1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Krótki kurs asertywności. Jak mówić "nie", zamiast "tak"

Krótki kurs asertywności. Jak mówić "nie", zamiast "tak"

Będąc w zgodzie ze sobą łatwiej nawiązać prawdziy kontakt z innymi. (Fot. iStock)
Będąc w zgodzie ze sobą łatwiej nawiązać prawdziy kontakt z innymi. (Fot. iStock)
Ile energii zużywamy na zabieganie o czyjeś względy, pomaganie, usługiwanie,  ale też na powstrzymywanie naturalnych odruchów i ignorowanie własnych potrzeb. Jeśli zbyt często mówisz „tak”, kiedy myślisz „nie” – początek roku jest świetną okazją do tego, by z tym skończyć - przekonuje Jolanta Maria Berent. 

Chcemy żyć w zgodzie. I żeby wszyscy byli zadowoleni. Tyle że różnimy się między sobą, mamy odmienne doświadczenia życiowe, poglądy, a nasze interesy często są sprzeczne. O starcia, konflikty więc nietrudno. Mimo to próbujemy ich uniknąć. Mówimy „tak”, choć coś w nas krzyczy „nie!”. Przytakujemy. Naginamy się do czyichś potrzeb. Przełykamy zniewagi. Przepraszamy na wyrost i tłumaczymy się. Czujemy się odpowiedzialni za nastrój innych ludzi, boimy się ich złości czy rozczarowania. Rezultat? Zmęczenie, frustracja i... poczucie porażki. Bo przede wszystkim sami jesteśmy niezadowoleni. Z siebie – że tak siebie nie szanujemy, nadużywamy. Z naszych relacji – bo co to za relacje, skoro nie ma w nich autentyczności, szczerości, przestrzeni na odmowę. Ale też ze wszystkich tych wysiłków wkładanych w uszczęśliwianie innych, zwłaszcza że niekoniecznie są szczęśliwi...

Znakomicie obrazuje to przypowieść, przytoczona w książce „Zdrowy egoizm” Rachael i Richarda Hellerów. Więc ojciec i syn ruszają w podróż na koniu – mężczyzna sadza na nim chłopaka. Niedługo potem mijają ludzi, którzy stwierdzają: „Rozpieszczony, samolubny dzieciak! Jedzie sobie wygodnie, a ojciec musi męczyć nogi”. Zawstydzony chłopiec ustępuje miejsca ojcu. Jadą dalej, by w najbliższej wiosce usłyszeć: „Żaden przyzwoity ojciec nie rozsiadałby się tak, narażając dziecko na niewygody”. Testują więc trzeci wariant, wsiadają na konia obaj – teraz okazuje się, że są okrutni, bo męczą biedne zwierzę. Cóż, pozostaje im zeskoczyć z konia i wędrować, prowadząc go za uzdę. Co na to ludzie? „Iść pieszo, kiedy ma się konia do dyspozycji? Trudno o większą głupotę!”. Cóż, cokolwiek zrobisz, będziesz oceniany, więc czy nie lepiej po prostu robić swoje?

To się nie opłaca!

Ktoś powiedział, że połowy kłopotów w naszym życiu moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy nie zgadzali się na wszystko tak szybko i nie mówili „nie” tak późno. Rzecz w tym, że wszyscy potrzebujemy akceptacji, sympatii, życzliwości. I że w poszukiwaniu ich czasem zgadzamy się na coś, co niekoniecznie jest dla nas dobre. Przyznaję, że sama wpadłam niedawno w taką pułapkę. Zostałam zaproszona na pewne wydarzenie – przez osobę, z której usług przez jakiś czas korzystałam. Na miejscu okazało się, że inaczej rozumiemy słowo „zaproszenie” – pobrano ode mnie opłatę za udział w spotkaniu. Nie zaprotestowałam, chciałam być miła. Nie chciałam psuć atmosfery, wywoływać konfliktu, narażać relacji. Bilans: atmosfera i tak prysła, powstał ogromny konflikt wewnętrzny. Straciłam też zainteresowanie relacją z tą osobą i korzystaniem z jej usług. Do tego musiałam się zmierzyć z trudnymi uczuciami: rozczarowaniem, złością, poczuciem, że zostałam wykorzystana. Najgorsza była złość na siebie – że na to pozwoliłam, że nie stanęłam za sobą. Że wybrałam konwenanse, bycie uprzejmą. W każdym razie przekonałam się, jak bardzo się to nie opłaca (również w bardzo dosłownym sensie). Oczywiście, obwinianie siebie do niczego nie prowadzi.

