1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Priorytety - jak je wyznaczać i dążyć do nich konsekwentnie?

Priorytety - jak je wyznaczać i dążyć do nich konsekwentnie?

Zamiast tworzyć drobiazgowe listy rzeczy do zrobienia, lepiej skupić się jedynie na kilku wybranych celach. (Fot. iStock)
Zamiast tworzyć drobiazgowe listy rzeczy do zrobienia, lepiej skupić się jedynie na kilku wybranych celach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zamiast tworzyć drobiazgowe listy rzeczy do zrobienia, lepiej skupić się jedynie na kilku wybranych celach. Jak wyznaczać priorytety i dążyć do nich konsekwentnie? Jak nie przesadzać z planowaniem? Jak skutecznie przestawić się w nowym roku na właściwy tor? – psycholog sportu Dorotę Pietrzyk-Matusik 
pyta Julia Wollner.

Zamiast tworzyć drobiazgowe listy rzeczy do zrobienia, lepiej skupić się jedynie na kilku wybranych celach. Jak wyznaczać priorytety i dążyć do nich konsekwentnie? Jak nie przesadzać z planowaniem? Jak skutecznie przestawić się w nowym roku na właściwy tor? – psycholog sportu Dorotę Pietrzyk-Matusik pyta Julia Wollner.

Często mam wrażenie, że tonę w drobiazgach – rachunkach, mailach, skarpetkach do prania. Na ważne rzeczy, które powinny być moimi absolutnymi priorytetami – jak rodzina, związek czy przyjaźń – pozostaje mi okropnie mało czasu. Jak to zmienić w nowym roku? Sam fakt, że zdajesz sobie sprawę, jakie rzeczy są dla ciebie najważniejsze, to już bardzo dużo! Nie wszyscy umieją wskazać swoje priorytety, a pytanie o nie powinien zadać sobie każdy. Dopiero po ich określeniu możemy przygotować jakikolwiek plan, co często robimy właśnie na początku roku. Wiedząc, co jest dla nas istotne, będziemy w stanie podejmować świadome decyzje, wpisując do kalendarza konkretne działania. Warto pamiętać, że za każdym razem, kiedy mówimy czemuś „tak”, równocześnie mówimy „nie” czemuś lub komuś innemu. Dam ci przykład. Ja wykonuję wolny zawód i, podobnie jak mój mąż, mam nienormowany czas pracy. Telefon dzwoni ciągle. O 16, kiedy dzieci kończą szkołę, jadę do gabinetu. Mogłabym pewnie nadrobić wspólny czas w weekendy, ale one często są wtedy u dziadków, bo ja jeżdżę na zgrupowania. Jeśli w wyniku chwili zastanowienia nie uświadomię sobie, jak bardzo moje bliźniaczki są dla mnie ważne, i że tylko przez jeden rok będą miały 6 lat – nie podejmę pewnych kategorycznych decyzji. W moim przypadku należy do nich następujące postanowienie: kończyć pracę na tyle wcześnie, by zdążyć przeczytać dzieciom bajkę do snu, i mieć przynajmniej jeden dzień w tygodniu zupełnie wolny, tylko dla nich. W praktyce oznacza to, że muszę nauczyć się odmawiać, gdy dzwoni klient z prośbą o późne spotkanie. Jeśli jednak jestem wewnętrznie przekonana, że chcę spędzić ten czas z dziećmi, i na tym się skupię, to dam radę odeprzeć pokusę pracy wieczorami. Czasem się to nie udaje – wówczas staram się ukraść trochę czasu z innej kupki: jeśli pracuję w niedzielę, to biorę wolny jeden dzień powszedni. Wcześniej jednak muszę zawrzeć odpowiednią umowę sama ze sobą.

Umowa ta może dotyczyć jednak różnych spraw, prawda? Nie dla każdego przecież najważniejsze są dzieci czy mąż; priorytetem może być też praca albo coś jeszcze innego – podróże, zabawa, zdrowie... Oczywiście, i stąd właśnie konieczność wsłuchania się w siebie, by ten priorytet zrozumieć i nazwać. Moim sposobem na usłyszenie własnego, prawdziwego, wewnętrznego głosu jest zadanie sobie pytania, co stanie się, jeśli którąś z ważnych dla mnie rzeczy zaniedbam. Co stanie się, jeśli nie odbędę cotygodniowej randki z mężem, a co, jeśli odmówię klientowi spotkania we wtorek, a zaproponuję środę? Muszę zobaczyć nie tylko, co ma obiektywnie gorsze konsekwencje, ale także: co bardziej boli mnie samą? Co mocniej mnie uwiera? Nasze potrzeby są różne. Trzeba więc zbadać, która dziedzina życia jest w danym momencie najistotniejsza dla mnie i tylko dla mnie, bez względu na to, jakie są priorytety ludzi wokół.

Jak z priorytetami radzą sobie twoi klienci – sportowcy? W ich zawodzie, który ma tak silny wpływ na życie codzienne, musi to być szczególnie trudne. Rzeczywiście nieustannie stają przed niełatwymi wyborami. Co bowiem robić, gdy żona rodzi, a ja akurat mam rok olimpijski i powinienem non stop trenować? Rozwiązania są bardzo różne. Jedni zabierają rodziny do ośrodka przygotowań olimpijskich, aby móc choć kilka chwil dziennie spędzić razem; inni potrzebują wyraźnego podziału dom–praca i odcięcia jednej sfery od drugiej grubą linią, bo tylko wtedy potrafią się skupić. Bez względu na wprowadzone rozwiązania, reguła jest ta sama – jeśli coś szwankuje w jednej ważnej sferze, to napięcia pojawiają się także w drugiej. Trzeba więc nieustannie szukać równowagi, a jednocześnie uczyć się łączyć różne dziedziny życia. Weźmy za przykład okres wyjątkowych stresów w pracy. Może zamiast chować złe emocje przed dziećmi, kiedy wracamy do domu zmęczeni, źli i sfrustrowani, spróbujmy po prostu szczerze z nimi o tym porozmawiać. Podkreślić, że nie złościmy się na nie; wyjaśnić, że w życiu zdarzają się niełatwe chwile, które mogą wpływać negatywnie na nasze samopoczucie.

Wspomniałaś o trudnych uczuciach, takich jak złość i frustracja, a mnie od razu przychodzi na myśl kwestia emocji pokazującej, że w moim życiu równowagi brakuje. Mówię o poczuciu winy. Mogłabym być lepszą mamą, mogłabym osiągać lepsze wyniki w pracy... Mogłabym też schudnąć kilka kilogramów i nauczyć się nowego języka. Kiedy zaczynam o tym wszystkim myśleć, po chwili mam wrażenie, że jestem do niczego. To, że mamy poczucie winy, można pozytywnie wykorzystać – jest to przecież znak, że mamy wewnętrzną potrzebę zmiany i doskonalenia. Uświadomiwszy to sobie, trzeba jednak iść dalej, skupić się na wprowadzeniu wybranej zmiany, a nie na poczuciu winy – koncentracja tylko i wyłącznie na wyrzutach sumienia nie poprowadzi nas do rozwoju, tylko zablokuje i ograniczy, wywołując lęk i smutek. Warto więc dać sobie przyzwolenie: „OK, nie jestem doskonała, chcę być lepsza, ale wiem, że jest to proces, droga, którą muszę przejść”. Starajmy się wykorzystać pojawiający się stres jako coś, co popchnie nas do przodu, a nie sparaliżuje. Nie trzeba być idealnym, warto być wystarczająco dobrym, próbując jednocześnie być coraz lepszym.

Brzmi rozsądnie, ale wrócę do moich skarpetek, maili i rachunków do opłacenia. Nie wiem, kiedy mam starać się być lepszą mamą albo doskonalić warsztat dziennikarski, skoro już teraz na nic nie mam czasu. Czasu mamy wszyscy tyle samo, i zwykle jest go za mało. Można go jednak rozciągnąć, a na pewno – lepiej wykorzystać, starając się o dobrą organizację. Nie chodzi tu tylko o szczegółowe rozplanowanie kalendarza – wcale nie każdemu służy długopis i rozpiska godzinowa; niektórych taki dokładny plan jeszcze bardziej blokuje. W pierwszej kolejności warto zastanowić się, które elementy codzienności rzeczywiście MUSIMY zrobić, a które CHCEMY. W gruncie rzeczy, gdy dobrze przyjrzymy się wszystkim naszym aktywnościom, zorientujemy się, że tych pierwszych, jak zapłacenie podatku czy składki 
ZUS, wcale nie jest tak wiele. Dużo więcej codziennych działań to rzeczy, które CHCEMY zrobić. Warto uświadomić sobie tę różnicę i fakt, że mamy wybór. Organizacja to więc nie tylko skrupulatnie rozpisany planner, ale także, a nawet przede wszystkim, nastawienie wewnętrzne.

Pamiętam taką sytuację sprzed kilku tygodni: jak zwykle miałam tego dnia długą listę pilnych rzeczy do zrobienia. Nagle jednak zadzwoniła do mnie mama z informacją, że tata musi iść do szpitala. Zupełnie niespodziewanie znalazłam czas, by pojechać tego dnia do rodziców. To właśnie to: nastawienie („bardzo chcę coś zrobić, więc znajdę na to czas”) i świadomość priorytetów („rodzice są dla mnie ważniejsi, niż napisanie artykułu, o którego przełożenie mogę poprosić redakcję”). Świadomość priorytetów i nastawienie pozwalają kształtować czas.

Mówi się często, że w walce o priorytety pomaga zapisywanie: rzeczy do zrobienia, planu dnia. Mam jednak wrażenie, że ty od tego uciekasz – powiedziałaś, że zbyt szczegółowy plan działania może być paraliżujący. Miałam na myśli rozpisywanie dnia w każdym detalu, które może nas zablokować – dla osób, które tak reagują, lepszy od tradycyjnego plannera może być coraz bardziej popularny bullet journal. Radą dla wszystkich, bez względu na preferencje, jest natomiast to, by zapisywać umowy, które zawieramy sami ze sobą. Po angielsku mówi się słusznie: „Ink it, dont think it”. 
Nasz umysł lubi pewne rzeczy przeinaczać, mamy też tendencję do targowania się ze sobą. Przykład? Stwierdzam, że do sylwestra powinnam schudnąć 
10 kg i w związku z tym zdecydowanie mniej jeść już od teraz. Gdy mija połowa czasu zaplanowanego na dietę, okazuje się, że nic nie schudłam, więc szybciutko zamieniam 10 kg na 5, stwierdzając, że i to będzie dobre. Koniec końców konstatuję, że w zeszłorocznej, luźnej sukience wyglądam przecież całkiem nieźle i nie będę się zamęczać dietami. Póki czegoś nie zapiszemy, to będziemy to przeinaczać, bo kontrolować własne myśli nie jest łatwo.

Mówimy o tym, co możemy, a czego nie możemy kontrolować, wspomnijmy też o tzw. strefie wpływu. Rzeczywistość możemy podzielić na kilka stref: pełnej kontroli, wpływu bezpośredniego, wpływu pośredniego i strefę, na którą wpływu nie mamy w ogóle. O ile tylko moją decyzją jest, czy zjem, czy nie kolejną czekoladkę, o tyle nie mam wpływu (a przynajmniej ograniczony) na to, jak szybki jest mój metabolizm. Przy ustalaniu priorytetów i planowaniu drogi do celu trzeba pamiętać, że są rzeczy, które nie podlegają kontroli. Jeśli zdamy sobie z nich sprawę już na samym początku, oszczędzi nam to sporo stresu i rozczarowań. Skuteczne działanie możliwe jest wyłącznie w mojej strefie wpływu; to w jej ramach powinniśmy planować i koncentrować uwagę. To, na co wpływu nie mamy, należy po prostu zostawić w spokoju, odpuścić. W tym kontekście polecam książkę „Magia olewania” Sarah Knight.

A może powinniśmy w ogóle przestać planować? Guru minimalizmu Leo Babauta w swojej słynnej książce „Skup się. Prosta droga do sukcesu” namawia do pozbycia się celów, wyrzucenia list zadań, planów i koncepcji na życie. Być może własną drogę znajdziemy tylko w pełnej wolności, a wewnętrzny głos usłyszymy tylko po odcięciu się od wszelkiego szumu? Myślę, że Babauta trochę przesadza. Być może odbieram to tak dlatego, że pracując w środowisku sportowym, nie mogę wyobrazić sobie, by moi klienci nie mieli jasno określonych celów i rozpisanej drogi do ich osiągnięcia. Natomiast warto zaznaczyć, że nasze priorytety mogą się zmieniać, ewoluować. Można też coś zupełnie przewartościować.

Jesteś zwolenniczką radykalnych zmian czy metody małych kroczków? Zdecydowanie tej drugiej opcji, choć oczywiście są sytuacje, kiedy pewne przekonania czy przyzwyczajenia trzeba zburzyć u podstaw. Klasycznym i dość skrajnym przykładem jest tu alkoholizm, kiedy kategorycznie, jednym ruchem, trzeba „wyłączyć” zależność: jestem smutny – muszę się napić. W większości innych przypadków od rewolucji lepsze są drobne posunięcia. Powód jest prosty: zbyt gwałtowna zmiana może sprawić, że poczujemy się przytłoczeni. Wrażenie, że coś nas przerasta, jest demotywujące.

Czytałam gdzieś, że wprowadzając zmiany do swojego życia, warto przeprowadzić tydzień testowy; zobaczyć, czy dany priorytet rzeczywiście nim jest, jak się z tą zmianą czuję, czy nie myliłam się, uznając, że to w tej chwili rzecz dla mnie najważniejsza. To też jest metoda małych kroczków, a także kwestia umowy, o której wspominałam wcześniej. Jeśli obiecamy sobie, że coś, co jest dla nas trudne, będziemy robić przez tydzień, a jeszcze lepiej przez 2–3 tygodnie (bo wtedy już zaczyna kształtować się nawyk), jest mniejsza szansa, że pomysł porzucimy, niż wówczas, gdy umowa zostaje podpisana od razu na trzy lata. W tym drugim wypadku pierwsze potknięcia na początku mogą nas zdemotywować na tyle, że zapragniemy zerwać układ bezpowrotnie. Metoda małych kroków pomaga także radzić sobie z poczuciem straty, które towarzyszy każdej zmianie. Dajmy na to, chcę schudnąć i podejmuję decyzję o odstawieniu czekolady. Jeśli bardzo ją lubię, z całą pewnością będę odczuwać pewien rodzaj rozpaczy za nią. Nastawienie, że muszę ją ograniczyć, a nie wyeliminować zupełnie, uspokaja; dodatkowo, jeśli najpierw będę przyglądać się tej eliminacji tylko przez tydzień, cała kwestia będzie dla mnie mniej przerażająca. Kto wie, może zamiast eliminować czekoladę, wystarczy ograniczyć ją o połowę, a do tego dołożyć regularne bieganie?

Powiedzmy, że mam już jakiś zarys tego, co bym chciała w nowym roku zrobić, wiem, co jest dla mnie ważne. Teraz drugi etap – jak w tym wytrwać do następnego grudnia? Psychologowie twierdzą, że jedynie 8 proc. osób, które podjęły jakieś postanowienia wraz z początkiem roku, po upływie sześciu miesięcy wciąż będzie się ich trzymać. Jak się znaleźć w tej grupie? Moim ulubionym narzędziem jest stosowanie wyobrażeń, czyli wizualizacji. Swoich zawodników proszę, by wyobrazili sobie zakończenie swojej kariery. Muszą zwizualizować przyjęcie na swoją cześć, podczas którego mówi się o ich życiowych osiągnięciach, o całokształcie dokonań. Co chcieliby usłyszeć? Co daje nam to ćwiczenie? Otóż pozwala postawić się w sytuacji osiągnięcia celu. Jak będę się z tym czuł? Co mi to da? Czy będę chciał czegoś więcej? No i co dalej? Możemy wyobrazić sobie poczucie satysfakcji, ale także, już bez zapędzania się w myślenie o coraz lepszych wynikach, wrócić do pytania o priorytety. Dlaczego w ogóle zacząłem to robić? Czy sport uprawiam po to, by zostać mistrzem świata, czy to rezultat jest dla mnie najważniejszy, czy też może po prostu sama czynność sprawia mi przyjemność? Pływaków pytam, dlaczego poszli po raz pierwszy na basen; tenisistów, dlaczego zdecydowali się złapać za czyjąś rakietę. Pozwala to uświadomić sobie, że bardzo często najważniejsza jest droga, a nie cel. I takiego podejścia życzę nam wszystkim na nowy rok.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Art coaching - uruchom swoje twórcze ja

Wszyscy jesteśmy twórcami. Art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji i najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. (Fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy twórcami. Art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji i najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jeśli dopuścisz do głosu twórcze „ja”, ono nada kształt pragnieniom i lękom, a twoje życie nabierze własnego, niepowtarzalnego rysu. Tego uczy art coaching. Z Maciejem Bennewiczem rozmawia Katarzyna Kozakiewicz.

Czym jest art coaching? Art coaching zaprasza człowieka do takiego świata, którego on już często nie pamięta. Daje mu plastelinę, farby, klej i proponuje coś z tego zrobić. Dzięki temu zostają pobudzone te pokłady w mózgu, które są odpowiedzialne za kreatywność, twórczość. Dorosły człowiek budzi swoje Wewnętrzne Dziecko i zaprasza je do zabawy, do wałęsania się po innych przestrzeniach niż te, w których jest na co dzień. Powoduje to naturalne zespolenie się z własnymi zasobami i otoczeniem. To najprostsza droga do wyjścia poza schemat, do tego, aby zobaczyć rzeczy z innej perspektywy, w innym świetle. Coach poprzez techniki artystyczne zaprasza klienta do zrobienia czegoś inaczej.

I do zabawy. To naukowo stwierdzone, że potrzeba 10 tysięcy godzin aktywnego ćwiczenia, żeby uzyskać w czymś mistrzostwo. Jednak naukowcy odkryli też, że jeśli uczymy się lub ćwiczymy, dobrze się przy tym bawiąc, to mistrzostwo pojawia się znacznie szybciej. Czyli stan zabawy, wolności sprzyja szybkiemu uczeniu się. Badacze, tacy jak António Damásio, Vera F. Birkenbihl czy Temple Grandin, dowiedli, że człowiek w momencie zabawy jest najbardziej kreatywny. Doszli do wniosku, że ludzie mają zakodowaną w sobie sekwencję szukania, potrzebę doświadczania nowych rzeczy, tzw. chęć podważania zamkniętego wieczka. Możemy funkcjonować zgodnie z tą sekwencją, co prowadzi do radości i spełnienia. Albo możemy funkcjonować w sekwencji mniejszego lub większego lęku. Lęk zawsze prowadzi do automatyzmu, znieruchomienia, agresji albo ucieczki. Jeśli człowiek pozostaje w takim stanie, to ma ograniczony dostęp do ciekawych pomysłów, nie może w pełni się rozwijać. Większość działań wykonuje schematycznie. Ludzie, którzy na co dzień funkcjonują na zasadzie „jest możliwe tylko jedno właściwe rozwiązanie”, nie mają dostępu do swojej kreatywności. Przeciwieństwem schematu jest dobra zabawa, możliwość przekraczania granic. Im częściej działamy bez lęku, potrafimy się bawić, tym bardziej jesteśmy ciekawi świata.

Co zrobić, żeby mieć mniej lęków i większą otwartość na zabawę? Przypomnieć sobie, w jaki sposób wyglądał świat, gdy byliśmy dziećmi. Jeśli pamięć nas zawodzi, można poobserwować dzieciaki w naszym otoczeniu – swoje, sąsiadów, w domu, na podwórku. Jak funkcjonują, jak widzą rzeczy, jak ich doświadczają. Dzieci lubią się wałęsać, są w nieustającym ruchu. Stan dziecięcego wałęsania jest stanem naturalnym. Dzieci oczywiście też mają lęki, ale najczęściej ciekawość bierze nad nimi górę. Potrafią przekraczać granice swojego lęku, aby doświadczyć czegoś nowego. Czasami bywa to niebezpieczne, ponieważ nie znają jeszcze żadnych granic. I tu pojawia się dobrze zrozumiana rola rodzicielska – pokaż, opowiedz, naucz, ale nie kontroluj. Rodzice mogliby uczyć się od swoich dzieci tego, o czym sami zapomnieli.

Część ludzi mniej lub bardziej świadomie zaczyna odczuwać, że wyskoczenie z codziennego schematu jest ważne. Być może dlatego my, Polacy, tak bardzo pokochaliśmy podróże. Naszych rodaków można spotkać w najdalszych zakątkach świata. Wielu polskich podróżników to prawdziwi globtroterzy, nie wyjeżdżają gdzieś tylko po to, by leżeć nad basenem, ale raczej po to, żeby poznać, doświadczyć czegoś innego, nowego. Podróż jest często wyjściem ze strefy komfortu, czyli bezpiecznego, znanego obszaru. W wyniku robienia nowych rzeczy tworzą się nowe połączenia w mózgu, co pomaga odkrywać siebie.

Na kursach art coachingu uczestnicy korzystają z wielu środków ekspresji artystycznej – rysowania, malowania, pisania, lepienia… W jaki sposób zmienia to czyjeś postrzeganie? Pobudza twórczą część jego umysłu. Z dużym uproszczeniem możemy powiedzieć, że w mózgu mamy dwie struktury – umysł analityczny, czyli umysł inżyniera, oraz umysł twórczy. Z badań wiemy, że ten twórca jest nieśmiały i niemy, bardziej operuje obrazem, skojarzeniem. Nowa kora mózgowa i płat czołowy, który wykształcił się ewolucyjnie najpóźniej – dały człowiekowi mowę, czyli środek do precyzowania myśli. Dzięki mowie uruchomiły się też funkcje analityczne, zaczęliśmy się określać, nazywać, ale jednocześnie nasze mechanizmy twórcze zostały wyciszone przez racjonalizm. To oznacza, że w momencie, kiedy podejmujemy decyzję, mamy potrzebę, aby ją sobie uzasadnić logicznymi argumentami. Wygadany intelektualista w nas jest w stanie wszystko przegadać, uargumentować. To smutne, ale w dzisiejszych czasach język nie służy temu, żebyśmy się lepiej rozumieli, tylko żebyśmy się lepiej okłamywali.

Kiedy wykonujemy twórcze aktywności – rzeźbimy w glinie, malujemy, tworzymy, wykorzystujemy ekspresję ciała czy słuch – dopuszczamy do głosu kreatywną część, zapraszamy naszego niemego twórcę, aby znalazł własny język. Znajdujemy właściwy kanał ujścia ekspresji dla Wewnętrznego Dziecka, uczymy się komunikacji z tą zapomnianą, stłamszoną, a jakże istotną częścią siebie. Ma nam ona do powiedzenia ważne rzeczy – jak poprawić życie, od czego zacząć, co robić dalej. Im rzadziej dopuszczamy do głosu kreatywną część, tym bardziej jesteśmy schematyczni, a im bardziej jesteśmy w schemacie, tym częściej jesteśmy nieszczęśliwi. W świadomości człowieka odbywają się nieustające dialogi pomiędzy naturalnym talentem a tym, co mu kazano robić. Im więcej dookoła nakazów, zakazów, schematów, norm – tym więcej tracimy energii na spieranie się ze sobą. Często czego innego byśmy chcieli, a co innego podpowiada nam tzw. zdrowy rozsądek. Wtedy rodzi się frustracja.

Nieszczęśliwi ludzie to ci, którzy stracili kontakt z twórczą częścią siebie? Jest taka piękna historia, która znakomicie to obrazuje. Byli sobie dwaj chłopcy, którzy mieszkali w tym samym bloku, tej samej klatce i bardzo się przyjaźnili. Obydwaj grali w piłkę nożną. Jeden z chłopców, powiedzmy Krzyś, był uzdolnionym zawodnikiem, grał lepiej niż jego kolega, powiedzmy Marianek. Krzyś był synem wdowy, jego ojciec był kolejarzem. Mama nieustannie mu powtarzała, że piłkarz to żaden zawód, że może się pobawić z chłopakami, ale życie to nie zabawa i musi zostać kolejarzem. Jego ojciec i dziadek byli kolejarzami, więc on też kolejarzem zostanie. Tymczasem rodzice Marianka pozwolili mu na realizację swoich pragnień i Marianek został jednym z najlepszych piłkarzy w Polsce. Krzyś został kolejarzem i oglądał swojego kolegę w telewizji, pogrążony we frustracji i niespełnieniu. Jak wielu spośród nas jest takimi kolejarzami? Bo mama, dziadek, środowisko czegoś chcieli, oczekiwali…

I nie chodzi tu tylko o artystyczne spełnianie się? Też, ale głównie o wyrażanie siebie, swoich pragnień i potrzeb. Jest mnóstwo pism o dekoracji wnętrz. Kiedy ludzie patrzą na te propozycje z perspektywy inżyniera – czują chęć dorównania innym, zaimponowania, chęć zbudowania prestiżu społecznego – to na tej podstawie dokonują wyboru, jaki chcą mieć dom. Wystarczyłoby, żeby uruchomili w sobie twórcę, a znaleźliby swój własny styl i nie potrzebowaliby prestiżowego magazynu, który narzuca, co i jak powinno wyglądać. Nie potrafią tego zrobić, dlatego tak łatwo ulegają modzie.

Co z tymi, którzy uważają, że nie mają takich zdolności? Co z księgową, która jest księgową nie dlatego, że ojciec kazał, ale dlatego, że liczby są jej wielką pasją? Nie zna się na kolorach, nie wie, które barwy ze sobą współgrają i które elementy wystroju do siebie pasują. Nie istnieją ludzie, którzy nie mają twórczych zdolności. Oczywiście, mogą mieć większe uzdolnienia w liczeniu czy pisaniu niż malowaniu, jednak mając kontakt ze swoim niemym twórcą, będą w stanie jasno określić, czego potrzebują, co im się naprawdę podoba, co do nich pasuje – i nie musi to być wcale zgodne z obowiązującym obecnie kanonem.

Wszyscy jesteśmy twórcami. Operując różnymi technikami – plastyką, ruchem, muzyką, pisaniem – art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji, jaka najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. Większość artystów – w mniej czy bardziej świadomy sposób – uzdrawia się poprzez swoją sztukę, terapeutyzuje. W jaki sposób to się dzieje? Otóż wewnętrzny twórca nadaje kształt – często nieuświadomionym – pragnieniom, lękom czy nawet traumom. Spora część lęków prześladuje nas, ponieważ jest nieuświadomiona, nienazwana. Jeśli nadamy im kształt, to będziemy umieli je rozpoznać. A skoro będziemy wiedzieli, czym są, będziemy potrafili sobie z nimi poradzić.

A jakieś proste ćwiczenie dla czytelników? Można spróbować określić swój cel za pomocą wiersza albo rysunku. Najlepiej zacząć od małych form ekspresji, które dają nam radość. Użyć innego języka niż język werbalny w kontakcie ze sobą, np. w sytuacji ustalania celów. Taki rysunek czy wierszyk może być wstępem do spełnienia marzeń, bowiem nasz inżynier, czyli mózg racjonalny, dostanie jakiś zarys, konkret tego, czego pragniemy, i będzie mógł zrobić resztę, czyli doprowadzić nas do celu.

Maciej Bennewicz, menedżer, trener, coach, socjolog po UW, dyrektor programowy Norman Benett Academy, organizacji kształcącej zawodowych trenerów i coachów; autor licznych poradników na temat coachingu.

  1. Psychologia

Energia uśpiona w każdym z nas - sprawdź, jak ją obudzić

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Codzienność wykańcza, praca stresuje, rodzina nas męczy. Bez przerwy narzekamy: „nie mam już siły, nie dam rady”. A przychodzi nieszczęście – choroba, wypadek – i jesteśmy w stanie unieść sto razy więcej. Czy konieczny jest aż taki bodziec, żeby obudzić uśpioną energię? Bo że ona gdzieś głęboko w nas drzemie, to pewne.

Artykuł archiwalny

Magdalena Kiełducka (38 lat, menedżerka, właścicielka firmy eventowej To Pestka) tamtego kwietniowego ranka 2006 roku usiadła na brzegu łóżka i zapytała samą siebie: „Co ze mną będzie? Jak mam dalej żyć?”. Dwa miesiące wcześniej w wypadku samochodowym zginął jej chłopak Daniel. Znali się tylko trzy miesiące. Zdążyli wyjechać do Egiptu i zaplanować całe życie. Miał być ślub, wspólny dom, dzieci.

– Kiedy Daniel zginął, wydawało mi się, że następnego dnia świat się nie obudzi – mówi Magda. – Nie byłam w stanie wyobrazić sobie dalszego życia. Ogarnęła mnie jedna wielka rozpacz. Myślałam, że to kompletnie niemożliwe, żebym została dłużej tu, na ziemi. Mechanicznie załatwiałam sprawy. W co go ubrać? Na pewno w te jedyne czarne spodnie, jakie miał. Bo choć był kolorowym ptakiem i czarnych ubrań nie nosił, kilka godzin przed wypadkiem prosił, żeby je wyprać, bo się przydadzą. Skąd wiedział? Dlaczego mnie opuścił?

Sami nie wiemy, co posiadamy

Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.

– Gdy stawką jest życie, odzywa się w nas najsilniejsza z naszych sił życia: instynkt samozachowawczy – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Każdy człowiek dysponuje takim potencjałem i wszyscy z niego czerpiemy w sytuacji zagrożenia. Ale gdy w grę wchodzi życie innych, z naszą reakcją bywa różnie. Jedni bez wahania śpieszą z pomocą, inni stoją z boku albo uciekają gdzie pieprz rośnie. Instynkt samozachowawczy niestety nie działa na rzecz drugiej osoby. Działają wtedy uczucia, emocje, wartości.

Jan Woźniakowski (50 lat, religioznawca) ma dzień wypełniony od pierwszej do ostatniej minuty, bo dom musi działać jak szwajcarski zegarek. Potrzebują tego bardzo: niepełnosprawny Iwo (8 lat), chora na raka żona Dominika i  najstarszy syn Hubert (18 lat) cierpiący na białaczkę (bierze tak zwaną chemię podtrzymującą i dzielnie sobie radzi). Jan całą domową logistykę ma w małym palcu. Załatwia opiekunki, zajmuje się Iwonem popołudniami i w weekendy, czyta mu, bawi się z nim, myje go, karmi, czuwa nad opieką lekarską dla Dominiki, ustala całodzienny plan funkcjonowania domu, robi zakupy i oczywiście pracuje.

Wcześniej żyli jak wiele małżeństw (są 20 lat po ślubie) z ich pokolenia: raz praca była, raz nie, nie zawsze mieli pieniądze, własnego mieszkania nie dorobili się do dzisiaj („nie byliśmy na tyle praktyczni”). Mają za sobą doświadczenia emigracyjne (mieszkali w Stanach, tam urodzili się dwaj synowie, Hubert i 16-letni dziś Piotr).

Gdy Jan patrzy z dzisiejszej perspektywy, widzi, że tamte problemy to żadne problemy. Prawdziwe zaczęły się w 2002 roku wraz z narodzinami Iwona. Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że będzie niepełnosprawny. Jednak jeszcze na sali porodowej zaczął tracić oddech. Odwieziono go na OIOM, diagnoza brzmiała tajemniczo: strukturalna anomalia chromosomowa, czyli błąd genetyczny. Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Mówili, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to nie będzie chodziło, mówiło, jadło. Jan zobaczył w Internecie zdjęcia takich dzieci. Wyglądały strasznie. A Iwo od urodzenia był śliczny. To dawało nadzieję, choć zdjęcie mózgu ją odbierało. Lekarze przygotowywali ich na najgorsze. Oni szukali pomocy, gdzie tylko się dało. U lekarzy specjalistów, terapeutów, przyjaciół.

Pytania bez odpowiedzi

Jan: – Człowiek ma w takich sytuacjach tyle energii, a może po prostu adrenaliny, że funkcjonuje na najwyższych obrotach. Nie myśleliśmy o chorobie Iwona w kategorii nieszczęścia. Były oczywiście smutki w domu, ale mówiliśmy, że człowiek bardziej płacze nad sobą niż nad dzieckiem.

Kiedy Iwo miał cztery lata, dokładnie w ostatni dzień karnawału 2006 roku, poznali następną straszną prawdę: Dominika jest chora na raka jelita grubego.

– Heroicznie przyjęła tę wiadomość i heroicznie znosi chorobę – mówi Jan. – Miała w sumie pięć operacji, konieczna okazała się stomia, potem radioterapia, chemioterapia. Rak nie daje jednak za wygraną. Przeniósł się do miednicy, kości krzyżowej, idzie do kręgosłupa, atakuje układ moczowy, powoduje odrętwienie i straszny ból. Ratunkiem dla Dominiki okazało się hospicjum domowe, bo złagodziło cierpienie. Ale ma to i niedobre strony, bo człowiek widzi, jak mało jest dróg dających jeszcze nadzieję.

 
Dwa lata po wykryciu choroby Dominiki zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Huberta – złe samopoczucie, osłabienie, wysoka gorączka. Badania wykazały, że przyczyną dolegliwości jest ostra białaczka limfoblastyczna. Więc znów szpital, chemia, sterydy.

Tamten czas był dla nich wszystkich ekstremalny. Dominika miała swoją chemię, Hubert leżał w szpitalu i brał swoją, a w domu czekał Iwo (wbrew diagnozom nauczył się chodzić, jest nadaktywny, choć nadal używa pieluch, nie gryzie, nie mówi i wymaga stałej opieki).

– Oczywiście, że pojawiało się pytanie: dlaczego? – mówi Jan. – Ale nie ma na nie odpowiedzi. Można wszystko tłumaczyć filozoficznie, za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów, i się na to zgodzić. Można przyjąć to, co niesie życie, ze stoickim spokojem. Ale człowiek zawsze będzie się buntował, pytał – jak ostatnio nasza znajoma – gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Znajomy, któremu zmarło dziecko na raka mózgu, powiedział: „każdy dostaje taki krzyż, jaki może udźwignąć”. Pan Bóg w swojej mądrości nie daje nic ponad nasze siły. Nie straciłem wiary, choć mówienie, że wiara pomaga, to zbyt łatwy wykręt. Człowiek myśli, że spotyka go tragedia, a potem wydarza się Haiti…

Skąd czerpać w takich chwilach siłę?

Jarosław Przybylski: – Z wewnętrznych „baterii”, takich jak optymizm, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odwaga. Pod warunkiem że się je ma naładowane przez geny albo wychowanie.

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. Jak to zrobić? Uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Że nasze myśli, przekonania na własny temat mają moc sprawczą. Jeżeli będziemy powtarzać, że nie damy rady – to nie damy. Wielu ludzi wybiera określoną drogę, a potem obwinia innych za to, że się nie udało. Tymczasem prawda jest taka, że to my tworzymy nasze doświadczenia, naszą rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. To, co sądzimy o sobie i życiu, staje się naszą siłą. A wszechświat zawsze wspiera każdą myśl, w którą wierzymy. Nie roztrząsajmy więc przeszłości, niepowodzeń, doznanych krzywd. Zacznijmy myśleć pozytywnie i działać konstruktywnie, bo tylko takie myślenie i działania są źródłem wewnętrznej mocy.

Magda uważa, że jej siła pochodzi z kochającego, pełnego wsparcia domu. To jej kapitał. Wychowywała ją samotnie mama, o której mówi: „wspaniała, kochana, inteligentna, silna, robiła dla mnie wszystko”, i ukochana babcia. Ojca nie znała, nie interesował się ich życiem i sytuacją finansową, więc marzeniem Magdy było jak najszybciej się usamodzielnić, żeby mamie pomóc. Zaczęła wcześnie pracować, ucząc angielskiego. Zawsze wybierała trudniejszą drogę. To ją hartowało. Była humanistką, a poszła do klasy matematyczno-fizycznej. Zamiast pójść na anglistykę, bo język był jej pasją, albo na psychologię, którą się interesowała, poszła na politechnikę, na inżynierię środowiska. Z perspektywy czasu uważa, że był to wspaniały trening dla umysłu. Potem uparła się, żeby pójść na studia MBA, choć nie było jej na to stać. Zarobiła lekcjami angielskiego. Ma za sobą trudne związki, ale powtarza, że każdy z nich ją rozwinął i za każdy jest wdzięczna.

– Mój ukochany mąż jest Polakiem z amerykańskim obywatelstwem i mieszka w Stanach od ponad 15 lat, więc też łatwo nie jest, bo trzeba pokonywać ocean – śmieje się. – Ale dzięki temu świat się dla mnie niesamowicie skurczył.

Według Magdy siły życia najlepiej rosną w trudach i codziennych zmaganiach. Ale karmią się też zrozumieniem tego, co nas spotyka. Kiedy przeżywała żałobę po Danielu, nie szukała łatwego pocieszenia, że będzie dobrze, że tak musiało być. Miała ogromne wsparcie przyjaciół i bliskich, czytała mnóstwo książek na temat duchowości. Przyniosły ulgę, uspokojenie i przekonanie, że wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Dzięki książkom i ciekawym ludziom poznała zupełnie inny wymiar swojej egzystencji.

– Siły życia to nie węgiel kamienny, którego złoża są wyczerpywalne, to odnawialne źródło, takie perpetuum mobile, które powstaje trochę z niczego, bo tak naprawdę różne czynniki są jego paliwem. Przede wszystkim jednak trzeba samemu pozwolić się im odnowić. Znaleźć pokój w sercu, swój cel. Mam wrażenie, że nie jesteśmy tu po to, żeby banalnie kończyć dzień zmęczeniem, ale żeby zrobić coś dla świata. Kiedyś wszystko musiałam mieć pod kontrolą. A teraz coraz bardziej cieszę się dniem codziennym. Wstaję, świeci słońce, piję z mężem kawkę, rozmawiamy z synkiem, który urodzi się w czerwcu, przytulimy psa – dla takich chwil warto żyć. Te trudne oczywiście jeszcze nieraz przyjdą. Coraz spokojniej jednak o nich myślę, bo wiem, na co mnie stać. Przez wszystko da się przejść.

Prezent od Pana Boga

Jan na pytanie, skąd pochodzi jego siła, odpowiada: – Nie wiem. Nie zastanawiam się nad sobą, nie robię autoanalizy. Myślę, że nie wyróżniam się niczym szczególnym wśród gatunku ludzkiego. Każdy w takiej sytuacji zachowałby się podobnie. Jak ktoś mówi: „jesteś wspaniały, że nie zostawiłeś Dominiki”, to ja sobie myślę, że to fatalnie świadczy o autorze tych słów. Co za pomysł, żeby mnie chwalić za to, że nie zostawiłem Dominiki!

Jan uważa, że wolę życia buduje wychowanie, miłość do rodziny i życia w ogóle, ale także chęć znalezienia odpowiedzi na różne ważne pytania. On nie ma czasu na wątpienie, czy da radę, bo przychodzi następny dzień, w którym tyle jest do zrobienia. Dużo napędu daje mu Dominika. Wydaje się delikatna, a ma nieprawdopodobną siłę i optymizm. Pokazuje, jak z godnością znosić cierpienie. Jan podkreśla, że sił dodają mu także ci wszyscy ludzie, czasem obcy, którzy im pomogli i pomagają, idąc za odruchem serca. Jako rodzina doświadczyli nieprawdopodobnej solidarności z całego świata. I poprzez dobre słowo, obecność, zakupy, pomoc w załatwianiu opiekunek i lekarzy, i poprzez pomoc finansową.

  1. Zdrowie

Joga hormonalna dla zdrowia i żywotności

Dzięki leczeniu z zastosowaniem jogi hormonalnej można osiągnąć podniesienie się poziomu hormonów w ciele o około 254 proc. w ciągu czterech miesięcy. (Fot. iStock)
Dzięki leczeniu z zastosowaniem jogi hormonalnej można osiągnąć podniesienie się poziomu hormonów w ciele o około 254 proc. w ciągu czterech miesięcy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Joga odmładza i powoduje wzrost poziomu estrogenów – uważa brazylijska terapeutka Dinah Rodrigues. Wybrany przez nią system ćwiczeń pozwala kobietom, które nawet wiele lat temu przeszły okres menopauzy, odzyskać żywotność i zdrowie.

„Szczupła sylwetka, spokojne oblicze, słuchanie głosu serca, zdrowie, panowanie nad dobrami materialnymi i wewnętrzny ogień” – takie wspaniałości obiecuje osobom trenującym jogę Pradipika, jeden z najsłynniejszych hinduskich tekstów o hathajodze, najstarszej znanej formie ćwiczeń fizycznych.

Jogę można praktykować z różnych powodów. Dla uspokojenia i wyciszenia, dla kondycji fizycznej, schudnięcia i wspaniałej sylwetki, dla odzyskania zdrowia i równowagi psychicznej czy wreszcie dla rozwoju osobistego i duchowego. Patańdżali, twórca „Jogasutry”, napisał w II w. p.n.e., że joga pozwala powściągnąć zjawiska świadomości i utrzymywać się w swojej właściwej naturze. To najgłębszy – duchowy – sens ćwiczeń.

Gdy rozpoczynamy praktykę jogi, pierwszym odczuciem, jakiego doznajemy, jest odzyskiwanie sprężystości ciała i pełnego zakresu ruchów. Ale joga to nie tylko gimnastyka. Precyzyjne ruchy pozwalają doświadczyć, że psychika i ciało są jednością. Harmonizując mięśnie i oddech, zawsze mniej lub bardziej wpływamy na samopoczucie. Wykonujemy bowiem dwa rodzaje ćwiczeń: fizyczne, czyli asany, i techniki oddechowe – pranajamy. Asany są spokojnymi ćwiczeniami rozciągającymi doskonalonymi przez joginów od tysięcy lat. Pranajamy to specjalny sposób oddychania, który wzmacnia energię życiową, a wycisza stres i silne emocje. Wiele z istniejących w jodze dwustu asan naśladuje jakąś roślinę, zwierzę, zjawisko przyrody albo hinduskie bóstwo. Przyjmując pozycję vrksa, czyli drzewa, można poczuć się bardzo stabilnie, praktykując hamsa (łabędzia), nabywamy płynności ruchów, a simba, czyli lew, i viraphadrasana – heros pomagają odnaleźć w sobie siłę do walki z kłopotami. W ten sposób pozycje jogi przypominają ćwiczącemu, że jest częścią natury, i pozwalają korzystać z jej mocy.

Tradycyjne systemy, które wyrosły z hatha-jogi, takie jak np. joga Iyengara czy Sivananda, odwołują się do prastarych technik uprawiania asan, ćwiczeń oddechowych i wewnętrznej pracy nad energią witalną. W jodze według Iyengara kładzie się nacisk na fizyczną stronę ćwiczeń, a w Sivanandzie obowiązuje zasada większej delikatności wobec siebie oraz respektowania swoich fizycznych ograniczeń.

Asany zdrowia i młodości

Bez względu na to, jaką odmianę jogi praktykujemy, regularne wykonywanie asan rzeźbi figurę, nadaje jej smukłość. Ćwiczenia powodują wydłużanie mięśni (w odróżnieniu od ćwiczeń na siłowni, które je skracają), dzięki czemu sylwetka staje się bardziej proporcjonalna, a ruchy harmonijne. Poprawia się przemiana materii, krążenie krwi, trawienie, wydzielanie neuroprzekaźników odpowiedzialnych za dobry nastrój, dotlenienie całego organizmu i wygląd skóry. Dzięki odstresowującemu charakterowi jogi rozluźniają się napięte barki, a rysy twarzy wygładzają się i łagodnieją. Twarz pozbawiona napięcia staje się młodsza.

Terapeutka jogi hormonalnej Dinah Rodrigues, która praktykuje od 50 lat, obiecuje jeszcze więcej. Wypróbowała terapię jogą na sobie. „Dzięki leczeniu z zastosowaniem jogi hormonalnej można osiągnąć podniesienie się poziomu hormonów w ciele o około 254 proc. w ciągu czterech miesięcy”, pisze Dinah Rodrigues w swojej książce „Joga hormonalna”.

Asany wybrane przez nią z tradycyjnej jogi powodują podniesienie obniżającego się w okresie premenopauzy poziomu estrogenów, a nawet wznowienie produkcji tych hormonów w okresie klimakterium. Ten rodzaj jogi przeznaczony jest także dla tych kobiet, które cierpią na różne zaburzenia hormonalne: nieregularne, zbyt obfite czy bolesne miesiączki, zespół napięcia przedmiesiączkowego czy policystycznych jajników. Pomaga również w leczeniu niepłodności. Każda z asan działa na narządy wewnętrzne uczestniczące w cyklu miesięcznym kobiety.

Kobiece pranajamy

– Joga hormonalna jest rozszerzoną hatha-jogą, jednak bardziej dynamiczną i skupioną na pracy nad energią. Koryguje to, co nie funkcjonuje właściwie. Praktykując ten styl jogi, można w dużym stopniu przeciwdziałać objawom obniżonego poziomu hormonów: większość dolegliwości znika, inne zostają zminimalizowane, a dobre samopoczucie powraca – mówi Irena Kertyczak, terapeutka jogi hormonalnej z Warszawy.

Kurs jogi hormonalnej zaczyna się od... wypełnienia ankiety. Określenie, na jakie dolegliwości cierpimy, pozwala dobrać dla nas specjalny zestaw ćwiczeń. Potem rozpoczyna się długi okres nauki i opanowywania kolejnych technik oddechowych. Dwie podstawowe to bhastrika i ujjayi (czytaj udżai). W bhastrice brzuch odgrywa rolę miecha. Trzeba nauczyć się dynamicznie wciągać brzuch (mówi się o przyciąganiu pępka do kręgosłupa), co powoduje intensywny masaż wnętrza podbrzusza, okolic jajników i nadnerczy. Doskonałe opanowanie bhastriki jest bardzo ważne, gdyż towarzyszy ona 70 proc. ćwiczeń. Ten właśnie masaż ma kluczowe znaczenie dla wznowienia przez tkanki jajników i nadnerczy produkcji estrogenów. Można to uzasadnić medycznie: bhastrika wzmaga krążenie krwi w tych organach, powodując lepsze ich odżywienie i dotlenienie, a odmłodzone tkanki mogą wznowić swoją pracę. Pierwsze efekty uzyskuje się po czterech miesiącach ćwiczeń, a poziom hormonów można sprawdzić, wykonując badania krwi.

Kolejną ważną techniką oddechową jest ujjayi. Polega na oddychaniu ze ściśniętą głośnią (gardłem) – słyszalnym dowodem opanowania tej sztuki jest wydobywający się w czasie wdechu i wydechu świst. Ujjayi „masuje” tarczycę i przytarczyce – gruczoły dokrewne odpowiedzialne m.in. za przemianę materii w organizmie, są one również powiązane z cyklem miesięcznym (niedoczynność lub nadczynność tarczycy powoduje zaburzenia lub zanik miesiączkowania). Jednak opanowanie tych technik to dopiero początek, gdyż ćwiczące osoby muszą jeszcze nauczyć się band – świadomego kurczenia określonych grup wewnętrznych mięśni. Najważniejsza jest udijana banda – polega na „podciąganiu” narządów podbrzusza do góry. W praktyce trzeba „podciągnąć” klatkę piersiową do góry, co automatycznie powoduje naciąganie narządów położonych w obrębie podbrzusza. Choć techniki wydają się teoretycznie niewykonalne, są absolutnie do opanowania. Cały cykl typowy dla jogi hormonalnej, który przerabia się na każdych zajęciach, obejmuje 15 ćwiczeń.

Ćwicz w domu!

Proponujemy pięć specjalnie wybranych asan, które można wykonywać samodzielnie w domu bez pomocy nauczyciela. Najlepiej robić je raz dziennie rano przez 30 minut. Potrzebne będą: karimata, mata lub koc do leżenia oraz mała poduszeczka.
 

Mahasana (skręty w bok)

Uklęknij, zwiń dłonie w pięści (kciuki skieruj do środka) i połóż z tyłu głowy, wnętrzem dłoni do wewnątrz. Weź głęboki wdech, wstrzymaj oddech, pochyl tułów w prawo, prawy łokieć ku podłodze, a biodro w lewo (jakbyś chciała usiąść). Następnie zrób ten sam ruch w lewo: tułów w lewo, a biodro w prawo. Następnie wychyl się do tyłu i do przodu w kierunku podłogi. Powtarzaj ten cykl tak długo, jak długo możesz pozostawać na bezdechu. Mahasana pobudza nadnercza do pracy.

Muzułmańska pozycja modlitewna

Usiądź na piętach, oprzyj tułów na udach i wyciągnij ręce przed siebie. Teraz oprzyj czoło na podłodze, wyprostuj lewą nogę, przyciśnij prawą piętę udem. Prawe kolano umieść między piersiami. Wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na prawym jajniku. Muzułmańska pozycja modlitewna uaktywnia jajniki.

Vilomasana (obojczyk)

Pozostań w pozycji leżącej. Zegnij kolana, stopy umieść w odległości 20–30 cm jedna od drugiej. Złap dłońmi za kostki. Podnoś i opuszczaj biodra, wykonując kręgosłupem ruch falisty: wdychając powietrze, podnoś biodra, zwracaj jednocześnie uwagę, by talia pozostawała na podłodze. Następnie podnieś talię i potem tułów. Zrób wydech i opuść tułów, talię, a na końcu biodra. Wykonaj siedem podniesie  i siedem opuszczeń. Po czym zatrzymaj się w pozycji podniesionej, podpierając rękami biodra. Z podniesionymi biodrami wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na tarczycy. Opuść plecy na podłogę. Vilomasana uelastycznia kręgosłup, zmniejsza stres i odpręża, uaktywnia tarczycę i przysadkę.

Viparita (świeca)

Nie zdajemy sobie sprawy, jak pozytywny wpływ na wygląd i samopoczucie ma przebywanie w niezwykłej dla nas pozycji, czyli nogami do góry i głową w dół. Leżąc na plecach, podnieś nogi i biodra do góry. Podeprzyj dłońmi talię i biodra. Zegnij lewą nogę i połóż lewą stopę na prawym kolanie. Lewe kolano powinno znajdować się po lewej stronie twarzy. Pozostając w tej pozycji, wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na tarczycy i przysadce mózgowej. Powtórz ćwiczenie, zginając prawą nogę. Viparita ułatwia krążenie utlenionej krwi, przynosi ulgę przy duszności, palpitacji serca, astmie, chorobach gardła, bólach głowy, zaparciach, dolegliwościach układu moczowego, hemoroidach, przepuklinie, nadciśnieniu, niedokrwistości. Uspokaja układ nerwowy – przeciwdziała drażliwości, załamaniu nerwowemu, bezsenności, stymuluje tarczycę i przysadkę.

Uproszczona supta vajrasana (diamentowy sen)

W siadzie skrzyżuj nogi i połóż się na plecach. Stopy trzymaj oparte na podłodze. Pod kość ogonową połóż poduszeczkę. Podnieś ręce za głowę i spleć razem. Przestrzeń brzucha, w której znajdują się jajniki, musi być napięta i znajdować się wyżej niż reszta ciała. Wyciągnij się dobrze i wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na obu jajnikach jednocześnie. Supta vajrasana uelastycznia stawy miednicy, rozszerza klatkę piersiową i pobudza jajniki do pracy.

Więcej w książce: „Joga hormonalna” Dinah Rodrigues

  1. Psychologia

Podróż do środka siebie - jak i kiedy najlepiej w nią wyruszyć?

W podróż do środka siebie warto wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin lub wtedy, gdy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. (Fot. iStock)
W podróż do środka siebie warto wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin lub wtedy, gdy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Warto w nią wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin, a zwłaszcza wtedy, kiedy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. Terapeutka Psychologii Procesu Agnieszka Kramm wyjaśnia, jak wielką rolę w takiej podróży mogą odegrać sny, postaci z mitów, bajek czy popkultury.

 

Sytuacja, jaka obecnie jest na świecie, ale też przekroczenie pewnego wieku, początek roku czy kryzys w życiu osobistym – sprawiają, że zadajemy sobie pytanie: „Czy na pewno tak powinno wyglądać moje życie?!”. Chcemy coś zmienić, ale nie bardzo wiemy, co... To jest bardzo częste zjawisko. Gdybym miała podać powody, dlaczego ludzie idą na terapię lub zaczynają zagłębiać się w siebie, to byłby to jeden z najważniejszych. Czyli człowiek dochodzi do takiego momentu, w którym okazuje się, że pewne role i zadania, ale też pewne pomysły na życie przestają działać. Pojawia się rodzaj pustki, braku, niespełnienia. Ponieważ przeważnie pracuję z kobietami, skupię się na tym, jak ta kwestia wygląda w ich przypadku, bo jest trochę odmienna niż u mężczyzn.

Na czym polega ta różnica? Kobiety często zdają sobie sprawę z tego, że model, w jakim do tej pory funkcjonowały, jest typowo męski, żeby nie powiedzieć: patriarchalny. Czyli związany z działaniem i zdobywaniem, robieniem kariery zawodowej. A taki paradygmat, po pierwsze, nie oddaje pełni kobiecej natury, a po drugie, wiąże się z nieustającym eksploatowaniem samej siebie. Inna sprawa to fakt, że kobiety częściej niż mężczyźni dochodzą do wniosku, że wiele wzorców zostało im narzuconych, i dotyczą one zarówno tego, jak mają wyglądać, jak i czego powinny pragnąć.

Bardzo często słyszę to od kobiet. Że realizują plan na życie, który nie do końca jest ich. Mówią: „No dobrze, jestem matką, żoną, mam mieszkanie, psa i całkiem fajną karierę, a w ogóle nie czuję satysfakcji”. Przy czym: „nie czuję satysfakcji” to jest ten bardzo lekki poziom rozczarowania, dużo gorzej, kiedy pojawia się poczucie wypalenia albo gdy budzisz się rano i kompletnie nic nie czujesz. To są momenty wręcz depresyjne. I często dotyczy to kobiet, którym inne kobiety wszystkiego zazdroszczą.

Przychodzą do pani i słyszą: „Szłaś złą drogą?”. Nie, nie chodzi o to, że wszystko było złe. Ale że najwyższa pora coś zmienić, pojawia się potrzeba znalezienia głębszego  sensu  życia. To oczywiście nie oznacza, że ta nowa droga z sensem będzie tylko miła i przyjemna, że od teraz będzie wieczna zabawa.

Ja bardzo lubię swoją pracę. Kiedy zamykamy numer, często czuję się wyczerpana i przemęczona, ale gdy jest już na rynku, przychodzi też satysfakcja, duma. Mój energetyczny bak znów zostaje zapełniony. Problem pojawia się chyba wtedy, kiedy bak jest ciągle pusty. Czy to znak, że ktoś za dużo pracuje, czy że jednak nie robi czegoś, co go „napełnia”? Najlepiej byłoby sprawdzić obie te hipotezy, ale dużo częstsza jest taka: „To, co robię, mnie napełnia, ale robię tego za dużo, nie ma przeciwwagi, drugiej strony”. A ta druga strona, zwłaszcza u kobiet, musi się pojawić. Wypalenie, depresja są często właśnie wołaniem tej drugiej strony.

Czym jest ta druga strona? Co nas woła? W największym skrócie – dusza. Przeciwwaga dla działania, osiągania, zdobywania i wiecznej aktywności. Aby się z nią spotkać, potrzebujemy wejść w głąb siebie. Jest mnóstwo bajek i mitów na ten temat, a mity i baśnie pokazują pewne archetypy, czyli nieuświadomione, głębokie pragnienia i tendencje. Jednym z takich mitów jest mit o Demeter i Persefonie. Opowiada o tym, że życie jest cyklem. Tego się nas wcale nie uczy, w związku z tym nie dajemy sobie przyzwolenia na to, by też nie działać. A niedziałanie jest nam bardzo potrzebne. Po pierwsze, po to, by odpocząć. Po drugie, by zajrzeć w głąb siebie i spotkać się z tym, co tam się znajduje. Bo jest czas na to, że Demeter i Persefona, matka i córka, się spotykają i wszystko rozkwita. Jest wiosna, lato, słońce i czas plonów. Potem jednak Persefona musi zejść do podziemia, a na zewnątrz świat zamiera – jest jesień, zima, liście opadają, nic nie kwitnie. My też musimy czasem zejść do podziemia. To naturalne. I są na to potrzebne czas i przestrzeń. Nie da się tego robić jednocześnie, czyli pracować 24 godziny na dobę i mieć czas na bogate życie psychiczne i duchowe. A ono również domaga się naszej uwagi. Ono też woła, czasem tak głośno, że manifestuje się poprzez chorobę psychosomatyczną czy depresję.

Już usłyszałyśmy ten głos, co możemy teraz zrobić? Przede wszystkim trzeba się zatrzymać. Polecam bardzo książkę „Podróż bohaterki” Maureen Murdock. Autorka, uznana jungistka, pisze, że kiedy już się wyruszy w podróż do środka siebie, to trzeba wiedzieć, że nie będzie tu żadnych map i wytycznych. Można się wspierać różnymi narzędziami, po to są m.in. kręgi kobiet, terapia, medytacja czy kontakt z przyrodą, ale cel jest jeden: spotkać siebie. A to odbywa się głównie poprzez obserwację, nie poprzez działanie. Co obserwuję? To, jakie emocje się we mnie pojawiają i co mi się śni.

Sny są ważne w takiej podróży? Ogromnie ważne. Psychika, dusza mówią do nas właśnie snami.

Ale robią to nie zawsze w języku, który rozumiemy... Można się go nauczyć. To język symboli, metafor i energii, ale nie takich jak w sennikach. Każdy sam jest dla siebie słownikiem symboli i metafor.

Sama wiem, jak zinterpretować swój sen? Bo wiem, co dla mnie znaczą różne elementy tego snu.

Powiedzmy, że śni mi się podróż i ciągle się w tym śnie przemieszczam, w dodatku spotykam różnych ludzi – zarówno tych realnych, z mojego życia, jak i postaci z filmów czy książek, które oglądam lub czytam. Pewne elementy snów są dla nas wszystkich wspólne, archetypiczne. Podróż to taki właśnie archetyp. Oznacza zmianę, czasem nawet zmianę tożsamości, albo jej potrzebę. Sny, wbrew temu, co myślimy, nie pokazują, co się stanie, ale co jest nam potrzebne, ukazują tendencje naszego rozwoju. Czyli warto zadać sobie pytania: w jakim aspekcie mojego życia muszę w tę podróż wyruszyć? Gdzie jest zbyt wielka stagnacja, gdzie jestem zbyt „zatrzymana”? W następnej kolejności warto popatrzeć na osoby, które spotykam w tej podróży ze snu. Z czym one mi się kojarzą? Jaką jakość wnoszą, jaką mają energię, kim one są dla mnie? Gdybym miała opisać je zupełnie obcej osobie, to co jest w nich takiego specyficznego i indywidualnego? Warto to ustalić, bo to znaczy, że ten kawałek jest mi potrzebny w podróży. Może muszę go bardziej rozwinąć albo jest dla mnie najbardziej trudny. Ale na pewno mieści się w nim coś ważnego. I to jest właśnie ten indywidualny odbiór.

Sny są cudowną materią do pracy nad sobą, już Zygmunt Freud mówił o nich „królewska droga do nieświadomości”. Można je zapisywać w postaci słów, można robić mapy snów, można je rysować... Co więcej, kiedy wyruszamy w taką wewnętrzną podróż, miewamy zwykle więcej snów i są one bardziej wyraziste i znaczące niż zwykle. I mówią to nawet ci, którzy nigdy nie śnią.

Co jeszcze obserwujemy, oprócz snów? Emocje oraz ciało. Co się w nim dzieje? Co ono czuje? Czego potrzebuje? Jak reaguje na różne sytuacje, emocje i bodźce? W ten sposób wchodzimy też w bliższy kontakt z naszym Wewnętrznym Dzieckiem, czyli tą częścią nas, która cała jest zbudowana z potrzeb. Kiedy nakarmimy, uspokoimy i uszczęśliwimy to nasze Dziecko, odnajdziemy właściwą drogę do siebie.

Często będą to rzeczy, które z punktu widzenia świata uzgodnionej rzeczywistości, czyli świata działania i osiągania, nie będą szczególnie atrakcyjne. Dziecko rzadko chce zostać dyrektorem, zwykle chce dostać psa albo iść na spacer, więcej czasu spędzać z przyjaciółmi albo chce leżeć i robić nic! To często jest właśnie pierwszy etap takiej podróży: pozwolenie sobie na leżenie i nicnierobienie.

Żyjemy w bardzo silnym paradygmacie produktywności, boimy się, że jeśli się zatrzymamy, to się rozpadniemy. Ale my właśnie mamy się rozpaść. I tak to się wkrótce stanie, lepiej więc z tym współdziałać, niż być w kontrze, bo wtedy się rozpada z jeszcze większym hukiem. Ludzie mówią: „czuję, że jeśli się położę, to już nie wstanę”. To nieprawda, tak się nigdy nie dzieje, ale może przez tydzień rzeczywiście tylko poleżymy.

Czyli: śnimy, leżymy, obserwujemy siebie i swoje potrzeby. A jeśli mamy ochotę na jakiś serial czy książkę, może te, które już widziałyśmy czy czytałyśmy setki razy? Czego mamy w nich szukać? Jak odnaleźć w nich tę brakującą cząstkę siebie, to „coś”? No właśnie tego nie da się opisać na zasadzie: „jest różowe i pachnie wanilią”. Gdy to się znajdzie, to się po prostu wie. Nazywam to poczuciem mocy osobistej, w której jest miejsce na siłę, ale również na słabość.

Kolejny etap stanowi zbudowanie pomostu pomiędzy tym, co jest we mnie, a światem, czyli zrobienie na to, co odnalazłam, miejsca w swoim życiu. I zawodowym, i osobistym. Ale też bądźmy świadome, że to czasem zadanie na parę miesięcy. Albo i lat – i to jest w porządku.

Wielu kobietom pomaga zrobienie listy pod tytułem „Kim jestem?”. Co się tam najpierw pojawi? Najpierw pojawiają się role, które odgrywamy w życiu. Czyli: jestem żoną, matką, prawniczką... Dopiero potem robi się miejsce na dużo głębsze poczucie, kim jestem Ja, właśnie Ja. To chyba dobra pora, żeby wspomnieć o micie osobistym...

Czym jest mit osobisty? Carl Gustav Jung jako pierwszy powiedział, że jest coś takiego jak osobista historia, która dzieje się przez całe twoje życie, takie trochę „po co tu jestem?”, i ma to wiele wspólnego z głębokim poczuciem sensu. Mit osobisty to podstawowy wzorzec, motyw, ale też twoje wyzwania i zadania. To coś więcej niż codzienne obowiązki, to siła, która nami kieruje, historia, jaka chce się wypełnić. Nie chodzi o to, że nasze życie jest przez coś zdeterminowane, niezależne od naszej woli, tylko że właśnie ma głębszy sens. Indianie wierzą, że każda dusza przychodzi na ten świat po coś, tylko kiedy już się rodzi, to zapomina po co. I jej życiowym zadaniem jest to sobie właśnie przypomnieć.

Co może być naszym mitem osobistym? Zwykle odnajdujemy go, cofając się do pierwszego snu z dzieciństwa albo analizując powtarzające się sny. Sam fakt, że one się powtarzają, znaczy, że zawierają ważny wzorzec, coś do odkrycia. Na przykład jedna z kobiet, z którą pracowałam nad odnalezieniem jej mitu osobistego, była bardzo zadaniowa, skupiona na różnych celach i wysoko produktywna. Miała też powtarzający się sen, śniony już w dorosłości, że tańczy: z kimś, czyli w parze, albo sama. Rzeczą do nauczenia czy zrozumienia, tym, co było jej potrzebne, czyli jej lekarstwem na różne bolączki – bo tym też jest mit – było to, by nauczyła się bardziej tańczyć w swoim życiu. Czyli chodziło o lekkość, przyjemność i radość. Metafora tańca była tym, co w sposób bardziej świadomy potrzebowała wnieść do swojego życia.

Jej mit mówił: „życie jest tańcem”. Zgadza się. Inna historia z mojego gabinetu dotyczyła pierwszego snu z dzieciństwa. Dziewczynę goniły wilki, czego oczywiście bardzo się bała, ale w snach często to, czego się boimy, jest tym, co najbardziej nam potrzebne. Chodziło więc, by połączyła się z energią wilków, częściej używała kłów i pazurów. Na co dzień była bardzo miłą i grzeczną osobą, trzymającą się zasad, a potrzebowała zaufać swoim instynktom.

A można też doszukać się swojego mitu w ulubionych bajkach, książkach lub filmach? Powiedziała pani o wilkach, mnie przyszły na myśl wampiry. Wiele osób, w tym ja, uwielbia filmy i książki o nich. Ja też. Seriale o wampirach to moje guilty pleasure. Kocham wampiry!

Co takiego w sobie mają, że tak je kochamy? Wampiry to bardzo ciekawy, kulturowy symbol. Reprezentują bardzo wypartą, dziką część nas. Z jednej strony są ludźmi, z drugiej – zwierzętami.  Mają w sobie ogromną siłę, jakąś pierwotność. Krew, którą piją, ja rozumiem jako coś żywego. Nie żywią się byle czym, a esencją życia.

Są też bardzo egoistyczne, pozwalają, by ich pragnienia były ważniejsze niż innych. Zdecydowanie tak. I uwielbiają rządzić innymi. Powiedziałabym tak: jeśli ktoś bardzo lubi czytać o wampirach lub często mu się śnią, wskazówką dla niego jest „stań się wampirem w swoim życiu”. Czyli stawiaj swoje pragnienia na pierwszym miejscu i ustal, co jest tą „krwią”, bez której nie przeżyjesz. Żyw się nią.

Dla wielu kobiet ważną postacią jest czarownica. Od kilku lat obserwuję odradzanie się kultu współczesnych wiedźm. Mnie kojarzy się to z powrotem do natury, z uznaniem, że jesteśmy połączeni ze wszystkim, co żyje. Ale wiedźma to dla mnie też mądrość, moc, wiedza. Ogromnie się cieszę, że powraca kult czarownicy. Między innymi dlatego, że mamy bardzo mało postaci bogiń w naszej kulturze. Mamy Matkę Boską i Ewę. Jedna jest związana z ogromnym poświęceniem, a druga – z ogromnym poczuciem winy. A jeśli nie ma czegoś w baśniach, mitach czy opowieściach, to nie ma reprezentacji tego w kulturze. Wtedy dużo trudniej jest to poczuć w sobie, dać sobie na to przyzwolenie. Czarownica to wyparty element boginicznej, ale i realnej kobiecości. To część związana ze starością, mądrością i ogromną mocą. Związana z cyklami natury, z roślinami, zwierzętami. Jest dzika, złośliwa, często brzydka – ma brodawki, siwe, potargane włosy, pazury i garb. Ale ona pozwala sobie na bycie brzydką, na niezabieganie o aprobatę otoczenia. Bo ma wielkie poczucie mocy; stąd strach, jaki czarownice wzbudzały w wiekach średnich.

Na jednym z protestów widziałam transparent: „Jesteśmy wnuczkami czarownic, których nie udało się wam spalić”. Aż mnie dreszcz przeszedł, taki był mocny. I pomyślałam sobie, że czarownice towarzyszą naszemu dzieciństwu, a potem znikają. Dziś wiele kobiet określa się „współczesnymi czarownicami” i nie są to żadne metafory czy żarty. To kobiety, które nie pozwalają, by je kontrolować. Są mądre, pewne siebie, wolne i pełne radości życia. Ich siła jest połączona z naturalnym cyklem: wiedzą, kiedy trzeba coś pożegnać i pozwolić mu odejść, a kiedy coś przywitać czy nawet przywołać. Wiedzą, kiedy trzeba wejść do lasu i odciąć się od ludzi, a kiedy do nich wrócić i im pomóc. I my tej mądrości bardzo potrzebujemy. Cieszę się, że ta energia się dziś budzi. Kobiety, które do mnie przychodzą, bardzo często śnią o czarownicach, które je gonią. Ale widać to też w popkulturze: ile filmów jest teraz o czarownicach i o superbohaterkach! A popkultura zawsze odzwierciedla potrzeby społeczne i ważne trendy. Może więc w tej podróży tak naprawdę potrzebujemy odkryć naszą wewnętrzną czarownicę, superbohaterkę, nosicielkę naszej mocy?

Agnieszka Kramm, psycholożka, psychoterapeutka, superwizorka. Prowadzi projekty i kręgi kobiet, autorka podcastu "krammzemocjami".

Ćwiczenie na początek drogi

Weź kartkę papieru i napisz, bez cenzury i bez dłuższego zastanowienia, co jest na ten moment dla ciebie ważne, co jest superważne i co lubisz, co ci sprawia przyjemność. Możesz użyć kolorów, rysunków, wzorów. Następnie zadaj sobie pytania: kiedy najbardziej czuję się sobą? W jakim momencie? Potem to przeanalizuj i pomyśl, jak na to wszystko, co napisałaś, możesz zrobić więcej przestrzeni w swoim życiu. I wpisz to sobie do kalendarza.

  1. Psychologia

Zmiana - proces tworzenia siebie. Rozmowa z Mateuszem Grzesiakiem

- Jest nieco bajki w stwierdzeniu, że wszystko jest możliwe. Ale za to wszystko jest możliwe w odpowiednim czasie pod odpowiednimi warunkami - mówi Mateusz Grzesiak. (Fot. iStock)
- Jest nieco bajki w stwierdzeniu, że wszystko jest możliwe. Ale za to wszystko jest możliwe w odpowiednim czasie pod odpowiednimi warunkami - mówi Mateusz Grzesiak. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
– Zmiana jest konieczna do rozwoju, ale sama nie nastąpi. Jest procesem tworzenia siebie, w którym powinniśmy określić, co chcemy osiągnąć i wybrać narzędzia, które pomogą nam zrealizować nasze cele. To dwa kluczowe elementy, które są konieczne do zmiany – mówi psycholog i przedsiębiorca dr Mateusz Grzesiak w rozmowie z Aleksandrą Nowakowską.

Artykuł archiwalny. 

Mistrzowie duchowi mówią, że życie jest zmianą i że poza zmianą nic w życiu nie jest pewne… Mistrzowie duchowi znają wiele mądrości życiowych, ale nie komunikują ich wystarczająco konkretnie. Ludzie chcą narzędzi, dzięki którym się zmienią.

Żeby zmienić coś w sobie i w swoim życiu, często trafiamy do specjalisty – psychoterapeuty lub coacha. A jeszcze częściej, żeby zwrócić się po tę pomoc, musimy dostać kopa od życia. Dostanie kopa od życia jest postawą pasywną. Poza tym to ryzyko. Niektórzy mówią, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Ale jeśli cię zabije, to na pewno nie wzmocni... Poza tym skąd wiemy, że kiedy ktoś dostanie kopa, będzie potem mądrzejszy? Może jeszcze raz dostać tego samego kopa w to samo miejsce i będzie go bolało dwa razy bardziej. Jeżeli brak nam odpowiedniej wiedzy, nie wyciągniemy wniosków.  

Kop bywa jednak motywacją do zmiany. Czasami rzeczywiście tak jest. Niektórzy ludzie nie będą chcieli się zmienić, jeśli nie doświadczą określonego problemu, który odbierze im coś w życiu i wpłynie na ich emocje, zapewni pewien poziom cierpienia. Ale kop jest tylko początkowym bodźcem. Potem stajemy przed pytaniem: co mogę zrobić, żeby nie dostać tego kopa ponownie, czyli jak mam się zmienić? Tu przechodzimy do narzędzi z zakresu psychologii zmiany. Nie mieliśmy w szkole takiego przedmiotu, więc nasza wiedza na ten temat jest zerowa. Ludzie błędnie sami się diagnozują i na przykład chandrę traktują jak depresję albo szukają specjalistów, którzy wcale nie są im potrzebni. Należy rozpowszechniać wiedzę o praktycznej psychologii. Szukają ich, ponieważ przechodzą kryzys albo tkwią w martwym punkcie. Instynktownie wiedzą, że zmiana jest konieczna, bo ciągle są tym samym poziomie. Ale nieraz zmiany okazują się iluzoryczne, bo kolejna praca jest niesatysfakcjonująca a następny partner również jest niedostępny. Ludzie chcą się zmienić, bo są niezadowoleni z tego, co mają: bo mało zarabiają, bo są zbyt otyli, bo relacje z dzieckiem nie spełniają ich oczekiwań, bo nie dostali awansu. Nie mają w życiu czegoś, o czym wiedzą, że potencjalnie jest to w ich zasięgu. To stwarza dysonans pomiędzy tym, czego oczekują, a tym co mają. I często to zaczyna być motywacją do zmiany.

Na czym polega autentyczna zmiana? Najpierw trzeba wiedzieć, czego się chce. Tymczasem większość ludzi żyje jak trzcina na wietrze – oni robią to, co w danym momencie życie im przynosi, są pasywni, nie planują i nie podejmują działania. A ja mogę przecież wyobrazić sobie Mateusza za trzy lata, on może być chudszy niż teraz albo na przykład bogatszy. To jest proces tworzenia siebie, w którym powinniśmy określić, co chcemy osiągnąć i wybrać narzędzia, które pomogą nam zrealizować nasze cele. To dwa kluczowe elementy, które są konieczne do zmiany. Trudno podjąć decyzję o zmianie wtedy, gdy wierzą w romantyczne gusła i inne średniowieczne bzdury.

Gusła? W Polsce kierujemy się różnego rodzaju wróżbami chociażby w budowaniu relacji, choć jesteśmy jedną z najbardziej wykształconych nacji na świecie. Na przykład czekamy na drugą połówkę jabłka! Druga połówka jabłka jest w warzywniaku. Obudź się, nie ma drugiej połówki jabłka w związkach. Jestem ciekawy, czy w Kongo szukają drugiej połówki banana. To jest ignorancja. Używamy metafor – które w naszej rozmowie nazywam gusłami – bo nie wiemy, jak działają relacje. Nie mówię tu o przestarzałych „frojdyzmach”, ale o nowoczesnej psychologii, która służy człowiekowi. O najnowszych badaniach i świetnych narzędziach, dzięki którym możemy osiągać swoje cele. Większość ludzi nie ma świadomości, że skuteczność w życiu osobistym i zawodowym wynika z przemyślanego działania opartego na wiedzy, a nie z przypadku, rzekomego szczęścia i innych nieweryfikowalnych historii.

Moglibyśmy zacząć od nauki, jak działa mózg, jak odczuwamy emocje, tak? Tak. Z jednej strony mamy nauki twarde – między innymi chemię, biologię, fizykę, które uczą jak skonstruowany jest świat materii. Z drugiej są nauki miękkie, takie jak psychologia, które odkrywają w jaki sposób funkcjonuje ludzki umysł, jak modelować zachowania, jak wpływać na emocje. I tam są konkretne przepisy, jak siebie zmienić. Dajmy konkretny przykład: chcę rzucić palenie. Zaczynam od tego, żeby się dowiedzieć, jak to zrobić. Bez tej wiedzy będę się autodiagnozował na podstawie niepopartych faktami przekonań, jak np.: „taki się urodziłem”, „to przez mojego dziadka bo też palił” albo – tu wracamy do romantycznych guseł: „to było mi pisane”. Możemy dodać trochę źle rozumianego buddyzmu: „taka karma, że palę i nic z tym nie da się zrobić”. Tego typu bzdury powodują, że ludzie zamiast podjąć działanie, tkwią w tym swoim paleniu albo w niedziałających biznesach czy nieszczęśliwych związkach. A te historie można w określony sposób zmienić. I choć nie możemy mieć wpływu na wszystko, to na pewno możemy przestać palić lub więcej zarabiać.  

Dobrze, rezygnuję z pomysłu, że to przez karmę mało zarabiam. Co robić? Zaczynam od uświadomienia sobie faktu, że są ludzie, którzy zarabiają duże pieniądze. Czyli wiem, że jest to możliwe. Szukam odpowiedzi na pytanie, w jakim zawodzie się najwięcej zarabia. Przedsiębiorca, wykwalifikowany specjalista, pracownik na wysokim kierowniczym stanowisku –świetnie, mam trzy modele. Jeśli chcę być specjalistą, zdobywam unikalne kompetencje, na które jest zapotrzebowanie na rynku i po jakimś czasie zaczynam je sprzedawać. Albo wkraczam na ścieżkę kariery, która zaprowadzi mnie do kierowniczego awansu. Rozwiązanie numer trzy: staję się przedsiębiorcą, czyli uczę się, w jaki sposób sprzedawać, robić marketing, zarządzać zespołem, buduję misję, wizję, wartości swojej firmy, tworzę portfolio produktów, profiluję klienta, po czym wychodzę do niego. Za każdym razem robię swoje. Moi rodzice walczyli z komunizmem, ja żyję w kapitalizmie i mogę tworzyć siebie jako przedsiębiorcę na wolnym rynku i to jest niesamowite.

No tak, ale do tego potrzebne są pieniądze na wykształcenie, rozpoczęcie biznesu.   Jakie pieniądze? Naprawdę?! W dzisiejszych czasach, gdzie masz do czynienia chociażby z czymś takim jak crowdfunding, który nie kosztuje nic, bo ktoś może zainwestować w twój pomysł? Nigdy nie żyliśmy w czasach tak sprzyjających do zarabiania pieniędzy! Weźmy rodzimego youtubera Sylwestra Wardęgę. Miał prosty sprzęt, którym nagrywał swojego psa na ulicy przebranego za pająka. Umieścił to w Internecie za darmo. Psa ogląda 180 milionów osób świecie, a Wardęga zarabia na tym pieniądze.

Z jednej strony możemy sięgnąć po kreatywność, odwagę, innowacyjność. Ale z drugiej strony mamy ograniczenia – chociażby lęk i inne emocje. One często nie pozwalają nam iść do przodu, zmienić życie i odnieść sukces. Mogę się bać, że ktoś mnie skrzywdzi albo że spadnie na mnie z nieba meteoryt. Ale mam też inne wyjście – mogę za darmo wejść w Internet, gdzie znajdę techniki radzenia sobie z emocjami. Mam do wyboru chociażby Racjonalną Terapię Zachowań (terapia krótkoterminowa wywodząca się z nurtów poznawczo–behawioralnych – red), gamę narzędzi rodem z psychologii poznawczej, ćwiczenia mindfullness. Mogę zrobić technikę pt. test kamery i zobaczyć, że to, czego się boję, nie jest oparte na faktach. Mogę też pracować nad dialogiem wewnętrznym. Moje emocje zależą ode mnie – nawet te najtrudniejsze. Lęk dzieje się w naszych głowach i można go zniwelować.

Miałeś kłopoty ze zdrowiem, poważne, bo chodziło o serce i wyszedłeś z tego. Czego wtedy doświadczyłeś? Lęku, poczucia winy, pretensji do siebie, złości, nadziei. To była cała plejada emocji, z którymi musiałem popracować, żeby podjąć racjonalne działanie zmierzające do wyleczenia się. Trwało to 8 miesięcy i koniec końców się udało. Jakbyś mnie zapytała, czy to było trudne – odpowiedziałbym – tak, ale co z tego? Gdy chce się osiągnąć duże rzeczy, robi się trudne rzeczy. A jak nie – to się robi łatwe. Rozmawiamy o tym, że ludzka postawa, czyli przekonanie na temat rzeczywistości, umożliwia lub nie określone zmienianie się. Tak naprawdę potrzebujemy pomysłu i wiedzy, jak go realizować.

