleni, ale zwykle decyzje podejmowane pod wpływem emocji czy chwili kończą się niezadowoleniem.

Przestańmy wierzyć w spontaniczny seks, spontaniczne wakacje i spontaniczny związek. Wybierzmy taki czas, takie miejsce i takie atrakcje, które przypadną do gustu zarówno nam, jak i naszemu partnerowi. Przecież pewne rzeczy wiadomo od początku znajomości: czy on lubi spędzać czas aktywnie, czy wylegiwać się całą niedzielę w łóżku. Jeśli my kochamy SPA, wybierzmy takie, które będzie nam odpowiadało, ale zadbajmy, żeby w pobliżu były korty tenisowe, ścianki do wspinaczki czy trasy rowerowe, z których on się ucieszy. Przegadajmy też kwestie finansowe. O co się przecież zwykle kłócimy? O pieniądze. Ale na urlopie jakoś o tym zapominamy. Idziemy do restauracji i zamawiamy kalmary, homary i szampana, a potem się dziwimy, że urlop nas drogo wyniósł. I błagam, przemyślmy, kogo na ten urlop zabieramy. Nie proponujmy partnerowi wyjazdu w komplecie z naszą koleżanką, którą on może i lubi, ale chyba raczej nie marzy o tym, żeby towarzyszyła wam przez cały tydzień. Z urlopem jak z życiem – warto urządzić go tak, żeby było nam dobrze.

Urlop jest też dobrym sprawdzianem tego, jak się zachowamy w sytuacjach trudnych. Ginie nam bagaż, kradną karty kredytowe. Niektórzy stają na wysokości zadania, a inni tchórzą albo puszczają im nerwy. On zamiast mnie pocieszać, krzyczy, że to moja wina, bo mogłam nie trzymać kart w jednym miejscu. W filmie „Turysta” jest taka scena. W zimowym kurorcie nagle schodzi niegroźna lawina i ojciec rodziny w pierwszym odruchu zamiast osłonić sobą dzieci i żonę, ucieka, ratując smartfona. Jak po czymś takim znów sobie zaufać?
To, jak się zachowujemy w stresie, gdy mamy problem, wychodzi dość szybko, ale podczas urlopu to może być szczególnie trudne, czyli powiedzmy wprost: wkurzające. Jeśli nasz partner nas zawodzi, jeśli tracimy do niego zaufanie lub nie potrafi być dla nas oparciem – to podczas urlopu dotkliwie to odczujemy, ponieważ wtedy jesteśmy tylko we dwoje, bez rodziny, przyjaciół czy innych osób, które w kryzysowych sytuacjach mogą nam pomóc. Ale może być też zupełnie odwrotnie. Kiedy na co dzień nie dajemy szansy naszemu partnerowi, aby się wykazał i jesteśmy Zosią Samosią, to jego szybka reakcja na urlopową katastrofę, typu zagubienie bagażu, może być miłym zaskoczeniem i motywacją do refleksji: „Czy nie warto bardziej mu zaufać i docenić go, zamiast wszystko brać na siebie, a potem narzekać?”.

Dla wielu kobiet dużą nauką podczas urlopu jest to, że bycie razem nie oznacza spędzania ze sobą każdej chwili.
Moim zdaniem jeśli ktoś chciałby zdiagnozować, czy partnerzy mają problem z bliskością, powinien wysłać ich na urlop. To pokaże jak na dłoni, czy jedno z partnerów nie przejawia czasem tendencji do budowania symbiotycznych relacji i agresywnie zawłaszcza prywatną przestrzeń drugiej osoby. Bo wymaganie od kogoś, żeby był z nami „zrośnięty”, niedawanie mu prawa do własnej przestrzeni to agresja. Zwykle kobieca specjalność. Jeśli oczekujemy, że urlop nas zbliży, zastanówmy się, czym jest dla nas ta bliskość. Bo urlop może nam pokazać, czy nie mamy problemu w tej właśnie sferze. Są pewne mechanizmy, które nami kierują i z których same nie zdajemy sobie sprawy. Prowokujemy kłótnię, bo jest za dobrze, za sielsko – to też jest poważny wyznacznik problemu z bliskością. Gdy rozmawiam z parą, to często mężczyzna zwraca uwagę na to, że jego partnerka z jednej strony pragnie bliskości, ale jednocześnie prowokuje kłótnię, gdy jest za spokojnie. Gdy rozmawiam z tą kobietą, okazuje się, że przez większość życia była pod taką presją, że nagła sielanka jest dla niej nie do wytrzymania.

Urlop sprzyja też ujawnieniu takich cech jak chorobliwa zazdrość. Bo on spojrzał na inną kobietę w skąpym bikini? Jesteście nad morzem, dookoła pełno kobiet w skąpym bikini. Co on ma zrobić w tej sytuacji? Założyć sobie wiaderko na głowę?!

Słyszałam, że niektóre pary świetnie się dogadują na urlopie, problem zaczyna się, gdy wracają do domu. Czy urlop nie jest wtedy dla nich ucieczką od codzienności?
Niektóre pary same tak o nim mówią. Gdy słyszę moim zboczonym, terapeutycznym uchem, jak ktoś mówi, że coś jest dla niego ucieczką, to zapala mi się czerwone światło. Bo przeanalizujmy to po kolei. Jeśli uciekam od codzienności, to znaczy, że ta codzienność jest czymś negatywnym. Urlop może być odpoczynkiem, relaksem, pretekstem do zadbania o siebie, odskocznią, ale nie powinien być ucieczką. Rzadko zgadzam się z Freudem, ale tu muszę przyznać mu rację, że słowa, jakie dobieramy, często oddają to, co naprawdę myślimy. Jeśli traktujemy urlop jako ucieczkę, to nie oznacza oczywiście, że para jest do wymiany, tylko że o tę codzienność jak najszybciej trzeba zadbać. Może za mało czasu spędzamy razem? Może nie mamy równowagi pomiędzy obowiązkami a odpoczynkiem? Nie wolno funkcjonować tak, że najpierw kierat, kierat, a potem nagle urlop. Jeżeli nie umiemy złapać równowagi w codzienności, to urlop nam w tym nie pomoże. Powrót z wakacyjnego wyjazdu skończy się depresją, bo będzie nam się kojarzył z powrotem do czegoś nieprzyjemnego, codzienności. A przecież ta codzienność to właśnie nasze życie: znajomi, przyjaciele, dom, rodzina.

Czy nie warto wprowadzić zatem trochę atmosfery urlopu lub wakacji do codziennego życia?
Oczywiście, i to jest łatwe do zrobienia. Nie chodzi nawet o to, żeby gdzieś co weekend wyjeżdżać, tylko o zwykłe codzienne przyjemności. Załóżmy, że nasze ulubione wakacje to boska Grecja. Co stoi na przeszkodzie, żeby raz w tygodniu czy miesiącu – w zależności od finansów – iść sobie do greckiej knajpy? Albo zaprosić znajomych, włączyć muzykę i zrobić sobie greckie jedzenie? Takie funkcjonowanie, że na urlopie uprawiamy fajny seks, jemy fajne jedzenie, a na co dzień jest szara rzeczywistość i życie od wolnego do wolnego – to przepis na katastrofę.

A czy dobrze sobie czasem zrobić urlop od partnera? Od związku?
Wszystko zależy od tego, co rozumiemy pod tym pojęciem. Bo jeśli urlop od związku jest zadbaniem o własną przestrzeń i to, co lubię najbardziej, a czego mój partner nie preferuje, a po takim urlopie planujemy wspólny wypoczynek – to proszę bardzo. Ja jednak miałam zawsze tak, że jeśli przyszedł mi do głowy pomysł na urlop bez partnera, a o wspólnym nawet nie chciałam myśleć, to wiedziałam, że to już jest koniec. Ale może to tylko mój punkt widzenia.

Maria Rotkiel psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek. 

  1. Psychologia

Seks bez kompleksów. Czy to w ogóle możliwe?

Wiele kobiet, które  ogląda magazyny albo zdjęcia w Internecie z wyretuszowanymi wizerunkami kobiecego ciała, ma problem z akceptacją swojego ciała. (Fot. iStock)
Wiele kobiet, które ogląda magazyny albo zdjęcia w Internecie z wyretuszowanymi wizerunkami kobiecego ciała, ma problem z akceptacją swojego ciała. (Fot. iStock)
Smukli kochankowie w scenach łóżkowych, porady, w jakiej pozycji będziesz najlepiej wyglądać w sytuacji intymnej… Presja idealnej sylwetki dosięga nas nawet w sypialni. Tymczasem dobry seks nie ma nic wspólnego z proporcjami ciała – przekonuje sex coach Marta Niedźwiecka. Jak wyrzucić z łóżka kompleksy? Zacznij od oswojenia nagości.

Latem rośnie ochota na seks. Czy dlatego, że bardziej odsłaniamy ciało? Wiosenno-letnią zwyżkę libido powoduje zarówno ciepło i słońce – jako mieszkańcy zimnego kraju bardzo za nimi tęsknimy – jak i nieuchronne przy tej okazji odsłanianie ciała. Także zamiana rytmu dobowego i lżejsza dieta bardzo wzmagają zainteresowanie seksem. Więcej się ruszamy, a aktywność ożywia ciało, więc natychmiast bardziej nam się chce. Poza tym działają też afrodyzjaki społeczne: wysyp spotkań towarzyskich, wieczory poza domem, podróże, mnogość bodźców i inspiracji. Wiosna i lato to idealny czas na namiętność – żeby ją odkryć w sobie na nowo, jeśli przez długą zimę nieco przygasła.

Żyjemy pod presją szczupłego i jędrnego ciała. Czy to przenosi się na poczucie własnej atrakcyjności w seksie? Atrakcyjność ciała zawsze była połączona z pojęciem atrakcyjności seksualnej. Możemy debatować, czy to dobrze, czy źle, ale ludzie patrzą na siebie także pod kątem tego, czy mają ochotę z tą osobą pójść do łóżka, czy też nie. Jeżeli norma kulturowa jest bardzo restrykcyjna, czyli za właściwy uznawany jest tylko określony kształt i rozmiar piersi, pośladków, ust, rysy twarzy takie, a nie inne – to przestaje istnieć przestrzeń dla różnorodności. A przecież w odmienności jest powab. Podążając ślepo za nowoczesnym kanonem piękna, fundujemy sobie wieczną niepewność w zakresie ciała. Skoro nie wyglądam jak piękność, to jak mogę czuć się atrakcyjna i ponętna? Jeśli nie czuję się atrakcyjna, to jak mam odnaleźć pewność siebie w sypialni, gdzie jeszcze dodatkowo czuję się oceniana męskim spojrzeniem? To zaklęty krąg, z którego wyprowadzić nas może tylko zdrowy rozsądek i autentyczna akceptacja ciała.

Jest już cały zestaw badań pokazujących, że kobiety, które przez określony czas oglądały magazyny albo zdjęcia w Internecie z wyretuszowanymi wizerunkami kobiecego ciała, mają dramatycznie zaniżoną samoocenę, znikomą akceptację siebie i doświadczają całego spektrum trudnych emocji – od smutku do rozpaczy i gniewu. To, jak od kilku dekad kultura traktuje temat ciała, zahacza o perwersję.

Co masz na myśli? Pozornie żyjemy w wolności decydowania o naszych ciałach. Mogłoby się wydawać, że wszystkie dawne zasady dotyczące wyglądu i zachowania znikają, a ludzie Zachodu dysponują nieznaną dotychczas niezależnością cielesnego bycia tym, kim chcą być. Jednak to wszystko nie takie proste. W przestrzeni publicznej ludzkie ciało jest powszechnie eksploatowane jako scenografia reklamowa, utylizowane jako komunikat w mediach społecznościowych – po prostu używane jak przedmiot. Z drugiej strony nakładane są na nie rozliczne obostrzenia, którym my poddajemy się bez szemrania, niczym nasze prababki dające się sznurować w obciskające gorsety.