Kluczowe to wybaczyć sobie, powiedzieć: "widocznie w tej konkretnej sytuacji inne zachowanie było dla mnie zbyt trudne, może wręcz niedostępne" i podziękować za to doświadczenie. W końcu to dzięki niemu mam szansę skorygować moje postępowanie.

Pamięć bólu służy nam jako ostrzeżenie, przypomnienie, by następnym razem zareagować inaczej.
Zacisnę zęby, dam radę – ile razy to przerabiałeś? Dasz, na pewno – tylko jakim kosztem, w imię czego? Tłumienie emocji – bo złość, frustracja, żal będą się do ciebie dobijać i trzeba gdzieś je upchnąć – sprawia, że będziesz spięty, a życie w spiętym ciele to nie najlepszy układ. W moim odczuciu najgorsze jednak jest to, że zdradzasz siebie. Tracisz kontakt ze sobą, ze swoimi potrzebami, wartościami. To boli. Jeśli stawiasz dobre samopoczucie innych nad własnym, wysyłasz wyraźny sygnał, że nie jesteś ważny. Oddajesz swoją siłę, łatwo cię wykorzystać. Tracisz szacunek do siebie.

To nie wszystko: paradoks polega na tym, że „zadowalacze” rzadko mogą się pochwalić udanymi relacjami. Powód? Cóż – nie jesteś sobą. Jeśli wciąż starasz się dogadzać innym, przymilasz się, uśmiechasz, zakładasz maski – przebywanie z tobą może być uciążliwe, a nawet nudne. Zresztą ty sam też tracisz zainteresowanie ludźmi, trudno ci czerpać przyjemność z kontaktów z nimi. Za dużo w tym wysiłku, napięcia, kontroli... Za dużo niechęci, oporu, frustracji. Możesz nie wiedzieć do końca, o co w tym chodzi, ale czujesz, że nie masz chęci na jakiekolwiek interakcje. Bo brak przepływu, szczerości. Bo nie dostajesz tego, czego potrzebujesz – no, może namiastkę i to nie za darmo. Więc po co?

Każdemu jego uczucie

Korzenie tego problemu sięgają dzieciństwa i tego, jak byliśmy traktowani przez rodziców. Jeśli dostaliśmy bezwarunkową miłość, jeśli czujemy się kompletni tacy, jacy jesteśmy, nie potrzebujemy szukać akceptacji na zewnątrz. Tylko kto z nas został tak wyposażony na drogę? Najczęściej miłość, jaką otrzymywaliśmy, była reglamentowana, uzależniona od tego, czy byliśmy grzeczni i czy przynosiliśmy dobre oceny ze szkoły. Często byliśmy bardzo surowo oceniani, krytykowani – to prowadzi do lęku przed popełnieniem błędu, rozczarowaniem ważnych ludzi.

Potrzeba zadowalania innych przybiera szczególnie duże rozmiary u osób z rodzin, w których dochodziło do przemocy, do nadużyć. W takiej rodzinie dziecko żyje w lęku, że mogłoby narazić się czymś rodzicom. Czuje się odpowiedzialne za reakcje opiekunów, swoim zachowaniem stara się ich udobruchać, złagodzić wymiar kary. Chroni się najlepiej, jak potrafi... W ten sposób buduje bardzo silny mechanizm obronny: zadbam o siebie, dogadzając innym. A nuż uniknę kary (odrzucenia), a nawet dostanę jakiś okruch miłości?

Smutne? Przeraźliwie! I warto ten smutek poczuć, spotkać się z nim. Zobaczyć, jak bardzo odrzucamy siebie, kiedy tak szukamy dowartościowania, aprobaty innych. Kiedy próbujemy uniknąć konfrontacji z ich emocjami (i nie dopuszczamy do siebie własnych). To jak żałoba – po swojej prawdzie. I jak kubeł zimnej wody. Po prostu widzisz bezsensowność takich działań: stajesz się niezwykle podatny na manipulację otoczenia, twoja energia jest na wyczerpaniu, a i tak zawsze ktoś jest niezadowolony (ty na pewno!). Powiem coś oczywistego, ale warto to powtarzać, żeby wryło się w świadomość albo – mówiąc inaczej – żeby dokonać aktualizacji w naszym systemie przekonań: Nie jesteś odpowiedzialny za emocje innych osób. Co więcej, próba wpływania na ich samopoczucie to arogancja. Nie próbuj odbierać innym ich mocy! Niech każdy dba o siebie, niech uczy się radzić sobie z własnymi uczuciami.

Raz "tak", raz "nie"

Rezygnacja z tożsamości „zadowalacza” może prawdziwie zrewolucjonizować nasze relacje z ludźmi. Ale punktem wyjścia jest relacja z samym sobą. Można zacząć od uczciwej odpowiedzi na pytania „po co to robię?” i „co stracę, kiedy przestanę to robić?”. To ważne – może się pojawić lęk. Jak to? Mam być niemiły? Mam odmawiać? Mówić to, co myślę? A co, jeśli zostanę sam? Warto pobyć z tymi uczuciami, objąć je. Porozmawiać ze sobą. Wprowadzać zmiany małymi krokami:
  • Sprawdzać, czego chcę, odraczać niektóre decyzje.
  • Nauczyć się mówić: „daj mi czas”, „chcę się zastanowić”, „potrzebuję się z tym przespać”.
  • Zauważać, że masz wybór i nie musisz się z niego tłumaczyć (na niektóre propozycje można odpowiedzieć po prostu „nie, dziękuję”).
  • Dostrzec, że mówiąc czemuś „nie”, mówisz „tak” czemuś innemu. Chodzi o to, by stopniowo oswajać lęk przed niezadowoleniem ludzi i zbliżać się do siebie. Podnosić własną decyzyjność, sprawczość, asertywność. Poczucie wartości.
  • Zauważać własne potrzeby i uczyć się je komunikować.
  • Prosić o pomoc, rewanż. Na pierwszym miejscu stawiać siebie. I być wobec siebie bardzo, bardzo łagodnym.
Wszystko to nie oznacza oczywiście, że masz zamknąć serce na ludzi, na potrzeby otoczenia czy stać się niemiłym (choć czemu nie). Jeszcze raz: to kwestia wyboru. Czy właśnie to? Czy właśnie teraz? Czy właśnie z tą osobą? Zatrzymuj się, pytaj serca. Poznawaj siebie, swoje wartości – to niezawodna nawigacja! Z czasem będzie coraz łatwiej – nie będziesz musiał główkować, co zrobić. Będziesz znał swoje priorytety, wiedział, jakie działanie jest z nimi spójne. Być może jeszcze przeszyje cię dreszcz pod tytułem „jeśli to zrobię, będzie niemiło”. Owszem, może tak być. Tyle że – skoro masz wątpliwości – prawdopodobnie rysa na szkle i tak już powstała. Mało tego: może nawet zdarzyć się, że zostaniesz skrytykowany, odrzucony. Nie wszyscy cię polubią – tego akurat możesz być pewnym. Ale ci, którzy jednak obdarzą cię sympatią i zaufaniem, zostaną z tobą autentycznym – czasem odmawiającym, czasem zmęczonym, czasem zdenerwowanym... Będą cenić cię za to, kim jesteś naprawdę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Semantyka – słowa mają moc. Czy wypowiadasz je z uważnością?

Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Słowa dają i odbierają życie. Są błogosławieństwem i przekleństwem. Niszczą i leczą. Bywają jak uderzenie kamieniem i jak miód na serce. Napastliwe są przyczyną depresji i chorób, zachwytu – uskrzydlają. Jakich słów używamy? Jakich chcielibyśmy słuchać? Dlaczego tak łatwo wypowiadamy te, które ranią, a tak rzadko słowa uznania?

Używamy raniących słów, a nawet dopuszczamy się słownej agresji. Chyba nie ma nikogo, kto byłby od tego wolny. Kierowani lękiem i bezsilnością staramy się uzyskać władzę i kontrolę nad ludźmi, aby poczuć się lepiej. Często nie jesteśmy ani trochę świadomi, co kryje się za słowami, które wypowiadamy, ponieważ zjawisko słownej agresji jest w pewnym sensie częścią naszej kultury, jak pisze w książce „Toksyczne słowa” [Jacek Santorski & Co 2002] Patricia Evans.

„Dominacja, wymuszanie uległości, umniejszanie cudzych osiągnięć i zawyżanie własnych, dławienie oporu, manipulacja, krytyka, stosowanie nacisku i zastraszanie to akceptowane przez wielu reguły gry”.

Możemy poddać się dyktaturze kultury, jednak dobrze wiedzieć, że agresja słowna jest źródłem niezliczonych cierpień, ponieważ odcina od życia, od stanu współczucia. Wyklucza bliskość. Napastliwe słowa są przyczyną depresji i chorób. Głębokiego bólu. Smutku. Ciężaru w żołądku. Dławienia w gardle. Ściśniętego serca.

Gdy doktor Marshall B. Rosenberg, psycholog, założyciel Ośrodka Porozumienie bez Przemocy, zastanawiał się, jakie czynniki decydują o tym, że wzmacniamy w sobie życiodajny stan współczucia, uderzyła go kluczowa rola języka i sposobu, w jaki posługujemy się słowami. Posłuchajmy siebie: jakich słów używamy i w jaki sposób to robimy? Jakie słowa kierują do nas ludzie?

Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem

Komunikaty odcinające od życia to – wśród ogromnego bogactwa form, które mamy do dyspozycji – osądy, czyli stwierdzenia sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym systemem wartości, nie mają racji lub są źli. „Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem”, „Ona jest leniwa”, „Oni mają mnóstwo uprzedzeń”.

Zaprząta nas, kto jest dobry, zły, normalny, nienormalny, odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, bystry, ograniczony, leniwy, głupi. Jeśli bliska osoba prosi mnie o więcej czułości, niż od niej dostaję, jest „zachłanna i niesamodzielna”.

Ale jeśli ja zapragnę więcej czułości, niż od niej dostanę, uznam, że jest „wyniosła i niewrażliwa”. Jeśli koleżanka z pracy bardziej niż ja przejmuje się detalami, jest „małostkową pedantką”, lecz jeśli to mnie detale bardziej leżą na sercu niż jej, będzie „niechlujną bałaganiarą”.

Patricia Evans w „Toksycznych słowach” wyróżnia rodzaje słownej agresji. To nie tylko wyzwiska („idioto”, „głupku”), wybuchy gniewu („zamknij się!”), zastraszanie, rozkazywanie, ale także nasze całkiem zwyczajne, niewinne powiedzonka. Wycofywanie się: „co mam ci powiedzieć?”, „o co ci chodzi, przecież rozmawiamy?”, „nigdy nie dopuszczasz mnie do głosu”. Sprzeciwianie się: „ależ skąd, wcale tak nie jest”, „mylisz się”. Lekceważenie: „jesteś przewrażliwiona”, „wyciągasz pochopnie wnioski”, „przesadzasz”, „masz zbyt bujną wyobraźnię”, „nie wiesz, o czym mówisz”, „wydaje ci się, że zjadłaś wszystkie rozumy”, „kiedy nie narzekasz, jesteś nieszczęśliwa”, „opacznie wszystko pojmujesz”. Słowna agresja ukryta w żartach („niedługo zapomnisz własnej głowy”, „czego można się spodziewać po kobiecie?”) rani do żywego, trafiając w najczulsze punkty.

Gdy mówimy, że jest nam przykro, możemy usłyszeć, że nie znamy się na żartach, bierzemy wszystko zbyt poważnie, robimy z igły widły. Wszystkie te stwierdzenia mają charakter napastliwy. Przerywanie i odwracanie uwagi: „zawsze musisz mieć ostatnie słowo!”, „nie rozumiem, do czego zmierzasz! Koniec dyskusji!”, „to stek bzdur!”, „odczep się ode mnie!”, „daj spokój!”, „przestań gadać!”, „skąd ci przyszedł do głowy tak szalony, głupi (dziwaczny, kretyński) pomysł?”, „przestań zrzędzić!”. Krytykowanie: „nie potrafisz wygrywać”, „zwariowałaś”, „nie wiesz, kiedy przestać”, „następnym razem powinnaś...”, „zobacz, co przegapiłaś”. Stwierdzenia zaczynające się od słów: „kłopot z tobą polega na tym, że...”, „twój problem polega na tym, że...”, są formą krytycznego, agresywnego osądu.

Podważanie opinii: „kto cię pytał?”, „zawsze musisz dorzucić swoje pięć groszy!”, „to cię przerasta”, „nigdy ci się to nie uda”, „myślisz, że jesteś taka mądra!”, „kogo chcesz zadziwić?!”.

Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba?

Co z tym robić? Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” [Jacek Santorski & Co 2003] proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. Teoretycznie to proste: zamiast osądzać i stawiać diagnozy, skupiamy się na jasnym wyrażaniu swoich spostrzeżeń, odczuć i potrzeb. Zamiast obrażać się na ludzi za ich nieprzemyślane słowa, wsłuchujemy się w nie i wydobywamy z nich uczucia, którymi są podszyte, ponieważ za każdym komunikatem kryją się uczucia i potrzeby. Nie mamy w tym wprawy, ponieważ raczej nie uczono nas ufać uczuciom, więc odcinamy się od tego, co się w nas dzieje. Nasza uwaga zwrócona jest na zło i niedostatki „nieprawidłowej” natury, nad którą musimy zapanować.

Tymczasem nasza natura jest jak najbardziej w porządku– w sposób naturalny jesteśmy zdolni czerpać radość ze współczującego dawania i brania. Gdy osądzamy i interpretujemy cudze zachowanie, tym samym ujawniamy własne pragnienia i oczekiwania. Reagujemy zgodnie z nawykiem: skoro moje potrzeby nie zostały zaspokojone, poszukam winy w tobie. Jeśli ktoś mówi: „Nigdy mnie nie rozumiesz”, tak naprawdę informuje tylko o tym, że pragnie być rozumiany.

Słuchaj, czego ludzie potrzebują, a nie co o tobie myślą – to jedna z głównych tez porozumienia bez przemocy. Każdy napastliwy komunikat może być dla nas jedynie informacją o drugim człowieku, o jego niezaspokojonych potrzebach.

Zadajemy sobie wówczas pytania: Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba? Jakie budzi we mnie uczucia i jakie potrzeby kryją się za tymi uczuciami?

Rosenberg przywołuje historię, która mu się przydarzyła. Prowadził zajęcia o języku serca w meczecie na terenie obozu dla uchodźców w Betlejem. Słuchało go 170 palestyńskich muzułmanów. Nagle jeden z nich nazwał go „amerykańskim mordercą”. „Na szczęście zdołałem skupić się na jego uczuciach i potrzebach”, pisze Rosenberg. Zaczęli rozmawiać i usłyszał o jego bólu, rozpaczy, pragnieniu lepszego życia i złości na Amerykanów. „Kiedy ten człowiek nabrał pewności, że go rozumiem, zdołał wysłuchać moich wyjaśnień, dlaczego przyjechałem do obozu uchodźców. Gdy minęła kolejna godzina, ten sam człowiek, który nazwał mnie mordercą, zaprosił mnie do siebie do domu na świąteczną kolację, bo działo się to akurat w czasie Ramadanu”.

Polecamy: Theodore Zeldin „Jak rozmowa zmienia twojeżycie”, W.A.B. 2001; Samuel Shem, Janet Surrey „Musimy porozmawiać”, Jacek Santorski & Co 2002; Arthur H. Bell „Nie musisz tego słuchać”, Rebis

  1. Moda i uroda

Wszystkie Zaimki Miłości – nowa równościowa kampania marki Levi’s

Kolekcja Levis’s Pride 2021, na zdjęciu m.in. kurtka Liberation Trucker Jacket z zaimkami „they/them, she/her, he/him, we”. (Fot. materiały prasowe)
Kolekcja Levis’s Pride 2021, na zdjęciu m.in. kurtka Liberation Trucker Jacket z zaimkami „they/them, she/her, he/him, we”. (Fot. materiały prasowe)
Tegoroczna kolekcja Levi's Pride podkreśla jak istotne jest stosowanie odpowiedniego zaimka wobec każdej osoby, i jak ważne jest, aby postrzegać ludzi tak, jak chcą być postrzegani.

Levi's od zawsze stawia na wartości takie jak akceptacja, inkluzywność, empatia. Od momentu powstania marki w 1853 roku, Levi Strauss & Co walczy o równość i postęp. W 1992 roku marka była pierwszą firmą z listy Fortune 500, która oferowała ubezpieczenie zdrowotne partnerom swoich pracowników niezależnie od ich płci.

Marka od dawna prowadzi realne działania na rzecz równego i sprawiedliwego traktowania osób LGBTQIA+ na całym świecie. Jest też współorganizatorem akcji sexed.pl, której celem jest edukacja seksualna młodych Polaków. To pierwszy krok do zrozumienia odmienności, akceptacji i tolerancji.

Tegoroczna kolekcja Levi’s Pride 2021 to tradycyjny już ukłon w stronę społeczności LGBTQIA+ oraz zwrócenie uwagi na ich prawa. Linia zawiera uniseksowe klasyki i akcesoria Levi’s ozdobione tęczową grafiką. Levi’s kontynuuje trwająca już trzy lata współpracę z OutRight Action International - organizacją, której działania mają na celu promowanie praw społeczności LGBTQIA+ na całym świecie. 100 proc. zysku z kolekcji Levi's Pride 2021 zostanie przekazane na rzecz organizacji.

Kolekcja Levis’s Pride 2021. (Fot. materiały prasowe)Kolekcja Levis’s Pride 2021. (Fot. materiały prasowe)

W Polsce Levi's stworzył lokalną kampanię Pride 2021. Bierze w niej udział pięć osób reprezentujących społeczność LGBTQIA+, pochodzących z różnych środowisk a inspiracją do jej stworzenia była trwająca obecnie społeczna dyskusja dotycząca użycia zaimków związanych z płcią. Marka od trzech lat współpracuje też z Fundacją Wolontariat Równości, organizatorką Parady Równości w Warszawie czy poznańską Grupą Stonewall, i chętnie włącza się do dyskusji na temat tolerancji i akceptacji inności. Cel jest jeden - aby wszyscy, niezależnie od tego, gdzie mieszkają, kim są i kogo kochają, mieli prawo oraz nieskrępowanej możliwość do bycia osobą dumną, wolną i widoczną. Do bycia sobą na własnych zasadach.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z krytyką?

Ważne jest, jak reagujesz na krytykę, i co mówisz, ponieważ swoim zachowaniem wyrażasz i wzmacniasz poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Ważne jest, jak reagujesz na krytykę, i co mówisz, ponieważ swoim zachowaniem wyrażasz i wzmacniasz poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Radzenie sobie z krytyką wymaga osiągnięcia pewnego poziomu akceptacji – akceptacji nie tylko własnej niedoskonałości i idącej za tym podatności na niepochlebne oceny, lecz także tego, że świat jest miejscem pełnym krytycznych osądów, opinii i niepożądanych uwag.

Osoby z niskim poczuciem własnej wartości łatwo biorą krytykę do siebie i pozwalają, aby jeszcze bardziej nadwątlała ich samoocenę. Rzecz w tym, że krytyka niekoniecznie zawsze jest złą rzeczą. Istnieją dwa rodzaje krytyki: konstruktywna, to znaczy taka, której celem jest pchnię­cie cię w stronę wzrostu i rozwoju, oraz destruktywna, czyli taka, która ma cię upokorzyć i wywołać uczucie dyskomfortu.

Jeśli masz niską samoocenę, to prawdopodobnie reagujesz biernie lub agresywnie na każdą formę krytyki. W twoim wypadku problem polega na tym, że automatycznie uznajesz ją za zasadną, biorąc ją za „dowód” swojej niższości i bezwartościowości. To nie sama krytyka godzi w twoją samoocenę; największą szkodę wyrządzasz sobie tym, jak ją odbierasz.

Przypomnij sobie sytuację, w której zostałaś skrytykowana. Czy potrafisz przywołać myśli, które krążyły wówczas w twojej głowie?

W pracy nad akceptacją siebie, swoich słabości i ograniczeń przyjrzyj się uważniej swoim reakcjom na krytykę. Jeśli odpowiadasz agresją, przybierasz postawę obronną lub przeprowadzasz kontratak, może to skutkować konfliktami oraz wywoływać poczucie winy i żalu szkodzące samoocenie. Jeśli pozostajesz bierna, dajesz osobie krytyku­jącej siłę, gdyż automatycznie uznajesz jej punkt widzenia za słuszny, a krytykę za uzasadnioną. Możesz też zamknąć się w sobie i poddać krytyce, przepraszając lub zachowując milczenie. Wówczas rezygnujesz z obrony, co negatywnie wpływa na samoocenę oraz pokazuje tobie sa­mej i innym, że jesteś łatwą ofiarą.

Niektóre kobiety reagują pasywno-­agresywnie: pozostają bierne i po­ zwalają, aby żal i złość narastały w nich do takiego stopnia, że eksplo­dują i biorą odwet na krytyku przy innej okazji.

Czy rozpoznajesz w sobie któreś z opisanych zachowań? Jeśli tak, na czym polega zbieżność?

Najlepszy sposób radzenia sobie z krytyką to przyjmować tę konstruktywną, a asertywnie odrzucać destruktywną. Zamiast chłonąć ją bez zastanowienia, rozważ, czy jest słuszna i trafna. Niezależnie od te­ go, czy krytyka jest uzasadniona, czy nie, ochronisz swoje poczucie własnej wartości, jeśli przyjrzysz się bliżej niepochlebnemu przekazowi. W ten sposób wpoisz sobie, że twój punkt widzenia ma znaczenie. Two­je uczucia, opinie i przemyślenia są równie ważne jak te należące do krytyka. Jeśli jego uwaga jest konstruktywna i została wypowiedziana w dobrej wierze, można mu podziękować i zamknąć temat. Jeśli kryty­ka nie jest trafna i usprawiedliwiona, odpowiedz racjonalnie i spokojnie, broniąc swoich racji – wykorzystaj umiejętności z zakresu asertywności.

Możesz przygotować się na przyjmowanie wszelkiego rodzaju krytyki pewnie i ze spokojem. Wybierz jedno z poniższych stwierdzeń i po­stanów sobie, że zachowasz je w pamięci, odpowiadając na krytyczne uwagi:

  • Na świecie jest wiele opinii i punktów widzenia.
  • Moje poglądy są tak samo ważne jak innych.
  • Dobrze radzę sobie w sytuacjach konfliktowych. Jestem spokojną, racjonalną osobą.
  • Umiem przyjmować uwagi na swój temat.
  • Potrafię spojrzeć na sprawy z szerszej perspektywy.

Ważne jest, jak reagujesz i co mówisz, ponieważ swoim zachowaniem wyrażasz i wzmacniasz poczucie własnej wartości. Najistotniejsze jest jednak to, co ty sama myślisz i jak interpretujesz krytyczne przekazy.

Gdy masz do czynienia z osobą agresywną, narcystyczną lub niepo­trafiącą poradzić sobie z twoją asertywnością w sposób spokojny i pełen szacunku, może się okazać, że twoje próby obrony są bezcelowe lub wręcz narażają cię na niebezpieczeństwo. W takich sytuacjach, zamiast odpierać krytykę, lepiej ją przemilczeć, pamiętając, że w tym momencie to nie ty jesteś problemem.

Fragment książki „Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie” Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny.

  1. Psychologia

Sięgnij w głąb pokoleń – o tym, jak ważna jest relacja z przodkami

Jak odzyskać prawidłowe relacje z rodziną? Każdy z nas powinien uporządkować sobie pierwsze i drugie pokolenie wstecz, czyli zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Najpierw należy przyjrzeć się relacji z rodzicami, popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy, bo jeśli nie ma zdrowych relacji z nimi, to nie ma co szukać w głębi pokoleń. (Fot. iStock)
Jak odzyskać prawidłowe relacje z rodziną? Każdy z nas powinien uporządkować sobie pierwsze i drugie pokolenie wstecz, czyli zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Najpierw należy przyjrzeć się relacji z rodzicami, popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy, bo jeśli nie ma zdrowych relacji z nimi, to nie ma co szukać w głębi pokoleń. (Fot. iStock)
Z Alicją Bednarską, specjalizującą się w ustawieniach rodzinnych według metody Hellingera, o tym, jak ważna jest relacja z przodkami – rozmawia Katarzyna Droga.

Artykuł archiwalny

Jak głęboko warto sięgnąć w dzieje pokoleń w ustawieniach rodzinnych?
Moim zdaniem, pierwsze i drugie pokolenie wstecz człowiek powinien sobie uporządkować, zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Ja sprowadzam sens ustawień do odzyskania prawidłowych relacji z rodziną i wiem z doświadczenia, że najczęściej nasze problemy w związkach czy z dziećmi wynikają z nieprzyjęcia własnych rodziców. A jeśli nie ma zdrowych relacji z rodzicami, to nie ma co szukać w głębi pokoleń – przyczyna tkwi dużo bliżej. Dlatego najpierw należy przyjrzeć się relacji z najbliższymi – mamą, tatą. Popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy – na przykład poprzez odwrócenie ról, nadopiekuńczość i poświęcenie.

Poświęcenie się matce może być aktem jej odrzucenia?
Tak, bo nie akceptujemy jej taką, jaka jest. Kobiety często mówią: „jest słaba, bezradna, muszę się nią opiekować, bo sobie nie poradzi”. W taki sposób nie przyjmują od matki życia. To widać na ustawieniach: córka stoi twarzą do matki i patrzy na nią z pozycji osoby silniejszej. To też pozycja partnera – czyli córka nie na swoim miejscu. Cały czas jest zwrócona do przeszłości, do całego szeregu przodków, a do swojego życia odwróciła się plecami. I dopiero jak pokłoni się matce, powie: „dziękuję ci za dar życia, przyjmuję cię taką, jaka jesteś, ale to ty jesteś duża, ja jestem mała, jestem tylko dzieckiem”, i odwróci się, by mieć jej wsparcie za swoimi plecami – wtedy wejdzie w swoje życie. A mama sobie poradzi. Jeśli ktoś nie wierzy – to ustawiam go w pozycji zależnej od własnego dziecka. Co byłoby, gdyby ono mówiło: „jesteś słaba, nie dasz rady beze mnie”. To pomaga.

Jeśli niesie się za matkę jej ciężar – bo ona choruje, ojciec był dla niej niedobry, pił, bił – to bierze się na swoje barki jej los. To dotyczy zresztą obojga rodziców – trzeba być ich dziećmi – nie partnerami czy opiekunami.

Tak naprawdę wszystkim rodzicom można coś zarzucić…
Nie warto. Wspominanie krzywd doznanych od rodziców to utknięcie w przeszłości. Stoi się twarzą do nich, a tyłem do swojego życia. Jeżeli ustawimy, nawet mentalnie, swoich przodków za sobą, to dadzą nam siłę, widok na własną przestrzeń. A jeśli cały czas wspominamy, że mama mnie nie przytulała, to nie idziemy do przodu.

Niektórzy piszą listę zarzutów do rodziców, a potem ją niszczą, ale ja nie zalecam tego ćwiczenia. Ono zmusza, by wspominać to, co złe – nawet jeśli potem mamy to podrzeć i wyrzucić. Nie tędy droga. Ja wierzę w list wdzięczności do ojca lub matki. „Nie mam za co być wdzięczna” – słyszę często. „Mój ojciec pił, musiałam nocą uciekać z mamą z domu”. „Masz do zawdzięczenia życie” – mówię wtedy – „I nawet jeśli tylko to, jest to dar największy”.

Niełatwo czasem wybaczyć.
Trzeba oddzielić człowieka od jego postępków. Nie musimy godzić się na przemoc ojca, ale uznać, że jest tylko człowiekiem, coś się złożyło na jego czyny. Nie chodzi o to, by akceptować, ale krytyka nie pomoże, tylko pomnoży zło. Według Hellingera, dzieci, też dorosłe, nie powinny wtrącać się w sprawy rodziców, bo wchodzą w cudze życie i tracą obraz swojej rodziny. Widać to w ustawieniach – człowiek zwrócony twarzą do rodziców, własną rodzinę ma za plecami.

Co jeśli dziecko nie spełnia ambicji rodziców lub im nie dorównuje?
Czyli mama lub tata są silni, a my do nich nie dorastamy? Wtedy jest dużo trudniej. Jedyne co można wtedy zrobić, to pokłonić się im. Powiedzieć np.: „Mamo – za wysoko ustawiłam poprzeczkę. Nie mogę jej dosięgnąć. To nie jest moje wyzwanie, lecz twoje. A to, co twoje, z całą miłością zostawiam przy tobie”. Ale nie należy sądzić, że problem zaraz zniknie. Bo jeśli ktoś ma niską samoocenę, to rzadko przyczyną jest tylko relacja z rodzicami, trzeba poszukać głębiej. Doradzam wtedy pracę nad sobą i włączenie innych terapii.

Bywa też, że w rodzinie faworyzuje się chłopca, a siostra, nawet starsza, żyje w jego cieniu. Te dziewczyny najczęściej nie mają same dzieci, nie mogą dać sobie rady, dopóki nie pogodzą się z tym, co było. Nie dopuszczają myśli, że są zazdrosne, bo to źle o nich świadczy. A muszą wybaczyć matce, by wziąć od niej życie.

Dlaczego dzieci zdradzonych często też są zdradzane?
Dzieci zdradzonej matki czy ojca – często, choć nie zawsze, przyciągają zdradę do siebie. Bo kobiety odrzucają lub uwielbiają ojca, który zdradza matkę – i przez tęsknotę za nim, za jego doskonałością, będą szukać podobnego mężczyzny. I znajdą. To jest w nich. Jeżeli z kolei mężczyzna ma takie relacje z mamą, że wchodzi w rolę jej partnera, na przykład wspiera ją, gdy jest zdradzana, nie stworzy zdrowego związku z kobietą. On ma już partnerkę – w mamie. Może być świetnym kochankiem, nawet bawidamkiem, ale nie mężem.

Czy mężczyzna wybiera partnerkę podobną do matki?
Raczej podobną do cech, za którymi tęskni – nie tylko mężczyzna, kobieta również. Ale może być też tak: mężczyzna ma silnego ojca, zdominowaną przez niego matkę i bierze za żonę kobietę mocną, zdecydowaną. Kieruje nim tęsknota za cechami ojca, szuka ich w żonie. To samo dotyczy „córeczki tatusia” – jeśli u boku ojca zajęła rolę partnerki – będzie jej trudno stworzyć zdrową relację będzie szukać w mężu ojca.

Ukochany dziadek okazał się przybrany. Czy to ma znaczenie?
Jest to zagadnienie osoby wykluczonej z rodziny. Kiedy okazuje się, że dziadek nie jest biologicznym ojcem naszego rodzica – ten prawdziwy, nieznany staje się osobą wykluczoną, zastąpioną przez kogoś innego.

Jeśli w jakimś pokoleniu znajduje się osoba wykluczona – także przez śmierć czy ułomność – to potem, w następnym, ktoś będzie powtarzał ten los. