1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Uważność w związku - o dostrzeganiu partnera i budowaniu relacji

Uważność w związku - o dostrzeganiu partnera i budowaniu relacji

Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. (Fot. iStock)
Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. (Fot. iStock)
Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. Uważność jest dla człowieka czymś naturalnym. Tak powinno być. To cecha oznaczająca dostrzeganie rzeczywistości. Niestety, często ją tracimy.

Z psychoterapeutą Jarosławem Józefowiczem rozmawia Aleksandra Nowakowska.

W sanskrycie słowo „uważność” oznacza uwagę i trwanie. Jak praktykować uważność w związku?
Uważność jest nastawieniem wewnętrznym, rodzajem skupienia, stanem ducha. Jeśli jest intencja budowania relacji tak, żeby stawała się coraz bliższa, mocniejsza, głębsza, wtedy uważność będzie oznaczała rodzaj uwagi uwzględniającej wiele. Potrzeby, chęci, trudności, przeżycia tej drugiej osoby.

To usłyszenie i wysłuchanie uczuć, słów i doświadczeń.
Takie wczucie się w czyjeś położenie, „wejście w buty” kogoś bliskiego.

Uważność to czujność, ale rozumiana nie jako stanie z boku, a także nie analizowanie i lustrowanie. Raczej dostrzeganie bez oceniania i obwiniania.
To świadoma obecność bez interpretowania.

Uważność może być mylona z nadopiekuńczością, która tak naprawdę jest odrzucaniem, zabieraniem komuś mocy i przestrzeni.
W tym przypadku w ogóle nie ma uważności, a jest deficyt wewnętrzny. U osoby nadopiekuńczej może on oznaczać lęk przed odrzuceniem. Ktoś taki ma zazwyczaj skłonność do bycia ofiarnym, pomocnym, nadmiernie troszczącym się. Może mieć przekonanie, że przecież cały czas myśli o partnerze, tak dużo daje, że o sobie zapomina, i że to właśnie jest uważność. Tymczasem jest to postawa kompensująca, kryjąca obawę „muszę się starać, żeby mnie nie zostawił, żeby mnie chciał.” Taka osoba wyobraża sobie, że jak podejmie nadopiekuńcze starania, uzyska pożądany efekt. Nie ma refleksji, że lepiej byłoby coś w sobie zmienić. Tak naprawdę jest skupiona jedynie na sobie i na swoim lęku przed odrzuceniem.

Ten lęk objawia się też nadmierną otwartością, zachowaniami dążącymi do zatracenia zdrowego dystansu, ale także z bezradnością wobec dominacji, lękliwością, tolerowaniem krzywdy. Takie osoby często łączą się z partnerami, którzy mają lęk przed pochłonięciem.
Kiedy mamy ten drugi lęk, często reagujemy w sposób nadmiernie obronny. Stawiamy sztywne granice, by nikt się do nas zanadto nie zbliżył, bo boimy się wyimaginowanego zagarnięcia. Ktoś taki może unikać dłuższego przebywania razem, racjonalizować, zamieniać uczucia na logikę, zmuszać, okazywać złość, zachowywać się wrogo, by zachować dystans, mieć trudności z dawaniem, nie tolerować niedoskonałości, czuć się przytłoczony uwagą drugiej strony, sprawiać wrażenie kogoś oziębłego. Takie zachowania stoją na przeszkodzie do bliskości.

Uważność to zaciekawienie drugą osobą. Chcemy poczuć kim ten człowiek jest naprawdę. Jeśli jesteśmy uważni na niego tu i teraz, dostrzegamy co się w nim dzieje. Odkrywamy nie listę cech, tylko potencjał. Nie przyjmujemy stałych poglądów na jego temat a podążamy za jego rozwojem.
Warto nie mieć stałych założeń na temat drugiego człowieka, bo każdego dnia może się odsłonić jakaś jego nowa twarz. Mówimy teraz o miejscu, gdzie występuje zdolność do widzenia człowieka takim, jakim on jest w swojej zmienności, w tym mnóstwie przejawów.

Będąc w związku, mamy do czynienia również z trudnymi emocjami partnera. Gdy ktoś jest uważny, umie się z nimi skonfrontować.
Wtedy widzimy, że partner jest zdolny do przeżywania na przykład złości czy zazdrości. Uważność pozwala mi tego nie oceniać, nie działać z wcześniej przyjętym jego obrazem, tylko reagować zgodnie z tym, co czuję naprawdę. Jeśli złość jest skierowana do jego szefa, mogę tego wysłuchać, towarzyszyć temu. Kiedy partner w naszej wizji jest kimś jednostronnie łagodnym i opanowanym, w momencie gdy się złości, zaczynamy czuć się niepewnie i odnosimy tą emocję do naszej relacji, chociaż w istocie ona jej wcale nie dotyczy.

Uważność polega na tym, żeby na przykład pod agresją zauważyć niepewność, pod powściągliwością - niepokój?
Potrzeba bardzo dużo uważności, by pod złością skierowaną w moją stronę dostrzec zranienie, lęk czy niepewność. Z drugiej strony pułapką może być sytuacja, kiedy jest nakładane nadmierne uwielbienie. Dzięki uważności czujemy, że ten zachwyt płynie z wewnętrznego deficytu partnera. W tym momencie ta osoba nie do końca widzi mnie, tylko na przykład mój sukces przynależny do roli, którą wypełniam w życiu zawodowym. Dzieje się tak dlatego, bo sama potrzebuje na przykład być bardziej ambitna w tej sferze życia.

W związkach często odgrywamy role. Mężczyzna może podziwiać partnerkę, mówiąc jej „jaką jesteś wspaniałą matką dla naszych dzieci”, nie widząc w niej kobiety. Bo jest w roli syna stęsknionego za mamusią i nie widzi jej rzeczywiście.
Inny przykład - mężczyzna wiąże się z szefową, która zarządza firmą i która zawsze ma odpowiedź, zawsze wie jak działać. Tymczasem na gruncie prywatnym okazuje się, że bywa słaba, bezbronna i od czasu do czasu chciałaby się oddać w opiekę. Dla niego może to być totalnym zaskoczeniem, może mieć trudności, żeby to przyjąć, może ujawnić się rozczarowanie. Jeśli ona przyciągnęła go swoją siłą, on może mieć deficyt w tym punkcie. Oznacza to, że nie umie być twardym, jeśli kobieta jest miękka, bo swoją siłę projektuje na nią.

Gdy nie jesteśmy uważni, pojawiają się: ignorowanie, odmowa słuchania, bycie nieosiągalnym i strach przed prawdą.
Jak nie jesteśmy uważni, skupiamy się wyłącznie na sobie. A później są przejawy, o których mówisz.

Trudno nam być uważnym na kogoś, kiedy nie mamy uważności na siebie, bo sami jesteśmy spętani przez przeszłość, tkwimy w rolach. Łatwiej o uważność, gdy nie boimy się uczuć, które przychodzą, jesteśmy zrównoważeni, wewnętrznie spójni. Uważność to dojrzałość, bycie przebudzonym, świadomym.
Uważność to wyzwanie, ale nie tylko Budda mógł jej doświadczyć. Jest ona do osiągnięcia dla każdego. Jednak gdy postawimy sobie ją za cel i będziemy wykonywać różnego rodzaju zabiegi, nasz plan intelektualny zaprowadzi nas na manowce. Chodzi raczej o to, żeby się zająć wewnętrznymi lękami, ocenami, niepewnościami. Wtedy uważność jako zdolność naturalnie przynależna do natury człowieka, zyska przestrzeń żeby znowu się pojawić. Ona zawsze w nas jest, tylko często dostęp do niej jest odcięty lub utrudniony.

Z uważnością wiąże się prostota, szczere zachowania. Jeśli jest uważność, strefa poczucia bezpieczeństwa rozszerza się jako naturalny efekt.
Tak, pojawia się zaufanie, otwartość, wzajemność. Nie wchodzimy w role, nie nakładamy perspektyw, jesteśmy autentyczni. Dochodzimy do bazowych poziomów bezpieczeństwa, nie trzeba już udawać, jest ciepło.

Uważności towarzyszy zwykle uznanie i wdzięczność.
Dla mnie wiąże się to z zachwytem. Odczuwa się takie głębokie zadowolenie, poczucie spełnienia, połączenie tych uczuć. Mogę cieszyć się, że jestem w tej relacji, z taką właśnie osobą i że coś fajnego się między nami wydarza, obojętnie czy trwa chwilę czy 20 lat. Uznanie i wdzięczność połączone są z otwieraniem się na pewien poziom bycia. Na nim nie ma już poczucia braku ani raniącego krytycyzmu. To jest rozgoszczenie się w czymś dobrym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Przy nim jesteś inna" – dlaczego kobiety nie są sobą w obecności partnera?

Powodem bycia
Powodem bycia "nie sobą" mogą być stereotypy dotyczące kobiecości - mówi Jagna Ambroziak. (Fot. iStock)
Poza domem: przebojowa i samodzielna. Przy swoim mężczyźnie: kokietka albo – przestraszona i zagubiona. Dlaczego kobietom często się zdarza nie być sobą przy swoich partnerach – wyjaśnia psychoterapeutka, Jagna Ambroziak.

„Byłam u przyjaciółki, śmiałyśmy się i gadałyśmy o czasach liceum. Kiedy przyszedł mój partner, serce zabiło mi szybciej, pomyślałam, że to z miłości. Zerwałam się i pobiegłam do niego, rzuciłam na szyje. Usiadłam najbliżej jak mogłam. Starałam się być zabawna i naturalna! Następnego dnia przyjaciółka zadzwoniła i powiedziała, że przy nim zachowuję się jak kretynka. "Sorry, ale jakbyś nagle stała się kimś innym, mniej fajnym i nieprawdziwym! Dlaczego?".

Takie opowieści słyszy się nie tylko w gabinetach psychoterapeutów. Samej zdarzyło mi się coś podobnego usłyszeć o sobie. Zebrałam więc świadectwa kilku kobiet, które chciały zrozumieć, dlaczego stają się kimś innym, gdy obok nich stanie ich mężczyzna. Moje rozmówczynie były w różnym wieku i miały różny status społeczny, ale wszystkie łączyło jedno: niepewność. Wynikająca z różnych przyczyn: schematu relacji wyniesionego z dzieciństwa, stereotypów, kompleksów, braku poczucia bezpieczeństwa…

Jaka jest twoja miłość startowa?

– Kobieta w relacje z mężczyzną nie wchodzi, jako tabula rasa, czysta karta – mówi psychoterapeutka Jagna Ambroziak. – Nawet jeśli to jej pierwszy związek erotyczny, ma za sobą to co można nazwać „miłością startową”, czyli relacje z matką i z ojcem.

Opowieść o miłości, jaką z tym mężczyzną napisze, uwarunkowana będzie tym, czego ta kobieta spodziewa się po bliskich osobach. Jak będą się wobec niej odnosić, jak zachowywać, jak oceniać? Jeśli może po chwili refleksji nazwać te obawy i odpowiednio zaadresować. Jeśli wynikają z przeszłości – pamiętać o tym, by nie wpływały na obecny związek. Warto też porozmawiać o nich z partnerem. To najprostsza droga by zacząć być przy nim sobą.

Trudniej, gdy doświadczenia budzące obawy, a wpływające na zachowanie, pozostają w sferze nieświadomości. - Można powiedzieć, że tym silniej kobieta będzie głupieć w towarzystwie swojego mężczyzny, im więcej nieuświadomionych lęków przed miłością doświadczyła w przeszłości - dodaje Jagna Ambroziak. - Będzie tym bardziej sztuczna, im bardziej obawia się tego, jak on może się wobec niej zachować, jak ją ocenić i co do niej czuje.

Co gorsza, im bliżej będzie z nim, tym silniej jej zachowaniem będzie kierować to, czego doświadczyła w pierwszych latach życia, a czego sobie nie uświadamia. Bliskość nie zniweluje lęku, wzmocni go tylko. Trudno nam się z tym pogodzić, wierzymy w rozum, w nasze projekty, ambicje, działanie. Tymczasem, jak mówią psycholodzy, aż w 80% kieruje nami to, co nieuświadomione. Dlatego czasem potrzebna jest pomoc psychoterapeuty w odkryciu tego, co wpływa na nasze zachowanie. Warto się tego dowiedzieć, warto pomówić o tym z partnerem. Zniknie udawanie, chowanie za maskami. Zaczniemy być prawdziwe.

To bardziej kobiece

"Chichoczesz przy nim, wywracasz oczami i poprawiasz włosy jak jakaś kretynka - usłyszałam od siostry, kiedy pierwszy raz jedliśmy we trójkę lunch z moim nowym partnerem. Myślałam, że dlatego, iż bardzo mi zależy, żeby się polubili. - Durniejesz przy nim, zachowujesz się, jakbyś dwa do dwóch nie umiała dodać - ciągnęła. - Aż mi się niedobrze robi. Przecież cię znam i wiem, że nie jesteś wcale taka. No, zatkało mnie".

- Powodem bycia "nie sobą" mogą być też stereotypy dotyczące kobiecości - mówi Jagna Ambroziak. - A właśnie dziecięce, nieodpowiedzialne, emocjonalne zachowania uchodzą za bardziej kobiece.

Wielu mężczyzn pociągają kobiety szukające silnego męskiego ramienia, czyli pomocy, ochrony i oparcia. Zakochane w nich i paplające głupstewka partnerki dopasowują się wiec do tego stereotypu, nawet gdy z natury są inne. Co więcej, to się może opłacać - kobiety udające słabe potrafią manipulować pyszałkowatymi, pozującymi na macho mężczyznami. Małżeństwo histeryczne to właśnie związek pozornie słabej kobiety z pozornie silnym mężczyzną. Czyli dwojga ludzi udających kogoś, kim nie są.

- Nie tylko stereotypy mówią nam: "Bądź przy nim taka mała!". Jeśli relacja startowa, czyli ta z matką, nie była dobra, i nie dostaliśmy bezwarunkowej troski i miłości, to w dorosłym związku możemy mieć dziecięce oczekiwania, przeżywać w bliskich relacjach regres do dzieciństwa - wyjaśnia Jagna Ambroziak. - Oczekujemy wówczas od partnera, że będzie naszym tatą. Zachowujemy się jak dziecko, zmuszając go do wejścia w nienaturalną rolę ojca. W efekcie oboje gramy.

Rada? Trzeba pogodzić się z tym, że to, czego nie dostaliśmy w dzieciństwie, już do nas nie przyjdzie. To jedyna droga do tego, by nauczyć się cieszyć dorosłą, erotyczną miłością.

Zaproszenie do szczerości

"Siostra zapytała mnie wprost, czy na pewno jestem z tym facetem szczęśliwa, czy czuję się kochana i akceptowana, bo zaczyna podejrzewać, że nie". Jagna Ambroziak: - Tego, jaka jest naprawdę nasza miłosna relacja, możemy się dowiedzieć dopiero wtedy, gdy będziemy w niej naturalne. Czy ten mężczyzna mnie akceptuje taką, jaka jestem? Czy taką mnie kocha? Jeśli tak - niczego nie muszę już udawać. Co więcej, dopiero gdy jasno powiem, czego chcę, mogę dowiedzieć się, czy partner zaspokoi te oczekiwania. I czy nie zaspokaja ich dlatego, że nie chce, czy dlatego, że o nich nie wie.

Ale jest jeszcze inny powód takich zachowań. - Wiele kobiet traktuje mężczyznę jak przedłużenie siebie. Może to brzmieć zabawnie, ale w praktyce oznacza, że jeśli on powie czy zrobi coś głupiego, odczuwają wstyd, tak jakby same to zrobiły - wyjaśnia Jagna Ambroziak. - Myślą, że inni oceniają je, patrząc na partnera. Dlatego gdy razem wychodzą, bardzo się denerwują, są sztuczne, spięte, zaczynają kontrolować, co on mówi czy robi. Wchodzą mu w zdanie, nie mogą skupić się na rozmowie z przyjaciółmi, bo wciąż nasłuchują i obserwują, co robi partner, aby w razie jakiegoś blamażu natychmiast interweniować.

Ten problem mija, kiedy zdamy sobie sprawę, że każdy dorosły człowiek odpowiada sam za siebie. A jeśli nie akceptujemy tego, jak zachowuje się czy nawet kim jest nasz partner - warto mu o tym powiedzieć. Oczywiście on może uznać, że nie chce się zmieniać, a my - że w takim razie nie jesteśmy w stanie tego znieść. Powinniśmy wtedy dać mu prawo do tego, by poszukał szczęścia z kimś innym. Bo inaczej ani my, ani on nigdy nie będziemy usatysfakcjonowani związkiem.

Określmy jasno granice

"Mój partner flirtuje na Facebooku, żartuje z moimi koleżankami, podrywa nawet kelnerki. Nie wiem, co go właściwie łączy z byłą żoną. Mówi, że bycie rodzicami ich dziecka, ale czy na pewno tylko tyle? Nie wiem właściwie, czy jesteśmy razem, czy to tylko "czasowe rozwiązanie problemu samotności", jak określił niby-związki jego przyjaciel. Mieszkamy razem, ale bez zobowiązań finansowych czy formalnych, tak jakby on był ze mną, ale nie przestał jednocześnie rozglądać się za kimś lepszym".

-Zachowujemy się głupio, czasem zabawnie, a czasem z pretensjami, gdy nie czujemy się bezpiecznie w relacji z danym mężczyzną - mówi Jagna Ambroziak. - Bezpieczeństwo daje jasne granice, które z jednej strony są bardzo sztywne, a z drugiej dzięki temu mogą być elastyczne.

Co to znaczy? Że obie strony muszą jednoznacznie wiedzieć, jakie zachowania są dopuszczalne tylko dla nas: seks, pocałunki, rozmowy o sprawach dotyczących związku, np. "Czerwone róże kupujesz tylko dla mnie, dla innych różowe albo herbaciane". Jeśli mamy wytyczone ramy i przestrzegamy tego, co wolno, a czego nie, to gdy on uściska na powitanie przyjaciółkę albo uśmiechnie się do byłej żony - jego nowa partnerka nie poczuje niepokoju.

Jeśli nie ma jasnych i szanowanych przez oboje partnerów granic zewnętrznych, chroniących ich intymny świat, jeśli nie wiadomo, co wolno, a czego nie - kobieta staje się bardziej czujna i czuje się zagrożona z byle powodu. - Dużo napięcia i sztuczności rodzi się zwykle w relacji, która nie ma ani ram, ani zasad funkcjonowania - mówi Jagna Ambroziak. - I wtedy jeśli mężczyzna przytula się w tańcu do innej kobiety, jego partnerka albo dystansuje się wobec niego, albo do niego przylega. Dystansuje, czyli udaje, że jej to nie obchodzi. Ale takie udawanie rodzi sztuczność. Nie jest więc sobą i inni to wyczuwają. Z kolei jeśli przylega do partnera, czyli kontroluje go - także nie jest sobą, stawia siebie w roli stróżą. I teraz tak: nie można skupić się na sobie i na swoich sprawach ani wtedy, kiedy się kontroluje, ani wtedy, kiedy jest się kontrolowanym.

Co zatem robić? Ustalić granice. Powiedzieć partnerowi: "Nie czuję się bezpieczna, nie wiem, co jest tylko nasze, a potrzebuje to wiedzieć". Mówmy partnerowi o naszych potrzebach, a nie co ma lub czego nie robić. Zamiast: "Nie tańcz tak objęty z innymi", powiedzmy: "Chciałabym wiedzieć, że przytulanki i seks są zarezerwowane tylko dla nas".

Dla bezpieczeństwa i skonstruowania ram dla szczęśliwego związku istotne są zwłaszcza dwie zasady. Pierwsza z nich to zasada odgraniczania pary od świata, czyli jej zewnętrznych granic. Druga: odgraniczania wewnątrz pary, czyli granicy między dwojgiem ludzi. Jeśli ta granica jest elastyczna i słabsza niż ta, która oddziela parę od innych, nawet od dzieci i rodziny - to wszystko w porządku. Ale bywa, że pomiędzy partnerami powstaje mur wyższy niż ten, który oddziela ich od świata. Dzieje się tak, kiedy boimy się bliskości, zostaliśmy zranieni, odrzuceni w dzieciństwie. W efekcie w dorosłym życiu bronimy się przed intymnością we dwoje, wchodząc w bliskość z osobami trzecimi. I uciekamy w zdrady, romanse, zwierzenia... No, a wtedy nie ma poczucia bezpieczeństwa. Jest niepokój i gra.

Nie spinaj się tak

"Poprawiam makijaż, siadam tak, żeby dobrze było widać mój kształtny biust i się uśmiecham. Za chwilę wróci mąż. Mój przyjaciel, patrząc na mnie, powiedział, że staję się lalką. - To nienaturalne starać się być atrakcyjną dla męża? - zapytałam. Usłyszałam, że to, co wyprawiam, jest sztuczne. I czy mąż w ogóle kocha, bo zachowuje się tak, jakbym wciąż o niego zabiegała".

- Interpretowanie wszystkiego jako krytyki czy ataku zdarza się, kiedy mamy wiele kompleksów - mówi Jagna Ambroziak. - W tym wypadku nasze zachowanie nie wynika z zachowania partnera. Dlatego najwłaściwiej będzie zadbać o realną ocenę swoich zalet i wad. Podobna postawa kobiety może być jednak efektem toksycznego działania mężczyzny.

"Zdałam sobie sprawę, że mąż mnie ciągle krytykuje. Zawsze zauważy coś, co trzeba poprawić. Dlatego zanim wróci z pracy, zastanawiam się, do czego może się przyczepić. Co tym razem może go zirytować? Widzę, jak bardzo mnie to spina".

Jagna Ambroziak: - W stresie organizm przetacza krew do mięśni, bo szykuje się do ucieczki albo do walki. Logiczne myślenie jest upośledzone, bo mózg jest niedotleniony. Kieruje nami bardziej instynkt niż rozum. Dlatego kiedy czujemy napięcie - warto skupić się na oddechu, uspokoić. Po chwili relaksu krew powróci do kory mózgowej z mięśni, a wówczas zobaczymy, jak jest: czy partner chce nas skrzywdzić, czy to tylko nasze kompleksy podnoszą głowę. Kiedy uspokoimy się, możemy szczerze powiedzieć mu, że nie chcemy, by nas krytykował.

Kolejna zasada, której warto przestrzegać, to dbanie o niezachwiane poczucie wartości obojga partnerów. Niezależnie od tego, kto więcej zarabia czy robi karierę, jesteśmy sobie równi - choć wnosimy do związku różne rzeczy. Równość może opierać się na przykład na tym, że emocjonalne centrum to kobieta, a materialne - mężczyzna. I ta równość musi być szanowana. Nie można poniżać partnera, który mniej zarabia czy stracił pracę. Nie można też krytykować i być ironicznym wobec partnerki, której zazdrości się sukcesu.

Zdarza się, że kobieta, która mniej zarabia, bierze kredyt, by zaimponować partnerowi. Zdarza się, że mężczyzna, który wstydzi się sukcesu, pozwala być poniżany, na przykład ośmieszany przy dzieciach czy znajomych. Jeśli tak się dzieje, równość zostaje zaburzona, a my - znów - przestajemy być sobą.

Jagna Ambroziak - psycholog kliniczny, psychoterapeutka, trenerka i coach.

  1. Psychologia

Zazdrość i wolność w związku – co tracimy próbując zawłaszczyć partnera?

Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Wiele osób, wiążąc się z kimś na stałe, ucina kontakty towarzyskie, zwykle z przyjaciółmi przeciwnej płci, często pod wpływem partnera... i odbywa się to powoli, prawie niezauważalnie. Partner nie daje drugiej połówce przestrzeni w związku, a ta połówka pozwala na to lub nie... Jak powstaje proces zawłaszczania i kiedy możemy mieć powody do niepokoju? – wyjaśnia psycholożka Dorota Krzywicka.

Biada tym, którzy po znalezieniu partnera odcinają go od jego znajomych i przyjaciół! Ten błąd popełniają ludzie którzy:

1. Żywią bezsensowne przekonanie, że od momentu zostania parą wystarczy im ich własne towarzystwo. Nie wystarczy. Czujemy się kompletni gdy pełnimy równolegle kilka ról: partnera, przyjaciela, znajomego, rodzica lub dziecka (dla własnych rodziców) itd. Oczywiście w różnych okresach czasu i sytuacjach w każdą z nich jesteśmy zaangażowani mniej lub bardziej, ale dobrze gdy nie ograniczamy się do jednej. Zamknięcie w jednej roli jest frustrujące o czym świetnie wiedzą wszyscy, którzy z jakichś powodów muszą w niej tkwić - albo pracować 14 godzin na dobę albo siedzieć tylko w domu i pilnować dzieci (oraz garów, pralki i odkurzacza), ale cierpią też ci, którzy tylko „balują” ze znajomymi – bycie non-stop imprezowiczem też po jakimś czasie przestaje wystarczać do szczęścia.

2. Uważają, że całe szczęście zaczerpną z jedynej, ukochanej osoby. Nie zaczerpną, bo nikt nie jest w stanie być jedynym źródłem szczęścia. Zadowolenie z życia bierze się z różnych sytuacji, bo ona np. nie zagra z nim w piłkę, a on nie pogada o nowych trendach w modzie, ją nie interesuje dyskusja o wyższości motoru Suzuki nad Hondą, on zaśnie oglądając komedię romantyczną, ona najlepiej relaksuje się w SPA, on na siłowni – lista różnych drobnych przyjemności, których każde z pary potrzebuje, a których spełnienia nie sposób oczekiwać od partnera jest nieskończona i jedno jest pewne – potrzebni są nam do towarzystwa inni ludzie, bo jeden człowiek (nawet najfajniejszy) nie udźwignie takiego obciążenia.

3. Żyją w lęku, że ktoś ukradnie im skarb. Tutaj potencjalnymi złodziejami są znajomi nie tej samej płci co „skarb”. Ten lęk miewa różne źródła. Wywołują go np.

- przykre doświadczenia z przeszłości - zaczyna działać zasada: „Kto raz się sparzył, ten na zimne dmucha” – głupie, bo przecież w kuchni parzymy się nie jeden raz, a mimo to gotujemy dalej.

- tkwiący w głowie stereotyp „Przyjaźń między osobnikami różnej płci jest niemożliwa, zawsze ma podtekst seksualny” – absurdalne, nie wszyscy jesteśmy nadpobudliwi seksualnie, nie wszystkim „tylko jedno w głowie”. Podejrzanym o zbytnie „rozseksualnienie” otoczenia jest raczej ten kto żywi takie przekonanie, a nie ci, których on się obawia (zgodnie z zasadą „Każdy sądzi według siebie”…).

- niska samoocena – ktoś, kto wątpi w swoją wartość czuje się zawsze zagrożony, bo przecież inni są lepsi, mądrzejsi, piękniejsi itd., więc partner tylko wtedy zostanie przy „wybrakowanym egzemplarzu”, gdy nie będzie widział „pełnowartościowych”. W tej sytuacji najlepiej byłoby trzymać partnera w piwnicy, bo uniemożliwienie mu kontaktu z przyjaciółmi odmiennej płci nic nie da, świat jest pełen osobników płci odmiennej.

- niska lub błędna ocena partnera – pogląd, że nasza druga połowa to wymagający nieustannego dozoru „pies na baby” albo „niestała trzpiotka” rzeczywiście popycha do czujnego sprawdzania z kim, gdzie i po co się spotyka, ale zamiast tracić energię na kontrolę jego kontaktów chyba sensowniej zużyć ją na zastanowienie się po co MY się z nim spotykamy?

Pozytywy posiadania przyjaciół przez naszego partnera

O tym, że dzięki nim nie musimy grać z nim w piłkę albo chodzić na romantyczne filmy, czyli uszczęśliwiać w każdej minucie życia już było i chyba każdy zgodzi się, że to bezcenne. Poza tym znajomi dają nam odsapnąć - nie musimy po raz dziesiąty słuchać tej samej historii, do której partner uwielbia wracać, są inne uszy, które nas odciążą, inni pośmieją się z jego ukochanego dowcipu, który nas już tylko denerwuje. Kolejny plus - partner z pogaduszek ze znajomymi wraca do nas zadowolony, bo miał przed kim błyszczeć, roztaczać pawi ogon – my ten ogon znamy na wylot, wiemy gdzie przetarty, gdzie podmalowany farbkami, więc wyszedłby na głupca próbując nas nim olśnić. Chwała znajomym, że od czasu do czasu są widownią w tym teatrze jednego aktora – większość ludzi lubi sobie czasem „poaktorzyć”, a jak to zrobić w związku, w którym partnerzy znają się jak łyse konie? Kolejna korzyść to fakt, że posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną.

I jeszcze jeden plus – w każdym związku, nawet najfajniejszym, czasem coś zgrzyta. Reakcje na zgrzyt: albo kłótnia czyli mówimy za dużo, albo foch czyli w ogóle nie mówimy, albo chcemy pogadać, ale nie z „wrednym” partnerem (bo nie chodzi o rozwiązanie problemu tylko o wyżalenie się komuś, ponarzekanie - jak to zrobimy to nam ulży). Do kogo pójść? Jeśli partner pójdzie na „wyżalanki” do własnych rodziców to jest ogromne ryzyko, że jemu i nam na drugi dzień złość przejdzie, wszystko między nami wróci do normy… ale teściowie będą pamiętać „krzywdy” wyrządzone ich ukochanemu dziecku. Trudno się potem dziwić, że zaczną na nas krzywo patrzeć (co skutkuje tym, że my na nich z czasem będziemy patrzeć tak samo). Jeśli pójdzie do naszych rodziców może być jeszcze gorzej, bo krytykując ich dziecko krytykuje ich, wykazuje producentowi wady produktu. To już jest gol samobójczy. Tylko przyjaciele wysłuchają, pocieszą i nie będą robić afery czyli jest ulga bez przykrych konsekwencji. Warto mieć taką „grupę wsparcia”.

Największym jednak pozytywem jest to, że dzięki ludziom otaczającym nas i naszego partnera rozwijamy się i wzbogacamy związek. Szczególne przydatnymi w rozwoju osobami są właśnie te, które najczęściej kasujemy z życia partnera/partnerki – przedstawiciele płci przeciwnej, a im atrakcyjniejsi (zewnętrznie lub wewnętrznie) tym lepiej! Oni są jak szczupak w stawie pełnym karpi. Karpie czując zagrożenie szybciej rosną, podwajają muskulaturę, stają się rybą z prawdziwego zdarzenia, a nie gnuśnieją w bezruchu, stając się skarlałą i obrośniętą tłuszczem byle jaką rybką. Potencjalny „drapieżnik” wśród znajomych nie ma budzić panicznego lęku tylko motywować do starań. Świadomość, że musimy dbać o naszą atrakcyjność, bo nasz partner otoczony jest innymi ludźmi, popycha nas do dbałości o ciało i duszę. Nie pozwala „spocząć na laurach”, uznać że zostanie oficjalną parą zakończyło etap wkładania wysiłku w podobanie się wybrankowi/ wybrance. Bez tego wysiłku stajemy się z czasem do bólu przewidywalni więc nudni, bezbarwni, nijacy, wtapiamy się w tło, zamiast zawsze być dla ukochanej osoby barwnym akcentem skupiającym uwagę i wywołującym pozytywne emocje.

Wszyscy wiemy, że konkurencja jest zdrowa w gospodarce – tak samo jest zdrowa w związku. Widząc zadbane koleżanki partnera mądra kobieta nie traci czasu na zazdrość, tylko wykorzystuje go na zadbanie o siebie. Mądry mężczyzna nie obrzydza swojej kobiecie wysportowanych kolegów mówiąc o nich z pogardą „mięśniaki”, tylko bierze się za siebie. Słuchając toczącej się wartko rozmowy partnera z przyjaciółkami kobieta nie obgryza z wściekłości paznokci tylko zapamiętuje co warto poczytać, co obejrzeć, poszerza SWOJE horyzonty, a nie próbuje zawęzić ich partnerowi (mężczyznę obowiązuje ta sama zasada). Dobrze, że są „szczupaki”! Dzięki nim chce nam się dbać o siebie, a tym samym o związek.

Dla tych, którym przykład stawu z rybami nie przemawia do wyobraźni, przykład drogowy - „konkurencja” w postaci odmiennej płci jest jak wyboisty, chropawy brzeg szosy celowo w ten sposób zrobiony, by obudzić kierowcę, któremu przysnęło się za kółkiem i za chwilę wypadnie z trasy. „Konkurencja” budzi zasypiających w związku, więc cieszmy się, że jest!

Kiedy warto odciąć przyjaciół/ przyjaciółki?

Nigdy. Jeśli widzimy, że przyjaciele/ przyjaciółki stają się dla naszego partnera ważniejsi niż my, to nic nam nie da odizolowanie go od nich. Bo problem nie tkwi w nich tylko w naszym związku. Braku dobrej więzi nie uleczymy zamykając się przed światem. Co z tego, że partner nigdzie nie wyjdzie sam, z nikim się nie spotka, tylko z nami będzie chodził na spacer, do kina, a najlepiej, żeby siedział w domu i nigdzie nie wychodził, bo przecież wszędzie czai się „wróg”? Stanie się przez to milszy, cieplejszy, rozmowniejszy, czulszy, bardziej zainteresowany naszą osobą? Nie, i on i my staniemy się sobie jeszcze bardziej obcy, bo zgorzkniejemy, zanudzimy się, wszystkie nasze wady tylko rozkwitną a nie znikną, problemy zwiększą się a nie zmniejszą. Jeśli między partnerami wszystko gra to nikt się między nich nie wciśnie, nawet, gdy otacza ich tłum. Warto więc dokładać starań, by zawsze grało.

A gdyby jakiś „szczupak” zaczął nachalnie podskubywać naszego partnera to nie czynimy wyrzutów „podskubywanemu” ani nie uciekamy przed drapieżnikiem tylko dajemy mu delikatnie do zrozumienia: „Odpłyń na rozsądną odległość, jestem tu i też mam zęby”.

  1. Psychologia

Zdrada – szukanie bliskości poza związkiem to alarm

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.

Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.

Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta „schizofrenia” bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie – ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.

Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: „Co ty mi zrobiłeś?!”. No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.

Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.

Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.

Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.

Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: „O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!”. Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.

Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki „nieoficjalne”. Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa – można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.

  1. Psychologia

Trójczynnikowa koncepcja miłości

W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. (Fot. iStock)
W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. (Fot. iStock)
Miłość, niby wszyscy wiemy, co oznacza. Ale czy zapytana/y o definicję masz na pewno gotową odpowiedź? No właśnie…

Pod koniec lat osiemdziesiątych amerykański psycholog, Robert Sternberg, podjął to wyzwanie i postanowił rozłożyć na czynniki pierwsze „magiczne” i używane każdego dnia przez miliony ludzi na całym świecie, pojęcie. W ten sposób powstała Trójczynnikowa Koncepcja Miłości. Sternberg uznał bowiem, że „pełna” miłość składa się z trzech niezbędnych elementów: intymności, namiętności oraz zobowiązania. Jednak furtkę zostawił uchyloną przekonując, że każdy z tych składników jest plastyczny, i to wyłącznie od partnerów, pary zależy czy zdecydujemy się poszczególne elementy pielęgnować, rozwijać.

Intymnie

W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. To sytuacja, kiedy z automatu uśmiechamy się, gdy śmieje się nasz partner i smucimy, gdy widzimy, że jemu jest źle. To chęć wyjaśniania nieporozumień, potrzeba pojednania po kłótni oraz wzajemne wspieranie się i zwierzanie. To twój partner jest pierwszą osobą, której opowiadasz, co czujesz, czy co cię spotkało. To właśnie intymność. Na początku związku bardzo powoli rośnie, ale opada jeszcze wolniej, zatem zwykle towarzyszy nam przez większość czasu trwania relacji. A kiedy wygasa, przy chęci i gotowości obu stron, można obudzić ją na nowo.

Namiętnie

Z definicji to: wysoka intensywność związana z pożądaniem o podłożu seksualnym lub romantycznym. Stała, silna tendencja do poszukiwania jedności fizycznej i/lub emocjonalnej z drugą, ukochaną osobą.

Na namiętność istotnie składa się pragnienie bliskości fizycznej z drugą osobą, podniecenie, ale to nie wszystko. To także rozmaite pozytywne uczucia, które towarzyszą związkowi na co dzień: zachwyt, wzruszenie, radość, ale również te negatywne: lęk, zazdrość, czy dojmująca tęsknota. To właśnie namiętność wyzwala w nas fantazje dotyczące partnera. O ile intymność pojawia się w związku powoli i powoli opada, dynamika namiętności jest zupełnie inna: na początku gwałtownie rośnie, szybko osiąga szczyt, ale równie szybko opada. Specjaliści przekonują, że mniej więcej po dwóch latach trwania związku nie ma już mowy o tym, by namiętność była na poziomie z początku związku. Jednak to naturalne i samo w sobie nie zagraża trwałości relacji.

Zobowiązująco

W tym przypadku szczególnie ważna jest nasza… praca! Chęć utrzymania stałości związku i poczucie odpowiedzialności za niego. To stałe wykazywanie zainteresowania, by przezwyciężać przeciwności, które przynosi los. Chodzi o świadomie ukierunkowane działania i myśli, których celem jest przekształcenie romansu w prawdziwy, trwały związek, chęć dbania o niego, pielęgnowania go. Zobowiązanie musi trwać „na dobre i na złe”. Wielu ekspertów przekonuje, że to właśnie ten składnik tworzy fundament teorii Sternberga. Bowiem wysoki poziom zobowiązania (nawet u jednego z partnerów) jest w stanie utrzymać związek na „odpowiednim” poziomie satysfakcji (oczywiście przez jakiś czas, bo pożądanym stanem jest poczucie zobowiązania obu stron). Dynamika zobowiązania jest inna niż te związane z intymnością i namiętnością. Poziom zobowiązania na początku rośnie powoli, następnie wraz z rozwojem relacji przyspiesza, aż w końcu osiąga stabilność i zwykle zachowuje ją już do końca związku.

Na podstawie wyników badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Santiago de Compostela, pod kierownictwem Roberta Sternberga stwierdzono, że i kobiety i mężczyźni przede wszystkom cenią w relacji intymności! To ona okazała się dla badanych najcenniejszym składnikiem związku.

Jeśli chodzi o namiętność, większość z par biorących udział w badaniu stwierdziło, że trudno jest im znaleźć pełną harmonię w tym obszarze relacji: albo mężczyźni potrzebują więcej tej składowej, a kobiety mniej lub odwrotnie. Zdecydowana większość twierdziła również, że pasja (namiętność) zanika wraz z upływem czasu. Brak symetrii dotyczy także ostatniego składnika, czyli zobowiązania. Sternberg sugeruje, że to zazwyczaj kobiety oczekują, potrzebują wyższego poziomu zaangażowania, mężczyźni raczej starają się, by ten element nie rósł.

7 sposobów na miłość

Miłość to nie tylko uczucie łączące kochanków, partnerów. Miłość także może mieć bardzo różne oblicza. I tak, na podstawie Trójczynnikowej Teorii Miłości Sternberg proponuje ideę, zgodnie z którą istnieje siedem dość jasno określonych „sposobów” na miłość:

1.Miłość w związku

Występuje ona wtedy, gdy istnieje mocne uczucie intymności między dwojgiem ludzi, ale nie ma w niej pasji i zaangażowania. Ta forma miłości jest charakterystyczna dla relacji między przyjaciółmi. Zazwyczaj są to bardzo trwałe relacje.

2. Krótkotrwały romans

W tym przypadku pojawia się namiętność, ale nie ma intymności oraz zobowiązania. Jest to charakterystyczne zjawisko dla tak zwanej „miłości od pierwszego wejrzenia”, zwykle to relacje krótkie i raczej płytkie.

3. Pusta miłość

Mówimy o niej wtedy, gdy nie ma już ani intymności, ani namiętności, a relacja opiera się na bardzo wysokim poziomie zaangażowania (zobowiązania) obu stron. Często to opis związku, który już bardzo długo.

4. Romantyczna miłość

W romantycznej miłości występuje mnóstwo namiętności oraz intymności, ale nie ma w niej zobowiązania. To coś na kształt „bujania w obłokach”, jest uczucie, ale nie ma rzeczywistej chęci stawiania wspólnie czoła problemom, które niesie życie.

5. Miłość społeczna

Ten rodzaj miłości pełen jest intymności i zaangażowania, ale nie ma w nim namiętności. Obie osoby cieszą się swoim wzajemnym towarzystwem i zdecydowały się utrzymać związek, pomimo braku jakiegokolwiek pożądania seksualnego czy romantycznych epizodów. Jest to typowa forma miłości panująca wśród przyjaciół czy bardzo dojrzałych par.

6.Głupia miłość

W relacjach tego typu dużo jest namiętności i silnego zaangażowania, ale brakuje intymności. Decyzja pozostania razem wynika przede wszystkim z pożądania seksualnego i romantyczności, a nie z chęci wzajemnego wspierania się i ufania sobie. Taki rodzaj relacji budują zwykle osoby, które cechują się wysokim stopniem niepewności i zależności od innych.

7. Miłość wytrawna

Stanowi ona „idealny” model miłości, w której wszystkie trzy składniki obecne są mniej więcej w równych proporcjach. Jest tutaj i namiętność, i intymność, a także zaangażowanie. Sternberg tłumaczy jednak, że ten rodzaj miłości jest… rzadkością.

  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.