1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co czujesz? Wsłuchaj się w siebie – usłysz, co mówi twoje ciało

Co czujesz? Wsłuchaj się w siebie – usłysz, co mówi twoje ciało

Presja zdrowego życia, samorozwoju to nadal presja. Zachęcam do poszukania własnej drogi, swojego tempa. Chodzi o bycie ciekawym siebie, a nie o uleganie zewnętrznemu przymusowi. (Fot. Motoki Tonn/ Unsplash)
„Już dawno temu człowiek skomplikował relację ze swoim ciałem i emocjami. Najlepszy kontakt z nimi mieli chyba jaskiniowcy. Teraz chcemy się tego kontaktu ponownie nauczyć, ale sposoby, których się chwytamy, nie zawsze są trafione” – mówi psycholożka, psychoterapeutka Ewelina Bazyluk.

Psychologowie powtarzają niemal do znudzenia, że aby żyć w miarę zdrowo, kluczowe jest „bycie w kontakcie ze sobą samym”, wsłuchanie się w siebie. Czy to jest pięta achillesowa współczesnego człowieka?
Tak. Właściwie codziennie słyszę w swoim gabinecie nawet od osób, które miały już wcześniej jakiś kontakt z psychoterapeutą, podobne zdanie: „Nie umiem odpowiedzieć, kiedy pyta mnie pani, co czuję, w zasadzie nie wiem, o co pani pyta”. Pacjenci mają tylko jedno kryterium, którym mogą się posłużyć: boli/nie boli. A jak nie boli, to „nic nie czuję”. Wczoraj pacjentka, zupełnie na serio, zapytała mnie, czy to prawda, że jest jakieś „życie wewnętrzne”, bo jej wydaje się to śmieszne. Miała do tego prawo. Mam też pacjentkę, która nadal, mimo że już chwilę razem pracujemy, zapomina w ciągu dnia skorzystać z toalety, zjeść kanapkę itd. Ciało jest tak odcięte od całej reszty – od emocji, od procesów myślowych – że ona przez cały dzień nie je, nie chodzi do toalety…

Emocje są nieodłączną częścią naszego funkcjonowania, pełnią bardzo ważną rolę, są jak drogowskaz, wskazówka do kontaktu z rzeczywistością, do adaptacji. To emocje wprawiają nasze ciało w ruch, w działanie.

Generalnie mają nam pomagać!
Właśnie tak, do tego służą. Tylko że w procesie socjalizacji uczymy się niestety z nich nie korzystać… To tak, jakby wziąć rower i postawiać go pod ścianą jako kwietnik i nawet nie wiedzieć, że można się nim poruszać, przemieszczać się do przodu.

To co takiego dzieje się we wspomnianym toku socjalizacji? Bo przecież dziecko, kiedy się rodzi, potrafi korzystać ze swoich emocji, używa ich we właściwy sposób…
Tak, a potem słyszy te wszystkie komunikaty typu: „Nie płacz”, „Nie denerwuj się”, „Nie bój się”. Można to nazwać „zawstydzaniem” emocji. To często robi rodzic, który sam ma problem ze swoimi emocjami, ma je zamrożone, reaguje nieadekwatnie. Ludzie na przykład często uczą się w toku socjalizacji, by „wybierać” te „łatwiejsze” emocje. I tak bywa, że łatwiej jest nam przeżywać złość niż smutek. Czyli kiedy sytuacja „wymaga” pojawienia się smutku, w nas automatycznie pojawia się złość. Bo na jej przeżywanie jest akceptacja. Na przeżywanie smutku nie ma, bo kiedyś ten smutek został zamrożony. Oczywiście dysocjacja od emocji (czyli potocznie takie zamrożenie) pełni także funkcję adaptacyjną. Bo jeżeli człowiek nie ma w danym momencie zasobów, żeby emocję „przetrawiać”, zdrową reakcją jest odłączenie się od niej. Wytłumaczę to na jaskrawym przykładzie: podczas „wojny” nie ma czasu na przeżywanie smutku, żałoby, rozpaczy, bo trzeba się ratować. Jednak dysocjacja od emocji jest rozwiązaniem na wyjątkowe sytuacje, kiedy staje się sposobem na życie, nie jest już czymś, co służy, ale czymś, co bardzo nam szkodzi… A kumulacja takich szkodliwych rozwiązań zaczyna w końcu paraliżować nasze życie.

Chce mi się płakać, ale powstrzymuję się, drży mi ciało przed wystąpieniem – nie pozwalam na to, blokuję swoje ciało w każdej możliwej sytuacji, to właśnie sabotowanie samego siebie? Bo gdybym nie hamowała tych odruchów, byłyby zdrowym wentylem dla moich emocji?
Tak można powiedzieć, choć oczywiście wiele zależy od natężenia tych sytuacji. Bo fakt, że umiemy się powstrzymać, też jest cenny, jednak pytanie: ile razy się powstrzymuję, w jakich sytuacjach i rzecz kluczowa – co dzieje się potem. Czy pozwalam sobie, aby „zatrzymane” emocje znalazły jakieś ujście, czy gnam do przodu na bezdechu. Skutkiem takiego gnania jest na przykład pracoholizm; pracoholik „może” nie czuć, ma wciąż „poważną” wymówkę – ciągle mam jakiś deadline, nie mogę się zatrzymać i spotkać się ze sobą.

No właśnie, wracamy do „spotkania ze sobą”. Chciałabym panią prosić o jasną definicję, co to właściwie znaczy „spotkać się ze sobą” i instrukcję, jak to właściwie zrobić?
Powiem, co zalecam w takiej sytuacji, od czego ja zaczynam pracę. Pierwsza moja prośba skierowana do pacjenta to prośba o „przeskanowanie siebie” i odpowiedzenie na pytanie: „Co ci się teraz, w tym momencie, chce?”. „Na co masz ochotę?”, „Czy coś ci teraz pachnie?”, „Może zjadłabyś/zjadłbyś jabłko?”, „A może potrzebujesz pójść do toalety?”, „Czy masz chęć tańczyć?”. Cokolwiek. Zwykle, po krótszej albo dłuższej chwili, nieważne, część z nas potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Uświadomienie sobie, na co mam chęć w tym momencie, tu i teraz, jest dobrym pomostem do kontaktu z ciałem.

A są takie osoby, które nie potrafią odpowiedzieć na takie pytanie?
Tak, są osoby, które czują taką kompletną pustkę. Trzeba to przeczekać i pytać siebie kolejny i kolejny raz. Gwarantuję, że z czasem te nasze zakopane głęboko chęci staną się coraz bardziej dostępne.

Rozumiem, że to rodzaj ćwiczenia, które każdy z nas może zastosować sam. Do tego rzeczywiście trzeba się na moment zatrzymać, innej drogi nie ma. Jak często warto to robić?
Można zacząć od pytania siebie raz dziennie. Zachęcam nawet, by nastawić sobie sygnał w telefonie, który będzie nam przypominał o konieczności zweryfikowania swoich chęci. Ważne jest też, by szukać tego „chcę” w ciele, nie w głowie. Czyli nie chodzi nam o pragnienia typu: napisać doktorat, ale typu: wyjść na świeże powietrze, podrapać się w prawą łopatkę, wypić sok z pomarańczy.

To jest zadanie, które dla wielu brzmi w pierwszej chwili śmiesznie, niepoważnie. Ale wystarczy spróbować, by przekonać się o jego skuteczności. Mam pacjentów, którzy przychodzą do mnie, bo ich problemem jest nieumiejętność podejmowania decyzji, czasem wielkich, ważnych, biznesowych, życiowych. Nie chce im się wierzyć, że droga do sprawnego podejmowania decyzji zaczyna się właśnie od wspomnianej chęci na zjedzenie jabłka. Najpierw trzeba nauczyć się kontaktu z ciałem, bo to ono kontaktuje nas z naszymi emocjami. To elementy ściśle połączone. A w decyzji, owszem, jest komponent umysłowy – logiczne argumenty itd. – ale na decyzję składa się również komponent emocjonalny (z czym się dobrze czuję, do czego jest mi bliżej). I warto umieć z tego zasobu skorzystać.

Bardzo długie, „przechodzone” niepytanie siebie o nic sprawia, że zaczynamy na przykład cierpieć na ciężkie bóle głowy, pojawiają się biegunka, bóle brzucha itd. A my, przerażeni, rozpoczynamy wędrówkę od lekarza do lekarza, szukając przyczyny… Wyniki badań wskazują, że nic nam nie dolega, ale my nadal cierpimy…
Miałam pacjentkę, która straciła czucie w nogach. Przerażenie było ogromne. Paraliż. Tymczasem okazało się, że utrata czucia w nogach była efektem wielkich konfliktów rodzinnych. Tak bardzo nie chciała jeździć na weekendowe spotkania z rodziną, że nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

Pewnie są tacy, którym ciężko w to uwierzyć.
Rozumiem. Ale proszę mi wierzyć – im lepszy mamy kontakt z ciałem, tym wyraźniej, częściej widzimy, ile sygnałów ostrzegawczych nam wysyła. Dostrzegamy na przykład, że odruch wymiotny mamy wtedy, gdy musimy udać się na kolejną rozmowę z szefem. Mówimy potocznie „nie trawię” tego człowieka, ciało reaguje w bardzo konkretny sposób. Kiedy mamy wejść do jego gabinetu, wręcz nas mdli…

Rozumiem, że te sygnały są takim wyciem naszego ciała, naszych emocji – „zobacz mnie”.
Przypomina mi się teraz sytuacja pacjenta, który miał bardzo trudne relacje z rodzicami. Jego dom był mocno „nieczytelny”, jedno się mówiło, a robiło się coś zupełnie innego. I mój pacjent, już jako dorosły mężczyzna, wymyślił sobie, jak chce żyć – będzie pomocny, życzliwy wobec wszystkich, jego standardy moralne, etyczne będą z najwyższej półki. Wiele lat starał się dosięgać do tej poprzeczki, którą zawiesił sobie bardzo wysoko. Raz mu wychodziło, innym razem szło trochę gorzej. W pewnym momencie potwornie zaczęły mu wypadać włosy – zwyczajnie z dnia na dzień zaczął łysieć. Obszedł wszystkich możliwych lekarzy, zastosował wszystkie możliwe kuracje, nic nie zadziałało. Dopiero podczas terapii okazało się, co jest przyczyną utraty włosów. Była nim zabójcza wręcz próba doskoczenia do bycia człowiekiem krystalicznym, idealnym, bez żadnej skazy. Tak, ciało krzyczy. Tylko wtedy możemy się zatrzymać.

Czy to odłączenie się od swojego ciała to przypadłość tylko tego współczesnego człowieka?
Myślę, że już dawno temu człowiek skomplikował relację ze swoim ciałem i emocjami. Najlepszy kontakt z nimi mieli chyba jaskiniowcy. Teraz chcemy się tego kontaktu ponownie nauczyć, ale sposoby, których się chwytamy, nie zawsze są trafione.

To znaczy?
Bywa, że presja, którą wywieramy na siebie w kontekście rozwoju osobistego i doskoczenia do pewnych standardów, jeszcze bardziej nas od siebie samych oddala. Mam pacjentki, które bardzo dużo wiedzą o samorozwoju. Przeczytały dziesiątki modnych podręczników, odbyły rozmaite warsztaty, wiedzą, że joga i medytacja to samo dobro. Wiedzą, że trzeba spać odpowiednią liczbę godzin, że trzeba zdrowo się odżywiać, pić soki tłoczone a nie wirowane… Niestety, to wszystko w żadnym stopniu nie wpływa na ich kontakt z emocjami. Presja zdrowego życia, samorozwoju to nadal presja. Zachęcam do poszukania własnej drogi, swojego tempa. Chodzi o bycie ciekawym siebie, a nie o uleganie zewnętrznemu przymusowi, bo koleżanki już medytują, a ja jeszcze nie… Podobnie jest z motywacją do korzystania z psychoterapii – jeśli jest nią wyłącznie moda, to pewnie warto zrobić coś innego, niż tej modzie ulegać.

Wróćmy do naszego kluczowego pytania, które należy sobie regularnie zadawać: „Co czuję?”. Czy jest szansa, że po jakimś czasie to wejdzie nam w krew i będziemy mogli przestać nastawiać budzik, by wiedzieć, co czujemy, bo po prostu będziemy to wyraźnie… czuć?
Dokładnie tak to działa. Dobra wiadomość jest taka, że to jest „one way ticket” – jak się już zacznie „czuć”, to ciężko jest przestać!

I rozumiem, że z czasem zacznę czuć nie tylko głód albo to, że muszę pójść do toalety, ale także zacznę czuć, na przykład, że jestem smutna.
Tak. Zacznę dostrzegać, co się ze mną dzieje. A to już bardzo dużo.

Mówiłyśmy o uczuciach takich jak złość, smutek itd., które nierozszyfrowane albo nieprzeżywane we właściwy sposób prowadzą do bardzo złych rzeczy, ale jest jeszcze jeden potężny wróg – stres. Ten chroniczny, długotrwały stres, który wielu z nas znosi bardzo długo, aż znowu ciało wykrzyczy „dość”. W jaki sposób się z nim rozprawić?
Tu chciałabym podpowiedzieć drugie kluczowe pytanie, które należy sobie zadać: „Po co mi to?”. Po co ja to robię, jaki jest cel? Szukamy, pytamy siebie, czasem nawet wiele razy, sprawdzamy, czy jest jakaś sensowna odpowiedź. Sensowna, czyli taka, która pokaże nam, że stres, który przeżywamy, służy czemuś ważnemu oraz że na horyzoncie widoczny jest jego kres. Jeśli takiej odpowiedzi nie znajdujemy, to oznacza, że konieczna jest zmiana.

Od razu myślę sobie teraz o pracy. Wielu z nas pracuje ponad siły, nie zawsze swoją pracę lubimy, często jest ona źródłem ogromnego stresu, końca nie widać, ale na zmianę nie możemy sobie pozwolić, bo… takie są realia. Mogę zadać sobie pytanie: „Po co mi to?”, ale to jest moje być albo nie być…
Kiedy mówię o zmianie, nie mam na myśli od razu zmiany pracy, czyli rzucenia tej obecnej. Jest też zmiana, której możemy dokonać w obrębie swojego zachowania. Wskazówka od ciała to sygnał, który możemy odczytać tak: rób coś inaczej. Może coś musi zmienić się w moim podejściu do tej pracy, a może w moim myśleniu o niej, a może w schemacie jej wykonywania, a może chodzi o standardy pracy, o które mogę spróbować powalczyć. Muszę powiedzieć jasno; przyjęcie postawy „na nic nie mam wpływu” jest ucieczką od działania, wytłumaczeniem swojej bierności. Zmiana, każda, zawsze pociąga za sobą jakąś stratę: czy to stratę złudzeń, czy wolnego czasu, czy 200 złotych miesięcznie, czy to prestiżu – bo jeśli przestanę być „pracownikiem roku”, ludzie przestaną myśleć o mnie jak o znakomitym fachowcu, jeśli przestanę służyć pomocą każdemu, to 15 osób będzie myślało o mnie dobrze, ale pozostałe 20 pomyśli, że jestem „zimną suką”, stracimy wizerunek. Boimy się ponosić straty, więc nie wprowadzamy zmian, które w efekcie końcowym mogłyby ułatwić nam funkcjonowanie, obniżając poziom odczuwanego stresu.

Zwykle jest więcej możliwości poprawienia sobie komfortu życia, niż gotowi jesteśmy dostrzec albo odważyć się, by wprowadzić je w życie… Warto się nad tym zastanowić.

Przywołane w rozmowie przypadki są prawdziwe. Rozmówczyni otrzymała zgodę swoich pacjentów na dzielenie się przedstawionymi w artykule przykładami.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze