1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Moc sprawcza - przejmij kontrolę nad swoim życiem

Moc sprawcza - przejmij kontrolę nad swoim życiem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Robimy to, co robią inni, a nawet lubimy to, co lubi większość. Dlaczego kierujemy się tym, co mówi świat zewnętrzny, a nie tym, co nam w duszy gra? Rozmawiamy z psycholożką dr Pauliną Sobiczewską ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Powody mogą być różne, zależne od tego, gdzie ich szukamy – czy w osobowości, temperamencie, czy w sytuacji, w jakiej ludzie się znajdują. Jeśli skupimy się na człowieku jako jednostce, to opieranie się głównie na opiniach innych może być przejawem czegoś, co nazywamy zewnętrznym umiejscowieniem kontroli. Czyli przekonaniem, że wszystko, co się nam zdarza, jest związane z jakimś zewnętrznym centrum dowodzenia, że wyniki naszych działań nie zależą bezpośrednio od tego, co sami robimy, tylko od losu, szczęścia, różnie ludzie to sobie definiują. W przeciwieństwie do takich osób ci z wewnętrznym umiejscowieniem kontroli nie lubią korzystać z pomocy różnego rodzaju specjalistów, nie wierzą lekarzom, nie chcą się konsultować, są przekonani, że efekty ich działań zależą bezpośrednio od nich samych.

Z czego ta różnica wynika?
Umiejscowieniem kontroli różnimy się tak, jak różnimy się kolorem oczu, to nasza charakterystyka powiązana poniekąd z pewnością siebie. Jak ktoś jest mało pewny siebie, to będzie szukał autorytetów na zewnątrz. Z kolei jak jest skrajnie pewny siebie, to będzie miał za nic opinie innych. Możemy też spojrzeć z perspektywy społecznej na to, że ludzie, zwłaszcza młodzi, kierują się opiniami innych, na ogół rówieśników, i w pewnych sytuacjach są to typowe zachowania. Jak nie wiemy, w którą stronę iść po wyjściu z autobusu, to idziemy tam, gdzie idzie najwięcej ludzi. Gdy nie wiemy, jak się zachować w teatrze, w kościele, to robimy to, co robi większość. Ma to, oczywiście, związek z konformizmem.

Jednak przekonanie, że to ja decyduję o swoim życiu, implikuje większe zaangażowanie, większą motywację do działania.
Oczywiście, bo jeśli jestem przekonana, że wynik mojego działania ma związek z tym, co robię, jak bardzo przykładam się do pracy, to staram się pracować na maksimum swoich możliwości. Natomiast jeśli mam przekonanie, że wynik mojego działania indywidualnego, a zwłaszcza w pracy w grupie, nie będzie brany pod uwagę, to dość łatwo się wycofuję, mniej się angażuję i nie biorę na siebie odpowiedzialności za efekty. No i wtedy te efekty są na ogół marne.

Co zrobić, żeby ktoś uwierzył, że ma moc sprawczą?
Przede wszystkim spowodować, żeby uwierzył w związek swojego działania z realnymi efektami tego działania w jego życiu. Najprościej powołać się na jakieś doświadczenia z przeszłości, kiedy zaangażował się w jakąś pracę i coś osiągnął. Zobacz: biegałeś codziennie i schudłeś. Jeśli nie mamy do czego się odwołać, to zaplanujmy aktywności, zajęcia, które pokazywałyby związek działania z efektami. Tę zależność trzeba odczuć, niektórzy ludzie naprawdę nie potrafią sami dostrzec na przykład związku między swoją sytuacją materialną a decyzjami, jakie w życiu podjęli. Narzekają, że mało zarabiają, a nie dokształcają się, nie mają odwagi założyć własnej firmy czy nawet poprosić o podwyżkę. Oczywiście, pamiętajmy, by nadmiernie nie konfrontować, nie krytykować takich ludzi, bo to ich do działania nie zmobilizuje. Jeśli ktoś ma przekonanie, że jego życiem kieruje los albo ktokolwiek inny poza nimi samymi, i jeśli nie chce się wyzbyć tego przekonania, zawsze znajdzie milion tłumaczeń na to, że mu się coś nie udało. Raczej warto zauważać i doceniać: Jak zdecydowałeś, żeby wyremontować mieszkanie, to sprawnie sobie z tym poradziłeś i dzięki temu mieszkasz wygodniej. Ważne, aby nieustannie podnosić u tych ludzi poczucie kontroli i co za tym idzie – poczucie skuteczności działania.

Najlepiej zacząć od kształtowania w dziecku przekonania, że ma wpływ na to, co się mu przydarza.
Zdecydowanie tak. Zastanówmy się nad tym, co mówimy do dzieci. W Polsce jak dziecko narysuje coś ładnego czy dobrze rozwiąże zadanie, mówimy: „O, udało ci się”. Czyli od razu kierujemy kontrolę na zewnątrz. Amerykanie mówią: „You did it!”, czyli: „Zrobiłeś to”. Tym samym przekazują dziecku informację: „Postarałeś się, dzięki temu dobrze wykonałeś zadanie”. Pewne przekazy są głęboko zakorzenione w języku.

Źle coś zrobiłem, jestem do niczego, więc nie mam prawa do odpoczynku. Tak często myślimy.
A powinniśmy wiedzieć i uczyć tego dzieci, że jeśli chcemy być wydajni, to musimy bardzo racjonalnie zarządzać swoją energią, swoim ciałem i umysłem. Gdy ktoś kupuje samochód i chce długo nim jeździć, to doskonale wie, że trzeba o niego dbać, dolewać olej, robić przeglądy itd. Wiele osób, dbając o swoje samochody, jednocześnie stwierdza: „Jestem tak zaganiana, że nie mam ani chwili, żeby odpocząć, niewiele jem, niewiele śpię, nie pamiętam, kiedy zrobiłam coś dla przyjemności”. Ludzie, pracując od świtu do nocy, tak dalece zatracili kontakt ze sobą, że nie czują nawet, że są wyczerpani, że chce im się pić, jeść. A tak obciążony organizm spala dużo więcej energii, gorzej pracuje, bo to jest mniej więcej tak, jakbyśmy tym samochodem jechali pod górę na ręcznym. Wszystko się wtedy niszczy. Nie mówiąc o tym, że nie da się jeździć samochodem bez tankowania paliwa.

Ludzie idą po rozum do głowy, dopiero kiedy coś się stanie.
Tak, uczą się, gdy dostają poważne ostrzeżenie od życia, na przykład przeszli zawał albo gdy zachorował ktoś w najbliższej rodzinie. Wtedy przyjmują do wiadomości, że bez tankowania daleko nie pojadą.

Nie potrafimy się zatrzymać nawet na urlopach.
Z jednej strony konieczne jest zminimalizowanie bodźców chociażby po to, żeby usłyszeć, czego nasze ciało potrzebuje. Czasami na szkoleniach z zarządzania wydajnością daję uczestnikom minutę, żeby zamknęli oczy i niejako przeskanowali swoje ciało, zastanowili się, czego potrzebuje głowa, szyja, barki. Ktoś mówi, że potrzebowałby się przespać albo pooddychać świeżym powietrzem, ktoś inny, że chce mu się pić. Potrzebna jest choćby minuta, żeby organizm miał szansę wysłać do mózgu informacje, co musi „zatankować”.

Z drugiej strony – młode pokolenie przyzwyczajone jest do multitaskingu, do wielu bodźców naraz, oni słuchają muzyki, odrabiają lekcje i czytają wiadomości na smartfonie. Do końca nie wiadomo, jak to ostatecznie wpłynie na ich organizm, energię do działania. Być może okaże się, że ci młodzi w kolejnych pokoleniach będą bardziej odporni, tego nie wiemy. Na razie jednak nadmiar bodźców jest bardzo obciążający dla umysłu, dla funkcji poznawczych, żeby ogarnąć te wszystkie nadchodzące bodźce, organizm ignoruje inne. Niektórzy młodzi ludzie doprowadzają się do skrajnego wycieńczenia, grając w gry komputerowe, nie słyszą wołania organizmu, żeby odpocząć, spełnić swoje potrzeby fizjologiczne. Oni kompletnie nie są wtedy w kontakcie ze sobą.

Dorośli też oddają siebie w ręce różnej maści specjalistów od duszy i ciała.
To taki amerykański trend, że zaczynamy mieć specjalistów od wszystkiego. Do ogródka mam ogrodnika, do dzieci nianię, do małżeństwa terapeutę. Oddajemy dużo dziedzin swojego życia specjalistom czy pseudospecjalistom, którzy mają nam te obszary zorganizować, często nawet nie podejmując wcześniej próby poradzenia sobie samemu. Tym samym oddajemy im kontrolę nad swoim życiem.

Lenistwo to czy wygoda?
Ludzie wybierają specjalistów, ponieważ uważają, że oni lepiej się na tym znają i że samo przekazanie im sprawy już tę sprawę poniekąd załatwia. Specjaliści są, oczywiście, potrzebni, mogą nam doradzić, coś podpowiedzieć, ale to nas nie zwalnia z odpowiedzialności za swoje życie.

dr PAULINA SOBICZEWSKA, psycholożka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, zajmuje się m.in. motywacją, stresem, prowadzi szkolenia z zakresu psychoedukacji: komunikacji, asertywności, efektywnego działania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Filmoterapia - pozwól sobie na doświadczanie uczuć i emocji

Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej. (fot. iStock)
Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nieważne, czy siedzisz na wielkiej sali kinowej, czy we własnym salonie. Nie ma znaczenia, czy jest to megahit, czy skromna offowa produkcja – na ekranie zawsze oglądasz siebie. Bo nawet najbardziej niewiarygodną historię i tak przefiltrowujesz przez swoje doświadczenia i emocje. Na tym właśnie polega magia kina!

„Tylko prawdziwe ryzyko może sprawdzić prawdziwość wiary” – to zdanie z filmu „Bóg nie umarł” dogłębnie poruszyło moje serce. Sprawiło, że zmęczenie minionego dnia odeszło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wcisnęłam przycisk: „stop” na pilocie, musiałam przez chwilę pobyć sama ze sobą. Chciałam delektować się kolejno każdym wyrazem. Tak, właśnie tak, dokładnie to potrzebowałam usłyszeć, dokładnie w tym momencie życia…

Czasami jakiś film, nawet jeśli obejrzany przypadkiem, bez polecenia, zachęcającej recenzji, za to w odpowiednim momencie życia, nastroju, stanie ducha dotyka cię do żywego, porusza w sercu jakąś strunę, sprawia, że czujesz się tak, jakbyś usłyszała głos Boga. Jakiś wątek z życia bohatera, niekoniecznie pierwszoplanowego, melodia będąca tłem dla sceny, której nawet do końca nie rejestrujesz, miejsce, które jedynie mignie na ekranie, a ty czujesz, że już tam jesteś, albo jedno krótkie zdanie, nawet mało znaczące dla motywu przewodniego filmu – potrafią uwieść, zapaść na trwałe w pamięć, a może nawet odmienić, uleczyć. A potem latami wracasz do tego samego filmu, do tej jednej jedynej sceny. Albo kupujesz płytę z muzyką z filmu i słuchasz jej na okrągło. Z uwagą śledzisz kolejne dzieła reżysera, bo pragniesz nowych, podobnych doznań. Tak właśnie tworzy się magia. Powiedz mi, jakie oglądasz filmy, a powiem ci, kim jesteś – brzmi jak wróżenie z fusów, a jednak ma głęboki sens.

Czy masz swój ulubiony film?

Do kina chodzę rzadko, trochę z braku czasu (czy możliwości), a trochę dlatego, że nie przepadam za tłumem i gwarem sal kinowych. O wiele bardziej wolę zacisze kina domowego i odpowiednie towarzystwo, bo wspólne przeżywanie fabuły i rozmowy w trakcie, a także spory po i konieczność konfrontacji z faktem, że bliski mi człowiek nie podziela mojego zachwytu, są równie cenne jak film.

Nie jestem filmową koneserką, nie czuję obowiązku bycia na bieżąco z najmodniejszym repertuarem kin. Zdarza mi się po ciężkim dniu pracy bezmyślnie włączyć komputer i obejrzeć mało znaczący serial. Jak większość Polaków lubię komedie – na poprawę nastroju, czasami popłaczę na typowym „wyciskaczu łez”, nie pogardzę również kontrolowanym strachem na filmie mrożącym krew w żyłach. Czasami jestem zła sama na siebie, że kolejny wieczór straciłam, bezmyślnie gapiąc się na ekran. Obejrzałam nawet „50 twarzy Greya”, w końcu z jakiegoś powodu ten film widziało 1,8 miliona Polaków. Jednak film, który porusza mnie do dna, a potem wracam do niego przez lata, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nadal działa, przytrafia mi się niezwykle rzadko. Tak było z „W pustyni i w puszczy” tym z 1973 roku. Każdy kolejny raz, kiedy go oglądam, jest jak powrót do samej siebie, tej sprzed laty, dwunastolatki, która z wypiekami na twarzy śledziła losy Stasia i Nel. To taki mój intymny rytuał – kiedy na ekranie pojawiają się końcowe napisy, zatrzymuję obraz i wyciągam z pawlacza pudełko z dziecięcymi skarbami: ulubiona maskotka, którą dostałam na 12. urodziny, album ze szkolnymi zdjęciami i pamiętnik, a w nim moje najskrytsze marzenia i plany na dorosłe życie.

Czy gdyby nie historia o Stasiu i Nel, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej? Dlaczego właśnie ten film poruszył mnie tak bardzo? Czy bohaterski Staś Tarkowski był prototypem mojej pierwszej miłości? No cóż, w autoterapii tajemnica również obowiązuje.

Czy masz podobnie? Jaki jest twój ulubiony film? Czy lubisz wracać do siebie tamtej, sprzed ekranu, na którym po raz pierwszy oglądałaś swój najważniejszy film?

Każdy odczuwa inaczej

Tomasz Raczek w książce „Kinopassana. Sztuka oglądania filmów” przyrównuje sztukę oglądania filmów do medytacji vipassany: „Jesteśmy oderwani od codzienności i pogrążeni w uważnym obserwowaniu tego, co na ekranie”. Zdaniem krytyka, dzięki uważnemu oglądaniu filmu możemy zobaczyć nie tylko to, co na ekranie, ale także wejrzeć w głąb siebie. Z uwagą i przede wszystkim z uważnością obejrzany film trafia nie tylko do naszej głowy, ale przede wszystkim porusza emocje, daje nam szansę się z nimi skonfrontować i przeżyć w bezpiecznych warunkach, w końcu płacz w kinie to rzecz ludzka. „To, co widzisz na ekranie, to zaledwie 50 proc. filmu. Drugie tyle zostaje wyświetlone na osobistym ekranie psychiki i wyobraźni”. Ów osobisty ekran uwarunkowany jest naszym intelektem, wrażliwością, doświadczeniem życiowym, samopoczuciem w danym momencie i przede wszystkim umiejętnością bycia w „tu i teraz”. Wszystko, co widzisz i słyszysz podczas projekcji, jest filtrowane przez twoje serce i duszę. Dlatego niektóre filmy doskonale pamiętasz przez wiele lat, a inne wręcz kompulsywnie chcesz oglądać w kółko lub na każde święta.

Zdaniem Tomasza Raczka nieodłączną częścią procesu przeżywania filmu jest możliwość przegadania go – podzielenia się swoimi spostrzeżeniami, opiniami, a przede wszystkim emocjami. Opowiadając o filmie, który cię poruszył, mówisz tak naprawdę o sobie: swoim poczuciu humoru, wrażliwości, o swoich marzeniach i lękach. To prawda, natychmiast po obejrzeniu filmu „Bóg nie umarł” zadzwoniłam do przyjaciółki. Okazało się, że widziała ten film i wcale jej nie zachwycił. Wręcz przeciwnie, jej zdaniem był za mało tajemniczy, za to przewidywalny i zbytnio epatujący amerykańskim katolicyzmem. Zrobiło mi się przykro, bo myślałam, że czujemy podobnie. – To pogadajmy o czuciu, a nie o filmie – zaproponowała przyjaciółka. No właśnie, jak często, spierając się z kimś na temat filmu, mamy odwagę rozmawiać nie o fabule, czyli zewnętrznym ekranie, tylko o tym, co w nas? W czasach epatowania indywidualnością i tzw. zdrowym egoizmem, pod przykrywką których często skrywamy swój lęk przed bliskością i pokazaniem prawdziwej twarzy, przeżywanie i dzielenie się swoimi odczuciami to prawdziwe wyzwanie. Ile razy zdarza ci się zachwycać jakimś modnym filmem, bo tak wypada, bo wszyscy się zachwycają? A nawet jeśli pozwalasz sobie na słowa krytyki, to płyną one bardziej z twojej głowy niż z serca? Oczywiście, masz prawo zachować swoje odczucia dla siebie, najważniejsze jednak, byś nie ukrywała ich przed samą sobą.

Co mówią o tobie obejrzane filmy?

Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej, dlatego podświadomie identyfikujemy się właśnie z tą postacią i zaciekle jej bronimy w rozmowach o filmie. A kiedy, zwłaszcza ktoś bliski, krytykuje naszego bohatera, czujemy się dotknięci do żywego. Czasami masz wrażenie, że ty i twój partner siedzący obok w kinie widzieliście dwa różne filmy. Czujesz się wtedy rozczarowana i zawiedziona. Dlaczego on mnie nie rozumie? – zadajesz sobie pytanie. To nie tak, to nie o ciebie chodzi, tylko o film. Jeśli chcesz być zrozumiana – opowiedz o swoich odczuciach związanych z filmem. To podobnie jak w realnym życiu, kiedy ktoś interpretuje konkretne wydarzenie w inny niż my sposób, czujemy się osobiście dotknięci. Niezgodność w myśleniu nie oznacza niezgodności w czuciu. Świadome oglądanie i przeżywanie filmu pozwoli poczuć ci tę różnicę. Obrazy, kolory, dialogi, muzyka, ruch – to wszystko uruchamia naszą wewnętrzną projekcję. Wszystko, co w nas trudne, co budzi lęk, a nawet wstręt – przenosimy na ekran, rzutujemy na bohatera filmu i dzięki temu stajemy się obserwatorami naszego życia. I to jest właśnie najważniejszy cel uważnego oglądania filmów, często wykorzystany przez terapeutów stosujących metodę filmoterapii.

