1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jakie znaczenie dla naszego życia ma to, co pamiętamy z przeszłości? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Jakie znaczenie dla naszego życia ma to, co pamiętamy z przeszłości? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Często  „zapamiętujemy” to, co ważne dla nas osoby chcą, abyśmy zapamiętali. Dotyczy to w szczególności poglądów i przekonań naszych opiekunów z dzieciństwa. (Fot. Getty Images)
Często „zapamiętujemy” to, co ważne dla nas osoby chcą, abyśmy zapamiętali. Dotyczy to w szczególności poglądów i przekonań naszych opiekunów z dzieciństwa. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Zapominamy o tym, co nie pasuje do naszych przekonań, do tego, w co chcemy wierzyć lub co jest dla nas ważne. Czy to możliwe? Czemu pamięć płata nam takie figle?

„Mój ojciec to straszny zazdrośnik, wciąż podejrzenia, awantury i wynikające z tej obsesji pijaństwo”. Powody? „Matka pojechała, ale tylko raz, do swojego dawnego ukochanego. Po tygodniu jednak wróciła i była już z ojcem”. Przyjaciółka powiedziała to tak, jakby nie rozumiała znaczenia tego, co mówi, dla uczuć ojca.
Zgodnie z narracją obowiązującą w jej rodzinie to ojciec ma być łobuzem, a matka niewinną ofiarą. To przekonanie jest tak silne, że nawet przypomnienie sobie tego, co mogło ojca pokazać w lepszym świetle, nie ma znaczenia. Potrzeba spójnego obrazu świata zwycięża nad faktami. Terapeuta o tym wie i dlatego nie zajmuje go pytanie, czy pamięć jest prawdziwa, czy fałszywa. Wie, że jest subiektywną i selektywną interpretacją tego, co się człowiekowi przydarza. Zapamiętujemy bowiem to, co mózg nauczył się rozpoznawać i interpretować w pierwszych trzech, czterech latach życia. Wtedy powstaje coś na kształt matrycy, filtra, który pozwala nam „widzieć” tylko to, co w nim zapisane. Narracja nie ma wiele wspólnego z prawdą, jest opowieścią o tym, co ten człowiek „mógł” i „chciał” zapamiętać.

Psychoterapeuta dąży jednak do poznania faktów z życia pacjenta.
Terapeuta nie zajmuje się ustalaniem faktów. Nie jest historykiem ani prokuratorem, który często musi zmagać się z dziesiątkami sprzecznych relacji naocznych świadków. Jest ciekaw człowieka i dlatego najbardziej interesuje go jego opowieść, bo z niej dowiaduje się, w jaki sposób i przez jakie wydarzenia zostały zaprogramowane mózg czy psychika. Pamięć podlega wielu wpływom, choćby oczekiwaniom społecznym.

Z badań wynika, że do 30 proc. świadków może ulec sile sugestii, a 25 proc. młodszego rodzeństwa pozwala starszemu wmówić sobie historie z dzieciństwa.
Często więc „zapamiętujemy” to, co ważne dla nas osoby chcą, abyśmy zapamiętali. Dotyczy to w szczególności poglądów i przekonań naszych opiekunów z dzieciństwa. Te często bezkrytycznie przejmujemy jako własne i włączamy w nasz program poznawczy. A potem wybieramy z przebogatej rzeczywistości zdarzeń tylko to, co potwierdza nasze poglądy, przekonania o sobie i świecie. Mówimy, że „każdy żyje w swojej bajce”. Dodajmy, że każdy swoją bajkę niemal bez przerwy pracowicie konstruuje, a potem opowiada sobie i innym tak długo, aż się z jej główną postacią utożsami. Cierpienie psychiczne i emocjonalne w istocie zaczyna się więc i kończy w naszej opowieści o nas samych i o świecie.

Psychoterapia zmieniłaby więc „pamięć” mojej przyjaciółki, „popsułaby” jej „wspomnienia” o dobrej mamie i złym ojcu?
Tak, a jeśli zmieniłaby swoje przekonanie o ojcu łobuzie, to mogłaby poznać większy, mniej jednostronny obraz swojej przeszłości. W przeciwnym razie tata zawsze będzie łobuzem, nawet jeśli mama zdradziłaby go na oczach córki. Rolą terapeuty jest zwerbalizować to złe i nie do końca świadome przekonanie o ojcu. A być może także – w uogólnionej formie – o mężczyznach. Potem zaś zwrócić uwagę na tendencję do idealizowania matki: „Jak wyobrażasz sobie uczucia i myśli ojca, gdy dowiedział się o tym, co zrobiła matka? Czy to mogło mieć związek z tym, że się po jakimś czasie rozpił?”.

Po co jednak na psychoterapii „zmieniać” nasze wspomnienia?
Żebyśmy lepiej rozumieli nasze życie i sposób, w jaki nas ukształtowało, jak działa nasz filtr poznawczy, co podkreśla w naszym obrazie rzeczywistości, a co z niego eliminuje. Idealizowanie matki i sojusz z nią przeciwko ojcu były zapewne inteligentną i pomocną strategią, aby przeżyć dzieciństwo, nie ryzykując dodatkowo utraty oparcia w matce. Gdy dorastamy, lepiej jest zobaczyć rodziców jako realnych ludzi, mających swoje dobre i złe strony. Dzięki temu zrozumiemy, że nikt nie jest bez skazy, a świat nie jest czarno-biały. To sprzyja rozwojowi cnót tolerancji i empatii oraz urealnia nasze oczekiwania wobec ludzi. Twoja znajoma będzie bardziej szczęśliwa, gdy przestanie dewaluować ojca i idealizować matkę. Urealniając matkę, urealni także siebie, a doceniając ojca, będzie bardziej skłonna doceniać i rozumieć mężczyzn w swoim życiu.

Czemu służy idealizowanie matki czy też ojca w naszej pamięci?
Na przykład rodzice się rozwiedli i córka została z matką. Matka nie chce jednak nic wiedzieć o swojej części odpowiedzialności za rozstanie, więc tworzy fałszywą, jednostronną opowieść. A fałszywe opowieści bardzo potrzebują wyznawców. Więc matka skwapliwie dba o to, by córka uwierzyła w jej wizję rozstania z mężem, i buduje w umyśle córki obraz siebie jako niewinnej ofiary. Ojca obwinia o wszystko, co najgorsze. Przy okazji dba o to, aby córce nigdy nie przyszło do głowy zapytać ojca o jego wersję opowieści. Wmawia więc jej, że ojciec nigdy się nią nie interesował, a być może molestował seksualnie: „Nie masz czego u niego szukać, we dwie damy sobie radę, jakoś to przecierpimy”. Gdy córka przez 20 lat słucha tylko tej jednej stacji telewizyjnej, to wychodzi z tego kompletnie indoktrynowana i jest wierną wyznawczynią mamy. W końcu trafia na terapię, bo ma kłopoty w relacjach z mężczyznami: „Jeden gorszy od drugiego! Co sobie znajdę faceta, to mnie nie kocha, tylko wykorzystuje”. No to terapeuta pyta: „Jak było z ojcem?”. „Ojciec porzucił nas, jak miałam pięć lat. To najgorszy facet na świecie, nie chcę go znać, bo skrzywdził mamę, a może też i mnie, tylko nie pamiętam”.

Terapeuta pyta: „Skąd pani to wie?”.
Tak, a pacjentka mówi: „Od mamy”. „A jaka jest wersja ojca? Rozmawiała pani z nim o tym?”. „Ja go nie chcę znać – on mnie zostawił”. Terapeuta, który decyduje się też skłaniać pacjentów do podejmowania działań w realnym świecie, powie wtedy: „Jeśli pani chce szybciej pomóc sobie w sprawie, z którą pani tu przyszła, to przydałoby się nawiązanie kontaktu z ojcem i porozmawianie z nim o tym”. Jeżeli ojciec żyje, to sprawa jest dość prosta, jeśli nie, trzeba pytać krewnych i znajomych, a także kopać w warstwach pamięci. A wtedy może się okazać, że pacjentka przypomni sobie oczy ojca, jego twarz i to, jak bardzo go kiedyś kochała i jak on ją kochał, i że to niemożliwe, żeby zrobił jej coś złego. Kiedy córka oddzieli się w końcu od mamy i przestanie oglądać świat jej oczami, zrozumie rzecz bardzo ważną: „Moja mama nie jest mną, a ja nie jestem moją mamą. Nie muszę czuć i myśleć tego samego co ona”. I zaczyna się proces wielkiej rekonstrukcji, przepisywania na nowo wizji świata, w którym żyje córka.

Wtedy ta kobieta może spotkać mężczyznę, który ją pokocha?
Żyjąc we wpojonym jej przez matkę zbiorze przekonań, odejście ojca wyjaśniła sobie, biorąc winę na siebie: „Jest ze mną coś nie tak. Miłość mi się nie należy, skoro nawet ojciec nie mógł mnie pokochać”. Gdy zrozumie ojca, ma szansę odzyskać wiarę w to, że nadaje się do kochania, więc zacznie wybierać mężczyzn z innego klucza.

Przeciwnicy psychoterapii oskarżają ją o to, że buduje fałszywe wspomnienia, na przykład nadużyć seksualnych. Czy psychoterapia zmienia naszą pamięć?
Psychoterapia nie zmienia zapamiętanych zdarzeń, lecz tylko ich interpretację, a zwłaszcza tę jej część, którą nazywamy przekonaniami; nie rozpoznaje i nie rejestruje tego, co nie pasuje do projektu, mamy bowiem wielką potrzebę spójności pomiędzy tym, co myślimy o sobie i świecie, a tym, co nazywamy zewnętrzną, obiektywną rzeczywistością. Praca z przekonaniami i interpretacjami polegająca na modyfikowaniu lub usuwaniu tych dysfunkcjonalnych, może nagle otworzyć pamięć zapomnianych, zamiecionych pod dywan zdarzeń, które do tej pory były przez te zmodyfikowane lub usunięte przekonanie eliminowane ze świadomości. Podobnie jak zmiana teorii naukowej czy obowiązującego paradygmatu wydobywa z tajnych archiwów naukowych fakty, które do tej pory traktowane były jako niebyłe lub anomalie. Nie zawsze są to złe wspomnienia, czasami bardzo dobre. Na przykład pacjent przypomina sobie, że ojciec kupił mu rower i zabrał na plac zabaw, a on do tej pory myślał, że od ojca nigdy nic dobrego nie dostał.

Opisane są jednak też odwrotne przypadki, na przykład gdy podczas terapii ktoś odkrył, że był molestowany przez rodzica. Sprawa trafiła do sądu, a tam okazało się, że to fałszywa pamięć?
Czasami ktoś może żyć latami w przekonaniu, że był molestowany – bo ta wersja pasowała do przekazu otrzymanego w domu. A gdy dochodzi do własnego rozumu, to okazuje się, że to nieprawda. Ale terapeuta wcześniej czy później pomoże to ostatecznie rozstrzygnąć. Wyjaśni się, do czego takie przekonanie było pacjentce potrzebne. Często przebranie ofiary bardzo ułatwia życie: „Jestem biedna, skrzywdzona – nie muszę więc być miła i empatyczna ani zachowywać się przyzwoicie. Mam moralne prawo oczekiwać empatii, tolerancji i wsparcia i nic mnie nie obchodzi, że inni się ze mną męczą. Nie mam zamiaru się niczego dowiadywać o sobie ani się zmieniać. Niech inni dostosują się do mnie”. Jak widać, może wcale nie być łatwo rozstać się z przekonaniem o byciu ofiarą. Wbrew pozorom jest ono często komfortowe.

Badacze piszą, że traumy pamiętamy, bo budzą silne emocje. A więc nie ma mowy o „przypomnieniu” sobie czegoś takiego podczas terapii?
To nieprawda, często na terapii ludzie sobie przypominają różne bolesne nadużycia, które ich dotknęły. W dzieciństwie zapominają, wypierają je ze świadomości, żeby chronić w swoim sercu pozytywny wizerunek bliskich i zachować wspierającą relację z nimi. W dorosłym życiu, gdy zdadzą sobie sprawę ze swojej zdolności do samodzielnego życia, to wyparcie przestaje być potrzebne. Wtedy wiele może się przypomnieć. To, czy dziecięca trauma nadużycia seksualnego miała miejsce, widać, gdy uważnie przyjrzymy się związkom tej osoby w dorosłym życiu. Dlatego to takie ważne, by wyjść poza naszą ulubioną narrację i pełniej ogarnąć oraz zrozumieć swoje życie. Jeśli tego nie zrobimy, to białe plamy na mapie życia będą skutkować albo braniem całej odpowiedzialności za trudne czy nieudane życie na siebie i powodować autoagresję lub/i depresję, albo będziemy obciążać naszym resentymentem wszystkich wokół, nieświadomie chroniąc właściwych adresatów naszego gniewu i zawodu.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana – nie potrafi czy nie chce dorosnąć?

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Dorosły facet a łobuz, do tego w krótkich spodenkach. Ma fantazję i urok, ale życie z nim na dłuższą metę może doprowadzić do szewskiej pasji. Nie potrafi czy nie chce zachowywać się dojrzale? Pytamy psychoterapeutę Roberta Milczarka.

Kim jest współczesny Piotruś Pan?
To mężczyzna, który nie dorósł, bo nie miał okazji tego zrobić. Dorosłość, w tym psychologicznym wymiarze, to wolność wyboru i jednocześnie uznanie konsekwencji tychże wyborów. Branie odpowiedzialności za siebie, uznawanie granic swoich i innych ludzi.

A nie jest tak, że dzisiaj my wszyscy, nie tylko mężczyźni, ale też kobiety, stajemy się coraz częściej Piotrusiami Panami? Chcemy wolności, a nie odpowiedzialności.
Z mojej perspektywy ten syndrom jednak głównie dotyczy mężczyzn. Kiedy pracuję z kobietami, często żalą się, że mają w domu chłopców, którzy nie dotrzymują słowa – mieli odkładać pieniądze na remont kuchni, a okazuje się, że w tajemnicy kupili sobie drona. Zdecydowanie rzadziej spotykam się z sytuacjami, w których to mężczyźni narzekają na niedojrzałe emocjonalnie partnerki.

Kto nie dał dorosnąć Piotrusiowi?
Nadmiarowa i sklejona z nim matka, wyręczająca go we wszystkich aspektach życia. Nie dała mu poczuć tego, czym jest odpowiedzialność. Taka matka uznaje, że dziecko to jej przedłużenie. Nie pozwala mu się wyodrębnić.

Mam teraz w głowie obrazek sprzed kilku lat, kiedy odwiedzałem kuzyna w Szwajcarii i zobaczyłem, że dużo częściej niż u nas wychowuje się tam dzieci do samodzielności. Na jednym z placów zabaw w Zurychu zaobserwowałem sytuację, gdy malutki chłopiec chciał wdrapać się na huśtawkę, a obok stała mama, która przyglądała się temu cierpliwie i z uśmiechem. W końcu po którejś nieudanej próbie chłopiec się wdrapał. Był szczęśliwy, że zrobił to sam. U nas takie obrazki są rzadsze.

Druga sprawa to separacja ojca w pierwszych etapach życia malucha, rodzaj lękowej pacyfikacji zaangażowania mężczyzny w proces aktywnego uczestniczenia w rozwoju dziecka. Na zasadzie: „źle go trzymasz, daj, ja go wykąpię, przecież główka mu opada”. Najczęściej ojciec wycofuje się wtedy ze swojej roli, ma poczucie, że nie jest dość silny. To też nie najlepiej świadczy o mężczyznach, którzy „wywieszają białą flagę”, bo tak im łatwiej, wygodniej. Albo nie ma ich w domu.

Mężczyźni nie są często na tyle silni, sami w sobie osadzeni, żeby powalczyć o swoje ojcostwo i powiedzieć: „idź zajmij się sobą, odpocznij, jest bezpieczny pod moją opieką”. Nie walczą, bo dla nich to wygodniejsze, w tym czasie obejrzą sobie coś na Netflixie. A przecież pierwiastek męski, w tym zdrowym wymiarze, to jest pierwiastek walki, konfrontacji i uznania. Są takie sytuacje w życiu mężczyzny, kiedy trzeba się z czymś wreszcie zmierzyć…

Taki chłopiec jako mężczyzna nie potrafi uruchomić w sobie męskiego pierwiastka?
Żeby go w sobie uruchomił, musi mieć z czego brać, dostać wcześniej. Jeśli zatem nie ma takich formujących doświadczeń, to łatwiej jest z czegoś zrezygnować, niż wziąć odpowiedzialność za to, że są takie sytuacje w życiu, w których trzeba się trochę wysilić, poczuć smak porażki, zmierzyć się z trudnościami. To część życia taka sama jak przyjemność, a dziś cywilizacyjnie próbujemy uciec od tego, co trudne, nieprzyjemne.

W najnowszym filmie Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” mamy bohatera, który przypomina mi Piotrusia Pana. Błażej ucieka od realu, żyje w bajce, w której buduje swoją Nibylandię. Ale jest też nietypowy: założył rodzinę, ma partnerkę i dziecko, a nawet chciał je mieć.
Ja nie zobaczyłem tu klasycznego Piotrusia Pana. Uważam, że ten bohater wykonuje jakąś pracę nad sobą, uczestniczy w życiu rodziny, zarabia na siebie. To nie jest tak, że on leży i pachnie albo oczekuje, że ktoś mu coś da i zrobi za niego. Jest zaangażowany w rodzicielstwo. Buduje dom na obrzeżach miasta, który niekoniecznie musi być Nibylandią. I pomimo różnych swoich deficytów stara się spełniać role życiowe, które wiążą się z odpowiedzialnością – być ojcem i partnerem.

Jest w tym filmie scena, jedna z pierwszych, kiedy Błażej stoi za kamerą i kręci relacje z warsztatów, a ja widzę, że jest tym poruszony, dostrzegam szklące się oko w reakcji na to, co przeżywają uczestnicy spotkania. Coś się w nim wtedy otwiera, coś mu się przypomina – być może jakiś rodzaj traumy. Dlatego dla mnie to jest bardziej opowieść o poranionym, porzuconym i samotnym dziecku w ciele mężczyzny.

Wiele kobiet po tym filmie mówiło mi: „to taki facet, który nic nie robi, tylko pali jointy, nie potrafi nawet sprzątnąć kubków po sobie i trzeba o wszystkim za niego myśleć”. To także słowa partnerki Błażeja…
Może dlatego, że oglądanie filmu to czysta projekcja siebie na ekran, a kobiety często narzekają dzisiaj na mężczyzn, na ich brak poczucia odpowiedzialności, lojalności czy dotrzymywania słowa. Warto, żeby się to zmieniło, ale w nowej tożsamości mężczyzny w równowadze pomiędzy sobą i światem, a nie w schemacie „zajedź się, mężczyzno, i zatyraj dla swojej rodziny”. Błażej nosi w sobie tęsknotę za nieobecnym ojcem i potrzebą wzmocnienia przez męski pierwiastek. Nie bardzo miał od kogo dostać tę energię, żeby poczuć się pewniej ze sobą w dorosłych rolach.

Brak zainteresowania brudnymi kubkami w mieszkaniu to nie jest dla mnie zachowanie Piotrusia Pana, tylko otwierająca się na nowo trauma tego porzuconego, wewnętrznego dziecka. Taki rodzaj rozedrgania, wybicia z rytmu, za który odpowiada wewnętrzny ból. Bo co odróżnia Piotrusia Pana od zranionego dziecka? Piotruś jest skoncentrowany na sobie, nie bierze za nic odpowiedzialności, kłamie, potrzebuje wysokiej stymulacji, zabawek, to może być jakiś gadżet albo przedmiotowe traktowanie kobiety w relacji. Tak jak dziecko, które mówi: „mamusiu już więcej tego nie zrobię”... a potem robi to po raz kolejny. Ale dlaczego miałby stać się dorosły, jeżeli nikt nigdy mu na to nie pozwolił?

Piotruś Pan wiąże się często z odpowiedzialnymi kobietami.
Bo taki mężczyzna jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak kiedy faza zauroczenia mija, okazuje się, że ten mężczyzna nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Niestety, kobiety wtedy myślą, że zrobią z niego dorosłego mężczyznę. Otóż nie zrobią. To jest jego zadanie.

Co jest w stanie zmienić takiego mężczyznę?
Kryzys, strata czegoś życiowo ważnego: związku, relacji, komfortu na skutek utraty pracy. Jakieś bardzo silne doświadczenie, które daje okazję do tego, żeby się urealnić i ponieść konsekwencje.

Na czym polega terapia Piotrusia Pana?
Jeśli trafia do gabinetu sam, a nie ciągnięty za uszy przez partnerkę, to już jest diagnostyczne, bo to znaczy, że on musiał się urealnić. Wie, że coś zepsuł. Mężczyźni, którzy trafiają na indywidualną terapię, chcą coś ze sobą zrobić. Czegoś się o sobie dowiedzieć i coś zrozumieć. To jest praca nad przeformułowaniem celu, z tego, co spieprzył, na to, co to mówi o nim w relacji. Często motywacją jest chęć tego, żeby zrobić wszystko, co się da, i uratować swój związek. Jeśli będzie w stanie urealnić się w tym, że rozpad związku to objaw, a celem jest zmiana siebie, to jest dobra prognoza.

Jakie problemy ma Piotruś Pan? Z czym się do ciebie zgłasza?
Z tym, że inni nie dają mu tego, czego oczekuje. Albo że się do niego przyczepiają, każą mu coś robić i brać na siebie odpowiedzialność, a on się wtedy obraża. „Ktoś chce mnie zmienić na siłę, więc nie chcę być w takim związku”. Wieczny chłopiec wchodzi też często emocjonalnie w pozycję dziecka, czyli tłumaczy swoje postępowanie, usprawiedliwia się, bywa, że kłamie i deklaruje, że coś zrobi – przestanie chodzić do kasyna albo grać z kumplami online – ale nic się nie zmienia. A kobieta to akceptuje, z pozycji grożącego palcem rodzica, że toleruje to już ostatni raz…

Tak się nie da żyć!
Motywacja do zmiany rośnie, gdy to już drugi, czwarty i kolejny związek się rozpada. Mężczyzna zaczyna dostrzegać schemat: coś jest nie tak. Znam takie historie, że facet przychodzi i mówi: „Rozwalił się mój piąty związek na przestrzeni 15 lat, ale trafiłem na mądrą kobietę, bo potrafiła mi powiedzieć, dlaczego się rozstaliśmy. A ja zobaczyłem, że wcześniej było podobnie”. Jako terapeuta cieszę się, bo to pokazuje, że Piotruś Pan zaczyna się urealniać w tym, że jakaś odpowiedzialność leży po jego stronie. Wtedy mogę go wspierać i wzmacniać, dodawać mu odwagi do wzięcia tej odpowiedzialności, bycie mężczyzną, a nie chłopcem.

Najważniejsze jest to, że Piotruś Pan przyszedł na terapię i już wie, po co to zrobił. Nazwał swój problem. Później dochodzimy do kwestii odpowiedzialności, w procesie psychoterapii staramy się stworzyć okoliczności do tego, żeby brać tę odpowiedzialność najpierw w najmniejszych sprawach. Chociażby w tym, że ma przyjść do gabinetu zawsze o tej samej godzinie. To również praca nad jego genogramem, nad tym, jaka była jego rodzina, jakie ma schematy przywiązania, wzorce i wartości. Bo jednym biegunem dysfunkcyjnych zachowań jest Piotruś Pan, a z drugiej strony mamy dziecko-bohatera, które czuje wewnętrzny przymus opiekowania się całą rodziną, przejmuje role niewydolnych dorosłych, choć jest dzieckiem. To też jest w jakimś sensie niedojrzałe, choć chroni rodzinę przed rozpadnięciem się. Mężczyzna, który wyrasta z dziecka-bohatera, w przeciwieństwie do wiecznego chłopca, w ogóle nie skupia się na sobie. Nie ma w jego życiu miejsca na przyjemności. Dźwiga wszystko na swoich barkach, jest nadodpowiedzialny, nie umie odpoczywać...

Sam byłeś dzieckiem-bohaterem, a później przekułeś to w coś pozytywnego, wykorzystałeś ten zasób w życiu i dzisiaj jesteś psychoterapeutą. Czy z bycia Piotrusiem Panem też da się wyciągnąć coś dobrego na przyszłość?
Jestem przekonany o tym, że da się to wykorzystać i między innymi po to jest właśnie proces terapii. Zasób polega na tym, żeby rozwijać korzyści, redukować koszty emocjonalne. Chodzi o to, żeby to było bardziej zbalansowane. Kiedy Piotruś Pan dojrzeje, to nadal będzie kreatywny i pełen pasji, ale jednocześnie nie będzie wypadał z różnych ról: partnera, ojca. Dorosłość też jest od tego, żeby czerpać z tej radości wewnętrznego dziecka, które ma w sobie każdy z nas. Ale najpierw trzeba zbudować się na nowo, przyglądając się wartościom, które są nam bliskie, ale też otoczeniu mądrych mężczyzn. Czasem to jest dawno niewidziany wujek, który w dzieciństwie nauczył nas łowić ryby i podarował scyzoryk. Zresztą w filmie, o którym wspominałaś, również pojawia się postać wujka, który jest dla głównego bohatera wzorcem korekcyjnym.

Pożegnanie się z wiecznym chłopcem w sobie musi być jednak nieprzyjemne...
Wzięcie na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności nie jest przyjemne. Lepsze jest życie w kompulsji, pobudzeniu. Bo dzieciństwo, o jakim marzymy, to ciągła stymulacja i radość. Ale musi w nim też znaleźć się czas na posprzątanie swoich zabawek. Nie pozbycie się ich, ale uporządkowanie.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych.

  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (ilustracja iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (ilustracja iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.

  1. Psychologia

"Leniwa mama", czyli jak stworzyć warunki do rozwoju samodzielności dziecka

W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka - pisze w swojej książce Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny. (Fot. iStock)
W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka - pisze w swojej książce Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny. (Fot. iStock)
„Gdyby mamy nie robiły wszystkiego za dzieci, to dzieci musiałyby się stać bardziej samodzielne” – twierdzi psycholog dziecięca Anna Bykova. Jej książka „Jak wychować samodzielne dziecko” to najlepszy prezent, jaki można sobie sprawić na Dzień Matki.

Fragment książki „Jak wychować samodzielne dziecko”, w tłum. Agnieszki Sowińskiej, wyboru i skrótu dokonała redakcja.

W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka. Nie mam na myśli wymuszonej zbyt wcześnie samodzielności, która pojawia się wskutek „tumiwisizmu” rodzica, obojętności wobec dziecka. Nie chcę też, aby moje przesłanie było odbierane jako usprawiedliwienie. To dobrze, gdy dziecko potrafi się samo sobą zająć i samo się obsłużyć, niedobrze jednak, gdy zawsze jest pozostawione samo sobie. Gdy tak się dzieje, dziecko traci. „Lenistwo” mamy u swoich podstaw powinno mieć troskę o dzieci, a nie obojętność. Dlatego wybrałam dla siebie drogę „leniwej mamy”, której – owszem – nie chce się wszystkiego robić za dzieci, nie chce się też robić wszystkiego od razu, gdy tego zażądają. Jej się nie chce – i dlatego uczy dzieci robić wszystko samodzielnie.

Uwierzcie mi, to nie jest łatwa droga, i prawdopodobnie jest także o wiele bardziej energochłonna. Prawdziwe lenistwo nie ma z tym nic wspólnego… Oczywiście, że prościej byłoby samej szybko pozmywać naczynia, niż wycierać wodę z podłogi po tym, jak pomaga ci pięcioletnie dziecko. Jeśli pozwolisz trzylatkowi podlewać kwiaty, to też nie od razu wszystko się uda. Dziecko może wywrócić kwiat, wysypać ziemię, woda może się przelać i wypłynąć z doniczki. Ale właśnie tak, poprzez działanie, dziecko uczy się koordynować ruchy, rozumieć przyczynowość i naprawiać błędy. Rodzice często muszą w procesie wychowania dokonywać wyboru: czy szybko sami coś zrobią, czy też wykorzystają sytuację i nauczą czegoś dziecko. Korzyści drugiego podejścia są następujące: a) rozwój dziecka, b) uwolnienie czasu rodziców w przyszłości. A pewnego dnia, gdy dziecko będzie już dużo wiedzieć i umieć, mama będzie mogła pozwolić sobie na lenistwo. Teraz już we właściwym sensie tego słowa.

Wygodna niesamodzielność

Dlaczego niesamodzielność dzieci miałaby być wygodna dla dorosłych? Co jest wygodnego w niesamodzielności dziecka? Odpowiedź jest bardzo prosta: dorośli w takiej sytuacji otrzymują zewnętrzne potwierdzenie tego, jak bardzo są wartościowi, ważni, niezastąpieni. A to bywa niezbędne, gdy nie ma się wewnętrznej wiary we własną wartość. Wówczas zdanie: „On beze mnie niczego nie potrafi” można przetłumaczyć następująco: „Ja bez niego nie istnieję, ponieważ tylko on potwierdza moją wartość”.

Zależność od dziecka wymusza robienie z dziecka kogoś zależnego. Podświadomość buduje swój związek przyczynowo-skutkowy: „Jeśli on nie może niczego zrobić sam, to znaczy, że nigdy ode mnie nie odejdzie, już zawsze będzie ze mną, i gdy będzie miał lat dwadzieścia, i gdy będzie miał lat czterdzieści… Zawsze będę mu potrzebna, a to znaczy, że nigdy nie będę samotna”. Na świadomym poziomie mama może szczerze przeżywać, że dziecku nie układa się w życiu. Ale na poziomie podświadomym sama modeluje taki scenariusz.

Spotykałam ludzi, którzy choć fizycznie dorośli, nie stali się samodzielnymi i dorosłymi ludźmi. Nie wypracowali nawyku samokontroli ani zdolności podejmowania decyzji, brania na siebie odpowiedzialności. Znałam uczniów, których prace domowe aż do końca szkoły sprawdzali rodzice. Pracowałam ze studentami, którzy nie wiedzieli, po co się uczą i czego chcą od życia. Decyzje zawsze podejmowali za nich rodzice. Widziałam dorosłych mężczyzn, których na wizytę do lekarza przyprowadzały mamy, ponieważ oni sami gubili się, nie wiedzieli, gdzie należy wziąć numerek do lekarza i przed którym gabinetem stanąć w kolejce. Znam kobietę, która w wieku trzydziestu sześciu lat sama, bez mamy, nie kupuje sobie ubrań.

„Dorosnąć” a „stać się dorosłym” to nie synonimy. Jeśli chcę, aby moje dzieci były samodzielne, odpowiedzialne i wykazywały inicjatywę, muszę im dać szansę na przejawienie tych cech. Nie trzeba nawet wytężać wyobraźni i sztucznie stwarzać sytuacje wymagające od dziecka samodzielności, jeśli mama, tata czy inny opiekun dziecka (na przykład babcia) będą mieli jeszcze inne zainteresowania niż tylko dziecko.

Na swoim miejscu

Powiem teraz coś wywrotowego z punktu widzenia większości: dziecko nie powinno znajdować się na pierwszym miejscu. W moim życiu na pierwszym miejscu stawiam siebie samą. Jeśli teraz poświęcę się dzieciom i zacznę żyć wyłącznie ich zainteresowaniami, to za dziesięć, piętnaście lat będzie mi bardzo trudno pozwolić im odejść. Bo jak mogę żyć bez dzieci? Czym wypełnię powstałą pustkę? Jak powstrzymam się od pokusy mieszania się do ich życia, aby je „uszczęśliwiać”? I jak one poradzą sobie beze mnie, jeśli przywykną do tego, że to mama za nich myśli, robi, podejmuje decyzje? Dlatego oprócz dzieci mam siebie, mam ukochanego mężczyznę, mam pracę, mam imprezy ze znajomymi z pracy, rodziców, przyjaciół, pasje – w takim zestawie nie wszystkie życzenia dziecka są spełniane natychmiastowo.

– Mamo, chcę pić! Nalej mi wody!
– Zaraz, słoneczko, skończę pisać list i ci naleję.
– Mamo, podaj mi nożyczki!
– Nie mogę teraz odejść od kuchenki, bo kasza się przypali. Poczekaj chwilę.

Dziecko może chwilę poczekać. A może też samo wziąć szklankę i nalać sobie wody. Może podsunąć taboret do szafki i samo wyjąć nożyczki. Mój syn najczęściej wybiera wariant drugi. Nie lubi czekać – szuka więc sposobu, dzięki któremu zdobędzie to, czego potrzebuje. Oczywiście to nie znaczy, że tak należy postępować z każdą prośbą dziecka. Są rzeczy, które dziecku naprawdę trudno jest zrobić samemu. Są też rzeczy, które mama może zrobić w tej samej chwili, nie przerywając innych czynności. Jeśli na przykład mama nalewa sobie akurat wody, byłoby dziwne, gdyby odmówiła wówczas nalania wody także swojemu dziecku. Tylko bez fanatyzmu, bardzo proszę.

Być samodzielnym to znaczy:

  • samodzielnie myśleć;
  • samodzielnie podejmować decyzje;
  • samodzielnie zaspokajać swoje potrzeby;
  • samodzielnie planować i działać;
  • samodzielnie oceniać swoje działania.

Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny, pedagog, nauczyciel arteterapii. Mieszka w Jekaterynburgu w Rosji. Ma dwóch synów. Autorka artykułu „Dlaczego jestem leniwą mamą”, opublikowanego kilka lat temu w Internecie. Post wywołał wiele kontrowersji i burzliwą dyskusję.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Tylko nie mów, że ma odejść. Jak pomóc kobiecie doświadczającej przemocy

Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. (Fot.iStock)
Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. (Fot.iStock)
Artykuł „Przemoc słowna w związku – co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem?” wywołał na naszym FB ożywioną dyskusję. Jedna z naszych Czytelniczek, socjolożka Iwona Zielińska-Poćwiardowska, która osobiście doświadczyła przemocy w związku, a dziś zawodowo zajmuje się tym tematem, wie jak bardzo złożony i trudny jest proces wychodzenia z takiej relacji. To nierówna walka. Trzeba mieć dużo siły i wsparcia, by wyrwać się z toksycznego związku. Napisała o tym artykuł, który publikujemy.

Niedawno na Facebooku czasopisma „Zwierciadło” ukazał się artykuł „Przemoc słowna w związku – co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem?”.

Pod tekstem lakoniczny komentarz Pauliny Młynarskiej: Odejść. Wiele lat temu, kiedy byłam uwikłana w trudny związek przemocowy, taka rada, rzucona z irytacją przez moją ówczesną przyjaciółkę, wywołała we mnie falę wstydu i upokarzających siebie samą myśli. Z przemocowym partnerem wtedy jeszcze się nie rozstałam, ale z przyjaciółką tak. Do dziś nie mamy kontaktu, choć minęło prawie 13 lat. Inni znajomi, którym powiedziałam o przemocy, słuchali w milczeniu, unikając kontaktu wzrokowego. Nie winię ich. Ludzie naprawdę nie wiedzą, jak reagować. Mi pomogła wizyta w Poradni Rodzinnej, do której udałam się w poszukiwaniu pomocy dla mojego przemocowego partnera... A jakże! To typowe zachowanie w związku współuzależnieniowym. Mądrej terapeutce z poradni udało się jednak stopniowo i delikatnie przekierować moją uwagę i troskę z partnera na siebie. I tak, pół roku później, wzmocniona terapią, ostatecznie zakończyłam tę relację. Teraz jestem w zdrowym i szczęśliwym związku, ale od kilku lat zajmuję się badaniem przemocy w rodzinie i związkach intymnych i wiem, że rada „odejdź” jest cały czas tak samo nieskuteczna i tak samo krzywdząca. Dlaczego? Kobieta dokładnie wie i bez takich rad, że powinna odejść. Może nie po pierwszym incydencie i może nie po drugim – wtedy jeszcze wierzy, że to tylko tak wyjątkowo, sporadycznie, bo „on ma trudny czas w pracy”. Po trzecim i czwartym już podejrzewa, że sprawa jest poważniejsza, a po kolejnych wie, że tak będzie stale, że nie jest w stanie go zmienić, więc albo to zaakceptuje, albo powinna odejść. Pojawia się wewnętrzny konflikt, romantycznie nazywany konfliktem serca i rozumu. Kobieta wie, że to, co się dzieje, nie jest „normalne”, czuje się poniżona i skrzywdzona, wstydzi się przed innymi i sama przed sobą, że na to pozwala. Ale jest jeszcze druga strona związku przemocowego – pełna czułości i obietnic, ta, która powoduje, że krzywdy idą w niepamięć.

Chemia przemocy

Każdy przemocowy epizod powoduje wyrzut kortyzolu i adrenaliny, zwanych hormonami stresu. Po nim następuje zwykle okres miodowy, a wraz z nim tak silne działanie oksytocyny i dopaminy (hormony przywiązania i szczęścia) jak w początkowym okresie zakochania. To doprowadza do uzależnienia mózgu od tej chemicznej huśtawki hormonów. U obojga partnerów. W rezultacie, nawet jeśli kobieta raz za razem doświadcza złego traktowania, jej mózg nie będzie chciał odejść, ponieważ czuł się cudownie, kiedy partner był dobry i miły. Tworzy się tzw. przywiązanie przez traumę. Do tego mogą jeszcze dochodzić trudne doświadczenia z dzieciństwa, które wzmagają i tendencje do stosowania przemocy, i do bycia ofiarą. Mieszanka hormonów i przeszłych doświadczeń doprowadza do wytworzenia się silnych mechanizmów współuzależnienia, które powodują zaburzenie poczucia własnej wartości i realistycznej oceny partnera i związku. Kobieta umniejsza doświadczane krzywdy, a momenty euforii w okresie miodowym wynagradzają jej momenty podłego traktowania (które nierzadko usprawiedliwia). Ta intensywność emocji wytwarza przekonanie o wyjątkowości relacji, czego inni jej zdaniem nie są w stanie zrozumieć, oraz ogromny strach przed jej utratą. Dlatego poradzić kobiecie będącej w związku przemocowym, żeby odeszła, to trochę tak, jakby poradzić osobie uzależnionej od alkoholu, żeby przestała pić. Oczywiście, że powinna odejść, żeby ratować siebie i dzieci, jeśli je ma. Może nawet jej się to uda za siódmym razem (tyle średnio prób podejmuje kobieta, zanim skutecznie odejdzie), ale na pewno lakoniczna i pozbawiona empatii porada „to od niego odejdź” jej w tym nie pomoże. Wbije tylko mocniej w poczucie winy. Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. Będzie się czuła zawstydzona swoim współuzależnieniem i słabością. Wstyd to zresztą jedna z najsilniejszych barier w sięganiu po pomoc. Żeby ją dostać, najpierw trzeba zgłosić i ujawnić problem, a to bardzo trudne. W Polsce wciąż panuje przekonanie, że przemoc domowa to sprawa dwojga ludzi, ewentualnie rodziny, a nie problem społeczny. To utrudnia mówienie o doświadczanej przemocy oraz utrwala niską społeczną świadomość na ten temat. Dodatkowo media, pokazując dramat jakiejś rodziny, często podkreślają nieskuteczność policji i innych instytucji, wzmacniając przekonanie kobiety o bezsensownym wysiłku i zdaniu na siebie samą. Bywa też tak, że sięganie po pomoc może eskalować zachowanie przemocowe sprawcy, jeśli się o tym dowie. I kobieta najnormalniej w świecie się boi.

Jak pomagać?

W jaki sposób możemy więc wspierać kobietę, która doznaje przemocy w związku? Jeśli mówi o tym sama, jest to sygnał, że poszukuje wsparcia, nawet jeśli wprost nie prosi o pomoc. Najpewniej oznacza to, że sytuacja jest już na tyle kiepska, że potrzeba uzyskania pomocy jest silniejsza od wstydu. Najważniejsza jest wtedy empatyczna reakcja, w stylu: „To musi być bardzo trudne. Jak mogę ci pomóc?”. Można podzielić się swoją historią przemocową, jeśli taką mamy, i tym, jak sobie z tym poradziliśmy, co nam pomogło. Stosować takie zasady, jak w grupie wsparcia: słuchać, nie radzić, nie krytykować. Jeśli kobieta nie mówi o przemocy, ale wiemy, że jej doświadcza, warto powiedzieć: „Widzę, że coś niepokojącego się u was dzieje. Widzę, że on cię źle traktuje i martwię się o ciebie”, „Wiem, że może trudno ci o tym mówić, ale jak będziesz chciała porozmawiać, to jestem”. Można też dać coś do przeczytania na temat przemocy albo podesłać test online dla ofiar przemocy. Czasem taka dawka wiedzy może zadziałać motywująco.

A co z tym odejściem? Jeśli kobieta jest na tym etapie, że rozważa rozstanie, dobrze będzie wówczas pomóc jej zaplanować to od strony praktycznej. Kobiety często odwlekają decyzję o rozstaniu z powodów finansowych lub braku możliwości wyprowadzki. Bywa oczywiście, że są to realne przeszkody, ale znacznie częściej jej bezsilność i poważnie osłabiona wiara w siebie powodują, że perspektywa wyprowadzki po prostu ją przerasta. Dobrze, jeśli obok znajdzie się ktoś, kto pokaże, że da się to zrobić. Jeśli kobieta ma taką możliwość, zaproponować jej udział w grupie wsparcia dla kobiet – to daje potężną siłę. Pandemia spowodowała, że wiele z takich grup działa online, dzięki czemu nawet kobiety mieszkające na wsi lub w małych miejscowościach mogą w nich uczestniczyć.

W końcu, w sytuacji kiedy kobieta jest już zdecydowana by odejść, należy wspierać ją w tej decyzji i zaoferować praktyczną pomoc, np. spakować i przewieźć rzeczy, popilnować dzieci, pomóc uzyskać poradę prawną (m.in. w Centrum Praw Kobiet), pomóc znaleźć nowe miejsce zamieszkania. Co prawda zmienione kilka miesięcy temu przepisy pozwalają policji na natychmiastowe usunięcie sprawcy z domu, ale w praktyce trudno to wyegzekwować, więc by uwolnić się od przemocy, często łatwiej samej się wyprowadzić, niż zmusić do tego partnera. To smutne, ale tak niestety to wygląda. Ogromnie ważne jest wsparcie w pierwszych kilku tygodniach po wyprowadzce. Przemocowy partner będzie robił wszystko, by przekonać kobietę do powrotu, a ona najpewniej będzie szarpana sprzecznymi emocjami, bo huśtawka hormonów i wieloletnie współuzależnienie nie ustają z dniem wyprowadzki. Dlatego najlepiej by było w tym okresie otoczyć kobietę systemem wsparcia złożonym z przyjaciół, rodziny i psychologa. To pomoże jej przejść przez ten okres „odstawienia” i wytrwać w decyzji o odejściu.

Na koniec ważna uwaga – choć tekst ten dotyczy głównie ofiar-kobiet w związkach heteroseksualnych, opisane w nim mechanizmy podobnie działają w sytuacji przemocy w związkach jednopłciowych oraz w sytuacji mężczyzn doświadczających przemocy ze strony partnerek. Podobne też są zasady udzielania pomocy.

Gdzie uzyskać pomoc:

Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie: 800 120 002 – numer bezpłatny, czynny całą dobę

mail: niebieskalinia@niebieskalinia.info

Centrum Praw Kobiet, telefon interwencyjny: 600 070 717 – całodobowa

Dr Iwona Zielińska-Poćwiardowska, socjolożka, badaczka przemocy w rodzinie i systemów wsparcia w Polsce i Wielkiej Brytanii. Aktualnie realizuje projekt z badaczami z Uniwersytetu w Lincoln na temat wpływu migracji na przemoc wśród polskich kobiet i uzyskiwanie przez nie pomocy. (Fot. archiwum prywatne)Dr Iwona Zielińska-Poćwiardowska, socjolożka, badaczka przemocy w rodzinie i systemów wsparcia w Polsce i Wielkiej Brytanii. Aktualnie realizuje projekt z badaczami z Uniwersytetu w Lincoln na temat wpływu migracji na przemoc wśród polskich kobiet i uzyskiwanie przez nie pomocy. (Fot. archiwum prywatne)