Jeszcze czegoś. Patrzę na ciebie i widzę mężczyznę pod tytułem „JUST DO IT”. Myślę, że działanie jest dla ciebie łatwe, pewnie masz wysoki poziom motywacji. Wiedziałem, że wrócisz do guseł romantycznych. O której dzisiaj wstałaś?

O siódmej. O której pójdziesz spać?

Pewnie późno, bo mam sporo do pisania. O której to późno? Dwunasta, pierwsza?

Tak. Ja wstałem dzisiaj o szóstej, pójdę spać o pierwszej. Będę spał może pięć godzin i tak robię od trzynastu lat. Mamy wewnętrzną potrzebę, żeby fakt, czy coś osiągamy czy nie, tłumaczyć istnieniem siły wyższej lub naturalnych predyspozycji, równie magicznych. Kiedy zajmowałem się nauką języków obcych, a wykładałem dotychczas w siedmiu językach, wiele razy słyszałem: „Ale ty masz talent”, „Z tym to się urodziłeś”. A ja wtedy pytałem: „Czy zapisałeś się do szkoły języków obcych?”. I słyszałem: „Nie, bo nie mam talentu”. I to są gusła tłumaczące brak wiedzy na temat zachowań potrzebnych do osiągnięcia celu.

Są tacy, którzy zapisują się do szkoły i dopiero tam stwierdzają, że nie mają talentu. Nie wystarczy się zapisać, trzeba się uczyć. Jedni są pracowici i ambitni, a drudzy leniwi i im się nie chce.

Właśnie – nie chce im się. Jest jeszcze kwestia motywacji. Jak się nie chce, to się nie ma wyników. Lenistwo jest niczym innym jak mechanizmem obronnym. Odczarujmy zmianę – tam nie ma guseł – tam jest sposób, w jaki wpływamy na emocje, myśli, zachowania. Chcę się zmotywować. Sięgam więc do zestawu technik motywacyjnych. Weźmy zobowiązanie publiczne – jeżeli powiem bliskim, że zamierzam coś osiągnąć, wtedy będę bardziej zobowiązany, żeby to zrobić niż gdybym im nie mówił. Dwa – negatywna konsekwencja. Zadajmy sobie pytanie, co się negatywnego stanie, jak się nie zmienię. Będę przez dziesięć kolejnych lat trwała w związkach z toksycznymi facetami i zestarzeję się nieszczęśliwa. Kolejna technika – motywujące cytaty i historie osób, które odniosły sukces. Wystarczy wejść w internet i wpisać – techniki motywacyjne, proste przepisy. Oczywiście, że gdy wstaję o szóstej rano i idę na zapasy, wiedząc, że dostanę od mojego trenera takie baty, że będę posiniaczony, nie jest przyjemnie. Ale mnie nie interesuje przyjemność ani łatwość, mnie interesuje skuteczność.

A co jest złego w przyjemności?! Po pierwsze, ona przemija, więc nie możesz jej uchwycić i ciągle ci jej brakuje. Po drugie, adaptujemy się do niej, więc trzeba ciągle podnosić dawkę. Po trzecie, istnieje tylko w odpowiedzi na bodziec wywołujący, którego ciągle musisz szukać. Po czwarte, jest emocją, a więc nie daje żadnej treści. Półtorej godziny spędzone na oglądaniu filmu, który jest zabawny, ale nie wnosi merytorycznej wartości do czyjegoś życia, to 90 minut bicia piany. Przyjemność poczuję też, gdy napiję się alkoholu. Ale jeśli systematycznie będę to robił, stanę się głupszy, bo dojdzie do degeneracji moich neuronów. A ty mnie pytasz, co się złego w przyjemności? Wszystko, na Boga! Wszystko! Co innego radość. Ale radość nie jest emocją, jest uczuciem. Radość jest emanacją tego, co czuję, będąc szczęśliwą jednostką. Ludzie, niestety, dążą do emocji. Od lęku uciekają do przyjemności. To są smutne czasy. Ci ludzie cierpią i tego nie wiedzą.

Czyli kluczem do zmiany i sukcesu jest pracowitość. Między innymi. Jeszcze wiedza. Są tacy, którzy chodzą na basen i nic to im nie daje, bo błędnie ćwiczą. Ale na całe szczęście są tam trenerzy, wystarczy zapytać. Kiedy 20 lat temu zaczynałem przygodę z z innym sportem – kulturystyką, prawie wcale nie było formalnych instruktorów. Wtedy też coachów jeszcze nie było. Jak ludzie wtedy żyli? Mniej świadomie i mniej skutecznie niż dzisiaj, intuicyjnie. Ludzie zawsze jakoś żyli. Ale my nie chcemy „jakoś”. Dla nas liczy się „jakość”, a więc bierzemy pod uwagę, jakie są możliwości i je tworzymy. Czasy się zmieniły, a wraz z nimi potrzeby społeczne.

Wróćmy do psychologii zmiany. Na czym polega głęboka zmiana, która spowoduje, że nasze życie nabierze nowej jakości. Po czym ją poznać? Nie ma znaczenia, czy zmiana jest głęboka czy płytka, ale o cel, jaki chcemy osiągnąć. W jakim kontekście chcę się zmienić? Czy chodzi o moje związki, pracę, ciało, kompetencje? Wszystko, co nie jest konkretne, nie zostanie przez nas zrealizowane. Na przykład: cierpię na nieśmiałość. Nie chcę być nieśmiały. A jaki chciałbym być w zamian? Chciałbym być śmielszy. Co to znaczy śmielszy, po czym poznam że jestem śmielszy? Teraz zaczynam przechodzić do konkretyzowania planu. Po czym poznam, że jestem śmielszy? Będę mówił pewniej, czuł się swobodniej, będę poznawał nowe osoby, podchodząc do nich i inicjując rozmowę. To jest konkretny cel – mózg wie wtedy, o co chodzi.

Czyli trzeba robić? Oczywiście, że robić. Gdy zaczynamy robić, przestajemy jedynie myśleć. I mamy feedback, jak coś działa.

Ale teraz pojawia się niebezpieczeństwo, że się poddamy, bo działamy, a nie jesteśmy skuteczni. Zniechęcające. A zatem powinniśmy wiedzieć, że Rzym nie został zbudowany w jeden dzień. Generalnie przyjmuje się, że zbudowanie nawyku zajmuje trzy tygodnie. Jeśli dzień w dzień będziesz jeździła na rowerze, twój metabolizm przyśpieszy. Jeżeli codziennie będziesz słuchała nagrań z językiem obcym, to wcześniej czy później twój mózg się go nauczy. Chodzi o systematyczność. Ty masz robić swoje, a mózg resztę zautomatyzuje.

Tyle jest nurtów rozwojowych, ale czy wiedza i świadomość się podnoszą? Fascynujące pytanie. Pod kątem świata technologicznego tak, robimy postępy w medycynie, fizyce, chemii, farmacji. Ale z innej strony nadal jesteśmy beznadziejnie zidentyfikowani z ego. Niedawno czytałem badania, że Polacy coraz rzadziej zadają sobie pytanie o sens życia. Smutna wiadomość. Bo oznacza, że nie myślimy, po co żyjemy. A co za tym idzie – żyjemy według narracji, która dana nam jest przez epokę i kulturę, w której się urodziliśmy.

Pytanie o sens życia może być motywacją do zmiany? Oczywiście. To fundament istnienia ludzkiej egzystencji – po co ja żyję, jaki jest sens tego, co ja robię, jaka jest moja misja życiowa.

Tylko jak to odkryć? Może lepiej stworzyć sens życia. Mój slogan to „Create Yourself”.

Myślę, że czasem coś w sobie odkrywamy, a czasem tworzymy. Prawdę mówiąc, jedno bez drugiego nie istnieje. Sam fakt tworzenia powoduje odkrywanie czegoś. I odwrotnie – odkrywanie czegoś wymaga od nas tworzenia tego. Próbuję dziesięciu sportów i odkrywam, że zapasy sprawiają mi najwięcej radości. Tworzę więc siebie jako zapaśnika, bo codziennie chodzę na treningi.

Co ostatnio ważnego zmieniłeś w swoim życiu? Zacząłem budować się i przygotowywać do bycia nie tylko psychologiem i przedsiębiorcą, ale też naukowcem. To jest duża zmiana. Zacząłem tworzyć instytut badawczo-naukowy, żeby mieć większą skalę i dać ludziom na całym świecie dostęp do fachowych narzędzi z zakresu psychologii interdyscyplinarnej: marketingu, zarządzania, samorealizacji. Motywowałem się tak jak zawsze: chęcią realizacji możliwości ludzkiego potencjału. Kiedy odkrywam, że mogę więcej, zaczynam podejmować działania.

Zmiana bardziej osobista? Schudłem 12 kilogramów w pół roku. Jadłem inteligentnie, ćwiczyłem inteligentnie i uprawiałem sport inteligentnie – to są trzy czynniki wpływające na zmianę wagi. Jeszcze jedna zmiana? Jakiś czas temu, gdy zrobiło się ciepło, kilka razy poszedłem palić fajkę shisha i bardzo mi się to palenie spodobało. Przeczytałem później w Internecie, że godzina palenia shishy równa się wypaleniu 100 papierosów. Po przeczytaniu tego stwierdziłem, że należy to odczucie zlikwidować i zmniejszyłem w sobie pożądanie palenia shishy. Palę teraz okazjonalnie.

Można się zmienić bez pomocy specjalisty? Można. Napisałem książkę pod tytułem „Psychologia zmiany”. Jeśli ktoś ją przeczyta i będzie ćwiczył rzeczy, o których tam napisałem, to większość swoich problemów życiowych będzie w stanie rozwiązać samodzielnie. To jest też element sensu mojego życia. Piszę książki, ponieważ wychodzę z założenia, że wiedza nie należy do nikogo i że trzeba się nią dzielić.

Gdy ciebie słucham, to wydaje mi się, że wszystko jest możliwe, ale przecież tak nie jest. Spotkałam się z opinią, że zbyt silne motywowanie i popychanie ludzi do zmiany, może szkodzić, bo mogą na skutek porażki cofnąć się w swoim rozwoju. Jest nieco bajki w stwierdzeniu, że wszystko jest możliwe. Ale za to wszystko jest możliwe w odpowiednim czasie pod odpowiednimi warunkami. I to jest oparte na faktach. To jest prawda. Nie schudnę przecież, jak trzy razy podskoczę i krzyknę „mogę!”.

Szkoda. Ale jeśli będziesz tak skakała codziennie przez pół godziny przez trzy tygodnie, to schudniesz.

Dr Mateusz Grzesiak jest przedsiębiorcą i wykładowcą. Ukończył studia magisterskie z prawa oraz psychologii, jest doktorem nauk ekonomicznych w dyscyplinie nauki o zarządzaniu. Szkoli międzynarodowo od kilkunastu lat w 7 językach. Pomaga ludziom i organizacjom osiągnąć zaplanowane cele poprzez dostarczanie narzędzi psychologii interdyscyplinarnej w czterech obszarach biznesu i życia osobistego: sprzedaży i marketingu, samorealizacji i relacji, kultury i wartości, przywództwa i zarządzania. Autor wielu bestsellerowych książek.