Zdaniem Tomasza Raczka nawet krótka drzemka w kinie ma działanie terapeutyczne – staje się swoistą śluzą, przez którą widz przedostaje się ze swojej codzienności do rzeczywistości przedstawionej w filmie. Jeśli ta rzeczywistość jest ci wyjątkowo bliska, być może właśnie to jakaś część ciebie, twojego cienia, czegoś, co ukrywasz nawet przed samą sobą. Na ekranie możesz ją w bezpieczny sposób obejrzeć, przeżyć, z dystansu znaleźć rozwiązanie problemu.

Zdarza mi się, że pacjent przez całą sesję opowiada o filmie, który go poruszył. Czasami, pomimo zachęty, wcale nie chce rozmawiać o tym, co to w nim otworzyło, tylko cały czas koncentruje się na historii bohatera. Mam wrażenie, że jesteśmy w gabinecie we trójkę, a w pewnym momencie ja i pacjent wchodzimy w role terapeuty filmowego bohatera. Uwierzcie mi, że takie sesje są bardzo terapeutyczne. Nie zawsze wszystko musi być ujawnione i nazwane wprost.

Dlatego jeśli w trakcie kinowego lub domowego seansu odkryjesz, że jakaś scena cię porusza – zatrzymaj się i wsłuchaj w siebie. Co czułaś, oglądając film? Co wywarło na tobie wrażenie i dlaczego? Jak postąpiłabyś na miejscu ulubionego bohatera? Gdybyś była reżyserem, jak zmieniłabyś zakończenie? Jeśli czujesz taką potrzebę, porozmawiaj o tym z kimś bliskim.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Dlaczego warto rozmawiać o filmach?

  • To jeden z najelegantszych i najdyskretniejszych sposobów mówienia o sobie, bez bycia posądzonym o egocentryzm.
  • To świetny sprawdzian tego, jak bardzo jesteśmy otwarci na odmienne zdanie i wytrzymali na rzeczy trudne do zaakceptowania. Możemy przekonać się, gdzie są nasze ograniczenia i z czego wynikają. I czy stać nas na nieuleganie emocjom, gdy temat wymaga raczej racjonalnej analizy.
  • Rozmowa o filmie uczy uważności w odbieraniu świata, co w czasach kłopotów z zagospodarowywaniem nadmiaru jest bezcenne.
  • Pozwala spojrzeć na problemy szerzej i z różnych perspektyw.
  • Może być też dobrym treningiem precyzyjnego posługiwania się językiem emocji i pozwoli w przyszłości uniknąć nieporozumień wywołanych nieprecyzyjnym komunikatem wysyłanym do bliskiej osoby.
Źródło: Tomasz Raczek, „Kinopassana. Sztuka oglądania filmów”, Latarnik 2015

  1. Psychologia

Jakie role odgrywamy, żeby „ułatwić” sobie życie?

W życiu prowadzimy różne gry, często zupełnie nieświadomie. Z jakiegoś powodu utrwaliliśmy w dzieciństwie pewien schemat, który potem często nas uwiera. (fot. iStock)
W życiu prowadzimy różne gry, często zupełnie nieświadomie. Z jakiegoś powodu utrwaliliśmy w dzieciństwie pewien schemat, który potem często nas uwiera. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W co grają ludzie? W co grasz Ty? - Pierwszy spytał o to Eric Berne, amerykański psychiatra, twórca analizy transakcyjnej. Według niego wszyscy – świadomie lub nie – niczym bohaterowie „Gry o tron” zawieramy sojusze, ale też knujemy intrygi i oszukujemy (w tym samego siebie). To strategia przyjmowana już w dzieciństwie – miała nas przed czymś chronić lub coś gwarantować. Tylko czy zawsze sprawdza się w dorosłym życiu? Co zyskujemy, a co tracimy w naszych codziennych grach?

O tym, że prowadzę z ludźmi gry, dowiedziałam się na terapii – opowiada Magdalena, 37 lat. – Miałam dość pracy, męża, wszystkich, więc w końcu trafiłam do psychologa. „Nikt nie traktuje mnie poważnie” – żaliłam się. Ale terapię często odwoływałam i notorycznie zapominałam zapłacić. „Zrobię przelew” – mówiłam, ale potem coś mnie zajmowało i zamiast w poniedziałek, robiłam go w kolejny wtorek. Któregoś dnia terapeutka wyznała: „Czuję się jak pani rodzic. Muszę zabiegać, upominać się. Czy jest jeszcze ktoś w pani życiu, kto może mieć podobne wrażenie?”. Nagle uświadomiłam sobie, że zawsze tak robię. Nie pamiętam o obietnicach, nie dotrzymuję terminów. A potem rozkładam ręce i mówię: „Przecież nic się nie stało”. Dlaczego więc mam pretensje, że nikt nie traktuje mnie poważnie?

Jestem taka biedna, czyli jakie plusy z życia ma ofiara

– Latami planowałam pójść do terapeuty – wspomina Magdalena. – Momentem przełomowym był awans młodszej koleżanki na szefa marketingu. Dlaczego ona, a nie ja? Pracuję dłużej, to dzięki mnie dyrektorka, która decydowała o sprawach personalnych, dostała tak wysoką funkcję. Właściwie napisałam za nią prezentację. I proszę, znała moje kompetencje, ale mnie nie awansowała. Najgorsze, że nawet nie potrafiłam zdrowo się zezłościć… Pogratulowałam koleżance, szefowej powiedziałam, że świetnie zrobiła, a w domu się popłakałam. A potem przyszła lawina myśli: dlaczego mąż mnie nie szanuje? Dlaczego dzieci wchodzą mi na głowę? Na terapii powoli zaczynałam rozumieć siebie. Mój ojciec był despotyczny, mama uległa. Unikała konfliktów, kompromis zawsze stawiała na pierwszym miejscu. Robiłam podobnie. Wolałam przełknąć zupę z włosem w restauracji niż zachować się agresywnie, jak ojciec. Taka sama byłam wobec szefowej, wykorzystywała mnie, a ja nigdy nie powiedziałam jej „nie”. Jak miała mnie szanować, skoro przemykałam skulona obok niej i ciągle załatwiałam za nią sprawy?

– Człowiek, który gra w życiu ofiarę, unika konfliktów, bo są dla niego zagrażające – tłumaczy Magdalena Nowak-Strelnikov, psycholog i psychoterapeutka. – Najczęściej w dzieciństwie, w domu i w szkole, nauczył się, że ta rola przynosi jakieś korzyści, pozwala mu przetrwać. Może wydaje mu się, że jest bardziej lubiany? Nikt nie musi się go bać? Jest przecież taki dobry, wymaga pomocy, a ludzie uwielbiają pomagać… Największym sukcesem jest zobaczenie tego mechanizmu u siebie. Powiedzenie sobie: „Są chwile, w których zachowuję się, jakbym w ogóle nie miała swojego zdania. Nie potrafię postawić komuś granicy i czuję się potem źle”. Jeśli „ofiara” zobaczy, co traci przez swoją życiową postawę, łatwiej będzie jej się zmienić. A traci czasem lepszą pracę, czasem szacunek u innych. Sabotuje swoją niezależność i blokuje rozwój.

Ja to wiem lepiej, czyli gdy zamieniasz się w rodzica

Przyjaciółki nazywają Karolinę potworem. Niby żartobliwie. „Oj, nie mów Karolinie, bo znów będzie pouczać” – szepczą między sobą.

– Zawsze byłam dumna z tego, że taka jestem. Ostro wyrażam swoje zdanie, nie daję sobie w kaszę dmuchać. Odnoszę sukcesy. Jestem ogarnięta. Jasne, gdzieś słyszałam, że się mądrze, nie dopuszczam cudzych racji. Ale uważałam to za zwykłą zawodową zazdrość – opowiada 40-letnia Karolina. – Przełomem był rozwód. Mąż zdradził mnie nie z młodszą i ładniejszą, ale ze starszą ode mnie sekretarką. „Bo ona mnie nie krytykuje, czuję się przy niej sobą” – powiedział podczas sprzeczki. Nienawidziłam go za to. Jak to?! Przecież to ja pomogłam mu znaleźć pracę, ja mówiłam, jak ma się zachowywać na rozmowach, dzięki mnie zmienił styl ubierania się, w końcu założył firmę. Kubeł zimnej wody wylały na mnie przyjaciółki. Usłyszałam, że krzyczałam na niego, pouczałam go, że i tak długo był święty. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo i mamę, która wciąż stawiała nas po kątach. Ojciec był jej kompletnie podporządkowany. Naprawdę byłam jak ona? Byłam… Co więcej, nie tylko wobec eksmęża. Ale w ogóle ludzi: „Dlaczego pani mi tak zapakowała wędlinę? Trzeba inaczej”, „Rzuć tego faceta, jak można się tak szmacić?”, „W tym wieku chcesz iść na psychologię? To szaleństwo!”, „Jak mogłaś wobec niej tak postąpić?”. Jednocześnie w towarzystwie matki wciąż potrafiłam się zachowywać jak dziewczynka. Przez pół roku ukrywałam przed nią rozwód, żeby nie usłyszeć: „To twoja wina, co z ciebie za żona?!”.

– Krytyczny rodzic w nas ma w dzisiejszych czasach ogromne pole do popisu, przecież zawsze możemy coś poprawić, być w czymś doskonalsi. Poza tym to najlepiej znamy z domów – opowiada Magdalena Nowak-Strelnikov. – Dlatego tak trudno nam się powstrzymać, żeby nie oceniać innych. Poza tym krytykę mylimy z miłością i troską. „Przecież mama mówiła, że mnie kocha, a potem wrzeszczała, że beznadziejnie się uczę”. Gdy krytyczny rodzic jest w nas dominujący, nie potrafimy budować zdrowych relacji z innymi, a przede wszystkim męczymy siebie, bo przecież inni zawsze mogą od nas odejść, co zresztą często się dzieje.

– Wobec siebie też byłam surowa. Dręczyłam się milion razy dziennie. „Ty kretynko, jak mogłaś być tak głupia?!”, „Masz 30 lat i jeszcze nie jesteś słynną panią prezes? To po co kończyłaś prawo i zarządzanie? Wstyd!”, „Nie dziwię się, że dzieci cię nie słuchają, jak można być tak beznadziejną matką?!” – opowiada Magda. – Im bardziej dręczyłam siebie, tym bardziej byłam nieznośna dla innych.

Wszystko muszę sama, czyli gierka pani perfekcyjnej

– Telefon dzwoni, nie odbieram. Widzę, że to Kaśka, ale jest mi niedobrze, kiedy o niej myślę – opowiada Marzena, 36 lat. – Wieczna ofiara, beztroska i niedostrzegająca, jak inni się poświęcają. Oddycham głęboko i wracam do punktu wyjścia. Czy ona mnie wykorzystała, czy ja za bardzo się poświęcałam? Odbierałam jej dzieci z przedszkola, sprzątałam i gotowałam, gdy miała depresję, robiłam tort na urodziny, bo ona „nie ma głowy do takich spraw”. „Powiedz jej, co czujesz” – radził mąż. A ja milczałam, bo przecież przyjaźń to pomaganie. Zresztą mężowi też nie potrafię nic powiedzieć. To z jego powodu poszłam kiedyś do psychologa. Wyrzuciłam z siebie całą złość na jego brak pomocy. Usłyszałam: „A poprosiła go pani?”. Na początku chciałam trzasnąć drzwiami, wyjść. Przecież nie za takie porady płacę. Ale potem pomyślałam, że ja nikogo o nic nie proszę. Wstaję o piątej, ogarniam dom, robię dzieciom śniadanie, zawożę, jadę do pracy, wracam, odbieram dzieci. Lekcje, zadania, sprzątanie, gotowanie... O trzeciej w nocy potrafię wstać, bo przypomniałam sobie, że nie wywiesiłam prania albo nie skończyłam prezentacji. Do tego jestem wiecznie uśmiechnięta. Długo dawało mi to siłę, poczucie sprawczości. Dziś jestem już tym strasznie zmęczona. Co więcej, czuję agresję do ludzi, choćby do takiej Kaśki. Nie chcę, żeby mnie wykorzystywali.

– Perfekcjonizm to ogromna pułapka – tłumaczy Magdalena Nowak-Strelnikov. – Stoi za nią często lęk przed słabością, bezradnością. Nienawidzimy jej u siebie, ale też u innych. Takie osoby mają podświadomy lęk przed tzw. pochłonięciem, czyli nawiązaniem z kimś bliskiej i prawdziwej relacji – perfekcjonizm to tylko narzędzie: „Nie zbliżaj się, jestem idealna”. Oczywiście, to prawie nigdy nie jest świadome. Nieświadome jest też ranienie innych, bo przecież gdy taka perfekcyjna przyjaciółka czy partnerka nagle znikną z naszego życia, jesteśmy w szoku. „Wydawała się zadowolona, że robi mi tort, pomaga przy dzieciach, siedzi w domu. Nigdy nie narzekała”. A w niej nakręcała się podskórna bomba złości, która w końcu wybuchła, raniąc wszystkich – także ją samą. Ludzie perfekcyjni często czują się samotni. Niemówienie innym o swoim żalu, smutku czy złości jest pewną formą przemocy psychicznej: „Ty przeżywasz emocje, ja nie”. Nie tylko odcinamy się wtedy od swojego wnętrza, ale też nie dajemy sobie i drugiej osobie szansy na zmianę.

Och, przecież nic się nie stało, czyli jakie plusy ma bycie wiecznym dzieckiem

– Zabawa i zabawa. Tak od lat traktuję mężczyzn. Potrafię umawiać się z kilkoma jednocześnie, każdy zaspokaja mi inne potrzeby – opowiada 30-letnia Katarzyna. – Do pewnego momentu sprawiało mi to przyjemność, dawało poczucie władzy i kontroli. Miałam lepiej niż koleżanki, które żyły w nudnych związkach. Ale ostatnio dobił mnie komentarz przyjaciela: „Ty używasz ludzi”. Najpierw poczułam się okropnie, potem zaczęłam zastanawiać się, czy on nie ma racji. Jestem niby blisko z każdym, a tak naprawdę z nikim. Koleżanki wychodzą za mąż, rodzą dzieci, a ja?

– Dziecko w nas ma różne twarze – mówi Magdalena Nowak-Strelnikov. – Bywa uległe, bo boi się kary surowego rodzica, czasem jest spontaniczne i radosne, a niekiedy nieznośne i roszczeniowe. To nieznośne dziecko myśli tylko o swoich potrzebach, jest impulsywne, egoistyczne. I pogrywa innymi, by osiągnąć swój cel. Najczęściej takie zachowanie wynika z lęku przed odpowiedzialnością, zrozumieniem, że dorosłe życie polega na dokonywaniu wyborów i ponoszeniu ich konsekwencji.

W tę grę często grają nieodpowiedzialni mężowie i żony z głową w chmurach. W przeszłości albo obserwowali kogoś nieodpowiedzialnego, albo sami nauczyli się, że to najlepsza metoda na życie („nie muszę brać odpowiedzialności za innych, ale dzięki nim mogę się dobrze czuć”). To jak mieć ciastko i zjeść ciastko, ale do czasu, bo rola dziecka, podobnie jak każda inna, w końcu zaczyna ciążyć.

Trzy osoby w nas

To tylko kilka przykładów gier, w które gramy na co dzień z innymi, ale też z samymi sobą. Początkowo coś nam dają w relacjach, coś załatwiają lub ułatwiają – lepsze traktowanie, sympatię, współczucie. Po jakimś czasie jednak stają się zbyt uciążliwe – wymagają zakładania ciągle tej samej maski, stałej czujności i tłumienia emocji. Oddalają nas od innych i od siebie samych.

– Wszyscy w jakimś sensie udajemy, dlatego nie demonizowałabym gier międzyludzkich – uspokaja Magdalena Nowak-Strelnikov. – W psychologii wolimy nazywać je transakcjami, czyli wymianami komunikacyjnymi. Jak to wytłumaczyć prościej? Nasze „ja” składa się z trzech części, które w analizie transakcyjnej nazwano: rodzicem, dzieckiem i dorosłym. Dziecko w nas odpowiada za potrzeby, pragnienia, atawizmy. Dorosły pozwala nam kontaktować się z rzeczywistością. Dzięki niemu oceniamy, kim jesteśmy, w jakim punkcie życia się znajdujemy. Rodzic to z kolei nasze normy i zasady, przekonania, co wolno, a czego nie. To, jak kontaktujemy się z ludźmi, nawiązujemy z nimi relacje, zależy od tego, jak te trzy części w nas funkcjonują. Przy różnych ludziach wchodzimy w różne role. Wobec niektórych jesteśmy ulegli jak dziecko, wobec innych zachowujemy się jak rodzic. Matkujemy im albo pouczamy ich jak surowy ojciec. Przy jeszcze innych zachowujemy się jak dorośli i komunikujemy się po partnersku. Te wszystkie części w nas są, a w określonych sytuacjach uruchamiamy jedną z nich – najważniejsze, by wybrać tę najwłaściwszą.

Gdy mamy czas wolny, dziecko w nas pozwala odpocząć i cieszyć się chwilą, ale gdy trzeba będzie zajmować się sprawami urzędowymi, dorosły sprawi, że zachowamy się dojrzale. W innych sytuacjach, na przykład wobec córki czy syna, kontrolę przejmie rodzic. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna z postaci zaczyna dominować. Wtedy nie tylko mamy kłopot z budowaniem zdrowych relacji, ale też nieświadomie ranimy siebie. Ważna jest właśnie ta nieświadomość, bo my najczęściej nie wiemy, że w ogóle w coś gramy. Złościmy się na innych, a sami sprawiamy, że traktują nas tak, a nie inaczej.

– Na szczęście każdy może zrozumieć gry, w które gra. Uświadomić sobie, co mu dają, co blokują – mówi psychoterapeutka. – Najtrudniejsze może być wyłapanie gry, którą uprawiamy najczęściej. Nie zawsze jest ona tak oczywista. Dlatego polecam książkę „W co grają ludzie” Erica Berne'a – to jedno z pierwszych, świetnych opracowań dotyczących gier transakcyjnych, kopalnia wiedzy o nas samych. Przeczytanie jej może być pierwszym krokiem do zmian. I budowania autentycznych relacji z ludźmi

  1. Psychologia

Z czego bierze się potrzeba kontroli?

Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. (fot. iStock)
Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. (fot. iStock)
Kontrolujemy swoje zachowanie, bo chcemy być akceptowani i dobrze oceniani. Kontrolujemy bliskich, bo ich kochamy. A może chęć wpływu na życie innych wynika z własnych nierozpoznanych uczuć i źle nazwanych potrzeb?

Twarz Justyny zawsze jest precyzyjnie umalowana, bez względu na porę dnia i okoliczności.

– Nawet mojemu mężowi staram się nie pokazywać bez makijażu. Zmywam go dopiero, kiedy on zaśnie, a rano wymykam się do łazienki, żeby szybko się umalować – mówi 28 letnia Justyna.

Jest bardzo ładną kobietą i z łatwością można sobie wyobrazić, że bez starannego makijażu równie atrakcyjną. Mimo to nieumalowana wydaje się sobie brzydka i zaniedbana. Często jej się śni, że próbuje się umalować, ale nie może znaleźć szminki albo tuszu. Budzi się z uczuciem ulgi.

Równie pieczołowicie dba o swoją sylwetkę, kontrolując zawartość talerza i przeliczając kalorie. Ciągle próbuje nowych diet i mimo, że jest bardzo szczupła, jeśli tylko odrobinę przytyje, natychmiast wpada w panikę.

Większość z nas w sposób kontrolowany prezentuje taki wygląd, jaki wydaje nam się najatrakcyjniejszy i oczekiwany przez innych. Nie ma nic złego w tym, że o siebie dbamy i chcemy ładnie wyglądać. Szczególnie my, kobiety, przechodzimy w dzieciństwie ostry trening dotyczący tego, co nam wypada robić, a czego nie. Oczekuje się od nas, że będziemy miłe, ładne i grzeczne. Często słyszymy: nie krzycz, zobacz, jak brzydko wyglądasz, kiedy tak wykrzywiasz buzię.

Zdaniem trenera i psychoterapeuty Mariusza Bonka przypadek Justyny to jednak coś więcej niż wyuczone dbanie o siebie. To dowód wielkiego lęku, że sama w sobie nie jest dość atrakcyjna i dobra, żeby inni ją akceptowali. Za tym nieakceptowaniem swojego naturalnego wyglądu może się również kryć brak akceptacji dla różnych trudnych emocji, które Justyna w sobie nosi, np. smutku, lęku czy zazdrości. Wówczas perfekcyjny makijaż jest formą kontrolowania, czy wszystko jest z nami w porządku. Skoro tak doskonale panujemy nad swoim wyglądem, to również z innymi rzeczami radzimy sobie sprawnie.

– Kontrolowanie, żeby ładnie wyglądać, samo w sobie nie jest problemem – tłumaczy Dariusz Tkaczyk, psychoterapeuta z Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej „Intra”. – Każdy z nas ma prawo nawet do takich zachowań, które w oczach innych uchodzą za dziwactwo. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy robimy coś nie dlatego, że sprawia nam to przyjemność, ale ze względu na nieadekwatne poczucie zagrożenia. A w przypadku Justyny kontrola wyglądu jest zogniskowana na tym, żeby nie być odrzuconą, a nie żeby ładnie wyglądać. Sztywność i zakres jej zachowań sugerują, że są one warunkiem samoakceptacji.

W poszukiwaniu bezpieczeństwa

Ukojeniem dla wewnętrznego niepokoju może być również nadmierna kontrola przestrzeni, w której żyjemy. Mieszkanie Grzegorza, 30-letniego muzyka, przypomina muzeum. Dyktatowi nietykalnych eksponatów poddał wszystkich, którzy go odwiedzają. Koledzy nieraz żartują z niego i celowo przesuwają jakąś rzecz o kilka centymetrów. Grzegorz natychmiast to zauważa i się denerwuje.

– Nienawidzę bałaganu i nieładu. Chcę, żeby każda rzecz miała swoje wyznaczone miejsce. Co w tym dziwnego, że nie położę się spać, jeśli mieszkanie jest nieposprzątane?

Nieraz zdarza mu się wstać w nocy, bo myśl o nierozwieszonym praniu albo nieposkładanych ubraniach nie daje mu spokojnie zasnąć. Być może to nieustanne porządkowanie otoczenia pozwala mu udawać, że podobny porządek ma również w sobie. Widok porozrzucanych rzeczy konfrontuje go z chaosem, jaki ma w sobie. Grzegorz nie lubi rozmawiać o swoich emocjach i niechętnie je okazuje. Jest skryty, ale łatwo wpada w złość. Czasem wybucha niewspółmiernie do sytuacji.

Zdaniem Dariusz Tkaczyka ciągłe porządkowanie przestrzeni może być niespecyficznym regulowaniem emocji. – Jeśli ktoś ma słabe rozeznanie w tym, co się z nim dzieje, słabą umiejętność nadawania znaczenia sytuacjom życiowym, czuje silny niepokój. Przenosi go wtedy w obszar, który jest mu lepiej znany i nad którym uważa, że panuje. W końcu łatwiej ułożyć książki na półce, niż skonfrontować się świadomie ze swoimi emocjami.

– Kontrola daje nam poczucie bezpieczeństwa, zmniejsza lęk przed nieznanym i niespodziewanym – tłumaczy Mariusz Bonk. – Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. Ten lęk ma bardzo różne przyczyny. Mogą go wywoływać traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, ale również wyniesione z domu nauki i ostrzeżenia rodziców typu: uważaj, bo sobie zrobisz krzywdę! Nie dasz rady! Nie uda ci się! Bądź ostrożny i nie ufaj nikomu! Wszyscy tylko czyhają, żeby cię wykorzystać!

 

Pragnienie wpływu

Nadmierna kontrola to nie tylko brak zaufania do świata, to również dowód braku wiary we własne siły, mądrość, możliwości i intuicję. Pesymiści nie wierząc w sprzyjający los i swoje siły, starają się wszystko kontrolować. Czasami pod linijkę ma być już nie tylko wygląd i mieszkanie, ale również partnerzy i bliscy kontrolerów.

– Mam dość bycia wieczną animatorką – skarży się 35-letnia Beata prowadząca prywatne przedszkole. – To wiecznie ja muszę decydować, co zrobimy z wakacjami, kiedy odnowimy mieszkanie i jak spędzimy święta. Mąż jest tylko wykonawcą moich projektów. Czekanie na jego inicjatywę trwałoby w nieskończoność. Czasem proszę go, żeby coś zrobił, ale zanim doczekam się reakcji, wolę sama się tym zająć.

Kobiety kontrolerki z jednej strony skarżą się na nadmiar obowiązków i odpowiedzialności za związek, ale z drugiej strony nie starcza im cierpliwości, aby poczekać na inicjatywę partnera. Bycie niezastąpioną daje im poczucie własnej wartości. Trudno wówczas zrezygnować z próby poddania kontroli całego życia rodzinnego.

Nie mniej trudne jest rezygnowanie z kontroli w stosunku do własnych dzieci. Początkowo nieustanna, z czasem powinna stawać się coraz bardziej dyskretna, aż wreszcie ustąpić całkowicie. Często jednak rodzice nie chcą zrezygnować ze swoich praw do kontroli, traktując ją jako narzędzie nieograniczonej władzy.

– Chwilami nie daję już rady – zwierza się Iwona, świeżo upieczona mężatka. Mój mąż jest wspaniałym mężczyzną – czułym, troskliwym i wyrozumiałym. Mam jednak wrażenie, że wraz z nim poślubiłam jego matkę. Nie ma dnia, żeby do nas nie zadzwoniła. Uważa, że ma święte, niczym nieograniczone prawo przychodzić do nas bez zapowiedzi o każdej porze. Ciągle słyszymy tysiące rad i wskazówek, jak mamy spędzać wakacje, urządzać mieszkanie, z kim się przyjaźnić, jakie książki czytać i co jeść. To prawda, że traktuje mnie jak córkę, dba o mnie, martwi się moimi kłopotami w pracy, nieustannie obdarowuje prezentami, ale jest tak ekspansywna w okazywaniu troski, że naprawdę trudno to wytrzymać.

Matki silnie kontrolujące swoje dorosłe dzieci zazwyczaj nie są usatysfakcjonowane związkiem ze swoim mężczyzną. Jednak konfrontacja z tym może być dla nich zbyt bolesna. Dlatego dużo łatwiej im myśleć o sobie: jestem wspaniałą, opiekuńczą i poświęcającą się matką, zamiast: jestem nieszczęśliwą kobietą tkwiącą w małżeństwie, które nie przynosi mi radości.

– Osoby zbyt skoncentrowane na innych często mają problem z własnymi potrzebami. Ważne, żeby teściowa Iwony zamiast: zostaw nas w spokoju, nie jesteś nam do niczego potrzebna, usłyszała od nich, że bez względu na to, co i ile dla nich robi, jest ważna i kochana. To może jej pomóc zobaczyć, że o jej wartości i kobiecości stanowi nie tylko nieustanna próba uszczęśliwiania syna i synowej, a im pozwoli zmniejszyć napięcie w kontaktach z nią i łagodnie, choć konsekwentnie stawiać pewne granice dotyczące jej zaangażowania – tłumaczy Dariusz Tkaczyk. – Sama kontrola nie jest problemem, ten pojawia się, gdy pragniemy kontrolować, czyli panować nad tym, na co możemy mieć jedynie częściowy wpływ. Bardzo słusznie, jeśli kontrolujemy tor jazdy naszego samochodu, gorzej, jeśli chcemy kontrolować czyjeś zachowania i decyzje.

Rozpoznać uczucia

Jak w sposób dojrzały kontrolować swoje życie? Punktem wyjścia mogą być słowa słynnej modlitwy Reinholda Niebuhra:
„Boże, daj mi spokój, abym zaakceptował to, czego nie mogę zmienić, odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę, oraz mądrość, abym potrafił te sprawy od siebie odróżnić”.
Jeśli mamy tendencję do nadmiernego kontrolowania naszego wyglądu, zachowania czy też naszych bliskich, to pierwszym krokiem do zmiany jest uświadomienie sobie tego, co tak naprawdę kontrolujemy. Zdaniem Mariusza Bonka odpowiemy na to pytanie dopiero wtedy, gdy skomunikujemy się ze swoimi uczuciami i nauczymy się je rozpoznawać. Wówczas mamy szansę na wyrażanie ich w bezpiecznej dla innych osób formie. Nie odbierajmy sobie prawa do złości, lęku, obaw, gniewu, niechęci czy smutku. Pozwólmy też sobie na wyrażenie tych uczuć, ale tak, aby nikogo nie ranić. W sprzyjających warunkach choć trochę poluzujmy kontrolę. Pozwólmy ponieść się sytuacji i decydować innym choć w niewielkim stopniu za nas. Wówczas okaże się, że sympatia, jaką nas obdarzają, nie maleje, gdy wyglądamy mniej atrakcyjnie, mamy bałagan w mieszkaniu i nie sprawujemy nad wszystkim pieczy. Paradoksalnie może ona nawet wzrosnąć.

  1. Psychologia

Mistrzostwo rodzi się w głowie - rozmowa z Darią Abramowicz, psycholożką pracującą z Igą Świątek

Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Jak to możliwe, że młoda tenisistka, jaką jest Iga Świątek, wykazała się tak niesamowitą siłą psychiczną? – Bez trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem że wyciągniemy z niej wnioski. 

Jesteśmy niestabilne, rozchwiane, rozhisteryzowane, a to świadczy o naszej słabości. Jest w takich sądach ziarnko prawdy?
Bywamy emocjonalne, to prawda. Ale czy to nas osłabia? Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że zawodniczki są w stanie dochodzić do mistrzostwa w swoich dziedzinach, podobnie jak mężczyźni. I tak jak mężczyźni podczas rywalizacji przejawiają różne cechy, w tym cechy uznawane za stereotypowo męskie. Czasem na przykład wyrażają, używając silnej ekspresji, swoją złość, co przypisuje się mężczyznom. A z kolei mężczyźni niejednokrotnie reagują bardzo emocjonalnie, co przypisywane jest kobietom.

Według innej obiegowej opinii jesteśmy od mężczyzn odporniejsze na ból, stres. Sport to potwierdza?
Widywałam kobiety potrafiące przezwyciężać ból i bardzo silny dyskomfort, nawet podejmować ryzyko związane z zagrożeniem zdrowia, żeby realizować swój cel. I widywałam mężczyzn o – jak to nazywam – niekonstruktywnej relacji z bólem. Ale bywa też odwrotnie. Z moich obserwacji wynika, że kiedy zawodnicy stają przed bardzo długą i żmudną pracą, która wiąże się z pokonywaniem przeszkód, wieloma trudnymi sytuacjami wymagającymi odporności psychicznej, to kobiety często są tu sprawniejsze. Aczkolwiek nie twierdzę, że mężczyźni tego nie potrafią.

Przykład Igi Świątek pokazuje, jak ważna w sporcie jest siła psychiczna. Jako młoda zawodniczka rzucała rakietkami, teraz potrafi trzymać nerwy na wodzy w meczach o najwyższą stawkę. Jak buduje się taką siłę?
Mistrzostwo rodzi się w głowie. I to nie tylko to sportowe. Psychologiczne mechanizmy rządzące sportem są absolutnie takie same jak te w życiu. Siłę i odporność kobiet buduje się poprzez pracę nad samooceną, poczuciem własnej wartości, nad świadomością siebie w różnych obszarach: obrazu własnego ciała, inteligencji emocjonalnej, relacji. No i wreszcie w obszarze umiejętności poznawczych i treningu mentalnego, który daje poczucie sprawczości, skuteczności.

Co jednak musiało się stać, żeby Iga nagle uruchomiła w sobie taką siłę?
Zdecydowanie nie stało się to nagle. To proces związany – co warto podkreślić – z jej ogromną pracą, którą cały czas wykonuje z dużym oddaniem. Wyszła trochę laurka, ale absolutnie prawdziwa. W przypadku Igi nic nie stało się samo. Istotnym elementem jej pracy, przez wiele miesięcy, był trening mentalny, który wciąż trwa, a jego celem jest wykorzystywanie przez Igę swoich zasobów w danym momencie, czy to podczas treningu, czy meczu.

Na czym konkretnie ten trening polega?
Nie ma jednej prostej recepty. Ogólnie mówiąc, polega na stopniowym budowaniu samoświadomości, samooceny, byciu blisko siebie. Bo to wszystko sprawia, że kiedy przychodzi do meczu, czasem bardzo wymagającego, na wysokim poziomie napięcia, można uwierzyć w to, że da się przejąć nad nim kontrolę, czyli zrobić swoje. To jest siła.

Łatwo wyobrazić sobie, że siła może przerodzić się w agresję, a poczucie własnej wartości – w egocentryzm. Nie o taką siłę przecież chodzi.
Rzeczywiście siła bywa czasem utożsamiana z arogancją, agresją, egoizmem. Tę autentyczną buduje się poprzez zaufanie, bliskość, przekazywanie pozytywnych wzorców, co nie jest takie proste, bo żyjemy w czasach kryzysu autorytetów. Młodzi sportowcy też mają coraz mniej idoli, na których patrzą z uznaniem. A pozytywne wzorce są niezwykle ważne.

Co mogą robić rodzice, żeby wychować córki na silne kobiety?
Najważniejsza, choć może brzmi to banalnie, jest bliskość, uważne słuchanie i wola usłyszenia. Dzięki rozmowie mamy szansę poznać córkę, przekazać jej to, co myślimy, no i przede wszystkim zacieśniać z nią relację. Rozmowa sprawdza się także w sporcie. Ja na przykład rozmawiam z zawodniczkami o tym, jak postrzegają swoje ciało, gdzie upatrują źródeł swojej siły, jak ją sobie wyobrażają. I tworzymy razem wizję tego, jak chciałyby funkcjonować, a później dzień za dniem drobnymi krokami staramy się to realizować. Dla wielu kobiet takim filarem siły jest praca, bo daje im poczucie sprawczości, skuteczności, kontroli. Dobrze, żeby rodzice wzmacniali talenty córek. I żeby pracowali nad komunikacją i ich asertywnością, które są absolutnym kluczem do wyrażania własnych potrzeb i emocji w sposób, który nie narusza wolności innych. Tego też uczę intensywnie zawodniczki.

Są do tego jakieś narzędzia?
Czasem takie właśnie pytanie słyszę od zawodniczek: „Co zastosować, żeby od razu zadziałało?”. No, tak się nie da. Zmiana postaw, przekonań, nawyków to wynik procesu, czasem długotrwałego.

Czy takim rodzajem narzędzia może być myślenie pozytywne? Mecz źle idzie, a ja sobie wyobrażam wygraną.
Pamiętam słowa Ewy Woydyłło na jednym z wykładów o traumie: „Każdy z nas na koniec dnia ma wybór, czy chce się trzymać kurczowo przeszłości, czy jednak pomyśleć o pozytywnej wizji przyszłości i iść do przodu”. Co do zasady myślenie pozytywne ma wielką moc. Niemniej zachęcam zawodniczki, żeby pracować z konstruktywnym nastawieniem. Czyli myśleć o tym, ile pracy potrzeba, aby coś osiągnąć. I że nie będzie to zawsze przyjemne. Że czasem będzie mnie wszystko bolało, być może będę płakać z bólu czy z bezsilności, ale wiem, że to zaprocentuje, kiedy będę tego najbardziej potrzebować. Myślenie jednoznacznie pozytywne może przekłamywać rzeczywistość, która nas czeka. Zachęcam, żeby koncentrować wysiłki na pracy, na możliwościach.

Ważne chyba, nie tylko w sporcie, żeby traktować porażki jako lekcje.
Zdecydowanie tak, porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem jednak, że wyciągniemy z niej wnioski. Bez bardzo trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Mogę też powiedzieć, że nie byłabym zawodowo w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie wiele trudnych doświadczeń.

Ale niepowodzenia czasem mogą nas złamać.
Tak, mogą działać destrukcyjnie, szczególnie wtedy, gdy nie wypracujemy sobie zgody na ich pojawienie się w naszym życiu. Dlatego tak ważna jest akceptacja niepowodzeń.

Jak to osiągnąć?
Chciałabym podkreślić, że nie musimy tego robić sami. Ogromne znaczenie w radzeniu sobie z niepowodzeniami, ale też w budowaniu siły, ma sieć wsparcia społecznego, bliskich, a w sporcie – trenerów, psychologów, lekarzy. Dla sportowców symbolem niepowodzenia jest kontuzja. Jedni potrzebują wtedy silnego wsparcia terapeutycznego, innym wystarczy wsparcie bliskich. Podobnie jest w społeczeństwie. Nie po każdym traumatycznym zdarzeniu i nie każda osoba będzie potrzebowała pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Niemniej jeżeli jej potrzebujemy, to nie oznacza, że jesteśmy słabi.

Kobiety przez wieki były uczone, żeby służyć innym, więc budowanie swojej siły muszą zacząć od myślenia, żeby służyć sobie, od polubienia siebie.
Życie w zgodzie ze sobą jest czymś ekstremalnie istotnym dla każdego człowieka. Wszystko zaczyna się w nas i od nas. Trudno mówić o sile, odporności psychicznej, jeżeli nie kochamy siebie. W tenisie bardzo ważne jest skupianie się na sobie, żeby właściwie ustawić ciało, przygotować się do uderzenia. W życiu podobnie. Otworzyć się na siebie bardzo pomaga trening uważności. W pracy ze sportowcami często odwołuję się do metaforycznej skrzynki na narzędzia. Wkładamy do niej wspólnie różne narzędzia treningu mentalnego: młotek, wkrętarkę, klucz francuski, śrubokręt płaski czy krzyżak. Ta skrzynka może być dobrze wyposażona, ale jeżeli nie wiemy, do czego używa się młotka, a do czego klucza francuskiego, to te narzędzia nie do końca są użyteczne. Dlatego trzeba nie tylko mieć świadomość własnych potrzeb, swoich reakcji, postaw, nawyków, lecz także umieć je modelować.

Wydaje się, że Iga nie boi się rywalek. Jak pani pomogła jej to osiągnąć? Pytam, bo wiele z nas wycofuje się z lęku przed trudnościami.
Staramy się skupiać na mocnych stronach, tym zresztą charakteryzuje się praca w sporcie, aby być świadomym swojego potencjału i z niego w pełni korzystać. Rozmawiamy o Igi zasobach, o tym, w czym jest dobra, bo to pomaga redukować potencjalny lęk. A kiedy on się mimo wszystko pojawia, dużo łatwiej zakotwiczyć się w tym, co mocne, dobre, pozytywne.

Mówi się o sile spokoju. Zachowanie zimnej krwi w stresujących sytuacjach to sprawdzian siły?
Myślę, że tak. I znów – ten spokój łatwiej osiągnąć, gdy koncentrujemy się na sobie, na tym, na co mamy wpływ, czyli na pracy, bo na wynik nie zawsze mamy wpływ, a na pracę już tak. Budowanie siły spokoju polega też na regulacji emocji, uczeniu się ich rozpoznawania, nazywania, interpretacji, ekspresji, żeby – co jest niesamowicie ważne – być w stanie je potem regulować. Celowo nie używam słowa „kontrolować”, bo kontrola kojarzy się z powstrzymywaniem się, tymczasem każdy z nas odczuwa emocje i powinien je wyrażać. Trzeba jednak robić to asertywnie, ale w sposób, który nie rani i nie narusza wolności innych. Uczymy sportowców, że adekwatne do sytuacji wyrażanie emocji może pomagać wykorzystywać swój potencjał. Myślę, że dobrze byłoby uczyć tego już małe dzieci, bo to długi proces. Jeśli natomiast z jakichś powodów nie przebiegał on konstruktywnie i takich zasobów brakuje dorosłym kobietom, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o to zadbały. Bo regulacja emocji stanowi jeden z filarów wewnętrznego spokoju.

Iga otwarcie mówi, jak wiele zawdzięcza pani, podkreśla wpływ wsparcia psychologicznego na jej sukces. Obie zrobiłyście ogromnie dużo dla rozpropagowania znaczenia psychologii w naszym życiu.
Staram się, aby sportowcy, z którymi pracuję, rozumieli, po co coś robią, co to daje. No bo ostatecznie to, jak pracują i jak żyją, to system naczyń połączonych. Bardzo jestem wdzięczna Idze za to, że w swoich wypowiedziach podkreśla wartość pracy mentalnej dla budowania swojej siły. To świadczy o tym, że osiągnęłam jeden z celów mojej pracy. I nadal staram się robić swoje. 

Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska) Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska)

 

  1. Psychologia

Jak odzyskać poczucie wpływu, bezpieczeństwa i dobrostanu?

Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Czarny łabędź to pojęcie z dziedziny ekonomii. Oznacza zmiany, których nie rozumiemy. Dla wielu z nas takim łabędziem była pandemia, bo pozbawiła nas kontroli nad swoim życiem. A jednak, jak twierdzi coach Piotr Bucki, możemy odzyskać utracone poczucie wpływu i bezpieczeństwa. A nawet poczucie dobrostanu…

Kiedy myślę o szczęściu odczuwanym tu i teraz, to rozumiem to jako adaptację do zmian. Tak zwana sprężystość czy elastyczność to dzisiaj droga do szczęścia? Da się tego nauczyć?
Szczęście widzę podobnie jak kilka tysięcy lat temu widział to grecki filozof Epiktet, który mówił: „Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. Dodałbym jeszcze, żeby świadomie kształtować rzeczy, na które ten wpływ mamy. A akurat nad naszą sprężystością, którą w psychologii nazywamy też „rezyliencją”, możemy pracować. Badaczka szczęścia prof. Sonja Lyubomirsky twierdzi, że 50 proc. w naszym kapitale szczęścia to geny, 10 proc. to środowisko, a reszta zależy od nas, od naszego podejścia. W tych 40 proc., które zostały, kluczowe są nasze podejście i sposób postrzegania świata. Nie zakłamywanie rzeczywistości, tylko uznanie jej taką, jaka jest, oraz praca nad tym, co faktycznie możemy w życiu zmienić.

To szczególnie istotne w naszej sytuacji, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, co nas spotkało, a co ekonomista Nassim Taleb nazywa „czarnym łabędziem” (chociaż sam Taleb nie zgodziłby się, że koronawirus jest czarnym łabędziem, bo dało się go przewidzieć). Czarne łabędzie to zmiany, których nie rozumiemy. Nagle okazuje się, że wszystko, w co wierzyliśmy i co dawało nam poczucie kontroli oraz poczucie bezpieczeństwa, jest niezwykle kruche. Że nasze rytuały, obyczaje, sposób, w jaki budujemy relacje z ludźmi, nie są trwałe.

Jedni żyją dzisiaj w lęku, co nie daje szczęścia. Drudzy w wyparciu – udają, że nie ma problemu, co już jest odrobinę lepszą strategią, tylko nadal daleko jej do akceptacji rzeczywistości.
Jak to bywa w reakcji na szokującą zmianę, przechodzimy przez kolejne etapy: szoku i zaprzeczenia. Dlatego nie dziwię się ludziom, którzy wierzą w teorie spiskowe. Człowiek ma w tym momencie potężną potrzebę wyjaśnienia sobie zjawisk, których nie rozumie. Trudno jest pogodzić się nam z tym, że zarażenie się wirusem i przedostanie patogenu ze zwierzęcia na człowieka jest tak przypadkowe. Stąd pomysły, że to wszystko sprawa reptilian (humanoidalnych gadów – przyp. red.) lub Billa Gatesa. Gdy już mamy jakieś wyjaśnienie, czujemy się z tym bezpiecznie. Tyle że to niczego nie zmieni, ponieważ jest niezgodne z rzeczywistością.

W późniejszym etapie pojawia się mobilizacja i faza przystosowania, która polega na tym, że nadal dobrze funkcjonujemy, jednak nadmiernie czerpiemy z naszych zasobów psychologicznych i fizycznych, bez regeneracji. Dzisiaj weszliśmy już w fazę wyczerpania, chwilowo przerwaną letnim wytchnieniem, która charakteryzuje się całkowitym poddaniem się organizmu. To reakcja na stres.

Jak ta reakcja na stres ma się do naszego poczucia szczęścia?
Ta reakcja jest powiązana z tym, że stresują nas rzeczy, na które nie mamy wpływu. Podobnie kiedy mówimy: „znowu jest kiepska pogoda”. Oczywiście można się frustrować złą pogodą (na którą i tak nie mamy wpływu) albo ubrać się odpowiednio – na co wpływ już mamy. Tak samo możemy przygotować się na zmiany i kryzys, które powodują wahnięcia naszego nastroju. Tyle że trzeba się tym zająć wtedy, kiedy jest jeszcze dobrze. Nie możemy wzmacniać kości u osoby, która już ma osteoporozę i jest po pięciu złamaniach, należy to zrobić wcześniej. Oczywiście można powiedzieć, że nigdy nie jest za późno i zawsze można poprawić naszą sprężystość. Ale głównie radziłbym zmienić to nasze podejście: „jakoś to będzie, później się pomyśli”.

To cała ja! Podobną prokrastynację stosowała Scarlett O'Hara w „Przeminęło w wiatrem“, czyli: „pomyślę o tym jutro, na razie jest fajnie, to po co się martwić?”.
Tyle że „jakoś to będzie” doprowadziło już do kilku katastrof narodowych. Można to zachować jako rodzaj naszego folkloru, ale wzmocnić o praktykę „dwójmyślenia”. To strategia przebadana i zweryfikowana przez profesor Gabriele Oettingen, badaczkę postaw, takich jak optymizm i pesymizm. Twierdzi ona, że przesadny optymizm nie dopuszcza pełnego obrazu rzeczywistości, tak że cały czas łudzimy się, że wszystko będzie dobrze. Co, brutalnie mówiąc, jest w tym momencie kretyńską postawą. Rzeczywistość nie postępuje jako ciąg przyczynowo-skutkowy, w którym co chwilę wydarza się coś przyjemnego. Wręcz odwrotnie, dlatego zamiast łudzić się, że różne rzeczy się wydarzą, trzeba pomyśleć, co zrobię, gdy jednak tak się nie stanie. Przewidywać również negatywne scenariusze wydarzeń.

Tylko nie chcemy się zamartwiać, kiedy jest nam dobrze. Przewidywałam zimowy nawrót wirusa, dlatego latem na chwilę wróciłam do wcześniejszego trybu życia: spotykałam się z ludźmi, chodziłam do restauracji, podróżowałam. W tamtej chwili byłam tu i teraz, nie w przyszłości.
Jasne, wspomnienia są fajne i możemy się nimi pozytywnie ładować. W swoich badaniach prof. Philip Zimbardo pokazał, że ludzie mają obsesję przechowywania swoich wspomnień w postaci historii. Chwil, które stanowią często kilka sekund z naszego życia. To może nam dawać hedonistyczną przyjemność, jednak prawdziwym szczęściem nie jest.

A może dla każdego szczęście co innego znaczy?
Chodzi o to, że często uzależniamy swoje szczęście od czynników zewnętrznych. „Będę szczęśliwszy, jeśli... będę zdrowy, chudszy, będę mieć większe mieszkanie, dłuższe włosy, więcej pieniędzy na koncie etc.” To wszystko rzeczy, na które mamy pośrednio wpływ, ale po ich osiągnięciu czujemy jedynie chwilową satysfakcję. Daleko temu do szczęścia, które nie jest stanem, tylko pewnego rodzaju postawą, prowadzącą do dobrostanu i pełnego życia tu i teraz. Szczęście leży pomiędzy tym, co daje nam hedonistyczną przyjemność, a tym, co obiektywnie radosne nie jest, jednak potrafimy dać sobie z tym radę. Dlatego szczęściem nie jest brak choroby ani brak nieszczęścia. Według mnie szczęściem jest raczej umiejętne reagowanie w obliczu tego właśnie nieszczęścia.

A co to znaczy: umiejętnie reagować na nieszczęścia?
Zacznijmy może od czynników, które mają znaczący wpływ na nasze poczucie szczęścia. Profesor Martin Seligman ustalił model PERMA, w którym pod każdą literą kryje się jeden czynnik istotny dla szczęścia. Pierwszy to P – czyli pozytywne emocje. Dobre chwile, o których mówiłaś wcześniej, które łączą się z przeżywaniem rzeczywistości, dają nam takie emocje, jak radość, uznanie, komfort, inspiracja, nadzieja, ciekawość. Nadzieja jest jedną z najciekawszych, ale czasem mylimy ją z ułudą, czyli iluzją kontroli i bezpieczeństwa.

Dla mnie szczęście to życie w zgodzie ze sobą. A obecnie średnio mi się to udaje, bo wszystko to, co sprawia mi radość, jest zakazane: podróże, poznawanie nowego, spotkania z ludźmi, życie kulturalne. No i muszę odnaleźć to szczęście w innych rzeczach...
Ale czy powiedziałabyś, że jeżeli do końca życia nie będziesz mogła podróżować, to staniesz się nieszczęśliwa? Bo jeśli tak, to znaczy, że ładowałaś sobie próg szczęścia czymś z zewnątrz. Tymczasem możemy mieć potencjał szczęścia na jednym, tym samym poziomie i tylko czasem go trochę podładowywać.

W jednym z badań sprawdzano wpływ wysokiej wygranej na loterii na nasze poczucie szczęścia (P. Brickman, D. Coates, R. Janoff-Bulman Lottery winners and accident victims: is happiness relative?), w porównaniu z grupą kontrolną osób, które przeżyły ciężki wypadek samochodowy kończący się stałym kalectwem. I co się okazało? W jednej i drugiej grupie poziom szczęścia w podobnym czasie wracał do poziomu wyjściowego. Tak samo było u ciebie – potencjał zadowolenia i pozytywnych emocji wzrastał po każdej podróży, jednak po powrocie spadał do tego poziomu co zwykle. Nad swoim potencjałem szczęścia można pracować, ale nie za pomocą czynników zewnętrznych.

Czyli jak? Nie da się przecież zmienić swojego temperamentu. Co, jeśli ktoś jest ekstrawertykiem, napędzają go bodźce, ludzie, pęd, życie w świecie? Teraz jest lepszy czas dla introwertyków.
To prawda. Ale można zająć się rzeczami, które dają nam pełne zaangażowanie i wykorzystanie naszej kompetencji, w kierunku szlifowania swojego mistrzostwa. To właśnie drugi element modelu, czyli E – zaangażowanie (engagement). Chodzi o poczucie sprawczości i kontroli tam, gdzie tę kontrolę mamy, w nauce czy pracy. O ile jeszcze tej pracy nie straciliśmy. Jednak zawsze mamy pewną autonomię w doborze środków: jak chciałbym się angażować, w co lub w kogo i w jakie zajęcie? To może być naprawdę wszystko: szybsze pisanie lub czytanie, praca z dziećmi, muzykowanie, lepsze korzystanie z Excela...

Co z kolejnymi czynnikami wpływającymi na szczęście?
Dzisiaj bardzo utrudniony jest czynnik R – czyli zaangażowanie w relacje, przebywanie z innymi ludźmi i współpraca. Dlatego nie jestem zwolennikiem sformułowania „dystans społeczny”, który może być odbierany jako oddalenie społeczne, osamotnienie i wykluczenie. Wolałbym mówić „dystans fizyczny”, czyli stoimy od siebie w odległości 1,5 metra, ale nadal jesteśmy w tym razem. Warto pomyśleć, jak mówimy o sobie i otaczającym nas świecie; to ma na nas duży wpływ. Dalej w modelu PERMA jest M – poczucie sensu (meaning) i znaczenie wykonywanych przeze mnie aktywności. Czy to, co robię, ma sens? Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich zawodach ludzie odnajdują sens, ale mogą spróbować to zrobić. Znam fantastyczną kobietę, która sprząta w mojej wspólnocie mieszkaniowej, i jestem przekonany o tym, że wie, po co to robi.

Można powiedzieć, że to dorabianie ideologii do zwykłej czynności, ale naprawdę łatwiej się coś wykonuje, jeżeli wiadomo, po co się to robi. A nawet najbardziej doniosłe rzeczy trudno zrealizować, jeżeli nie wiemy, jaką częścią tego jesteśmy. Uważam, że to bardzo ważne zadanie dla liderów zespołów przy pracy zdalnej, kiedy pracownicy mają poczucie oddzielności i tracą wgląd w całość projektu.

Trudno dzisiaj stawiać sobie cele, a dzięki temu czujemy się sprawczy. Mam wrażenie, że sytuacja „zamrożenia” nie sprzyja naszemu rozwojowi.
Na pewno w kryzysowych momentach lepiej skupiać się na tym, co dziś, nie planować takich rzeczy jak podróż do Brazylii za pół roku. Raczej zastanowić się, jak to będzie, jeśli nie polecę i już teraz zabezpieczyć się na wszelki wypadek, żeby nie wpaść w czarną dziurę. Ostatnie w modelu – A – to osiągnięcia (accomplishment), czyli to, co jest dla mnie ważne i co daje mi satysfakcję. Jeżeli zadbamy o wszystkie elementy modelu, spojrzymy na nie obiektywnie, jak na coś, na co albo mamy wpływ, albo nie mamy, i się z tym pogodzimy – powinniśmy poczuć w życiu coś, co lubię nazywać dobrostanem.

Ale jak zadbać o ten dobrostan w obliczu kryzysu?
Ktoś może powiedzieć: „będę szczęśliwy, jeśli moja rodzina będzie zdrowa”. A jeśli ktoś zachoruje, to co wtedy? Nie ma szczęścia? Dobrostan polega na tym, że jestem silny również w obliczu straty i porażki. Ze stratą wiążą się naturalne emocje, jak zaprzeczenie, gniew, frustracja, smutek i rezygnacja. Mamy prawo je odczuwać, co wcale nie wyklucza pełni szczęścia, rozumianego jako dobrostan. Chodzi o budowanie mądrego spokoju w życiu. Czyli o stoicyzm. Dla wielu to brzmi jak bardzo odległa filozofia, ale taka postawa ma dzisiaj sens. Wcale nie wyklucza odczuwania emocji i nie oznacza bezduszności. Po prostu jeśli nie mamy na coś wpływu, to nie jest to dla nas ważne.

Nie mamy problemu z określeniem tego, jak będzie, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Najtrudniej przygotować się na najgorszy scenariusz.
Bo nie lubimy myśleć o tym, co złe. W dodatku niektórzy twierdzą, że jeśli będziemy brali pod uwagę to, co najgorsze, to na pewno przyciągniemy to na zasadzie samospełniającego się proroctwa. To bzdura. Nie chodzi o to, żeby siedzieć i się zamartwiać, tylko pomyśleć: czego najbardziej się obawiam i jak mogę się na to przygotować? To ćwiczenie, które stoicy nazywają „prekontemplacją nieszczęścia”. Spisujemy to sobie na kartce, żeby lęk tam został, i rozmyślamy nad tym, co zrobimy, jeśli tak się stanie. Wiem, że na niektórych może to zadziałać paraliżująco. Ale sam pomyślałem ostatnio: „Miałem trzydzieści lat fajnego życia od upadku komunizmu do pandemii. Teraz czekają mnie inne ciekawe rzeczy, tylko będzie trochę trudniej, i wolę się na to przygotować, niż żyć ułudą, że jeszcze wróci stare. A jeśli nawet się mylę, to lepiej przygotować się na to, że jednak może nie wrócić”.

Piotr Bucki, coach, menedżer, strateg, szkoleniowiec, wykładowca. Autor popularnych książek z zakresu psychologii i zarządzania oraz fiszek wspomagających rozwijanie kompetencji komunikacyjnych, np. „Fiszki. Jak znaleźć szczęście”.