Teoretycznie możemy się ubrać, jak chcemy, i wyglądać, jak chcemy, ale kanon urody, kształtu kobiecego ciała jest jeszcze bardziej restrykcyjny niż pod koniec minionego stulecia. W latach 90. supermodelki wyglądały jak boginie i kobiety chciały wyglądać podobnie, jednak w większości wiedziały, że to raczej niemożliwe. Dziś niemal każde konto na Instagramie udowadnia nam, że perfekcyjny wygląd jest na wyciągnięcie ręki. Jeśli więc nie wyglądasz perfekcyjnie, to znaczy, że nie starasz się dość mocno. To już nie jest presja kulturowa, to raczej terror. I dotyka on zarówno nastolatek, których stosunek do ciała właśnie się kształtuje i które wzrastają wypełnione kompleksami i niepewnością, dwudziesto- i trzydziestolatek, które czują, że miesiąc po urodzeniu dziecka powinny zmieścić się w dżinsy z liceum, jak i kobiet dojrzałych, które dają się zastraszyć przemijaniu i inwestują fortunę w usuwanie jego śladów.

Za małe piersi, cellulit, oponka na brzuchu... Czy to wszystko ma znaczenie dla partnera? Będę radykalna: jeśli związałaś się z mężczyzną, który trudności relacyjne czy seksualne łączy z rozmiarem twojego biustu lub niedoskonałością skóry na pośladkach, to jesteś z niewłaściwym mężczyzną.

Ale idźmy dalej. Jeśli kobieta wierzy, że każdy mężczyzna, z którym mogłaby mieć relację, oceni ją według określonych norm kulturowych, to będzie się starała do nich dostosować, żeby zwiększyć swoje szanse na udany związek miłosny. Pozornie wszystko brzmi logicznie, ale warto tutaj się zatrzymać i chwilę pomyśleć. Czy żyjemy po to, żeby zadowolić innych ludzi? Czy związek, który zbuduję tylko na podstawie wyglądu, da mi szczęście? Moment, w którym odłączamy się od oczekiwań innych ludzi na nasz temat i zaczynamy uznawać swoje zasady, to moment prawdziwej wolności. Mamy prawo kochać swoje ciała w ich pełnej nieidealności. Bo każde ciało, także to perfekcyjnie sfotografowane, zoperowane, jest nieidealne – poci się, smuci, starzeje. Bo jesteśmy nieidealni i tacy chcemy być kochani.

Czy mężczyźni także odczuwają w łóżku kompleksy? Ich nigdy nie poddawano tak surowej ocenie pod względem wyglądu. W Polsce mamy nawet powiedzenie: „byle był ładniejszy od diabła”. Trudno porównywać tę sytuację z tym, jak wiele oczekuje się od kobiet pod kątem wyglądu, troski o siebie i atrakcyjności. Jednak mężczyźni też cierpią, bo stają w szranki o rozmiar penisa, czas erekcji, stan konta bankowego oraz pozycję społeczną. No i oczywiście to odwieczne pytanie, czy są wystarczająco męscy. Jednym zdaniem – im też doskwiera obawa przed byciem nieatrakcyjnymi i także czują się w łóżku niepewnie, zastanawiając się, czy sprostają wymaganiom. Warto zobaczyć, że obydwie płcie uganiają się za nieistniejącymi ideałami, by zdobyć aprobatę. A kiedy nawet ją osiągną, to nie są w stanie jej przeżywać, ponieważ w tym łóżku spotykają się dwie osoby, które udają kogoś innego, kogoś lepszego.

Łóżko to drugi, po plaży, obszar, gdzie nasze ciało bywa nagie. Na plaży możemy się owinąć w pareo, a co w łóżku? Jeśli w łóżku odczuwamy dyskomfort z powodu tego, jak prezentuje się nasze ciało, to musimy wrócić do początków. To znaczy, że potrzebujemy zobaczyć ciało nie jako kombinezon okrywający nasze „ja”, który powinien być dostosowany do obowiązujących trendów, tylko jako najbardziej namacalną i fizyczną jego emanację. Czując się niepewnie z ciałem, czujemy się niepewnie w wielu sferach życia. Doświadczając wstydu, zakłopotania, lęków – przeżywamy całą swoją nieadekwatność. Nie ma pareo, które to przykryje, ani makijażu, który to zatuszuje. Aby dotrzeć do miejsca, w którym przyjmiesz i zaakceptujesz wszystkie aspekty siebie – od wad charakteru poprzez obwód bioder – potrzebujesz sobie uświadomić, że twoje ciało to tak naprawdę ty.

Jak oswoić się z własną nagością? Jeśli jesteśmy dorośli i traktowanie własnej nagości jako naturalnej nie przychodzi nam z łatwością, warto zastanowić się nad przekonaniami, które za tym stoją. Możemy sądzić, że to „niepoważne” lub „nie przystoi, tak się obnosić ze swoim ciałem”, możemy nawet uważać, że w byciu nago jest coś niewłaściwego. Wiele zależy od tego, na ile aprobujący stosunek do ciała i nagości panował w naszym domu. Uporanie się z tymi przekonaniami – na przykład przez pytanie samego siebie, czy się z nimi zgadzamy – powinno nieco odciążyć nasz sposób myślenia. Po tym może nastąpić drugi krok: wizualne oswajanie się z widokiem ciała, takim jakim jest. Możemy oglądać się w lustrze po kąpieli, spacerować nago po mieszkaniu. Ważne, żeby powstrzymać się w tym czasie od negatywnych ocen i nie krytykować siebie samego.

Czy nagość na co dzień działa pobudzająco, czy powszednieje? Nie ma reguły. Będą osoby, które poczują dreszcze wzdłuż pleców za każdym razem, gdy zobaczą partnera czy partnerkę w negliżu, innym zaś to spowszednieje bardzo szybko. Z pewnością jedna aktywność powtarzana nieustannie raczej będzie nam się nudzić, więc jeśli z uroczego dezabilu chcemy zrobić afrodyzjak, to postarajmy się o odmianę.

Marta Niedźwiecka ukończyła studia podyplomowe z life coachingu na Collegium Civitas oraz uzyskała stopień Master Sex Coach na Sex Coach University afiliowanym przy Institute for Advanced Studies of Human Sexuality, San Francisco USA. Prowadzi sesje i warsztaty dla solistów i par. Współautorka poczytnej książki „Slow sex. Uwolnij miłość“

  1. Seks

Dlaczego kobieta pożąda właśnie tego mężczyzny? Pożądanie a płeć

W kobiecym pożądaniu najważniejsza jest miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę. (Fot. iStock)
W kobiecym pożądaniu najważniejsza jest miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę. (Fot. iStock)
Kobieca namiętność? To wielka tajemnica. Oczywiście, jest literatura, są badania – mówi seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski. Jednak to, dlaczego ta konkretna kobieta pożąda tego właśnie mężczyzny, a tamtego wcale, wymyka się kontroli badaczy. Może nie tylko badaczy? Przecież czasem ona sama nie wie, skąd ta namiętność albo jej brak.

Kobiece pożądanie jest jak szwajcarski zegarek. Wszystkie trybiki, ząbki i kółeczka muszą chodzić i tykać równo, uważa seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski. Ale i to za mało. Już w pismach indyjskich i egipskich przeczytamy, że kobiece pożądanie jest związane z Księżycem. Po miesiączce namiętność rośnie, a po owulacji maleje. Raz bardziej podniecający są mężczyźni w typie Rambo, a kiedy indziej ci jak św. Józef, opiekuńczy. Bo kobieta szuka najpierw najlepszego materiału genetycznego, a potem najlepszego ojca dla swoich dzieci. A wracając do trybików, ząbków i kółek – pierwsze i, wydawać by się mogło, najważniejsze z nich to miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę.

Żona mentora, czyli podziw to za mało

Piękna blondyna i wysoki brunet. Barbie i Ken. Była między nimi chemia. On jest spełnieniem jej marzeń: wysoki, wysportowany, znany erudyta. Ale co z tego, skoro ona teraz go już nie chce. Dlaczego? Sama nie wie.

– Psycholog ewolucyjny prof. David Buss wyliczył 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. Jak znaleźć te, które warunkują pożądanie tej właśnie kobiety? To wymaga czasu – mówi Gryżewski. – Większość pacjentów rezygnuje po pół roku, bo się nie udaje albo przeciwnie – udaje się, a to budzi lęk przed konfrontacją z jakimś trudnym czy bolesnym wydarzeniem. Idą więc do kolejnego specjalisty, bo: „ten za głupi”. A tam znów to samo. Ja byłem ich piątym seksuologiem. Po półtora roku ruszyliśmy z miejsca dzięki temu, co pacjentce się przyśniło.

Ten sen był o wujku, którego nie znosiła, tyranie, który mówił ludziom, jak mają żyć. Wyśniła, że na imprezie rodzinnej jej mąż siedzi na miejscu wujka. Po półtora roku terapii nagle się ocknęła, że tego, co w mężu podziwia (mówi innym, jak powinni postępować, dla wielu jest mentorem), nie znosiła u wujka. Był mężem siostry jej mamy, co też miało znaczenie, bo mama, mówiąc oględnie, była średnia. Tymczasem siostra: super! I ona chciała, żeby to ciocia była jej mamą! A ten wujek niszczył jej ciocię, jak teraz jej mąż ją!? – Ja jestem jak moja ciotka! – powiedziała. – Ty mnie wciąż krytykujesz!

Kiedyś machała na to ręką. Gdy jednak popsuły się jej relacje z matką i straciła pracę, nie miała już siły na odpieranie ataków męża. Zostało tylko jedno... jakoś go zmienić. „Sny to głupoty!” – powiedział jak typowy człowiek, odcięty od uczuć. Po kilku miesiącach zaczął jednak empatyzować z żoną, gdy zobaczył, jakie trudne doświadczenia ma za sobą. Przestał ją traktować jak wspólnika, a zaczął łagodnie, jak swoją kobietę. I nagle trybiki zaczęły się kręcić... Ona sama zainicjowała seks. Bo trybikiem, który nie działał jak należy, było zaangażowanie emocjonalne mężczyzny. Kochał, ale żył obok, nie dawał wsparcia tak na co dzień.

Żona bawidamka, czyli wierność nie wystarczy

Jej ojciec był seksoholikiem, więc nieświadomie szukając kogoś podobnego, doprowadziła do ołtarza znanego warszawskiego adwokata i bawidamka. Poczucie wartości dało jej to, że zrobiła coś, co nie udało się jej matce. Jej mąż sypia tylko ze swoją żoną. A jednak widzi, że ciągnie wilka do lasu. I w sklepie, i na siłowni, i w pracy lubi poflirtować. Cóż z tego, że zapewnia ją, że jest wierny jak pies. Ona mu już nie ufa i nocami, zamiast się z nim kochać, fantazjuje o seksie z nudnym bibliotekarzem. Fantazjuje, bo ma libido tak silne jak mąż. Przyszli do seksuologa, bo on miał dość. Sfrustrował się! Przed ślubem, kiedy tylko chciał, mógł kochać się z wieloma kobietami. Ale ona go kusiła, obiecywała, że to, czego do tej pory doświadczył, to nic przy tym, co z nią przeżyje po ślubie. Uwierzył, przestał zdradzać, a ona po jego „póki śmierć nas nie rozłączy” zablokowała się na seks! Dlaczego? Bo uważa, że on ją kiedyś zdradzi. Jego zapewnienia, że kocha i chce być wierny, spływają po niej jak woda po kaczce. „Jeśli to się nie zmieni, to spełnią się jej obawy i poszukam szczęścia poza domem”.

– No właśnie! Ona tego nieświadomie pragnie! – mówi Gryżewski. – Miłość do ojca każe jej prowokować partnera do zdrady, potwierdzić schemat, że mężczyzna nie może być wierny. Na ołtarzu uczucia do ojca, który zmarł przed kilkoma laty, złożyła swoją namiętną miłość do mężczyzny, który dla niej stał się monogamiczny i z którym była szczęśliwa w sypialni. Terapia w takim przypadku nie jest prosta, bo trzeba sięgnąć znacznie głębiej, niż pacjentka chce. Łatwiej powiedzieć, że jej mąż lada chwila skoczy w bok i dlatego ona mówi „nie” – podsumowuje Gryżewski. – Kobiety mają ogromną władzę nad swoim pożądaniem, choć uważają, że są wobec niego bezsilne. Mogą nie reagować na superpodniety i nawet na głos serca, jeśli uznają, że pożądanie jest złe. Jak je wtedy przekonać? To tak samo trudne jak odkrycie tajemnicy, która każe im mówić „nie”, choć chciały powiedzieć: „tak!”. A ta pacjentka nie chce tego wiedzieć. Gdybym jej to powiedział, więcej by na terapię nie przyszła. Albo sama odkryje tę prawdę, albo pozostawi swoją namiętność na zawsze w cieniu miłości do ojca.

Żona biznesmena, czyli matkowanie nie jest sexy

Firma początkowo szła mu świetnie, potem przyszedł krach i zbankrutował. A że łączył swoją tożsamość z firmą, pogubił się. Nie była to depresja, ale razem z firmą posypało się jego poczucie wartości. I nie mógł ogarnąć się z natłokiem myśli: co robić, gdzie zarobić? W niej to wyzwoliło uczucia matczyne: zatroszczyła się o niego. Znała rolę opiekunki z obserwacji matki i przez rok grała ją z powodzeniem. Mąż był zadowolony, bo całkiem zapomniał, kim jest.

Pojawił się jednak pewien minus – ona straciła ochotę na seks z nim. Po roku matkowania mężowi jej pożądanie wzbudził szef. Jak pisze psycholożka ewolucyjna Cindy Meston, autorytet w badaniach kobiecego pożądania, kobiety ciągnie do mężczyzn bogatych, sławnych, silnych. A szef to był samiec alfa. Czerpała od niego energię. Mówiła, na co ma ochotę, zarządzała sekscesy: w samochodzie w ślepej uliczce albo w centrum handlowym, a on to realizował. Seks z szefem nie był waniliowy jak ten z mężem, ale pełen namiętności i agresji. Przy szefie była jak ladacznica, przy mężu jak Madonna – ciepła i wyrozumiała, dużo dawała, ale niewiele dostawała w zamian. Po roku zobaczyła, że to do niczego nie prowadzi. Zerwała z kochankiem i poszła na psychoterapię, poznała wyniesione z domu mechanizmy i postawiła mężowi granice: „Już ci nie będę pomagała, oczekuję, że się pozbierasz”.

– Pułapką w okazywaniu troski jest to, że kiedy ją okazujemy, czujemy swoją ważność i wartość – mówi Andrzej Gryżewski. – Mąż tej pani zaczął pracować nad samooceną, żeby się wzmocnić, zautonomizować. Jeśli mu się uda, seks wróci, bo trybik, który musi pasować, by kobieta pragnęła mężczyzny, to jego autonomia. Tymczasem dziś coraz więcej mężczyzn ją traci i zdaje się na partnerki. Wielu mężczyzn strzela sobie w kolano, bo z jednej strony chcą seksu, a z drugiej – pokazują kobiecie, że jej potrzebują. Nie, że pragną, ale, że potrzebują, a to różnica. Sygnały, które mówią: „Ja ciebie pragnę”, są inne niż te znaczące: „Zaopiekuj się mną”. Te ostatnie wyzwalają w partnerce matczyne uczucia, a wtedy ona sięga do zupełnie innej szuflady niż ta, w której trzyma czerwoną bieliznę. Kiedy kobieta ma włączony tryb „opiekunka/matka”, jest odcięta od seksualności. Musi zobaczyć, że jej mężczyzna jest samodzielny, by pozwolić sobie na przejście w tryb „partnerstwo/współżycie”. Mężczyzna takiego problemu nie ma, on umie w sekundę przełączyć się z funkcji „opieka” na tryb „seks”. Kobiety są od tysięcy lat przygotowywane do roli kogoś, kto pomaga, dlatego tak łatwo je w tę rolę wepchnąć. Potem bojkotują próby męża chcącego stanąć na własnych nogach, żeby nie stracić źródła poczucia wartości – mówi Gryżewski. – Kobieta, zanim zechce oddać się mężowi, musi się nauczyć przyjmować od niego pomoc. Mężczyzna może ją w tym wesprzeć, stawiając granice jej nadopiekuńczości: „Dziękuję, ale już nie potrzebuję twojej pomocy, teraz to ja mogę pomóc tobie”.

Żona policjanta, czyli kochać to za mało

Był komandosem, a teraz pracuje w policji. Budzi respekt. Kiedy został szefem komisariatu, gdzie za biurkami siedziały same obiboki i awanturnicy, wystarczyły mu trzy miesiące, by wszystkich ustawić. Ona myślała, że to taki miś! Miły i dobry, który wszystko łagodnie potrafi ogarnąć. Kiedy poszła do niego do pracy i zobaczyła, jak wszyscy stają przed nim na baczność, pomyślała, że jeśli on jest miś, to grizzly. Silny i autonomiczny. I poczuła namiętność, co było do przewidzenia dla każdego seksuologa, bo to cechy mężczyzny, jakiego kobiety pragną. Ale i tak tego wieczoru usłyszał od niej: „nie”. Zazwyczaj mężczyźni przychodzą do seksuologa i walą pięścią w stół: „Chcę seksu!”. Kobieta mi odmawia! A on, słysząc: „Dziś nie”, mówi: „Nie ma sprawy, poczekam...”.

Ona go kocha, nie może też nic mu zarzucić. Spełnia jej zachcianki, adoruje ją. Żywe marzenie wszystkich kobiet, jeśli wierzyć teorii, bo to Rambo i św. Józef w jednej osobie. Dlaczego więc ona nie ma na niego ochoty?

Przyznała się, że jej rodzice pili, że w domu bywali obcy mężczyźni, zdarzało się, że przystawiali się do niej. Wykazał się empatią i w łóżku jest bardzo delikatny. Wie, co ona przeszła. Nie chce jej zranić. Ale to też za mało. Dlaczego?

– Z domu rodzinnego wyniosła wiele negatywnych uczuć: lęk, żal, poniżenie, chaos. Wybrała partnera, który daje jej  wszystko, czego nie dostała w rodzinie – mówi Gryżewski. – Ale seks łączy się z niepewnością, agresją seksualną, dominacją i podporządkowaniem: ktoś jest wyżej, ktoś niżej, a ona tych uczuć nie chce przeżywać. Zaznała ich aż nadto, gdy była dzieckiem. Dlatego, choć go kocha, nie może go pożądać. Musiałaby cofnąć się do dzieciństwa, przepracować stary lęk, że ktoś jej nadużyje, bezradność i poniżenie. Jeśli przedtem wzbudziłaby w sobie pożądanie, otworzyłaby puszkę Pandory. Przypomniała sobie, że dotykał jej tamten znajomy rodziców, i poczułaby się dziewczynką. Potrzebuje wzmocnić poczucie wartości, nim zmierzy się z traumami dzieciństwa, zobaczy, że już nie są dla niej groźne. Jeśli nie odważy się, nie pozwoli sobie na pożądanie. Nad tym pracuje na terapii. Ile to potrwa? Teraz, kiedy już wie, gdzie tkwi problem, zaczyna… rozrzedzać spotkania.

W lustrze jego oczu

Andrzej Gryżewski: – Kobiety uważają, że to nie od nich zależy, czy czują namiętność, ale kiedy pytam, dlaczego nie czują pożądania – zaczynają wymieniać rzeczy, które im zabierają libido: praca (konflikty z szefem i kolegami), drugi etat w domu – dzieci (czasem dają im tyle czułości, że część potrzeb seksualnych jest zagłuszona), a w weekendy – zajęcia związane z samorozwojem (dodatkowe szkolenia). Gospodarka rabunkowa zabiera pożądanie. A zwłaszcza te wszystkie „musisz” i „powinnaś”.

Seksualność kobieca jest narcystyczna i autoerotyczna, pisze dr Flávio Gikovate, brazylijski filozof i psychoterapeuta. Kobiety, a przynajmniej większość z nich, osiągają seksualną satysfakcję, gdy czują, że ich ciało jest obiektem pragnienia, gdy przeglądają się w męskich oczach i męskim pożądaniu. To syci ich narcyzm i namiętność ciała. Wyrozumiały i empatyczny policjant z ostatniej historii też musiał coś w sobie zmienić, by żona miała motywację, by spojrzeć w twarz swoim traumom. Zawalczyć o to, by go pragnąć. Musiał nauczyć się okazywać jej pożądanie. Bo kobieta chce być przedmiotem męskiego pożądania.

Andrzej Gryżewski: – Ale uwaga, gdy męskiego pożądania jest zbyt dużo, kobieta nie potrzebuje już seksu. Dlatego zalecam mężczyznom, którzy wciąż słyszą „nie”, by na jakiś czas przestali inicjować seks, bo to obudzi w ich partnerkach apetyt na seks. Kiedy jednak mężczyzna ma pragnąć jawnie, a kiedy zachować chłód, gdy kocha i pragnie kobiety? To kolejna wielka tajemnica kobiecego pożądania. Nie przypadkiem w kuluarach międzynarodowych konferencji seksuologicznych mówimy, że potrzeba nie lada geniuszu, by poznać i opisać sekret kobiecej seksualności.

  1. Psychologia

Jak wzbudzić pożądanie - pytamy ekspertów

Gasnącą w związku namiętność można rozbudzić. (Fot. iStock)
Gasnącą w związku namiętność można rozbudzić. (Fot. iStock)
Pożądanie, pożądanie... Czy na pewno konieczne? Przecież bywa, że namiętność kończy się, wygasa, a związek trwa. I co wtedy? Jak rozbudzić namiętność? To zależy tylko od nas. Możemy ją na nowo rozpalić, jeśli tego zechcemy. 

Pożądanie, pożądanie… Czy na pewno konieczne? Przecież bywa, że namiętność kończy się, wygasa, a związek trwa. I co wtedy? Jak rozbudzić namiętność? To zależy tylko od nas. Możemy ją na nowo rozpalić, jeśli tego zechcemy.

Patrzysz na przekrojoną cytrynę i zaczynasz się ślinić. Ale jeśli tylko wyobrazisz sobie cytrynę, reakcja twojego ciała będzie dokładnie taka sama. Bo wystarczy obraz w umyśle, aby uaktywnić ciało. – Podobnie jest z pożądaniem – mówi Krzysztof Korona, seksuolog.

Od cytryny do fantazji

Biolog powie, że pożądanie zależy od hormonów. Seksuolog – że od umysłu, bo człowiek poza hormonami ma także wyobraźnię. I to ona uruchamia tzw. reakcje ideomotoryczne, czyli to, że gdy myślisz o cytrynie, to się ślinisz. A jeśli fantazjujesz o seksie, to stymulujesz organizm do tego, by hormony wydzielały się, a narządy odpowiedzialne za prokreację były w gotowości.  A więc to umysł przede wszystkim decyduje o sile pożądania.

– Pacjentów, którzy przychodzą do mnie, bo ich pożądanie w stałym związku wygasło, pytam, jak często fantazjują o swojej partnerce czy partnerze – mówi Korona. – Są tacy, którzy wciąż myślą o seksie i tak stymulują się do wydzielania hormonów, które znów pobudzają ich fantazje, że schodzą na seksualne manowce: zdradzają czy uzależniają się od seksu. Jeśli jednak ktoś nie fantazjuje o seksie wcale, to nic dziwnego, że traci pożądanie – dodaje seksuolog.

– Przeszkodą w terapii bywa wtedy kontekst kulturowo-religijny. Zakaz fantazjowania niektórzy znajdują w przykazaniu: „Nie pożądaj żony bliźniego swego”. Fantazjowanie bywa więc traktowane jako grzech. – Ale nie fantazjowanie o własnej żonie! Powiedziałbym, że ono jest świętym obowiązkiem! – mówi Korona. – Tymczasem kiedy przechodzimy z fazy narzeczeństwa do małżeństwa, już o sobie nie marzymy. Bo po co? Jesteśmy dostępni i do tego związani przysięgą. No i nasze pożądanie wygasa. Wystarczy jednak, abyśmy zaczęli wyobrażać sobie drugą połowę jako kochankę, kochanka, by na nowo rozpalić libido. Co więcej, dbając o erotyczną wyobraźnię, będziemy odczuwać pożądanie do późnej starości – zapewnia Krzysztof Korona.

Seksowna jędza odpada

– Warto zobaczyć pożądanie w kategoriach wewnętrznego dialogu, który prowadzimy w głowie i którego tematem jest partner, partnerka – dodaje Korona. – Jeśli na ten dialog składają się pretensje i żale, to pożądanie gaśnie. Dlatego pytam pacjentów, którzy nie chcą seksu: „Co pan myśli o żonie?”; „Co pani myśli o mężu?”. Jeśli usłyszę: „To prawdziwa jędza!” albo: „To cham!”, wiem, że dopóki nie rozwiążą konfliktu, który toczy się między nimi, ich libido się nie obudzi – tłumaczy.

– Kiedy kobieta skarży się, że partner jej nie pożąda, ale też przyznaje, że sama prowokuje konflikty i to wtedy on wycofuje się z relacji, to zaczynamy od pracy nad przyczynami jej złości – mówi Piotr Gumienny, seksuolog.

Jak wzbudzić pożądanie w kobiecie, jak rozpalić męża

– Warto pamiętać o różnicy między pożądaniem kobiety i mężczyzny – tłumaczy Joanna Twardo-Kamińska, seksuolożka. – U mężczyzny pobudzenie seksualne, czyli erekcja, jest poprzedzone pożądaniem. U kobiet ważne są czynniki pozaseksualne: bliskość, poczucie bycia atrakcyjną, chcianą. Pożądanie kobiety może być też responsywne, czyli pojawiać się na skutek pieszczot. Dlatego ważniejsza od czekania na żądzę jest gotowość do erotycznej gry – dodaje seksuolożka.

Jeśli więc kobieta, która jest w dobrej relacji z partnerem, nie ma ochoty na seks, ale nie powie: „nie”, to gdy on zacznie ją pieścić, może obudzić jej pożądanie.

– Dialog wewnętrzny jest potrzebny także do wymyślenia seksu podporządkowanego teatrowi seksualnemu, jaki odbywa się w naszej głowie – mówi Korona. – Jeśli chcemy zadbać o swoje pożądanie, musimy być twórczy. Seks świąteczny, czyli niezwykły, jest nam potrzebny jak karnawał po poście – przekonuje.

Skąd zaczerpnąć inspiracji, jeśli do tej pory zabranialiśmy sobie fantazjowania? Można poznać zabawy erotyczne opisane choćby przez Alexa Comforta w „Radości seksu”. Nie po to, aby je kopiować, ale zobaczyć, na co ludzie sobie pozwalają, nabrać śmiałości i urozmaicić repertuar zachowań na swój własny sposób.

– Kiedy długo jesteśmy razem, znika ekscytacja nowością. To obniża pożądanie. Ale dzięki temu możemy rozwijać się seksualnie, komunikując swoje skrywane dotąd potrzeby – mówi Gumienny. – Kobieta w stałym związku może łatwiej wyrazić swoje preferencje, wyjaśnić partnerowi, że gwałtowny i szybki seks lubiła na początku, ale teraz woli, by stymulował jej łechtaczkę, a nie tylko silnie penetrował. Potem ona może zapytać o jego potrzeby. Oboje odzyskają w ten sposób motywację, by być blisko! A więc ich pożądanie odżyje – mówi.

Czasem jednak to, czego pragnie partner, przekracza granice partnerki. Na przykład chce trójkąta. I co wtedy? – Kobieta może zapytać o powody takiego pragnienia. Czy mu się opatrzyła, czy przyzwyczaił się do niej, czy nie jest dla niego tak atrakcyjna jak dawniej? – dodaje Gumienny. – Jeśli powie szczerze, że powodem jest „opatrzenie i przyzwyczajenie”, będzie można nad tym popracować, choćby wprowadzając do repertuaru zachowań seksualnych nowe sposoby czerpania przyjemności.

Możemy naprawdę wiele - jak rozbudzić namiętność

Poznajemy się na przykład podczas studiów. Pożądamy i myślimy, że tak będzie zawsze. Nie. Potrzebna jest decyzja: nasz związek ma się seksualnie rozwijać. Jeśli seks jest dla nas ważny, zaczynamy pracę nad pożądaniem. Jeśli nie, to możemy iść drogą donikąd, czyli szukać kolejnego obiektu pożądania, nowego partnera czy partnerki. A potem, kiedy naturalne pożądanie znowu wygaśnie – kolejnego. I tak można bez końca. Dojrzałość to skonfrontowanie swojego oczekiwania z rzeczywistością i wypracowanie modelu, który uczy odpowiedniego podejścia do seksu. Modelu opartego na przyjemności, zabawie i bliskości… Trzeba zadbać o to, by mieć czas dla siebie, trzeba spróbować zaspokajać swoje potrzeby.

– Pomóc w tym mogą m.in. ćwiczenia – mówi Joanna Twardo-Kamińska. – Na przykład takie: kobieta i mężczyzna piszą 30 karteczek na temat tego, czego chcieliby w seksie. Najpierw czytają swoje listy i negocjują, aby wszystkie czynności były zaakceptowane przez każdą ze stron, a później karteczki wsypują do dwóch osobnych koszyczków i przed seksem losują. Dzięki temu zaczynają widzieć tę drugą osobę jako człowieka mającego określone potrzeby. Jak on wyciągnie karteczkę z napisem: „Chciałabym, abyś całował mnie namiętnie po szyi”, zrobi to. Podobnie, kiedy ona wylosuje: „Chciałbym, abyś pieściła mojego penisa…”. Można też inaczej – każdy z partnerów spisuje na kartce odpowiedzi na pytanie: „Co ty możesz zrobić, żeby seks był dla mnie bardziej przyjemny?”. Jest to dobry wstęp do rozmowy o potrzebach – tłumaczy seksuolożka.

Źródła pożądania

Po pierwsze, biologia. Czyli chęć przekazania genów osobie, która – jak informują nas feromony – gwarantuje sukces prokreacyjny. – Feromonów świadomie nie czujemy, ale ciekawym bodźcem seksualnym są też perfumy – mówi Korona. – Zapach uczestniczy w procesie tzw. warunkowania. Jeśli ktoś, kogo pożądaliśmy, pachniał określonymi perfumami, to kolejna używająca ich osoba wzbudzi nasze pożądanie. A jeśli perfum kobiety, która złamała mężczyźnie serce, użyje nowa partnerka, może wzbudzić w nim awersję.

– Spadek pożądania to czasem też powód, aby pójść do endokrynologa – dodaje Joanna Twardo-Kamińska. – Hormon, którego poziom wpływa na pożądanie – także u kobiety –  to testosteron. Mają go więcej kobiety prowadzące stereotypowo „męski styl życia”, czyli te walczące, rywalizujące. Jednak także typowo kobiece estrogeny wpływają na pożądanie. Ochotę na seks zwiększa również dopamina. Hamująco działa za to prolaktyna, która – co ciekawe – wydziela się u mężczyzn podczas stresu. Jej wysoki poziom występuje też przy chorobie Hashimoto – tłumaczy seksuolożka.

Po drugie, źródłem pożądania jest ego. Można pożądać kogoś, kogo uznajemy za wartościowego. Zdobywając go, sami czujemy się bardziej wartościowi. – Pożądanie może więc wzbudzać ktoś, kto ma władzę – dodaje Gumienny.

Po trzecie, pożądanie miewa także nieuświadomioną przyczynę. Na przykład gdy kobieta pożąda mężczyzny, który kojarzy się jej z pierwszą miłością. Mówimy wtedy o motywacji emocjonalnej.

Stary dres jako zemsta

Trwałość pożądania zależy przede wszystkim od tego, czy między kochankami narodzi się miłość. Jeśli nie, pożądanie zgaśnie jak zapałka. Ale jeśli jest uczucie, to ogień można rozniecić na nowo. Nie zawsze jednak tego chcemy! Bo seks bywa polem nieświadomej bitwy. – Wygaśnięcie pożądania to często tylko objaw, a przyczyna? – pyta Gumienny. – Zazwyczaj pacjentki nie potrafią jej wskazać, bo nie chcą konfrontować się z przyczynami, boją się ich. Kiedy jednak pytam, czy partner mówił, dlaczego nie chce seksu, często potrafią go nawet zacytować, na przykład: „Powtarza, że odrzuca go mój stary dres”. Kobieta zachowuje się jednak tak, jakby go nie słyszała, bo nie zmienia dresu na inne ubranie. Dlaczego? „Bo to tylko wymówka, on i tak na pewno ma inną i mnie zdradza!”, mówi. Może tak być, ale często powodem braku chęci do zmiany bywa nieświadoma chęć odegrania się. Głęboki konflikt albo poczucie braku szacunku. Nic nie zmieniając, kobieta karze partnera swoją nieatrakcyjnością! Prowadzi z nim rozgrywkę – tłumaczy Gumienny.

Praca w parze

– Zapraszam do swojego gabinetu partnera odmawiającego seksu, aby zapytać, skąd bierze się u niego spadek pożądania – opowiada Joanna Twardo-Kamińska. – A wtedy może się okazać, że ma po prostu kłopoty z erekcją. Jest „zadaniowcem” i takie też jest jego podejście do seksu. Nie chodzi mu o przyjemność, ale o to, by się sprawdzić. Skupia się więc na tym, czy ma wzwód. To go zajmuje, bo już nie czuje takiego pożądania jak na początku i jest niepewny. No, a skupienie na penisie go nie podnieca. Kiedy zrozumie, że w każdej dziedzinie życia się sprawdza, że niczego nie robi tylko dla przyjemności, zaczyna odpuszczać. Uczy się technik relaksacji i skupienia na tym, co tu i teraz. A potem razem z żoną szuka nowych form kontaktu seksualnego – mówi.

Wychowanie, które nagradzało sukcesy i nie dawało czasu na zabawę, jest powodem, dla którego kobiety tracą pożądanie. Stają się za to perfekcjonistkami w dbaniu o dom. Czy warto? Wybór należy do nas. Wystarczy uwierzyć, że mamy prawo do przyjemności. – To ważne, żeby nie odpuszczać, bo kiedy gaśnie pożądanie, między kobietą a mężczyzną zaczyna się walka – mówi Krzysztof Korona. – Kobiety obwiniają partnera o wszystko, kiedy już nie patrzą na niego jak na kochanka. A mężczyźni są skłonni do skoków w bok. Nawet jeśli nie będzie to skok do łóżka kochanki, to przynajmniej ucieczka do własnego świata. I razem z pożądaniem gaśnie radość życia we dwoje – tłumaczy seksuolog.

– Czas negatywnie wpływa na pożądanie – dodaje Gumienny. Pożądanie nie jest jednak warunkiem udanego seksu. Gdy zgaśnie, nie zostajemy w absolutnej zmysłowej pustce. Namiętność, intymność i zaangażowanie nie znikną, jeśli nasz związek to coś więcej niż seks. A seks z miłości może być równie gorący, a nawet bardziej satysfakcjonujący.