1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak rozpoznać syndrom DDA u kogoś bliskiego

Jak rozpoznać syndrom DDA u kogoś bliskiego

fot.123rf
fot.123rf
Na podstawie tego, co pisze amerykańska psycholożka Janet G. Woititz:

  1. Dorosłe dzieci alkoholików zgadują, co jest prawidłowe/normalne.
  2. Mają trudności z konsekwentnym realizowaniem swoich planów.
  3. Kłamią, kiedy równie dobrze mogłyby powiedzieć prawdę. (Wynika to z tego, że wstydzą się siebie, swoich uczuć, ukrywają je).
  4. Bezlitośnie osądzają siebie.
  5. Mają trudności z doświadczaniem radości, zabawą.
  6. Traktują siebie bardzo poważnie.
  7. Z trudem nawiązują bliskie relacje.
  8. Przesadnie reagują na zmiany, na które nie mają wpływu.
  9. Wciąż szukają aprobaty i uznania.
  10. Czują się odmienne od innych ludzi.
  11. Są wyjątkowo lojalne, nawet gdy jasne jest, że druga strona na to nie zasługuje.
  12. Są albo nadmiernie odpowiedzialne, albo całkiem nieodpowiedzialne.
  13. Mają skłonność do ograniczania się do określonego sposobu działania, często ulegają impulsom. Prowadzi to do zamieszania, niechęci do siebie i utraty kontroli nad otoczeniem. Dużo energii zużywają na naprawienie szkód.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czym są tendencje do uzależnień?

„Tendencje do uzależnień” to termin opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. (Fot. iStock)
„Tendencje do uzależnień” to termin opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. (Fot. iStock)
Uzależnienia to ogromny problem indywidualny, rodzinny i społeczny. Warto nauczyć się zauważać u siebie niepokojące sygnały. Pomocna w tym jest koncepcja „tendencji do uzależnień”, która pozwala dostrzec problem na długo przed tym, zanim rozwinie się w pełnoobjawowe uzależnienie.

Uzależnienia można dzielić na podstawie różnych kryteriów. Obecnie więcej mówi się o uzależnieniach behawioralnych, dotyczących rytuałów i zachowań, takich jak seksoholizm, hazard, zakupoholizm czy objadanie się. Wcześniej większość uwagi poświęcano uzależnieniom od substancji: lekom, narkotykom i alkoholowi. U podstawy tych procesów występują jednak wspólne zjawiska – kiedy czegoś potrzebujesz, ale nie wiesz, jak to w świadomy sposób osiągnąć, zaczynasz działać bezrefleksyjnie i destrukcyjnie. Wszyscy przecież wiemy o szkodliwości palenia dla zdrowia. Ale powiedzmy, że dla kogoś będzie to jedyny znany sposób, by czuć się bezpiecznie, więc pali i stara się nie myśleć o konsekwencjach.

Dwa spojrzenia na uzależniania

Uzależnienie można rozpatrywać z dwóch perspektyw: „przyczynowej” (dlaczego ktoś się uzależnił?) lub „celowej” (po co to robi?).

Traktując uzależnienie jak chorobę, przyjmujemy specyficzny sposób myślenia. Możemy więc „zarazić się” (systemem wartości, stylem życia), oglądając serial o ludziach, którzy kupują całe mnóstwo rzeczy i dzięki temu stają się szczęśliwi. Często też odnosimy się do biochemicznej nierównowagi w mózgu czy innych deficytów warunkujących taki lub inny rodzaj uzależniania. Ten sposób myślenia koncentruje się na pytaniu „dlaczego ktoś jest uzależniony?” w przekonaniu, że odnalezienie i usunięcie przyczyny pozwoli pozbyć się trudności. To dominujące podejście ma ograniczenia, bo nie uwzględnia doświadczenia, które przeżywa osoba dzięki substancji czy zachowaniu, nie poszukuje odpowiedzi na pytania „po co?”, czyli do czego służy uzależnienie, po jaki rodzaj przeżycia sięga osoba uzależniona albo w jaki stan umysłu go wprowadza? I jakiego doświadczenia stara się dzięki uzależnieniu uniknąć?

Czasami świadomość tego, po co na przykład ktoś zażywa substancję, zmienia sytuację i pomaga w podjęciu decyzji o zaprzestaniu. Albo jeszcze szerzej: może pomóc wyjść poza cały kontekst uzależnienia i zająć się innymi aspektami swojego życia. (Uzależnienia są atrakcyjne również dlatego, że zajmują uwagę, wypełniają życie, a inne ważne pytania schodzą na dalszy plan).

Czym są tendencje do uzależnień?

„Tendencje do uzależnień” to termin (stosowany w paradygmacie psychologii procesu) opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. Ich charakter to kwestia indywidualna: ktoś może prowadzić uregulowane życie bez ekstatycznych, cielesnych przyjemności, o których zdarza mu się marzyć, i w tym sensie mieć tendencję do używania kokainy (która tę przyjemność miałaby przynieść), choć dotąd tego nie zrobił.

Wspólną cechą uzależnień jest przeżywanie intensywnych emocji oraz ograniczona świadomość. Staramy się nie myśleć i niewiele rozumiemy z tego, co się dzieje. Czasami w stopniu, który uniemożliwia myślenie i podejmowanie decyzji. W tym kontekście poświęcenie uwagi tendencjom – zanim rozwinie się pełne uzależnienie – jest znacznie bardziej skuteczne w rozwiązaniu problemu i pełni funkcję prewencyjną. Poszukiwania mogą być trudne, zaskakujące i ciekawe. Informacje zawarte w uzależnieniach oraz w tendencjach do uzależnień są jedną z dróg poznawania siebie i swoich potrzeb. O wiele łatwiej i bezpieczniej to robić, poświęcając uwagę tendencjom niż rozwiniętym uzależnieniom.

Stosowanie kategorii tendencji do uzależnień jest bardzo przydatne w zmniejszaniu mentalnej „przepaści” dzielącej ludzi zdrowych od uzależnionych. Oczywiście kryteria uzależnienia i diagnoza są ostre: ktoś jest uzależniony albo nie. Ale doświadczenie pokazuje, że ta droga jest bardziej płynna. Wiele osób w różnych okresach życia jest bliżej bądź dalej od uzależnienia.

Myślenie w kategoriach tendencji do uzależnień destygmatyzuje osoby, które spełniają kryteria uzależnienia, oraz te, które tym zagadnieniem chcą się zajmować. Skoro tendencje są powszechne i ludzie widzą je u siebie, to mniej dziwią one u innych. Przestają być tematem tabu, więc można zacząć o nich myśleć, rozmawiać, badać je, poświęcać im uwagę.

Gdzie szukać pomocy?

  • Kiedy rozpoznajesz uzależnienie, obawiasz się o swoje zdrowie, życie, o swoją sytuację, o swoich najbliższych lub inni sygnalizują ci te problemy i chcesz przede wszystkim przestać –  wybierz terapię uzależnień.
  • Kiedy niepokoi cię twoja skłonność, martwisz się tym, że może będziesz uzależniony w przyszłości albo kiedyś byłeś i wciąż myślisz o sobie jako o byłym alkoholiku, byłym zakupoholiku, byłym narkomanie… i to jest ważna część twojej tożsamości, ale chcesz pójść dalej – wybierz psychoterapię.
Mikołaj Czyż jest warszawskim psychoterapeutą prowadzącym swoją praktykę w ramach Instytutu Psychologii Procesu. Poza zagadnieniami dotyczącymi uzależnień zajmuje się m.in. psychologicznymi aspektami kreatywności, nastrojami oraz konfliktami w relacjach. Jest współtwórcą ośrodka terapii par – Centrum Rozwoju dla Par oraz autorem bloga o psychologii związków.

  1. Psychologia

Syndrom DDA. Pokonać lęk przed bliskością

Pomieszanie – niemal wszyscy dotknięci syndromem DDA tak o nim mówią. (Fot. iStock)
Pomieszanie – niemal wszyscy dotknięci syndromem DDA tak o nim mówią. (Fot. iStock)
DDA brzmi jak zaklęcie. Kiedy to masz, patrzysz na świat przez soczewki, które go zniekształcają. Zalewają cię emocje: wstyd, złość, lęk. Albo nie czujesz nic – jakby twoje życie rozgrywało się poza tobą. Partnerom i przyjaciołom dorosłych dzieci alkoholików bywa ciężko do nich dotrzeć, ale to dlatego, że najpierw oni sami muszą zrozumieć swoje wewnętrzne mechanizmy.

DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików) to jeden z najbardziej rozpowszechnionych symptomów w Polsce. Ludzie z DDA rozpoznają się na odległość. Nic dziwnego – to bardzo wrażliwe osoby. Poranione, pozamykane, ale też głęboko empatyczne. Już jako kilkuletnie dzieci musiały wspierać rodziców (tego, który pił, i tego, który sobie z piciem partnera nie radził), musiały odgadywać ich nastroje, pragnienia, potrzeby. Często kosztem własnych. Czuły się osamotnione, lekceważone, zaniedbane. Więc lgną do innych, a jednocześnie rozpaczliwie boją się odrzucenia. Znają ten ból, kiedy najbliższa osoba zwodzi, zawodzi. I nie chcą już tego doświadczać.

Niektóre przeszły piekło. Przemoc emocjonalna, fizyczna, czasem seksualna. Brak miłości, opieki. Brak kontaktu z rodzicami, zajętymi swoimi dramatami. Czekanie z drżeniem serca, w jakim stanie wróci ten pijący: czy będzie można powierzyć mu swoje sprawy, czy skończy się na zlekceważeniu, ośmieszeniu, odepchnięciu. Nie sposób być niczego pewnym – wciąż ta szalona huśtawka. Nadzieje i rozczarowania. Prośby i rozczarowania. Obietnice i rozczarowania. Tak, rozczarowania – bo przecież miało być inaczej. Miały być sanki, piłka, kino, czytanie książek. A zamiast tego awantura. Albo grobowa cisza, przerywana szlochem matki.

W domu (i w życiu) dziecka z rodziny alkoholowej wszystko postawione jest na głowie. Odwrócone role, zaburzone priorytety. Nie można być sobą. Tak naprawdę nie można w ogóle być dzieckiem. Trzeba wziąć się w garść. Być odpowiedzialnym. Dostosować się. Ratować. Pomagać. Pośredniczyć. Przewidywać. Zażegnywać.

Euforia i depresja

Pomieszanie – niemal wszyscy dotknięci syndromem o nim mówią. Przebywając z nieprzewidywalnym opiekunem, sami się tacy stali. Gubią się w swoich odczuciach, zachowują nieracjonalnie, z trudem podejmują decyzje. Ich system wartości bywa pogmatwany, niespójny. Popadają w skrajności – potrafią niemal płynnie przechodzić od euforii do przygnębienia (w końcu po takiej skali poruszali się na co dzień). Co gorsza, wielokrotnie zawiedzeni, gotowi są odrzucać różne dobra, które życie ma im do zaoferowania: sukces, obfitość, miłość. Wietrzą w takich ofertach podstęp, boją się fałszywych obietnic, wolą z góry podziękować...

Dzieci wychowane w rodzinie dotkniętej alkoholizmem czują się opuszczone, nieważne. Jeden rodzic pije, drugi (o ile nie idzie w jego ślady) zajęty jest „obsługiwaniem” tego picia. Zacieraniem śladów. Ocieraniem łez. Wnioski, do których dochodzi zaniedbane dziecko, są całkiem logiczne: jego potrzeby się nie liczą. Nierzadko też musi brać na siebie rolę rozjemcy, pośrednika, doradcy, pocieszyciela, załatwiacza spraw różnych... Za dużo! Rezultaty łatwo przewidzieć: potrzeby i emocje (postrzegane jako niewygodne) zostają stłumione, zamrożone. Zaczynają żyć własnym życiem...

Nie trzeba dodawać, że zamiecione pod dywan emocje są silne, często ekstremalne. Trudno, żeby było inaczej, kiedy jesteś świadkiem kłótni (a nawet rękoczynów), kiedy osoby, które odpowiadają za twoje przetrwanie i bezpieczeństwo, zachowują się jak szalone. Owszem, niektóre dzieci w sytuacjach napięcia natychmiast reagują płaczem albo krzykiem (uważa się je za nadpobudliwe, nadwrażliwe). Większość jednak woli odciąć się od własnych uczuć, zamrozić ciało. To działa – dopóki nie okaże się, że stłumili coś cennego, bez czego nie mogą być w pełni sobą, żyć pełnią życia. Jak pisze Tommy Hellsten w książce „Wsparcie dla dorosłych dzieci alkoholików”, wraz z wypartymi emocjami i potrzebami „pod dywan wędrują pozostałe cechy dziecięcej natury, takie jak czystość, prostota, duchowość, ufność, kreatywność, poczucie wspólnoty czy umiejętność fascynacji i podziwu”. Jest za czym tęsknić, o co zabiegać. Po co wracać...

Tak naprawdę DDA tworzą coś w rodzaju fałszywego „ja” (będącego sumą mechanizmów obronnych), które pozwala im egzystować. Z zewnątrz może się wydawać, że świetnie sobie radzą, tymczasem ich życie często przypomina wegetację. Nie są pewne tego, co widzą, czują i myślą. Jak pisze amerykańska psycholożka Janet G. Woititz, specjalizująca się w temacie, DDA nie wiedzą, jakie zachowania są normalne. Muszą sprawdzać. Zgadywać. Nie wierzą swojemu postrzeganiu, nie ufają własnym zmysłom – przecież ich rodzice zaprzeczali temu, co wydawało się oczywiste: negowali uzależnienie, bezradność, frustrację. Bagatelizowali problem. Więc co jest prawdą? Komu wierzyć? I jak tu być spontanicznym?

Wstyd i przyległości

Jedną z najsilniejszych emocji, jakich doświadczają dzieci alkoholików, jest wstyd. Wszystko jest nim przesiąknięte. Przeżywasz upokorzenie, odrzucenie. Czujesz, że z miejscem, z którego pochodzisz, jest coś nie tak. Więc pewnie i z tobą... Pojawia się poczucie winy. Na wszelki wypadek nie zapraszasz rówieśników do domu. Zaczynasz się ukrywać.

Jest też dużo lęku – może on paraliżować. Czasem zamienia się go na inne uczucie – najczęściej na złość, która jest bardziej witalna, daje poczucie siły, energię do działania. Ale lęk nie odpuszcza, może nawet przyjmować postać różnych fobii. Prowadzić do wycofania. DDA czują strach przed autorytetami. Przed wszelkiego rodzaju konfliktami – zwłaszcza gdyby miały przerodzić się w kłótnię. Boją się zbliżyć do innych, otworzyć, okazać uczucia. Czasem wygląda to tak, jakby bały się własnego cienia...

DDA niechętnie pozwalają sobie na złość – nie dano im do niej prawa. A noszą jej w sobie mnóstwo. Nic dziwnego, że nierzadko przybiera ona formę wściekłości. I że – chroniąc adresata – kierują ją przeciw sobie. W ten sposób stają się sami dla siebie zagrożeniem. I wreszcie smutek, żal... Poczucie osamotnienia (bo zostało się porzuconym, zaniedbanym) i krzywdy (bo odebrano nam dzieciństwo, beztroską zabawę). Zdaniem Janet G. Woititz dla DDA każda zmiana wiąże się ze stratą, wciąż ją opłakują. Nic dziwnego, że wielu z nich trwa w stanie, który zwykło się nazywać „chroniczną depresją”.

Nie trzeba dodawać, że poczucie wartości u DDA jest wyjątkowo niskie – od najmłodszych lat ci ludzie czuli się słabi, niepotrzebni. Odpychani, lekceważeni. „Możecie być zdumieni, kiedy się przekonacie, jak niskie mniemanie ma o sobie dziecko alkoholika” – pisze Woititz. „Wprost trudno wam będzie zrozumieć, jak taka bystra, czarująca, zdolna, kochana osoba może się uważać za nic”. DDA potrafią być wobec siebie okrutne. Ignorują własne potrzeby, wchodzą w rolę ofiary. Uprawiają – mniej czy bardziej subtelne – formy samosabotażu i autodestrukcji. Zapadają na choroby psychosomatyczne, cierpią na zaburzenia łaknienia. Łatwo popadają w uzależnienia albo znajdują uzależnionych partnerów.

Bohater i maskotka

Wyobraź sobie, że przez długie lata, dzień po dniu, jesteś narażona na potężny stres. Wciąż to napięcie, nie znasz dnia ani godziny... Z jednym rodzicem brak kontaktu – jest albo zamroczony, albo skacowany, albo „na głodzie”. Drugi zmaga się z depresją albo napadami złości. Nawet jeśli masz co jeść i w co się ubrać, nie możesz czuć się bezpiecznie. No i to udawanie, robienie dobrej miny do złej gry... „Główny pokój w domu rodziny dotkniętej alkoholizmem zajmowany jest przez hipopotama, którego istnieniu wszyscy stanowczo zaprzeczają” – pisze Tommy Hellsten.

Taka rodzina zmuszona zostaje do przestrzegania trzech podstawowych reguł: Nic nie mówić! Niczego nie odczuwać! Nikomu nie ufać! Trzeba się dopasować do sytuacji, dokonać przemeblowań... By system rodzinny mógł w miarę sprawnie funkcjonować, tworzą się określone role.

Najstarsze dziecko staje się zwykle „bohaterem rodzinnym”. Bierze na swoje barki poważne obowiązki. Pomaga w domu, opiekuje się rodzeństwem, przynosi świetne oceny. Odnosi sukcesy – ogromnym kosztem. Ale rodzina ma powód do dumy, zwycięzcę. Można wypchnąć go do pierwszego rzędu i zasłonić mniej widowiskowe obrazy... „Kozioł ofiarny” też ma za zadanie odwracać uwagę od problemu picia, tyle że on sam generuje problemy. Takie dziecko jest „trudne” – krnąbrne, agresywne. Nie chce się uczyć, wagaruje. Sięga po używki, być może schodzi na tzw. złą drogę. Tak czy inaczej jest na kim wyładować frustracje... Dziecko-maskotka to rodzaj rodzinnego kaowca (czy wręcz błazna). Odpowiada za rozrywkę i dobry nastrój. Śpiewa piosenki, opowiada dowcipy. Podobnie jak przy bohaterze – jest się czym pochwalić. Do tego można się rozluźnić. Szkoda tylko, że sama „maskotka”, traktowana instrumentalnie, żyje w ciągłym napięciu...

I wreszcie „dziecko niewidzialne” – jego po prostu nie ma. Nie zgłasza potrzeb, nie sprawia kłopotów. Żyje zanurzone w swoim świecie, nie zwraca na siebie uwagi. Ciche, wycofane, nosi w sobie ogromne pokłady gniewu. Czuje się osamotnione i skrzywdzone (co zresztą dotyczy też pozostałych ról).

Relacje? To wyjątkowo trudny temat. Kiedy DDA wchodzi w związek (o ile w ogóle sobie na to pozwoli), jego niska samoocena spada jeszcze bardziej. Boi się bliskości – kojarzy mu się ona z wykorzystaniem, zranieniem. Boi się porzucenia. Z trudem komunikuje potrzeby. Nierzadko traktuje relację jako pole bitwy. Taka osoba potrafi tkwić w relacjach współuzależniających, nie zauważając nawet, że jest źle traktowana – trwa przy partnerze niczym przy potrzebującym rodzicu. Jest przecież taka lojalna! Często woli jednak pozostać przy rodzicach – niekoniecznie dosłownie. Po prostu więzi rodzinne, scementowane wspólnym cierpieniem, są na tyle silne, że może brakować energii na tworzenie nowych. Jednocześnie wciąż żywa jest potrzeba bezwarunkowej miłości, której zabrakło w dzieciństwie... I tak źle, i tak niedobrze.

W pracy jest dużo lepiej. DDA chętnie podejmują trudne wyzwania – są do nich przyzwyczajone. Mają skłonności do perfekcjonizmu – żeby zredukować wstyd, który je przenika, muszą być doskonałe! Wytrwałe, dokładne, wręcz nadodpowiedzialne, wiele z siebie dają. Niestety, pracodawcy często to wykorzystują. A ktoś, kto ma problemy z autorytetami, zwykle w takich sytuacjach rezygnuje ze swoich praw. Godzi się pokornie na to, co jest.

Wrócić i uwolnić

DDA wciąż tkwią jedną nogą w dzieciństwie. Dotyczy to zresztą osób, które nie doświadczyły problemu alkoholowego w rodzinie, ale których potrzeba miłości i bezpieczeństwa nigdy nie została zaspokojona (dlatego grupową terapię DDA łączy się zwykle z terapią DDD – dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych). Tacy ludzie wciąż muszą się mieć na baczności. Zabiegać i walczyć. Owładnięci obsesją kontrolowania otoczenia, nie potrafią zaufać innym. Życiu. Sobie.

Terapeuci twierdzą, że trzeba wrócić tam, gdzie utknęliśmy. Przeżyć to, co wywołało ból, który nosimy w sobie. To jedyny sposób, żeby go uwolnić. Wyzwanie jest niemałe: nasza dorosła część ma zaopiekować się żyjącym w nas dzieckiem i dać mu to, czego nie dostało. Pomocne mogą być grupy wsparcia, terapeuci, przyjaciele. Jedno jest pewne: tego, czego tak nam brakuje, u rodziców nie znajdziemy. To, co mieli, dali. Lepiej oszczędzić sobie kolejnych frustracji...

Tommy Hellsten podkreśla, że również związek partnerski nie jest dobrym terytorium do uzupełniania deficytów. „Można śmiało powiedzieć, że większość małżeństw bywa zawierana z cichą nadzieją na to, że druga strona przyjmie rolę matki lub ojca” – twierdzi. Owszem, wsparcie partnera jest niezwykle pomocne, ale „małżeństwo jest małżeństwem – układem opartym na porozumieniu dorosłych, odpowiedzialnych za siebie ludzi. W partnerze nie powinno się szukać rodzica”.

Pierwszy etap uzdrawiania DDA rozpoczyna się, gdy uda się takiej osobie złamać zakaz „nic nie mówić”. Kiedy przebije się przez pierwszą warstwę wstydu i zacznie dzielić się swoim doświadczeniem. To pozwoli jej oswoić się z myślą, że nie jest złym człowiekiem – po prostu spotkało ją coś trudnego. Tak naprawdę jednak nie o wspominanie i analizowanie tu chodzi. Ważniejsze jest poczucie tego, co zostało zamknięte na cztery spusty, ponowne doświadczenie własnego dzieciństwa. Dopuszczenie do głosu emocji, które kiedyś wydawały się tak wielkie, wszechogarniające, nie do udźwignięcia... Nikt nie obiecuje, że teraz kontakt z nimi będzie łatwy. Ale trzeba znaleźć w sobie siłę, żeby przez to przejść.

DDA są bardzo samodzielne – niezwykle trudno im prosić o pomoc. A ona jest dostępna (również nieodpłatnie). Grupy wsparcia (choćby w Internecie), mityngi, terapie... Terapeuci pracujący z DDA przyznają, że droga do uzdrowienia nie jest łatwa. Dla nich ta praca to też ogromne wyzwanie. Piękne wyzwanie. Bo osoby z syndromem DDA mają w sobie głębię. Siłę i uczciwość, empatię i wrażliwość. Tak, są perfekcjonistami, wiele od siebie wymagają. Ale to szansa, że postawią sobie wysoko poprzeczkę i zechcą zmienić dotychczasowe życie. Zaryzykować spotkanie z bólem. Nawet jeśli na początku miałaby nimi kierować nie miłość do siebie, a ambicja... A miłość przyjdzie – w swoim czasie. Trzeba tylko zrobić na nią miejsce.

  1. Psychologia

Zdrada – szukanie bliskości poza związkiem to alarm

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.

Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.

Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta „schizofrenia” bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie – ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.

Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: „Co ty mi zrobiłeś?!”. No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.

Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.

Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.

Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.

Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: „O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!”. Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.

Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki „nieoficjalne”. Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa – można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.

  1. Psychologia

Dobrze być ze sobą

Dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia. (Fot. iStock)
Dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia. (Fot. iStock)
Są chwile, w których samotność jest błogosławieństwem, bonusem podarowanym przez życie. Nieraz już napisano, że dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia.

Jednak można rozsmakować się w byciu tylko ze sobą wieczorami. Spojrzeć na gorzką czekoladę i kisiel z jabłkami jak na okazjonalne wiktuały. Przygotowanie kanapki z pachnącym ogórkiem traktować jak wyczarowanie uroczystej kolacji. I nie bać się tego, że dwa pomidory w lodówce pokryła warstwa pleśni, że kupiona koszula może okazać się o rozmiar za mała, że pozostawiony na wierzchu wiersz utonie w powodzi kpin. Jak to dobrze móc zrobić sobie herbatę i pić ją bez obaw, że ktoś zastawi kolejną emocjonalną pułapkę i przyciśnie świeżutkim sarkazmem tak, że pozbawi tchu.

Herbatą sączoną w strachu można się łatwo udławić. Ale poniżające słowa i władcze gesty nie porysują zmarszczkami twarzy mądrej kobiety, nie poranią pewnego siebie ducha. Każda mądra kobieta wie doskonale, jak obronić się przed domowym piekiełkiem do momentu, aż… sama nie wpadnie w pułapki zastawiane co krok przez zniechęconego (rozczarowanego? znudzonego? zestresowanego? zakompleksionego?) towarzysza życia. I wtedy zaczyna się wyścig o zachowanie twarzy. Twarzy dla świata spoza czterech ścian. Wszystko sprowadza się do tego, aby słyszeć jak najmniej, a jak już się słyszy, to pewnie dlatego, że się zasłużyło. Do końca nie wiadomo czemu, ale to już nieważne, powód na pewno się znajdzie: nieistotna praca, nieudolne gotowanie, nudne zainteresowania, przygnębiająco lichy seks, brak wyobraźni, za mało uśmiechów, nie ta sukienka itd. Miny wybuchają na każdym kroku.

Czasem, gdy świat zewnętrzny zajrzy do środka, chwila wytchnienia, wówczas scenariusz dla obcych: piękne kwiaty, jakaś urocza błyskotka, a nawet całus dla publiczności. Uff… Podobno można się nie otrząsnąć. Przyzwyczaić. Jeszcze trudniej, gdy w czterech ścianach błyszczą oczka dziecka i żal ściska serce, bo może burząc „strukturę rodziny”, nie uda się posprzątać tak, aby maluch czuł się bezpieczny? A może coś się zmieni, wrócą wspomnienia dawnej miłości, czułość zaskoczy wszystkich, na przykład na urodziny? A jeśli to wcale nie prywatna gehenna, przed którą należy się bronić, tylko zwyczajne życie i wynik kaprysu, marudzenia? I można tak bez końca.

Wiem coś o tym. Wiem, że nawet mądra kobieta potrafi zgubić sierść wilczycy i pewnego dnia obudzić się w skórze niechcianego kundelka, który ma wciąż swój kąt, bo kochają go dzieci. Trudno się otrząsnąć. Bo do spokoju i równowagi niełatwa droga. Przeszkody lubią się mnożyć, bywa, że straszy widmo spraw o wymeldowanie, o opiekę nad dzieckiem, o alimenty. A małe miasteczko pyta i pyta. W takich momentach trzeba szczerzyć kły w uśmiechu, a w środku warczeć. Oby tylko nie uwierzyć, że jest się jedynie komicznym utykaniem: bez ciała, seksu, domowych umiejętności i marzeń.

Wiem, że można obudzić się z tego letargu. Rozedrzeć umęczony światek i pozbyć się raz na zawsze życiowej zgagi. Spojrzeć w lustro i zapragnąć wrócić do siebie.

Pamiętam, jak znajoma „od psychologii” mówiła mi, że gładko poddałam się przemocy psychicznej. Na pewno na domowe miny trafiają nie tylko mądre kobiety. Niejeden mądry mężczyzna utknął pewnie pośród fantomów udających gniazdo domowe. Każdy z nas może próbować żyć złudzeniami. Oby nie za długo.

Wiem, że mój samotny sen jest skromniejszy od śnienia we dwoje. Często żywi się tęsknotami i żalem za namiętnością, której nie ma. Ale mam na stole coraz więcej wierszy. Na półce czekają ulubione płyty. Wieczory rozgrzewam herbatą z miodem i cytryną. Spokojnie otwieram drzwi bez lęku przed plutonem lichych epitetów. Nie zasypiam z armią niespełnionych oczekiwań pod łóżkiem. Mam udomowioną samotność. Czasem smutną, czasem kojącą. Zawsze bezpieczną.

  1. Psychologia

Egoizm a egotyzm. Czy dobrze być w związku egoistką? – wyjaśnia Katarzyna Miller

Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Po pierwsze: nie dbaj o niego. Zamiast tego doceń to, co on już ma i co potrafi. A dbaj o siebie i wasz związek – mówi psycholożka Katarzyna Miller. W rozmowie z Joanną Olekszyk wyjaśnia różnicę między kochaniem a matkowaniem, egoizmem a egotyzmem, poświęcaniem się a kompromisem oraz pomiędzy altruizmem a obłudą.

Egoizm i miłość – czy to może w ogóle iść w parze? Jak przestać być egoistą?
Bardziej wierzę w egoizm niż w miłość. I równie mocno wierzę w altruizm. Ludzie mają przecudowne, czysto altruistyczne odruchy, ale wtedy, kiedy się ze sobą dobrze czują. Kiedy są zdrowi i zaspokojeni, kiedy mają ten naddatek, który mogą ofiarować. Czasem słyszę od czytelników pytanie, zadawane z taką boleściwą troską: „Ale dlaczego pani tak popiera egoizm – to przecież taka niemoralna postawa?”. Nosz obudźcie się, kurde! Przestańcie być zakłamani, przestańcie być nieprawdziwi, przestańcie się bezsensownie poświęcać! Poza tym niektórzy tylko mówią, że tak nie podoba im się postawa egoistyczna, a sami są szalenie egoistyczni. Dlatego jestem oburzona oburzeniem innych, tym koszmarnym stereotypem, który nie pozwala ludziom się zatrzymać i zastanowić nad tym, co oni w ogóle mówią. Moim zdaniem to takie popłuczyny po XIX w., kiedy się opowiadało kocobuły o tym, że człowiek żyje dla wszystkich innych tylko nie dla siebie. A przecież każdy z nas dostał tylko swoje własne życie do dyspozycji.

Postawami, które powinniśmy piętnować są nie egoizm a egotyzm i egocentryzm, dlatego, że są skierowane przeciwko innym ludziom. Egotyzm i egocentryzm, w odróżnieniu od egoizmu, zakładają, że inni są dla mnie. Że mają się starać, by mnie było jak najlepiej. A jak nie jest, to mam prawo mieć pretensje. Podobnie jak mam prawo mieć żądania czy roszczenia. Nie muszę prosić, nie muszę dziękować, nie muszę się starać...

Czym w takim razie jest egoizm?
To zwyczajnie dbanie o siebie. Czyli PODSTAWA. Nikt nie może tego zrobić za nas i nikt nie ma tego w obowiązku. Poza rodzicami, i to tylko w naszym dzieciństwie. Potem – nikt. Oczywiście ktoś może chcieć ci coś dawać czy opiekować się tobą, bo cię lubi, kocha i się z tobą przyjaźni – ale tylko w ramach tego, czym dysponuje. A jeżeli człowiek jest spokojny, łagodny, zadowolony z siebie i wie, czym dysponuje, to wie też, co ma w naddatku. Ta tzw. wartość dodatkowa, mówiąc po marksowsku, jest właśnie do rozdania, dla ludzi. Zasada jest taka: „im więcej mam swojego, tym więcej mam wartości dodatkowej”.

Kiedy dajesz z tego naddatku, to nie interesuje cię, czy ktoś ci kiedykolwiek to odda albo choć podziękuje.
Podziękować powinien. Mamy umieć czuć wdzięczność i ją wyrażać! Ale nie czekasz, aż oddadzą, bo dajesz na zasadzie: „poślij dalej, innym ludziom”. Natomiast co innego, kiedy się poświęcasz, kiedy sobie czegoś ujmujesz.

Wtedy dajesz, ale jakby w zastaw.
I tylko patrzysz, kiedy ci zaczną zwracać, kiedy ci zaczną za to robić coś ekstra, kiedy się okaże, że jesteś osobą niebywale wyjątkową i niezbędną. Ja to nazywam „pułapką poświęcenia”. Jeśli tak dajesz, to lepiej przestań, bo jest ryzyko, że nigdy nie dostaniesz z powrotem i tylko cię to sfrustruje.

Altruiści dają i jakby od razu zapominali, że dali.
Bo to ich nic nie kosztuje. Jeżeli ktoś wyrywa sobie spod brzucha, spod serca, spod głodnego gardła coś, co by chciał zjeść, to patrzy na tego drugiego i myśli: „Jezu, on spożywa moje, on mi tu szamie mój obiadek. To ja powinienem wcinać to jedzonko, ale oddałem je, by...” No właśnie, by poczuć się lepszym, zaimponować komuś, wkupić się w czyjeś łaski albo coś ukryć, na przykład to, że wcale go nie lubisz. Ludzie robią takie rzeczy. I gdzie tu altruizm?! To zwykły fałsz.

A ten, kto dostał, ma problem. Zarówno jak obiadek nie będzie mu smakował, jak i kiedy będzie wcinał go ze smakiem.
Niektórzy rodzice mówią do dzieci: „Wy macie dziś wszystko, myśmy nie mieli nic”. To się cieszcie, że wasze dzieci mają tak dobrze. Ale też nie dawajcie im wszystkiego, bo kto kazał? Dajcie im tyle, by miały swobodne życie, resztę niech sobie same zdobędą. Możecie im opowiedzieć, jak wam kiedyś było źle, bo to jest bardzo ciekawe, jak żyli rodzice, ale nie na zasadzie „Smarkacze, wam mlekiem i miodem płynie”, bo to boli i nie jest prawdą, nawet jeśli dzieci mają łatwiej i więcej.

Tacy rodzice sami sobie nie dali tego, czego nie dostali?
Oni zwyczajnie nie potrafili sobie tego dać POTEM. Dają za to swoim dzieciom, ale po to, by dzieci im oddały. A dzieci po to mają dostawać, by przekazywać dalej.

Czyli egoizm jest ukróceniem tej pokrętnej drogi „Ja daję tobie, żebyś ty dał mi”.
Tak jest, to najlepszy na świecie przykład bycia wprost. Wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi: „Pożycz mi pieniądze”. „Ile?”, „500 zł”. „500 nie mam, pożyczę ci 100. Możesz sobie pożyczyć od każdego po 100 zł i ci się uzbiera”. Możesz też powiedzieć: „Nie pożyczę, bo nie mam” albo „Nie pożyczę, bo nie chcę”.

Mamy chyba problem z odmawianiem.
Mamy też problem z tym, ile możemy zrobić dla swoich rodziców, kiedy zaczną potrzebować opieki. Ja wiedziałam od początku, ile jestem w stanie zrobić dla taty, a ile dla mamy. Dla taty gotowa byłam siedzieć przy łóżku i sama się nim zajmować, mamie za to zapewniłam dobrą, specjalistyczną opiekę. Dzieci to wiedzą i czują. Są rodzice, dla których zrobią bardzo dużo, a dla innych nie będą w stanie. Niestety, niektóre dzieci są nauczone zaprzeczać swoim odczuciom. I potem, w dorosłym życiu, taka najmniej kochana córeczka nadal stara się o uznanie mamy i znosi ją z jej humorami. Druga, ta ukochana córeczka, wyjechała za granicę, bo była na tyle sprytna, by oddalić się od kłopotów, i jest nadal przez mamę uwielbiana i stawiana wszystkim za wzór: „Moja córka jest w Anglii, świetnie się urządziła”. A ta, co została, by opiekować się mamą? Słucha tego wszystkiego i jeszcze przynosi mamie basen do łóżka, poganiana: „A co się tak guzdrasz, jak zwykle?”. Mama nadal nie dostrzega niekochanego dziecka, nadużywa go, poniewiera nim i nie dziękuje.

A dziecko poświęca się na próżno.
Ono poświęca się dla iluzji, że w końcu zostanie uznane.

Nie sądzisz, że to kobiety mają większą tendencję do poświęcania się? Może to krzywdzące dla mężczyzn...
To wcale nie jest krzywdzące dla mężczyzn. To stwierdzenie faktu. Mężczyźni są bardziej egoistyczni, bo matki ich tak wychowują, że mogą na to sobie pozwolić. Czasem idzie to u nich nawet w egocentryzm. Nie na darmo mamy przecież wiek Narcyza! Neurotyzm jako norma przeszedł już do historii – prawdziwy neurotyk to dziś perełka zdrowia psychicznego (śmiech).

Dużo się mówi o Narcyzach, rzadko o Narcyzkach.
Ponieważ kobiety, z jakiegoś niewiarygodnego rozpędu ciągle robią te same rzeczy, czyli ciągle oddają siebie. Nasz problem to nie narcyzm, tylko bycie ofiarą.

I skąd to w nas się bierze? Z wychowania? Historii?
Z jednego i drugiego. Z toksycznego przykładu i wzorca, który przechodzi z pokolenia na pokolenie. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. Stąd się biorą te słynne: „A to go pani samego puściła?” albo: „Trzeba było go krótko trzymać”, co oznacza w praktyce zero zaufania, głównie w kwestii tego, czy przy tobie zostanie.

Straszy się nas, że jeśli nie będziemy mężowi nadskakiwały i go kontrolowały, to on pójdzie sobie do innej. I pytamy potem psychologów: a skąd brać pewność, że on zostanie?
A psycholodzy, a ja to już na pewno, odpowiadają: znikąd. Natomiast wiem, skąd czerpać spokój w kwestii tego, że jeżeli on będzie chciał być z inną, no to trudno. Ten spokój można wziąć tylko z siebie. Bazowa myśl jest taka: "Po co mu inne, skoro ja jestem taka fajna?". To jest ta pewność, o którą pytasz.

I za taką pewność siebie kobiety cię kochają, tylko nie wiem, ile z nich jest w stanie powiedzieć to o sobie...
Ja wiem, że one jeszcze nie wszystkie potrafią, bo nie popracowały nad sobą tak jak ja to zrobiłam. Ja miałam te same obawy, co one. Naprawdę. Często i wszędzie o tym mówię. Pamiętam, jak szłam na randkę i bałam się, że się mu nie spodobam. Dopiero po latach doszłam do tego, że gdybym mu się nie podobała, toby się ze mną nie umawiał. Powtarzam to wszystkim dziewczynom: jeżeli twój chłop jest z tobą, macie wspólne sprawy, wraca do domu - to o co ci chodzi, kobieto? Jest z tobą. Dlaczego wątpisz w to, że on chce z tobą być?

Niedawno byłam w radiu, gdzie rozmawiałam na temat książki "Instrukcja obsługi faceta". Był tam bardzo fajny młody dziennikarz i czytelnicy pisali do nas maile. Napisała też pewna dziewczyna: "Mam zabójczo przystojnego faceta, do tego cudownie się ubiera. Dlaczego on jest ze mną? Co prawda odrażająca nie jestem, ale przecież on mnie może zostawić. Podoba się wszystkim moim koleżankom". Płakać i krzyczeć mi się chce, jak ona się traktuje. Przecież to zgroza! Taki negatywizm. No i co ja mam jej odpowiedzieć? "Przecież wybrał cię, widział, nie miał chustki zawiązane na oczach". Kochane, zrozumcie jedno: faceci się nie poświęcają! To jest pierwsza podstawowa rzecz na temat ich egoizmu. Tylko my jako te, co się zwykle poświęcamy, im nie wierzymy. Jeżeli kobieta jest uczona, że musi oddać pół siebie, żeby on ją chciał, to jeśli potem on ją chce, to ona czuje, że coś tu jest nie tak, bo to znaczy, że albo ma mu oddać pół siebie, albo że to jakiś podstęp.

Jak postępować z afcetem egoistą? Możemy się tego egoizmu nauczyć od mężczyzn?
Możemy, jeśli będziemy myśleć i wyciągać wniosku. Na przykład z tego, jak faceci radzą sobie z dziećmi. Strasznie mi się podobało, jak Miłosz Brzeziński odpowiedział kiedyś swojej córce. Zośka przychodzi do niego i mówi: "Tatusiu, tak mi się nie chce lekcji odrabiać, och, jak mi się nie chce. Co ja mam zrobić?". A on na to: "To odrabiaj z niechęcią". Jakie to jest mądre. I proste. Boisz się coś zrobić? To rób to z lękiem. Bój się i rób. Ojcowie często też mówią: "A co z tego, że nie ma obiadu, zamówimy pizzę", "Co z tego, że ma nieposprzątane w pokoju, posprząta jutro".

Takie "olewcze" podejście niektóre mamy wkurza. Zamiast się wkurzać mają pomyśleć: "Jakie to genialne"?
Ale najpierw zobaczyć, co je naprawdę wkurza, bo wkurza nas coś w sobie, coś, na co sobie nie pozwalamy. Czyjeś tolerancyjne słowa czy zachowania dotykają naszych nieprzerobionych rzeczy, tzw. cienia, czegoś, co głęboko schowaliśmy i nie chcemy tego tykać. A to niekoniecznie muszą być złe rzeczy, to mogą być pochowane skarby. Nam rodzice zabraniali być "jakimiś", czyli tak naprawdę zabraniali być sobą. Dlatego, kiedy schodzisz gdzieś głęboko w swoje zakamarki, to tak naprawdę odnajdujesz samą siebie. Wkurza cię, że on olewa? Też poolewaj.

Ja na przykład mam problem z tym, żeby odwołać spotkanie, mimo że jestem bardzo zmęczona.
A mężczyźni mówią: "Nie dam rady, jestem zmęczony". Oni, w większości, dają sobie prawo do tego, żeby im się nie chciało. Ale choć mnie samej bardzo się podoba takie podejście, by nie zmuszać się do czegoś, na co nie mamy ochoty czy sił, to uważam, że pomiędzy asertywnością a lekceważeniem umów przebiega cienka granica, trzeba być przytomnym i uważnym. Jeśli spotkanie jest ważne - warto się jednak zwlec.

Są sytuacje, w których trzeba siebie trochę odłożyć na bok i tę drugą osobę postawić na pierwszym miejscu. Jak wtedy przestać być egoistą?
Są takie sytuacje i bardzo ważne, że o nich tu wspominamy. Druga osoba może być chora albo coś w jej życiu się rozjechało - oczywiście są też takie osoby, które zawsze są chore i zawsze chcą, by się nimi zajmowano - ale nie o takich sytuacjach mówimy. Tylko na przykład o takich, kiedy kobieta rodzi dziecko i jest jej potrzebne większe wsparcie albo młoda para przechodzi kryzys i potrzebuje o tym porozmawiać, a nie słuchać rad innych.

A taka sytuacja: ona i on w tym samym momencie dostają propozycję wymarzonej pracy, przy czym jedna z nich wiąże się z wyjazdem za granicę.
No, to są bardzo trudne dylematy. Nie można nikomu doradzić, co ma zrobić w takiej sytuacji. Każdy musi sam zdecydować, co dla niego w tym momencie jest ważniejsze. Zwłaszcza jeśli dla jednego i drugiego taka praca to spełnienie marzeń. I co będzie straszniejsze: odrzucenie takiej oferty czy jednak mieszkanie osobno, kilkaset kilometrów od siebie.

Doszłyśmy chyba do tematu kompromisów.
Kompromisy są niezbędne w związku. Rzadko się przecież zdarza, że ludzie się tak dobiorą, że będą bardzo dużo lubić tego samego. Ja znam jedną taką parę. Są zgodni prawie we wszystkim. Poznali się jeszcze w szkole, złapali za rączki i już nie puścili.

Szczęściarze! U zwykłych zjadaczy chleba nawet banalne wyjście do kina może spowodować konflikt interesów.
Mój Edek czasem mnie woła: "Chodź, chodź, taki fajny film oglądam". Sensacyjny? - pytam. Thriller? A to nie idę. Chyba że się skuszę. "Tożsamość Bourne'a", którą Edek oglądał z siedem razy, też chętnie obejrzałam ze trzy. Sama czasem namawiam go na tzw. babski film - ostatnio poszliśmy na "Paryż może poczekać". Bardzo nam się obojgu podobał i mieliśmy fajny, ciepły wieczór.

Przywykło się myśleć o kompromisach, że w ich ramach każdy musi coś poświęcić, ale z tego, co mówisz, wynika, że tu chodzi o to, by każdy coś dostał...
Zawsze musi być wymiana, nie może być samego dawania albo samego brania - wtedy robi się krzywa sytuacja. Ja jadę z tobą do twojej mamusi na Boże Narodzenie, a ty ze mną na Wielkanoc do mojej, a za rok sami sobie jedziemy na święta do Chamonix. I to jest kompromis. Zdrowy człowiek, jeśli jest egoistą, to się cudnie z innymi ludźmi dogaduje, żeby im było fajnie z nim, a im z nim. Na zasadzie "Ja jestem OK, ty jesteś OK".

Jeśli nie umiesz zadbać o siebie, jak zadbasz o innych?
O to, o to! Bo na czym polega empatia? Na tym, że rozumiesz czyjeś uczucia, nie, że ogromnie przejmujesz się nimi, ale że wiesz, co to jest za rodzaj przeżycia, bo sam go doświadczyłeś. Dlatego masz poszanowanie dla swoich uczuć i uczuć innych.

Postawa "Ja jestem nie OK, a ty jesteś OK" to postawa ofiary, "Ja jestem OK, a ty nie OK" to postawa Narcyza, psychopaty, a "Ty jesteś nie OK i ja jestem nie OK" to postawa ludzi, którzy już w nic nie wierzą, straceńców.

Sądzę, że kiedy słyszymy "Bądźmy bardziej egoistyczni", to myślimy, że teraz się nie będziemy musieli starać.
Ale przecież jeśli kogoś kocham, to się postaram, dla niego. Na spotkaniach autorskich w takich momentach odzywa się głos z sali, oczywiście męski: "Ale co to znaczy? Że żona nie będzie dbać o męża?", "To wy będziecie takie egoistki, zajęte tylko sobą?". Ja pytam: "A chcesz mieć taką żonę, co wisi na tobie i od ciebie wszystkiego oczekuje?". "No nie chcę". "W takim razie jesteś egoistą. Każdy jest. Nie ma co wmawiać sobie, że jest inaczej".

Jak się zdziwił dziennikarz z radia, o którym wspominałam, gdy w "Instrukcji" przeczytał radę: "nie dbaj o niego". Jak to "nie dbaj"? Spytałam: "Czy woli pan mieć dziewczynę czy mamusię?". A on: "No jasne, że dziewczynę!" "No właśnie drogie panie... Trzeba rozpoznać, co nasz mężczyzna potrafi, docenić to, ucieszyć się z tego, używać, szanować go za to i być wdzięczną. A resztę, która nam jest potrzebna, dać sobie samej, z satysfakcją!

Zwykle kiedy chcemy, żeby ktoś inny, bliski o nas zadbał, to i tak potem nie jesteśmy zadowoleni. Bo on może i zadba, tylko że na swój sposób - da nam to, co mu się wydaje, że będzie dla nas dobre, albo to, czego on sam potrzebuje, nie my. Jak postępować z facetem egoistą?
Wszystko, co robimy, robimy z myślą o sobie. Nawet w takiej sytuacji jak zdrada. Ja zawsze powtarzam kobietom: "On nie poszedł do łóżka z tamtą panią, by cię skrzywdzić, on to zrobił dla siebie. Nie jesteś dla niego pępkiem świata, to on jest dla siebie pępkiem świata". One czasem dopiero wtedy się wkurzają: "Aha, czyli ja jestem nieważna". "No na pewno jesteś dla niego mniej ważna niż on jest dla siebie". I tak powinno być. Ty też powinnaś być dla siebie ważniejsza niż on. On ma być dopiero na drugim miejscu.

Czyli: nie dbaj o niego, ale...
Zauważaj go, zrozum go, bądź otwarta na niego, uzgadniaj z nim różne rzeczy, poznaj jego punkt widzenia. A dbaj o siebie i wasz związek.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.