1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie walcz z innymi kobietami... postaw się na ich miejscu?

Nie walcz z innymi kobietami... postaw się na ich miejscu?

Postawienie się na chwilę w cudzych butach naprawdę działa i ma wielki sens. (fort. iStock)
Jesteśmy wychowywane do walki. O pracę, mężczyznę, tytuł najlepszej matki czy przyjaciółki. - Zamiast dać się wciągnąć w potyczkę z innymi kobietami, spróbujmy postawić się na ich miejscu - apeluje Marzena Chełminiak i wspomina momenty, w których poczuła potęgę kobiecej solidarności. 

Co byś zrobiła, gdyby twoja przyjaciółka wyznała ci, że jest czyjąś kochanką?
Najpierw pewnie zapytałabym, jak do tego doszło, a potem wyraziłabym swoje zdanie, w tym smutny dla niej wniosek, że wchodząc w tę rolę, bardzo ułatwia życie temu mężczyźnie. A po drugie, że go usprawiedliwia, bo my, kobiety mamy taki dziwny dar, że lubimy się wzajemnie obwiniać, więc logika w takich sytuacjach ma się tak: "No bo przecież skoro on zdradził tę żonę, to znaczy, że był z nią strasznie nieszczęśliwy, a to oznacza, że ta żona musiała być okropna, a w ogóle to... jaka żona? Przecież to małżeństwo już prawie nie istniało, gdy się pojawiłam".

Czyli czułabyś solidarność raczej z żoną?
Tak, bo wystarczy spojrzeć na tę sytuację jej oczami i poczuć jak jej źle. A przyjaciółce odradzałabym cały ten układ jako kompletny miraż, w którym dopóki facet nie zdecyduje się na jedną z kobiet, to tylko i wyłącznie on będzie zadowolony, i to podwójnie, bo z jednej strony będzie miał dom, a z drugiej nową ekscytację. Znalazłam się kiedyś w takiej sytuacji, gdy jedna z moich koleżanek wystąpiła w roli kochanki i próbowała tę rolę usprawiedliwiać wszystkimi możliwymi stereotypami, typu "to małżeństwo było już fikcją", a ja jako ten adwokat diabła cały czas sączyłam jej tę samą wizję: "Nie wierzę w to, że nie chciałabyś spędzić z nim świąt, wychodzić na spacer i się nie ukrywać".

Ale kontaktu z nią nie zerwałaś?
Nie zerwałam, bo widzisz mogę jej powiedzieć: "Zdrada jest dla kobiety najgorsza w życiu ever", ale ja przecież nie jestem nią i jej wybory pozostają jej wyborami, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Kontakt więc pozostał... Choć widzę też, że właśnie w kwestii związków, gdy w grę wchodzą uczucia, my, kobiety, potrafimy mieć, niestety, najsłabszą ze sobą solidarność i gdy zdradzamy, myślimy tylko o nim i o sobie, zapominając zupełnie o tej trzeciej, czyli oszukiwanej żonie.

Gdyby więc cudzy mąż się do ciebie dobierał...
Pogoniłabym!

A powiedziałabyś o tym jego żonie?
Powiedziałabym jemu - żeby się odwalił - cóż za archaicznych słów używamy (śmiech)! Ale jej bym w to nie mieszała. No i spadłyby jego notowania w moich oczach... Widzisz, ja rozumiem, że ludzie mogą się przestać kochać, ale w takich sytuacjach największe wrażenie robi na mnie zawsze odwaga cywilna - szanuję tylko tych, którzy mają odwagę wybrać.

Czyli w tej solidarności kobiet i tak szukasz przede wszystkim człowieka?
Tak, chociażby akcja "Solidarność Kobiet ma SENS" pozytywnie mnie zaskoczyła. Gdy się zaczynała, miałam poważny opór, bo odebrałam ją trochę jako dzielenie na płeć. Ale potem zaczęłam o niej rozmyślać i przypomniały mi się czasy, kiedy na przykład rak, a zwłaszcza piersi był społecznym tabu i nagle pojawiła się "Różowa wstążka", a dzięki niej zaczęliśmy myśleć, zastanawiać się, oswajać z tematem. A skoro tak, to znaczy, że była bardzo potrzebna. Tak samo jest z akcją "Solidarność Kobiet ma SENS". Nasza uwaga została na to skierowana, i dobrze, ponieważ w ten sposób automatycznie wyłuskujemy z życia tę naszą solidarność, szukamy jej przykładów.

Niedawno moja przyjaciółka miała stłuczkę. Z drugą kobietą z dzieckiem w aucie. Mogły się na siebie wściec, pisać pisma, dzwonić na policję. Ale one wysiadły z tych samochodów, jedna przeprosiła drugą, podziękowała, że obyło się bez wrzasku, wymieniły się telefonami, żeby sprawę jakoś załatwić. Dwie zabiegane kobiety zrozumiały, że tak będzie najlepiej, najłatwiej, najmądrzej. Przyznam, że mnie to zbudowało i wpisało się w tę solidarność kobiet, o której rozmawiamy, bo ona najbardziej wychodzi właśnie w takich codziennych sytuacjach.

W codziennych sytuacjach najbardziej też potrafi wyjść jej brak.
Tu faktycznie można nad tematem popracować i nie iść na łatwiznę, myśląc, że każda niemiła znajoma z pracy to suka... A w debacie publicznej nie używać argumentów typu "Ona tak mówi, bo jest brzydka i nikt jej nie chce". W ostatnich badaniach społecznych wyszło zresztą, że nastoletnie dziewczyny stają się coraz bardziej agresywne w porównaniu z każdym pokoleniem wstecz, chętnie używają seksistowskiego języka, którym określają swoje koleżanki, życząc np. na fejsbuku swoim kumplom fajnej dupy. Zastanawia mnie, czy one myślą tak też o sobie - "jestem dupa" i czy w ogóle mają świadomość, że takie określenie, jak "suka", "zdzira", "szmata" mają ogromny negatywny ładunek i są atakiem na własną płeć, czyli na siebie?

Z czego twoim zdaniem to ich zachowanie wynika?
Chyba z rywalizacji. My, kobiety, jesteśmy wychowywane do walki o wszystko. Zobacz sama. Cały czas musisz się wykazać, coś osiągnąć, zdobyć, ładniej wyglądać, mieć męża, a żeby go zdobyć - wykosić inne, bo on ma przecież patrzeć tylko na ciebie. W takim razie te "inne" muszą być w twojej głowie brzydkie, gorsze, nie takie, czyli usunięte. I tak zaczynają się wojny między kobietami.

Jak jest u ciebie?
Ja się z kobietami trzymam i myślę, że jest w tym zasługa mojej mamy, która zawsze była wobec mnie bardzo otwarta i wspierająca, mimo że mój życiorys nie wpisuje się pewnie dokładnie w jej wyobrażenie o idealnej ścieżce życiowej. Jestem do niej podobna. Lubię ludzi, otaczam się kobietami, wśród nich są przyjaciółki jeszcze z podstawówki, z którymi skakałam w gumę. Uwielbiam w nich ten rodzaj przyjacielskiego wsparcia, wspólne wyjazdy, kluby dyskusyjne przy stole, rozmowy na tematy bardzo poważne i całkiem głupie, wyjścia na miasto. Takie cudowne bycie razem, w którym z nikim nie rywalizuję, bo jestem kompletnie wyłączona z wyścigu albo w ogóle go nie zauważam.

Więc co ja myślę? Ja myślę dobrze o "moich" kobietach, ale też sądzę, że fajnie byłoby, gdyby kobiety mówiły o sobie lepiej w większych kręgach.

A kiedy najsilniej poczułaś w swoim życiu solidarność z kobietami?
Kiedy moja mama, po moim odpępowieniu się, wróciła do mojego życia w nowej roli, czyli gdy sama urodziłam córkę. Mama stała się wtedy absolutnie najważniejsza, ale nie dlatego, że zdominowała moje życie, tylko ja nagle wszystko zrozumiałam... Bo dopóki nie masz własnego dziecka, to nie kumasz, dlaczego ci rodzice są tacy. Nie zapomnę też czasu, gdy 10 lat temu chorowałam na raka i na moje urodziny przyszły do mnie moje dziewczyny. Pamiętam, jak pomyślałam: "Jestem łysa, nie będę ich straszyć, założę chustkę". Weszły, spojrzały zdziwione i usłyszałam: "Ej, ściągaj to!... Cudownie wyglądasz, teraz dopiero widać, jaką masz kształtną głowę". Poczułam ogromną ulgę i normalność w tym nienormalnym czasie, jakim jest choroba. Dziewczyny nie stworzyły sztucznej sytuacji i też niczego nie udawały. Wzięły mnie z tą łysą głowa i wsparły na zasadzie: "Chcesz ryczeć? Rycz. Jesteś u siebie. Łysa, nie łysa, wciąż jesteś nasza".

A gdyby zamiast nich przyszli kumple?
Byłoby inaczej, bo ja nie jestem facetem, a ponieważ płeć nas identyfikuje, moja relacja z kumplami jest inna. Dziewczyny są dopuszczone do większej intymności. Gdyby mieli przyjść kumple, wcale nie jestem pewna, czy chciałabym pokazać im się łysa. Ale ja lubię ten podział na płcie, ten świat kobiecy i męski. Myślę, że to, że kiedyś kobiety rodziły w obecności akuszerek, wcale nie było takie głupie, a może lepsze niż ciąganie tych przerażonych mężczyzn po porodówkach i mówienie im: "A teraz masz tu być, widzieć, jak cierpię, i nie zemdleć". Mój mąż był, owszem, przy porodzie, ale bardziej zależało mi na tym, żeby jako pierwszy wziął córkę na ręce, niż żeby gapił się na sam akt.

Zmierzam do tego, że kobiety trochę dziś szarżują z tym wyrzucaniem innych kobiet ze swojego kręgu i wpuszczaniem na ich miejsce mężczyzn. Nie udawajmy na siłę, że jesteśmy tacy sami. Nie jesteśmy. Są rzeczy do robienia z przyjaciółkami, a są takie, które fajniej zrobić z kumplami.

Czyli ta solidarność nie musi dzielić, wręcz przeciwnie.
Może doskonale łączyć, ale mam taką ogólną prośbę do kobiet: spójrzmy czasem na tę drugą przez jej pryzmat, a potem jeszcze z góry na cały obraz. Zmieniajmy perspektywy. Zanim zgodzimy się na bycie kochankami, pomyślmy o tamtej kobiecie. Dobrze jest wyobrazić sobie, co byś poczuła, gdyby ktoś powiedział o tobie, że jesteś suką, albo wczuć się w rolę kobiety, o której mówią, że ma pracę tylko dlatego, że jest ładna. Postawienie się na chwile w cudzych butach działa i ma wielki sens. Nie ma za to żadnego sensu patrzenie na życie jak na wojnę. Zwłaszcza z własną płcią. Bo ostatecznie to walka z samą sobą.

Marzena Chełminiak - dziennikarka, w Radiu Zet prowadziła autorski program "Życie jak Marzenie", life coach z pasji i wykształcenia, autorka dziennika będącego świadectwem wychodzenia z choroby nowotworowej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze