1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Groza? Ja poproszę! - Dlaczego lubimy się bać?

Groza? Ja poproszę! - Dlaczego lubimy się bać?

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Często chodzisz do kina, wybierasz thrillery, horrory. W czasie weekendu stawiasz się na krótkim kursie przetrwania. Żyjesz tam w spartańskich warunkach, wspinasz się po linie na skały, przepływasz rwący nurt rzeki w małej tratwie. Czujesz lęk, strach, podekscytowanie. I wtedy dopiero wiesz, że żyjesz.

Każdy z nas odczuwa strach, to naturalny proces fizjologiczny. Jeśli działanie bodźca szybko ustaje, dla niektórych z nas może to być stymulujące. Stąd nasze zamiłowanie do oglądania filmów grozy, czy skoków na bungee. Choć to paradoksalne, ale czasem strach pozwala się zrelaksować. Gdy oglądamy horror, następuje nagły wzrost poziomu adrenaliny. Zastygamy w fotelu, zapominając o rzeczywistości, nasz organizm jest w pełnej gotowości. Wkrótce do mózgu dociera informacja, że to tylko film. Ciało się rozluźnia, emocje opadają. Wydaje się, że problemy, z którymi przyszliśmy do kina, nie mają już większego znaczenia. Dlaczego lubimy się bać i czy każdy bez ograniczeń może oglądać krwawe horrory rozmawiamy z psychologiem Piotrem Mosakiem z Centrum Doradztwa i Terapii – Psycholg.com.pl

Joanna Bartoszewicka: Wydawać by się mogło, że najlepiej czujemy się, gdy jesteśmy bezpieczni, a jednak od czasu do czasu potrzebujemy silniejszych emocji: strachu, lęku…

Piotr Mosak: Nie wszyscy, a ci, którzy deklarują takie potrzeby też nie zawsze dobrze umieją rozpoznać swoje stany. Najczęściej dzieje się tak, gdy żyjemy w ciągłym napięciu, przeżywamy permanentny stres w pracy, mamy problemy z nierozwiązanymi i niewyjaśnionymi emocjami. Wtedy szukamy możliwości dostarczenia sobie dawki kontrolowanego strachu, np. oglądając horrory, czy skacząc na bungee. Gdy lądujemy bezpiecznie na ziemi czujemy ulgę. Ten stan jest często planowany i wyczekiwany przez wiele tygodni.

J.B.: Kto szczególnie szuka takiej stymulacji?

P.M.: Są osoby, które mają wrodzoną potrzebę poszukiwania doznań. To właśnie oni wybierają nie tylko takie rozrywki, ale i zawody dostarczające silnych emocji. Wtedy czują, że żyją w pełni i są w zgodzie ze swoim organizmem.

J.B.: Jakie emocje może zaspokajać oglądanie horrorów ociekających krwią, sceny cięcia piłą, odrywania kończyn, którymi są naszpikowane hollywoodzkie komercyjne produkcje?

P.M.: Osoby, które szukają takich przeżyć mają podwyższoną potrzebę agresywnych doznań. Pół biedy, kiedy dzięki zabiegom społecznym i wychowawczym, ze zwolenników krwistych doznać wyrosną rzeźnicy, czy chirurdzy, gorzej jeśli przestępcy i mordercy. Nikt mnie nie przekona, że osoba, która z wypiekami na twarzy, zajadając się chipsami, patrzy na odcinaną piłą łańcuchową kończynę, jest w pełni szczęśliwa, spokojna, czy nawet zdrowa. To według mnie dotyczy również twórców takich filmów.

J.B.: Czy wobec tego istnieje wiek, od którego można oglądać takie filmy?

P.M.: Niestety dojrzewamy coraz później, a nasze płaty czołowe, które związane są z rozpoznawaniem związków przyczynowo-skutkowych rozwijają się w pełni nawet około 25 roku życia. To wyznacza pewną przerażającą granicę. Potwierdzają ją statystyki policyjne. Uważam, że epatowanie krwawymi scenami w filmach wcale nam nie służy, niezależnie od wieku. Życie i tak dostarcza nam na co dzień wielu nieprzyjemnych emocji, więc doświadczanie dodatkowych, może zaburzyć wewnętrzną równowagę emocjonalną i w najlżejszym przypadku skończyć się pokrzykiwaniem na dzieci, rzucaniem talerzami czy wiecznym narzekaniem na wszystko dookoła.

J.B.: Często lubimy horrory oglądać we dwoje, dlaczego?

P.M.: Człowiek jest istotą społeczną. Lubi z bliską osobą doświadczać wszelkich przeżyć. Jeśli do tego ma silną potrzebę poszukiwania doznań lub odreagowania emocjonalnego, to  wspólne oglądanie pozwala w bezpiecznym towarzystwie doświadczyć takich stanów. Poczucie bliskości, przytulanie, mogą w konsekwencji doprowadzić do kolejnych przyjemniejszych doznań .

J.B.: Jeden z twórców horrorów i fantasy, autor powieści Amerykanin  H.P. Lovecraft uważał, że groza kosmiczna - jak ją określał - łączy się z pierwotną, zakorzenioną w ludzkiej psychice fascynacją tym, co nadludzkie, nadnaturalne, cudowne. Stawiał tezę, że człowiek czytając literaturę, która odnosi się do zjawisk nadprzyrodzonych, odczuwa coś na kształt religijnego przeżycia. Co pan o tym sądzi?

P.M.: Człowiek czując swoją samotność i miałkość w kosmosie poszukuje często czegoś lub kogoś, kto jest ponad to wszystko. Potrafi wyjaśnić, zaopiekować się, zrozumieć. Religie, mistycyzm, wróżby służą zaspokojeniu tych potrzeb. Literatura trafiająca swymi treściami w taką wizję świata jest przez tych ludzi natychmiast pochłaniana. Czują się wtedy tak,  jakby przeżywali te treści w swym życiu. Nie przesadzajmy jednak z takimi uczuciami. Dla wielu wiara, to jednak coś więcej niż tylko lęk przed kometą.

Strach, czyli, co się z Tobą dzieje?

Na ekranie wampir wysysa krew z szyi pięknej dziewczyny. Ty w wygodnym fotelu, wciskasz się mocniej w siedzenie. Drżysz. Twój organizm reaguje tak, jak w przypadku stresu. Kiedyś przed tysiącami lat zdolność odczuwania strachu była nam przydatna, szczególnie, że na każdym kroku mógł czaić się drapieżnik. Jesteśmy tak genetycznie zaprogramowani, aby reagować emocjami na określone cechy bodźców. Wszystko to przetwarza i identyfikuje nasz mózg, a konkretnie część układu limbicznego – ciało migdałowate. Reakcja emocjonalna zaczyna się od zmian stanu ciała: szybciej bije serce, masz spłycony oddech, drżą ręce, na skórze czujesz gęsią skórkę, skurcz jelit.

W krytycznej sytuacji układ nerwowy i hormonalny są w stanie błyskawicznie zareagować. Nerwami współczulnymi biegną alarmujące sygnały, a do krążącej krwi uwalnia się adrenalina i inne hormony. Natychmiast przyspiesza rytm serca i oddech, wzrasta ciśnienie krwi, źrenice ulegają rozszerzeniu, a krew ze skóry, przewodu pokarmowego i układu moczowego zostaje skierowana do mięśni. Zmiany te powodują lepsze ukrwienie mózgu i mięśni, co jest niezbędne do skutecznej ucieczki lub obrony. Strach czyli to, co odbieramy w chwili jego działania, jak i sam proces zachodzący w mózgu, jest bardzo podobny do stanu podniecenia. I tak, jak ono stanowi ważny bodziec wpływający na poprawny rozwój organizmu. Dzięki temu uczuciu wiemy, kiedy znajdujemy się w niebezpieczeństwie i jesteśmy w stanie stawić mu czoła. Reagujemy strachem, gdy coś nam zagraża. Wiemy, że skoro się boimy, musimy zacząć działać. To sygnał, że trzeba albo uciekać, chować się albo walczyć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Osoby stosujące przemoc. Kim są? Dlaczego nie potrafią zapanować nad emocjami?

Przemoc ma różne oblicza. Prawie zawsze sprawcami są mężczyźni, którzy jako chłopcy doświadczali przemocy ze strony swoich rodziców, nawet jeżeli tylko byli jej świadkami. Czy można wyjść na dobre z cyklu przemocy, szczególnie, gdy stosuję się ją na co dzień? (fot. iStock)
Przemoc ma różne oblicza. Prawie zawsze sprawcami są mężczyźni, którzy jako chłopcy doświadczali przemocy ze strony swoich rodziców, nawet jeżeli tylko byli jej świadkami. Czy można wyjść na dobre z cyklu przemocy, szczególnie, gdy stosuję się ją na co dzień? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Skłonność do stosowania przemocy ma w większości przypadków podłoże psychologiczne i środowiskowe. A to oznacza, że osobom stosującym przemoc można pomóc. W jaki sposób?

Andrzej przed pierwszymi zajęciami grupy terapeutycznej dla osób stosujących przemoc opowiada o tym, jak nie panuje nad swoimi emocjami. „Czasami czuję się, jakby coś mnie opętało, przestaję być sobą, zaczynam być agresywny i opryskliwy. Najgorsze, że ten stan potrafi się nakręcać i wtedy robię rzeczy, których teraz żałuję. Wiem, że to nie jest dobre dla moich bliskich. Żona chce ode mnie odejść, a dzieci zaczynają się mnie bać”. Po takim wyznaniu, które samo w sobie wymaga odwagi, Andrzej decyduje się podjąć pracę nad sobą. Później, w trakcie zajęć, często z ust uczestników padają stwierdzenia, że praca nad samym sobą to najcięższa w życiu praca.

Rzeczywiście, zmiana głębokich przekonań, wzorców emocjonalnych i sposobu zachowania to niemałe wyzwanie. Na pewno jednak może też być przygodą i przynosić wiele satysfakcji. Przygodą odkrywania samego siebie, która potrafi uzdrawiać najważniejsze relacje.

Kim są sprawcy przemocy?

W grupie uczestniczy kilku mężczyzn – kierowali się początkowo przeróżnymi motywacjami, ale wszyscy zdecydowali się na cykl warsztatów, żeby zmienić swoje zachowania, które we współczesnym społeczeństwie uznawane są za przemoc. Niektórzy dopuścili się pobić partnerek, inni kontrolowali je na rożne sposoby i poniżali. Przemoc ma różne oblicza. To nie są potwory i zwyrodnialcy, jak często się zakłada, myśląc o sprawcach przemocy. W pewnym sensie to zwyczajni faceci, zagubieni w kulturze i wychowaniu podszytym przekonaniami przemocowymi. Prawie zawsze to są też mężczyźni, którzy jako chłopcy doświadczali przemocy ze strony swoich rodziców, nawet jeżeli tylko byli jej świadkami. Te doświadczenia uformowały ich rozumienie relacji pomiędzy kobietami i mężczyznami. Kiedy przez lata obserwowali w domu, jak jedna osoba dominuje nad drugą, nabierali przekonania, że tak właśnie urządzony jest świat. W głębi rzeczy jednak, mimo tych strasznych doznań i zdruzgotanego obrazu rzeczywistości, nie przestali być zwyczajnymi ludźmi.

Dlatego też bardziej adekwatnym opisem niż „sprawca” jest „osoba stosująca przemoc”. Jej tożsamość nie składa się tylko z tyrana krzywdzącego rodzinę. Zwykle jest też porządnym człowiekiem, który stara się poszukiwać spełnienia najważniejszych wartości. Częsty paradoks, na który natykam się w terapii stosujących przemoc, to odkrywanie, że za ich zachowaniami stoi np. potrzeba zadbania o rodzinę, jej spójność, przyszłość, potrzeba kontrolowania swojego życia i poczucia własnej wartości – zwyczajne potrzeby, takie jak u każdego człowieka. Niestety sposoby osiągania tego celu są nieprawidłowe, nie uwzględniające granic, uczuć i wolności innych osób. Dlatego nie chodzi o to, by tylko izolować, zabierać siłę czy zabraniać jej używania. Raczej o to, by nauczyć korzystać z niej dla dobra swojego i innych ludzi. Osoby stosujące przemoc często są w stanie dokonywać wielkich rzeczy i przy okazji służyć słabszym, bo drzemie w nich ogromny potencjał mocy, którą mogą się dzielić, ale która niestety w dużej mierze wykorzystywana jest przeciwko innym ludziom.

Wiele czynników może składać się na kształtowanie osobowości kogoś, kto używa przemocy: wczesne doświadczenia w rodzinie, doznawanie krzywdy ze strony silniejszych osób, środowisko, w którym się żyje, deficyty rozwojowe, choroby, uzależnienia, ale też wzorce kulturowe i przekaz jakim karmi się społeczeństwo. Najczęściej są to jednak czynniki psychologiczne i środowiskowe, a nie genetyczne, jak kiedyś chcieli tłumaczyć obrońcy męskiej agresji. To znaczy, że większość osób, które stosują przemoc (poza skrajnymi przypadkami chorób psychicznych, uszkodzeń mózgu itp.) może zmienić swoje nastawienie i zachowanie. Stąd też coraz większe w naszym systemie zainteresowanie takimi osobami.

Co wszyscy możemy robić? Jak reagować?

Coraz więcej mówimy o przemocy, zatrzymujemy coraz więcej „sprawców” i na szczęście nie ograniczamy się tylko do ich karania i izolowania. Owszem, często jest to potrzebne, ale na pewno droga do zmiany na tym się nie kończy. Tym bardziej, że większość zakładów karnych swoim funkcjonowaniem nakręca spiralę przemocy, a pobyt w nich wiąże się raczej z traumą i poniżeniem niż „resocjalizacją”.

Jednak poza rozwiązaniami systemowymi, które gwarantują obecnie szeroki dostęp do programów korekcyjno-edukacyjnych i terapii, powinniśmy dostrzec wspólną społeczną odpowiedzialność za zjawisko przemocy. Otwarte reagowanie na sygnały przemocy, dyskryminacji i wykorzystywania powinno być zupełnie naturalne. Szczególnie mężczyźni jako posiadający zwykle więcej siły i przywilejów w zachodniej kulturze powinni zwracać więcej uwagi na to, co robią sami, ale też ich koledzy, bracia czy sąsiedzi. „Przemoc wobec kobiet to problem mężczyzn” – mówi amerykański aktywista antyseksistowski Jackson Katz, więc to oni powinni wziąć więcej odpowiedzialności za to, co się dzieje wokół.

Jako rodzice powinniśmy być szczególnie wyczuleni na model relacji, który pokazujemy swoim dzieciom. Para rodzicielska jest dla małego dziecka obrazem, który posłuży mu później za podstawę rozumienia całej rzeczywistości relacji międzyludzkich. Gdy dziecko obserwuje wzorzec dominacji, kontroli i poniżenia, zaczyna w umyśle dzielić świat na silnych, nadużywających władców i słabe, zalęknione ofiary. Z czasem prawdopodobnie podąży jedną z dwóch poznanych dróg… Zmiana tych głębokich przekonań w dorosłym życiu bywa bardzo trudna, często wymaga długiej psychoterapii. Dbając o dobre, oparte na szacunku i zrozumieniu relacje w rodzinie, zaoszczędzimy wielu cierpień kolejnym pokoleniom.

Warto na koniec też zwracać większą uwagę na to, jak ukształtowana jest zachodnia kultura. Pomimo dynamicznego przeciwdziałania przemocy od kilkudziesięciu lat, wciąż dostarcza się nam przekazu o nierówności płci, skuteczności agresywnych rozwiązań, o tym, że nie zawsze warto reagować. Im więcej będziemy mieli świadomości na co dzień, tym więcej możemy zmienić, w końcu każdy z nas ma wpływ na kształt współczesnego społeczeństwa.

To się da przejść

Jeżeli Tobie zdarza się stosować przemoc wobec bliskich, pamiętaj, że nigdy nie jest za późno, żeby zmienić swoją postawę. Niektórych ran nie da się już zagoić, ale na pewno można nie zadawać kolejnych. Jeżeli czujesz, że coś jest nie w porządku z Twoim zachowaniem, albo bliscy dają Ci to do zrozumienia, porządnie się nad tym zastanów. Jeżeli trudno Ci zrozumieć, dlaczego tak działasz, i nie wiesz, jak to zmienić, nie obawiaj się szukać pomocy ekspertów. W wielu miejscach i ośrodkach pracuje coraz więcej specjalistów zajmujących się przemocą, także wielu psychoterapeutów jest gotowych udzielać takiego wsparcia.

Po kilku miesiącach zajęć grupowych Andrzej zdecydował się kontynuować pracę nad sobą w terapii indywidualnej. „Z jednej strony przepełnia mnie wstyd i poczucie winy, ale z drugiej cieszę się, że tu przyszedłem – mówi poruszony. –  Chcę coś ze sobą zrobić i nie powtórzyć historii mojego ojca. Wcześniej po prostu o tym nie myślałem, a teraz widzę już zmianę, choć wiem, że to dopiero początek. Mam też szczęście, bo ogarnąłem się w ostatnim momencie i bliscy też dali mi szansę…”.

Adam Chojnacki, psycholog, psychoterapeuta, certyfikowany specjalista oraz superwizor w obszarze przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Prowadzi terapię dla osób doznających i stosujących przemoc oraz osób po traumie. Prowadzi prywatną praktykę psychoterapeutyczną i szkoleniową.

  1. Psychologia

Depresja młodzieńcza - jak rozpoznać, gdy dziecko woła o pomoc? Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło

- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Oprócz pały, złamanego serca i pryszczy – nastolatkom coraz częściej grozi depresja. Co z tym czynić? Oto elementarz psycholożki Ewy Woydyłło. 

Gdzie szukać korzeni depresji młodzieńczej? Depresję u dzieci zaczęto diagnozować dopiero w latach 70. ubiegłego wieku. Badania przeprowadzone m.in. w Kanadzie pod kierunkiem prof. Sylvany Côté z uniwersytetu w Montrealu pokazały, że u około 15 proc. małych dzieci, od 5. miesiąca do 6. roku życia, czyli niemowlaków i przedszkolaków, występują objawy depresyjne: niechęć do zabawy, opóźniona reakcja na bodźce, smutek, płaczliwość, wybuchy złości, nerwowość. Dzieci te długo się moczą, źle sypiają, nie mają apetytu, a co za tym idzie wolniej się rozwijają. Uczeni dostrzegli wyraźny związek między tymi objawami a depresją u matek. Sugerują, że jeżeli matka zajmująca się małym dzieckiem sama ma przez dłuższy czas obniżony nastrój, to dziecko może niejako odwzorowywać jej zachowania. Ono jest pewnym lustereczkiem, echem rodzica – jeśli ten zadba o swój stan ducha i psychiki, to nie musi się specjalnie martwić o wystąpienie depresji u dziecka. Jeżeli jednak dziecko od maleńkości rzadko spotyka się z uśmiechem, pieszczotą, to siłą rzeczy nauczy się chować przed światem, w którym jest zimno i smutno.

Ale nastolatek, nawet utulany w dzieciństwie, dojrzewa i nie radzi sobie z pewnymi sytuacjami... No tak, w domu zawsze czekała mięciutka poduszeczka, a gdy zaczęła się szkoła i kontakty zewnętrzne, coraz więcej czasu spędza poza bezpiecznym środowiskiem rodziny – rano na 8 do szkoły, powrót wieczorem – i często... pustka. Nawet jeśli rodzice się pojawiają, to często są zajęci swoimi sprawami. Dziecko zaczyna tworzyć własne relacje z nowym otoczeniem, a w nim zachodzą procesy, nad którymi samo może nie potrafić zapanować, np. nad przykrościami ze strony rówieśników czy bezdusznością lub krzywdą ze strony dorosłych. I jeśli w rodzinie nie ma nawyku prowadzenia rozmów z dzieckiem, to na pytanie: „Co ci jest syneczku?”, odpowie: „nic”, bo wcześniej, gdy przychodził i mówił: „Mamo, a dzisiaj w szkole...”, ona nie pozwalała mu nawet dokończyć: „Oj, synku, daj spokój, widzisz, że jestem zajęta”. Teraz boi się, że znów usłyszy: „Nie zawracaj mi głowy drobiazgami”.

To drobiazgi dla nas – dorosłych, ale nie dla nastolatki, której kolega wykrzyczał, że ma krzywe nogi. Tak, to dla niej katastrofa i wystarczy, by – jak to teraz mówią młodzi – dziewczynka złapała doła. Zwłaszcza gdy rodzina nie znajdzie czasu na okazanie zainteresowania. Często tak się dzieje. Na przykład wraca Jasiek ze szkoły ze smutną miną, a mama pyta: „Co się stało?”. „Pobił mnie Krzysiek” – żali się syn, na co mama: „No to mu oddaj!” – i koniec rozmowy. Dziecko może się w tym momencie zamknąć w sobie, bo jemu nie chodzi wcale o to, czy oddać czy nie, tylko dlaczego Krzysiek go nie lubi. A może jeszcze podczas bójki śmiała się z niego cała klasa? Dziecko wyśmiane czy odrzucone przez rówieśników czuje się podobnie jak np. tata wyrzucony z pracy. I właśnie to samopoczucie jest ważne, o nim należy z dzieckiem rozmawiać.

Film Jana Komasy „Sala samobójców” obrazuje dramatyczną sytuację wielu współczesnych dzieci. Bohater tego filmu bierze udział w pewnym szkolnym incydencie, zostaje przy całej klasie ośmieszony i już się z tego nie podźwiga. Jego rodzice zajmują wysokie stanowiska, chłopca wozi kierowca, można powiedzieć, że niczego mu nie brakuje. A jednak brakowało – wysłuchania, pochylenia się najbliższych nad tym, co tak naprawdę przeżywał. Głośny był też dramatyczny wypadek dziewczynki z Gdańska, którą chłopcy skrzywdzili seksualnie, wszystko nakręcili komórkową kamerą i filmik puścili w internecie. Dziewczynka popełniła samobójstwo. Dlaczego? Dlatego, że nie była w stanie sobie sama z czymś takim poradzić i nie uzyskała w wystarczającym stopniu pomocy dorosłych.

Jak rozpoznać, że dziecko woła o pomoc? Depresja jest stopniowo pogłębiającym się procesem i z początku człowiek nie czuje się jeszcze tragicznie. Np. mama pyta 12-letniego synka: „Stasiu, niedługo twoje urodziny. Gdzie je w tym roku urządzimy?”, a Staś: „Nie, nie, mamo, nie będziemy nic robić, zaniosę cukierki do szkoły i już” – dziecko rezygnuje z czegoś, co wcześniej było dla niego atrakcją, przyjemnością. A to oznacza, że musiało odebrać jakieś negatywne sygnały. I myśli: „A może na moje urodziny nikt nie przyjdzie?”. Coś mu przeszkadza wierzyć, że się uda. Wrażliwe, niepewne siebie dzieci tak bardzo boją się odrzucenia, że wolą zrezygnować. Nieuważni dorośli mogą sprawę zlekceważyć: „Nie, to nie”.

Zanim u dorastającego dziecka rozwinie się poważny stan depresyjny, wysyła ono mnóstwo różnych sygnałów, jak gdyby wołało: „Zauważcie mnie!” „Pomóżcie mi!”. To nigdy nie jest tak, że od razu popada w skrajną rozpacz i chce sobie odebrać życie.

Jakie zachowania powinny być sygnałami ostrzegawczymi, których nie wolno lekceważyć? Długotrwały smutek, pogorszenie wyników w nauce, zerwanie kontaktów z innymi dziećmi, coraz dłuższe przebywanie w odosobnieniu, niechęć do tego, co wcześniej było jego pasją lub sprawiało przyjemność.

Czy objawy stanów depresyjnych u dzieci i młodzieży są podobne jak u dorosłych? Tak, bardzo podobne: wycofanie, izolacja, płaczliwość, nerwowość, wybuchowość, unikanie towarzystwa, często zaburzenia łaknienia – szczególnie dziewczynki nie mogą sobie z tym poradzić, załamują się psychicznie, wpadają w anoreksję lub bulimię. Jednym z objawów depresji jest także niechęć do ruchu, sportu, wszelkich form aktywności.

Okres dojrzewania generuje depresyjne nastroje? Nie, wcale nie. Biologia wyposażyła człowieka w niezbędne mechanizmy służące przetrwaniu. Ale współczesne pokusy, nadmierna wolność i wynikające z niej zagrożenia powodują, że młoda osoba może sobie nie poradzić z wyborami. Nastolatki zbyt często słyszą: „Nic z ciebie dobrego nie wyrośnie”, „Ty nigdy nie znajdziesz męża”, „Na imprezie cię zgwałcą i będziesz mieć zszarganą opinię”... Nawet gdy są to tylko przestrogi, pozostawią ślad, zrobią wyrwę w psychice, szczególnie u osoby wrażliwej.

Inna sprawa: w Polsce wiele tematów nadal jest tabu, np. prawie w ogóle nie porusza się kwestii bezpiecznego seksu. A tabu, niestety, nie chroni przed zagrożeniami, tylko powoduje, że młodzi ludzie pozostają sami ze swymi pytaniami i decyzjami.

Nie mogą też często udźwignąć zbyt wygórowanych oczekiwań, jakie stawiają im rodzice... Zwłaszcza gdy wysokim wymaganiom towarzyszy brak uwagi: nieważne, co przeżywasz, musisz przynosić ze szkoły same szóstki i już. No cóż, w naszych czasach panuje okrutny dyktat osiągnięć. Dziecko nieodnoszące sukcesów jest narażone na poczucie bezwartościowości. Wróży mu się życie pełne niepowodzeń. Mało kto zatrzyma się przy takim dziecku i spróbuje dodać wiary w siebie, otuchy i wsparcia.

A dobre rodzicielstwo opiera się na szacunku, zaufaniu i tworzeniu życzliwych, dobrych relacji. Dziecko powinno jak najczęściej słyszeć od matki i ojca: „Cieszę się, gdy cię widzę. Jaka jestem szczęśliwa, że jesteś. Nie chciałbym, żebyś był inny...” – dostawać komunikat, że jest ważną częścią życia taty i mamy, niezależnie od tego, czy odrabia lekcje czy nie.

I czy swój smutek wyraża agresją, buntuje się, staje się opryskliwy i wrogi? Agresja zwykle wynika z lęku. Dziecko może się bać potępienia, poniżenia, podważenia swej godności. Opryskliwość i wrogość bywają też odwzorowaniem zachowań, jakie dziecko obserwuje u najbliższych dorosłych. Jeśli nie może bezpiecznie z nimi rozmawiać o swoich uczuciach, to będzie je ukrywać i tłumić – ten zgromadzony, pełen napięć stan psychiczny musi gdzieś znaleźć ujście i często znajduje w agresji lub autoagresji – sznyty, okaleczenia, piercing czy deformujące urodę tatuaże... to również akty buntu, złości...

Jak pomagać? Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Ale nie wtedy, gdy wystąpią już poważne nieporozumienia. Więź buduje się od urodzenia. Małe dzieci są otwarte i spragnione kontaktu z rodzicami. Nie wolno ich odpychać, dawać do zrozumienia, że ważniejsze są telewizja, gazeta, znajomi, zajęcia domowe czy praca zawodowa. Dziecko odtrącane zapamięta to i potem samo do rodziców nie przyjdzie. Najlepsze relacje z dziećmi zależą nie od pieniędzy, markowych ubrań czy drogich wakacji, tylko od tego, ile czasu dorośli i dzieci spędzają razem i towarzyszą sobie we wszystkim, co się w rodzinie wydarza.

Rodzice zapytają: „A kto zarobi na życie?”. No jasne, że dorośli, tylko może opłaci się czasem troszkę mniej zarobić, a więcej czasu poświęcać dziecku. Jak ktoś decyduje się na dziecko, musi mieć dla niego czas, bardzo dużo czasu i to przez kilkanaście lat jego życia. Oczywiście nie dotyczy to tylko rodziców. Dziecku potrzebni są także dziadkowie, inni krewni, przyjaciele. Suma tego czasu zaowocuje w przyszłości jego odpornością na wszelkie niepowodzenia i problemy.

Mówi pani „rozmawiać...”. A co, jak rodzic nie potrafi dotrzeć do dziecka, otworzyć go? Nie zawsze rozmowę musi prowadzić rodzic, może to być ktokolwiek, kto ma z nim dobry kontakt – ciocia, dziadek, ulubiony nauczyciel, trener, ksiądz... Czasami trzeba pójść do szkoły, do druha z harcerstwa, do rodziców kolegi... – wszędzie tam, gdzie są ludzie, którzy to dziecko znają i je rozumieją. Jeśli nikt z tych osób do niego nie dotrze, należy szukać pomocy w poradni wychowawczej, u psychologa dziecięcego, lekarza.

Jakie słowa skierowałaby pani wprost do nastolatka? Zawsze, kiedy masz doła, znajdź osobę, ale powinna to być osoba dorosła, z którą możesz w zaufaniu porozmawiać o tym, co czujesz i przeżywasz. Unikaj samotności – nie zamykaj się w sobie, nie uciekaj w wirtualny świat internetu, bo prawdziwe życie jest tylko z prawdziwymi ludźmi, w realu. Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie.

Jak pomóc dziecku przerwać milczenie i skłonić do ujawnienia, co je gnębi?

Trzeba w stosunku do niego wyzbyć się gniewu, wstydu, żalu, pretensji. Ważny jest dobór słów. Oto kilka zdań, od których można zacząć rozmowę. Pozwolą dziecku uwierzyć w możliwość rozwiązania problemów:
  • Przejdziemy przez to, poradzimy sobie...
  • Nie myśl, co będzie kiedyś. Chodź, zastanówmy się, co można zrobić teraz...
  • Z różnymi trudnościami zwykle radzisz sobie nienajgorzej, podziwiam cię...
  • Na pewno znajdziemy dobre wyjście, możesz na mnie liczyć...
  • Każdy ma kłopoty, nie zostawię cię z nimi...
  • Wiem, że starasz się najlepiej, jak umiesz. Nikomu nie układa się zawsze wszystko po jego myśli...
  • Bardzo chcę, żeby minął ten trudny okres. Powiedz, jak ci w tym ulżyć...
  • Cieszę się, że ciebie mam. To nic, że czasem napotykamy na jakieś trudności. Przecież po to jestem, by je z tobą rozwiązywać...

  1. Psychologia

Zamiast się zadręczać, przygotuj strategię

Większość z nas martwi się o rzeczy, które z łatwością można rozwiązać, wystarczy tylko przenieść uwagę ze zmartwienia na rozwiązanie. To kwestia wypracowania odpowiednich nawyków. (Fot. iStock)
Większość z nas martwi się o rzeczy, które z łatwością można rozwiązać, wystarczy tylko przenieść uwagę ze zmartwienia na rozwiązanie. To kwestia wypracowania odpowiednich nawyków. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jak wiele procesów zachodzących w naszym umyśle, tak i martwienie się ma ewolucyjne podstawy. Przewidywanie potencjalnych zagrożeń pozwalało naszym dalekim przodkom przeżyć w konfrontacji z dziką naturą. Dlatego – jak radzi brytyjski psycholog kliniczny i neurobadacz dr Frank Tallis – zamiast zadręczać się, lepiej przygotować strategię.

Wyjeżdżam niedługo na upragnione wakacje. Bardzo to doceniam, bo z powodu pandemii jesteśmy ostatnio bardzo ograniczeni, a taki wyjazd daje mi namiastkę tzw. normalności, jednak zamiast myśleć o pięknych plażach, sen z powiek spędza mi stan konta po powrocie. Co mogę z tym zrobić? Twoje zmartwienie mówi o potencjalnym zagrożeniu w przyszłości, niestabilności finansowej, którą może wywołać urlop. Postaraj się spojrzeć na zmartwienie nie jako na coś negatywnego, a pozytywną rzecz w twoim życiu. To rodzaj alarmu, który ostrzega cię, że powinnaś dokładniej myśleć o tym, co robisz i na co wydajesz pieniądze.

Martwienie się to nic innego, jak przewidywanie nadchodzących zagrożeń. Z ewolucyjnego punktu widzenia ma to sens. Martwienie się o rzeczy, które dopiero mogą się wydarzyć, dawało naszym przodkom większą szansę na przeżycie w konfrontacji z naturą i dzikimi zwierzętami. Zamiast zadręczać się, stosowali strategie, by zapobiec niebezpieczeństwu. Warto, byśmy dziś z nich też korzystali.

Jakie to strategie? Gdy wiele lat temu pisałem książkę „Jak przestać się martwić”, na rynku wydawniczym nie było zbyt wielu pozycji poświęconych temu problemowi. Wszystkie książki, które znalazłem, dotyczyły klinicznych zaburzeń, obsesyjnego zamartwiania się, nerwicy. Chciałem więc stworzyć poradnik dla zwykłych ludzi, który pomoże im przezwyciężyć codzienne, przeciętne zmartwienia. Strategia, którą proponuję, powstała po researchu do mojej późniejszej pracy doktorskiej. Jej podstawą jest przekształcenie codziennych zmartwień w problem do rozwiązania. A że dla wielu z nas zdefiniowanie samego problemu jest trudne – skupiamy się na wszystkich złych rzeczach, które się mogą wydarzyć, zapętlając się w czarnowidztwie. Warto powiedzieć „stop”, czyli jak najszybciej przerwać cykl zamartwiania się i odpowiedzieć sobie na pytanie: o co tak naprawdę się martwimy? Kolejnym etapem jest wymyślanie rozwiązań. Ważne, by nie oceniać ich krytycznie, zaakceptować każde, które tylko przychodzi nam do głowy. Potem wystarczy już tylko wyselekcjonować najlepsze i wprowadzić je w życie.

Widzę, że to mocno powiązane z podejmowaniem decyzji, co akurat mnie czasami przysparza wielu problemów. Podczas pracy nad książką i doktoratem odkryłem, że ludzie, którzy się zamartwiają, znacznie częściej są perfekcjonistami. Martwią się, że podejmą złą decyzję. To błędne koło, bo im dłużej nie podejmujesz decyzji, tym dłużej się martwisz. W takiej sytuacji warto powiedzieć sobie: „może to rozwiązanie nie jest najlepsze, ale wprowadzę je już teraz, bo to lepsze niż czekanie na idealny pomysł. Kiedy tylko na niego wpadnę, podejmę nową decyzję”.

Czasem mam wrażenie, że zamartwianie się jest toksyną dla umysłu. Oczywiście gdy martwisz się za dużo i nie potrafisz przekształcić swoich zmartwień w problem do rozwiązania, może to oznaczać, że potrzebujesz pomocy specjalisty. Ale uważam, że większość z nas martwi się o rzeczy, które z łatwością można rozwiązać, wystarczy tylko przenieść uwagę ze zmartwienia na rozwiązanie. To kwestia wypracowania odpowiednich nawyków. Niemniej warto jednak pamiętać, że nie wszystkie życiowe problemy da się rozwiązać. Choroby, zdarzenia losowe, śmierć – to nie są kwestie, do których można podejść w sposób, który proponuję w książce. W takich sytuacjach musisz wznieść się na wyższy poziom, zmienić perspektywę i wypracować sobie nową odpowiedź emocjonalną do problemu.

Brzmi jak ciężka praca. Ciężka, ale możliwa. Dawniej ludzie osiągali to dzięki wierze i religiom, w których jest duży nacisk na akceptację tego, co nas spotyka. W nowoczesnym świecie te funkcje przejęła psychoterapia. Jest wiele nurtów, które podkreślają konieczność akceptacji tego, co nas spotyka, dla osiągnięcia wewnętrznego dobrostanu. Możesz iść przez życie i rozwiązywać problemy oraz przezwyciężać trudności, ale w końcu i tak, z powodu wieku, choroby czy tego, że jesteśmy śmiertelni, wydarzą się rzeczy, z którymi nic nie będziesz w stanie zrobić.

Czy w takim razie traktowanie zmartwień jako problemów do przezwyciężenia sprawi, że nasze życie stanie się lepsze? Nie (śmiech). Życie jest dużo bardziej skomplikowane. Nie twierdzę, że kontrolowanie zmartwień to sekret szczęścia. Jest tyle innych rzeczy, które musimy wziąć pod uwagę. Musimy rozmawiać, do tego rozmawiać szczerze i otwarcie. Musimy mieć przyjaciół i bliskie relacje. Musimy kochać i być kochani. Musimy czuć sens w tym, co robimy i kim jesteśmy. Musimy myśleć racjonalnie. Musimy wypełniać naszą życiową historię... Lista nie ma końca.

Jestem bardzo przeciwny temu, co pojawia się w amerykańskiej kulturze, która uczy nas, by sięgać gwiazd, nigdy się nie poddawać, podążać za marzeniami. To kompletnie nierealistyczne podejście. Co gorsza, rodzi frustrację, gdy większości marzeń nie udaje się jednak spełnić.

W Polsce wolimy cierpieć… Lubię wasz wschodnioeuropejski pesymizm. W małych dawkach nie ma w nim nic złego. Lepiej mieć realistyczne oczekiwania wobec życia. Jeśli okaże się, że pójdzie lepiej niż zakładaliśmy, będzie to miła niespodzianka zamiast rozczarowania.

Dr Frank Tallis, psycholog kliniczny, autor m.in. ponad 30 publikacji naukowych i podręcznika o poznawczych i neuropsychologicznych aspektach zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego. Pisze również powieści kryminalne.

Działanie zamiast zamartwiania się

  • Zdefiniuj problem. Jeśli zamartwiasz się więcej niż jedną rzeczą naraz, wypisz na kartce wszystkie swoje problemy, jednak nie zajmuj się nimi jednocześnie. Rób to po kolei, a zanim osiągniesz mistrzostwo w stosowaniu tej strategii, zaczynaj od spraw, które wydają ci się najmniej skomplikowane.
  • Wymyśl strategię. Po zdefiniowaniu źródła zmartwienia zadaj sobie pytanie: „Co mogę z tym zrobić?”. Prawdopodobnie przyjdzie ci do głowy kilka odpowiedzi, zwanych również „strategiami radzenia sobie z danym problemem”. Ilość przechodzi w jakość, więc im więcej pomysłów, tym większa szansa, że któryś z nich okaże się naprawdę dobry. Popuść wodze fantazji i bez względu na to, jak naciągane mogą się wydawać niektóre pomysły, na tym etapie zapisz je wszystkie.
  • Podejmowanie decyzji. Zacznij od sporządzenia listy „za i przeciw” – wypisz wszystkie plusy i minusy każdego rozwiązania. Kiedy podejmujesz decyzję, zastanów się szczerze, dlaczego chcesz to zrobić. Jesteś naprawdę przekonany do tego rozwiązania czy może tylko wydaje ci się, że jest ono słuszne i właściwe? Jeśli tak, to słuszne i właściwe według czyich standardów? Czy na pewno twoich? Jeśli jakiś głos w głowie podpowiada ci, że „powinieneś” rozwiązać swój problem w ten czy inny sposób, zakwestionuj go!
  • Wdrażanie wybranej strategii. Postępuj zgodnie ze swoją decyzją.
  • Ocena postępów. To ostatni etap metody, w którym weryfikujesz, czy wybrana strategia pozwoliła ci uporać się z problemem. Jeśli tak, pamiętaj, żeby siebie pochwalić albo zrobić sobie jakąś przyjemność. Na początek może ci być trudno wyznaczyć nagrodę, więc przygotuj wcześniej listę rzeczy, które lubisz robić (np. pójście do kina, zakup książki), i kiedy uda ci się rozwiązać jakiś problem, zrealizuj któryś punkt z listy. Nagrody nie muszą być duże, liczy się uznanie odniesionego sukcesu, bo to pomaga wzmocnić dobre nawyki. W psychologii „wzmocnienie” oznacza, że jakiś bodziec zwiększa szanse na ponowne wystąpienie danego zachowania. A jeśli twoja strategia zawiodła? To nie koniec świata! Wróć do listy potencjalnych rozwiązań, wybierz inną strategię i spróbuj ponownie.
Więcej w książce: "Jak przestać się martwić", wyd. Insignis.

Dr Frank Tallis, 'Jak przestać się martwić', wyd. InsignisDr Frank Tallis, \"Jak przestać się martwić\", wyd. Insignis

  1. Psychologia

Na czym polega skłonność do uzależnień?

Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówiła, wraca do uzależnienia. To tzw. system dumy i kontroli. (Fot. iStock)
Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówiła, wraca do uzależnienia. To tzw. system dumy i kontroli. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dlaczego niektórzy popadają w narkomanię czy seksoholizm szybciej od innych? Nie do końca wiadomo, ponieważ jest to uwarunkowane wieloma czynnikami, także genetycznymi. Jednak podłoże biologiczne nie oznacza, że jesteśmy dożywotnio skazani na nałogi. Na czym zatem może polegać skłonność do uzależnień - pytamy psychoterapeutkę Natalię Jurys. 

Na ile skłonność do uzależnień to fakt, a na ile wygodna wymówka, by usprawiedliwiać uzależnienie? Są dowody na istnienie genetycznego uwarunkowania uzależnień. Może za to odpowiadać kilka mechanizmów: specyficzne neuroprzekaźnictwo, wrażliwość receptorów, określony metabolizm. Niektórym wystarczy niewielki kontakt z konkretną substancją lub zachowaniem, by przetrzeć szlak dopaminowy i utrwalić nawyk, jednak posiadanie genetycznego obciążenia wcale nie oznacza, że ktoś będzie uzależniony. I odwrotnie - uzależnić się można bez genetycznej skłonności. To prawda, że istnieje biologiczne podłoże uzależnień, ale oprócz tego istnieje szereg uwarunkowań środkowiskowych i osobowościowych.

Czyli zatem jest skłonność do uzależnień? Jako psychoterapeutka postrzegam skłonność do uzależnień jako rodzaj deficytu radzenia sobie z napięciami emocjonalnymi.

To ciekawe, dla wielu skłonność jest czymś, co mamy - ty mówisz raczej o braku. Praktycznie wygląda to tak: zamiast wypracowania konstruktywnego radzenia sobie z napięciami, pojawia się substancja lub zachowanie, które regulują napięcie. Gdy to się utrwali, trudno z tego "ratunku" zrezygnować, zwłaszcza jeśli destrukcyjny sposób regulowania napięcia pojawił się w młodym wieku. Kolejnym istotnym mechanizmem podtrzymującym uzależnienie jest też brak innych sposobów regulowania napięcia. Każdy z nas doświadcza stresu, ale nie wszyscy muszą się napić, aby poczuć ulgę, niektórzy nauczyli się pracy w ogródku, uprawiania sportu, konstruktywnej rozmowy...

Co musi wydarzyć się w życiu człowieka, by przejawiał skłonność do uzależnień? Przed wieloma laty pracowałam z osobami uzależnionymi w poradni odwykowej. Przypomina mi się określenie, które wtedy usłyszałam. Padło ono z ust pani Jolanty Koczurowskiej, która była wtedy szefową MONAR-u i ośrodka uzależnień dla młodzieży. Powiedziała, że uzależnienia są chorobą braku miłości. Zapadło to we mnie jako mocne, jednoznaczne. Od razu pomyślałam o różnych pacjentach, którzy potwierdzają to określenie.

Po latach praktyki nie wiem, czy jest to trafna diagnoza. Jednak z pewnością wiele osób uzależnionych doświadczyło zaniedbania, porzucenia emocjonalnego, konieczności radzenia sobie samemu.  To, w jaki sposób w dzieciństwie tworzy się więź z podstawowymi opiekunami, jest istotne. Na tym wyrastają nasze potencjały, ale też zaburzenia – w zależności od tego, czy więź ta była karmiąca, wypełniona miłością, czy nie.

W jaki sposób wpisuje się w to skłonność do uzależnienia? Brak wzorca, brak otrzymania odpowiedniej opieki wpływa na brak umiejętności zdrowego regulowania napięcia. Chodzi o doświadczanie opieki, w której można wyrażać swoje emocje z poczuciem, że kochający dorosły zajmie się nimi. Skłonność do uzależnień mogą mieć osoby, które w dzieciństwie słyszały, że mają się zamknąć, nie przeszkadzać, nie wkraczać w przestrzeń zarezerwowaną przez rodziców i opatrzoną słowami: „święty spokój”. Wtedy dziecko nie ma co zrobić ze swymi emocjami, z tym, co w nim buzuje. Młody umysł nie potrafi przetworzyć różnych trudnych doznań, a obok nie ma dorosłego, który może powiedzieć i pokazać, jak sobie z nimi poradzić. Gdy dziecko dorasta, nie ubywa mu stresu, napięć, a dodatkowo nie ma modelu radzenia sobie z nimi. A jeśli dołożyć do tego wszechobecne zachwalanie picia jako środka na odstresowanie, to droga do uzależnienia się skraca.

Dlaczego jedna osoba, trafiając na uzależniającą substancję albo aktywność, taką jak oglądanie pornografii czy uprawianie seksu, uzależnia się, a druga nie? Uzależnienie nie powstaje po jednorazowym kontakcie z substancją czy aktywnością. Powiedzmy, że ktoś pomylił butelki, napił się alkoholu. Albo trafił w środowisko osób, które bierze narkotyki, spróbował. A może odkrył Internet i jego przyjemności. Przecież to nie jest cały świat. Są rówieśnicy, którzy mają do tego inny stosunek, są dorośli i ich rady, są przeszłe doświadczenia. Jeśli ktoś ma alternatywne wzorce zachowania, łatwiej mu wybrać to, co jest zdrowe i służy życiu, niż wskoczyć w uzależnienie. Dlatego tak istotna jest profilaktyka.

Na czym polega sensowna profilaktyka uzależnień? Badania udowadniają, że sensowna profilaktyka nie polega na straszeniu, grożeniu, przedstawieniu zagrożeń, wzbudzaniu lęku związanego z konsekwencjami – lecz jest oparta na prawdziwym kontakcie, więzi, stworzeniu miejsca na emocje osób ze skłonnościami do uzależnień. To znaczy, że mają one zapewnione warunki, w których mogą wyrażać swoją bezradność, swój lęk czy swoją złość – w sposób konstruktywny. Istotne jest, czy – zwłaszcza młode osoby – mają alternatywne środowisko, w którym uczą się, angażują, tworzą. Albo czy mają dostęp do grupy wsparcia lub grupy terapeutycznej. Ważne jest, by człowiek, który już się uzależnił, umiał siebie pokochać.

Jak ma siebie pokochać, jeśli bardziej kocha substancję lub nawyk? Na początku trzeba zastąpić pewne rzeczy czymś w rodzaju protezy. Potrzebna jest opiekuńczość, ale i normatywność. A zatem życzliwość, otwartość, ale również konkretna struktura. Fikcją jest założenie, że wystarczy podjąć decyzję: „od dzisiaj nie piję”. Wytrwanie w postanowieniu to codzienna praca. Dlatego na początku mówienie o tym, czy ktoś może siebie pokochać, jest abstrakcyjne. Najpierw ten ktoś musi nauczyć się nie chodzić obok monopolowego i odmawiać zaproszeń na imprezy.

Mam przyjaciela, który po ponad 10 latach brania silnych tabletek nasennych postanowił je odstawić. Jest świadomy uzależnienia, ale nie chce  korzystać z pomocy psychoterapeutycznej, woli to zrobić sam. Co byś poradziła w takiej sytuacji? Czasami odstawianie silnych leków wymaga nadzoru lekarza. Podobnie jest z delirium, które bywa śmiertelne. Niekiedy odtrucie jest niezbędne. A jeśli ten ktoś mimo wszystko odmawia, dobrze, by poinformował bliską osobę, że jest w procesie odstawiania, tak by w razie potrzeby ta osoba mogła zareagować, na przykład wezwać karetkę. Nie trzeba iść do psychoterapeuty, ale przyznanie się do bezradności jest częścią zdrowienia i porzucania nałogu. Jeśli ktoś upiera się, że ma kontrolę nad substancją, to bardzo możliwe, że tym samym potwierdza silne uzależnienie. To tak zwany system dumy i kontroli. Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Niektórzy robią sobie okres abstynencji, tydzień nie piją, nie oglądają pornografii, tym samym udowadniają sobie, że wszystko z nimi w porządku. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówili, wracają do uzależnienia.

Co utrudnia zdrowienie? Często zaburzenie osobowości, które oznacza konieczność odreagowań. Taka osoba nie radzi sobie na przykład z wyrażaniem złości w konstruktywny sposób. Tłumi ją, przetrzymuje, a później prowadzi samochód z nadmierną prędkością albo wypije alkohol, albo skrzywdzi innych. Osoby z zaburzeniami osobowości często się uzależniają, a gdy podejmują leczenie, zazwyczaj idzie im dobrze, dopóki pozostają w systemie leczenia. Jednak gdy kończy się pobyt w ośrodku odwykowym albo terapia, człowiek wraca do nałogu.

Dlatego, że zaburzenie osobowości nie zostało wyleczone? Tak. Dotyczy to na przykład osób uzależnionych od alkoholu, które stają się zależne od leczenia się z alkoholizmu. Nie piją, ale nie potrafią funkcjonować poza leczeniem. Nauczają, „ewangelizują”, nie można ich zaprosić na imprezę, bo mówią wciąż o skutkach picia. Podłożem tych trudności jest zaburzenie osobowości, a uzależnienie jest jednym z symptomów, i jest wtórne. Zaburzenie osobowości zmusza ich do trzymania się określonego systemu, ramy, gdyż nie potrafią jej stworzyć wewnątrz.

Rozumiem, że osoba z zaburzeniem osobowości, która leczy się z uzależnienia, może chodzić na terapię, a później iść do baru na kielicha. Albo na orgię czy po narkotyki. Tak, to właśnie odreagowanie, zwane też „acting-out”, wynikające z braku możliwości wyrażenia trudności i emocji wprost. Terapia może pobudzać silne emocje. Taka osoba przytakuje, wszystko rozumie, twierdzi, że terapia jest świetna, ale musi ją odreagować, pogłębiając uzależnienie. Tymczasem celem jest umiejętność oglądania uczuć wtedy, gdy powstają, adresowanie ich i wyrażanie bezpośrednio, a nie po czasie, na przykład w barze. W tym pomaga odpowiednia diagnoza i psychoterapia.

Jakie przekonania ukrywają osoby uzależnione? Wizję świata, w której nie można na nikogo liczyć, a inni ludzie są zagrażający. To często efekt trudnych doświadczeń. Dla tych osób jedyną ochroną przed bólem jest zaprzeczanie rzeczywistości, utwierdzanie się w tym, że wszyscy, łącznie z terapeutami, są źli.

Jak rozpoznać u siebie albo bliskiej osoby początki uzależnienia? Już sama myśl o tym, że ja lub bliska osoba jest uzależniona, bywa niepokojącą wskazówką. Inną sprawą są powtarzające się kłótnie dotyczące określonej substancji albo zachowania. Ktoś mówi bliskiej osobie, że jest zaniepokojony tym, ile tamta pije. W zdrowej relacji można o tym porozmawiać, przyjrzeć się, skąd pochodzi ta wątpliwość. Reakcja w postaci złości, furii albo skrajnego zamknięcia się sugeruje uzależnienie. Podobnie ukrywanie się z określonym zachowaniem lub substancją.

Co jest najskuteczniejsze w radzeniu sobie z uzależnieniem? To jak z szukaniem Świętego Graala – wizja, że muszę tylko to coś odnaleźć, bywa kusząca... Poza decyzją o rzuceniu nałogu i pragnieniem życia w wolności, pomocne będzie wsparcie. To jak biżuteria złożona z mnóstwa koralików. Wychodzenie z uzależnienia porównuję do nawlekania tych koralików na nici, czyli dyscyplinę i stałą, mozolną, ale przynoszącą satysfakcję pracę.

Natalia Jurys, psycholożka, psychoterapeutka, certyfikowana specjalistka terapii uzależnień, rekomendowana trenerka II stopnia Polskiego Tow. Psychologicznego. Prowadzi psychoterapię dla dorosłych i młodzieży oraz konsultacje wychowawczo-rozwojowe dla rodziców, www.psychoterapia-poznan.org.

  1. Psychologia

Bezinteresowna dobroć wywołuje poczucie spełnienia - podziel się sobą

Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy 
 z serca, wydaje nam się to tak naturalne. (Fot. iStock)
Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy z serca, wydaje nam się to tak naturalne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czy w czasach kryzysu można być szczodrym? Można, gdyż najważniejsze przejawy szczodrości są niematerialne.

Rozmowy o szczodrości są ogromnie pouczające. Jak ją rozumiemy? Jakiej szczodrości doświadczyliśmy i doświadczamy od ludzi? Czym my się dzielimy? Jakich ludzi uważamy za szczodrych? Czy ktoś może w ten sposób powiedzieć o nas? Hojność rozumiemy najczęściej jako dzielenie się dobrami materialnymi, szczodrość – niematerialnymi. Próbowałam rozmawiać i o szczodrości, i o hojności, jednak rozmowy zawsze schodziły na dzielenie się… sobą. Źródeł szczodrości upatrujemy najczęściej w otwartym byciu z drugą osobą. To tak, jakby było w nas pęknięcie – z jednej strony chcielibyśmy doświadczać od ludzi hojności materialnej, z drugiej – najbardziej cenimy te subtelne, niematerialne dowody wsparcia, troski i miłości. W naszym chaotycznym świecie, w tych niełatwych czasach to jest odkrycie naprawdę budujące – kryzys może pozbawić nas części dochodów, obniżyć standard życia, ale przecież nie odbiera nam wewnętrznej szczodrości, którą – jak się okazuje – cenimy najbardziej. Możemy więc zbudować nowy świat na czymś, co nic nie kosztuje. Szczodrością dysponujemy wszyscy. Nie traci na giełdzie, nie dewaluuje się i nie ulega przecenie, nie kruszy się i nie rdzewieje, nie trzeba jej strzec. Nikt nie może jej ukraść, jest wolna i bezpieczna.

Znana piosenkarka Eleni powiedziała mi kiedyś, że nigdy nie czuje się tak spełniona i spokojna jak wówczas, gdy dzieli się sobą, swoją twórczością i pieniędzmi z innymi: „Skoro tak, to o cóż innego mogłoby w życiu chodzić?”. A jednak doświadczenie uczy, że nie zawsze czujemy się dobrze, dając coś innym albo przyjmując czyjąś hojność.

Polne goździki prześwietlone słońcem

Szczodrość nie ma nic wspólnego z handlem, zyskiem i stratą. Być szczodrym to być bezinteresownym, działać z pobudek serca. Jeśli dając, czujemy, że coś tracimy, nie ma energii w takim dawaniu. Jeśli dając, czujemy się skrzywdzeni (z powodu poświęcenia czy rezygnacji z siebie) – to także nie jest szczodrość. Dawanie w oczekiwaniu na wzajemność nie nakarmi tego delikatnego miejsca w nas, które tęskni za bezinteresownym dzieleniem się radością istnienia. Paradoksalnie jednak, gdy jesteśmy hojni bez oczekiwania wyrównania, życie tę hojność wyrównuje.

– To, co dasz innym, wróci do ciebie, być może nie od razu, ale za to na pewno – mówi aktorka Anna Nehrebecka, postrzegana przez ludzi jako bardzo szczodra osoba. – To tak jak z ziemią, jeśli o nią dbasz, uprawiasz, zasiewasz, doglądasz wzrostu nasion, ona hojnie odpłaca.

– Pod koniec lat 80. byliśmy biedakami po studiach, w wynajętym mieszkaniu, z sąsiadem alkoholikiem za ścianą, z bardzo chorym dzieckiem. Anna Nehrebecka była sławną aktorką, występowała w filmach i grała w teatrze. Mieszkaliśmy niedaleko Ani, w pobliskim budynku – opowiada Grażyna. – Pomagała nam, woziła do szpitala, uczyła mnie opieki nad dzieckiem, obdarowała mnóstwem rzeczy, mąż Ani Iwo specjalnie jeździł do stolarza, żeby ze starej półki, którą dostaliśmy od księdza Ziei, zrobić komodę, a potem dźwigał ją dla nas po schodach… A gdy wyjechali na miesięczny urlop, pozwolili nam zamieszkać w swoim mieszkaniu. Zawsze będę jej wdzięczna – mówi Grażyna. – Przecież w artystycznym środowisku Ani byliśmy nikim.

Dużo by pisać o tego typu działaniach aktorki. Ona nie chce o nich mówić: – Jeśli daję, to spontanicznie, nie rozmyślam o tym ani przed, ani po.

– Dawanie przyjaciołom, ludziom bliskim jest naturalne i łatwe – twierdzi. – O wiele trudniej o szczodrość codzienną i dla obcych. Jak pisał Hemar: „Bo nam najbardziej dni powszednie ciążą”. Szczodrość codzienna to przeprowadzenie przez jezdnię starszej osoby, przytrzymanie jej drzwi w sklepie, serdeczny uśmiech do ekspedientki, zrobienie zakupów samotnej osobie, bez wystawiania rachunku, bez oczekiwania wdzięczności, po prostu.

Jest przekonana, że takie drobne gesty, których zazwyczaj nie doceniamy, mają siłę. – Żadne dobre słowo nie ginie; nawet jeśli w pierwszej chwili ktoś nie zareaguje na naszą życzliwość, ona zapisuje się w nim i wraca, gdy człowiek potrzebuje pocieszenia. A wszyscy potrzebujemy, bo daje siłę na przetrwanie, chroni przed zgorzknieniem i zamknięciem, pozwala żyć. Często przypomina mi się obraz z dzieciństwa. Miałam pięć lat i patrzyłam na oświetlone słońcem maleńkie, różowe, rozsiane w trawie polne goździki, i taka radość we mnie. Nie przywiązujemy wagi do tych sekundowych uniesień, a to z nich właśnie budujemy siebie. Nie wiadomo kiedy wspomnienie naszego uśmiechu rozjaśni komuś życie.

Sama także zaznała ludzkiej szczodrości. Druga połowa lat 80., oboje z mężem bez pracy, stan wojenny, problemy zwykłe dla tego czasu. – Stałam przed dylematem, czy cena za moją postawę nie jest zbyt wysoka, czy nie płacą jej moi bliscy. Byłam podłamana – opowiada aktorka. – I nagle przychodzi ktoś, kto mówi: „To jest nagroda Solidarności z Brukseli za to, kim pani jest”. Pamięta, że się rozpłakała.

Lata 2001–02, z mężem na placówce w Brukseli. Po wyborach i zmianie rządu w kraju brutalne i kłamliwe ataki brukowej prasy, przed którymi nie sposób się bronić. Nie przetrwaliby bez życzliwych ludzi; wieczorem zawsze telefon: „Czekamy na was”.

– Byli z nami, po prostu byli.

Kilka lat temu ukazała się fascynująca książka „Nowa Ziemia” Eckharta Tolle (autora bestsellerowej „Potęgi teraźniejszości”), będąca zapowiedzią zmian świadomości, którym będziemy podlegać w następnych latach, jeśli oczywiście otworzymy się na te zmiany. Jaka będzie nowa Ziemia? „Źródło wszelkiej Obfitości nie znajduje się na zewnątrz – pisze Tolle. – Jest ono częścią tego, kim jesteś”.

Proponuje, aby zacząć od dostrzegania i doceniania bogactwa na zewnątrz. Zauważenia pełni życia w cieple słońca na twarzy, w soczystym owocu, w pięknie gwałtownej wiosennej ulewy, w śpiewie ptaków. Ta pełnia życia obecna jest na każdym kroku. Uznanie i wdzięczność dla niej budzą drzemiącą w nas szczodrość. A wtedy wystarczy pozwolić jej wypłynąć.

„Gdy uśmiechasz się do nieznajomego, już następuje krótki wypływ tej energii – pisze Tolle. – Stajesz się dawcą. Często zadawaj sobie pytanie: »Co mogę dać? Jak mogę przysłużyć się tej osobie, tej sytuacji?«”.

Wyzdrowiałam, bo byłam dla siebie hojna

– Los był dla mnie hojny, bo zesłał mi chorobę. Nie mówię tak dlatego, że to fajnie brzmi, ale dlatego, że tak czuję. Warto było zachorować, nie było łatwo, ale było warto – mówi Urszula Jaworska, szefowa fundacji swojego imienia zajmującej się badaniem potencjalnych dawców szpiku i pomaganiem chorym.

O tym, że to białaczka, dowiedziała się jesienią 1994 roku. Przyszła do domu i zobaczyła coś strasznego: na środku pokoju klęczał mąż i płakał, obejmowała go ich czteroletnia córeczka. To wtedy postanowiła, że najbliżsi płaczą przez nią ostatni raz.

O operacji przeszczepienia Uli szpiku od dawcy niespokrewnionego, pierwszej tego typu w Polsce, pisały niemal wszystkie gazety. Stała się popularna. Postanowili z mężem, że ich doświadczenie w walce z chorobą nie może pójść na marne. Założyli Fundację Urszuli Jaworskiej i Bank Dawców Szpiku, jakiego dotąd u nas nie było.

Z Urszulą spotykam się w siedzibie jej fundacji o dziewiątej rano. Wczoraj była w Gdyni, jutro jedzie do Poznania. W trakcie naszej rozmowy odbiera telefony, a dzwonią co kilka minut. Będzie rozmawiała ze mną tak długo, jak zechcę, ale bez telefonów nie da rady, czekają sprawy i chorzy.

– Myślałam o tym, jak podziękować za hojność wszystkim, którzy zbierali pieniądze na moje leczenie i byli ze mną, a przede wszystkim mojej holenderskiej dawczyni, 45-letniej kobiecie z czwórką dzieci. Jak miałam to zrobić? Powiedzieć: dziękuję? To za mało!

Po trzech latach od operacji napisała list do Holenderskiego Rejestru Dawców Szpiku, że założyła fundację i Bank Dawców i w ten sposób dziękuje, pomagając innym. Bo hojność jest zaraźliwa.

W swoim postanowieniu, że się nie podda, że będzie walczyć, utwierdzała się wiele razy. Po operacji leżała w szpitalu, a mąż i zaprzyjaźnieni artyści zorganizowali dla niej charytatywny koncert w teatrze Syrena.

– Płakałam, gdy zaśpiewali napisaną dla mnie piosenkę „Poczekajmy na Urszulę…” i połączyli się ze mną telefonicznie. Powiedziałam tylko: „witajcie, kochani”, i usłyszałam brawa na widowni. Jak po tym wszystkim miałabym się poddać? Wy mi tyle daliście, to ja wyzdrowieję!

– Ich energia, serce, miłość w żadnym razie nie mogą być zmarnowane – mówi dobitnie. – Dlatego teraz uczciwie i rzetelnie jestem dla tych, którzy potrzebują pomocy, spłacam dług.

Kilka lat temu dzięki Fundacji Urszuli Jaworskiej po raz pierwszy w Polsce spotkał się dawca szpiku z jego biorcą, dziesięcioletnim chłopcem. Obaj płakali. – Nigdy nie zapomnę tych łez – zwierzała się Urszula dziennikarzom. – Ryczałam z nimi.

Bank Dawców już jest. Teraz jej pomoc polega na czymś innym: – Chorzy w Polsce czują się bezradni i samotni, nie znają swoich praw, więc mówię im, co im się należy i że mają egzekwować prawo do leczenia, wymagać, być asertywni, walczyć o siebie. Nikt ich tego nie uczy, a to podstawowa sprawa.

Daje sobie prawo do rozmów z chorymi, ponieważ przeszła przez to, przez co oni przechodzą, i wygrała z chorobą.

– Jak chory jest oporny, nie chce być hojny dla siebie i wyzdrowieć, to ja nim potrząsnę: jeśli jesteś takim egoistą, że nie walczysz o siebie dla siebie, to walcz dla innych, bo nie jesteś sam na świecie! Najłatwiej się poddać, umrzeć i zostawić najbliższych w rozpaczy! Nie może cię zabraknąć dla tych, których kochasz i którzy cię kochają.

Mówi im też: – Może choroba jest ci potrzebna? Spróbuj pochylić się nad nią nie jak nad karą czy grzechem, ale jak nad szansą, hojnością od losu. Po co choroba? Może po to, by być bliżej z rodziną, może żeby pomagać innym, może żeby się zmienić, być lepszym człowiekiem. Każdy musi to swoje „może” znaleźć po swojemu.

– Choroba dała mi wszystko – mówi Urszula. – Dzięki niej mogę być lepsza. Nauczyła mnie pokory i małych oczekiwań, mam wszystko, co jest mi potrzebne.

Przypomina jej się taki fragment z pism Platona: – Żyjemy tak, jakbyśmy siedzieli w ciemnej jaskini i widzieli tylko odbicie ogniska na ścianie. Nie stać nas na to, by wyjść z jaskini i zobaczyć świat takim, jaki jest naprawdę, w jego bogactwie, pełni.

- Kiedy wyszła pani z jaskini? – pytam.

– Ciągle w niej siedzę! – odpowiada ze śmiechem.

Pisarz Matthieu Ricard w książce „W obronie szczęścia” przytacza wyniki badań naukowych nad pozytywnymi doświadczeniami ludzi. Są jednoznaczne: radość towarzysząca aktowi bezinteresownej dobroci wywołuje poczucie spełnienia, trwałej satysfakcji. Szczodrość rodzi szczęście. Mamy wtedy wrażenie, że iluzoryczne bariery stworzone przez „ja” rozpuszczają się i doświadczamy poczucia wspólnoty, współzależności wszystkich istot. Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy z serca, wydaje nam się to tak naturalne.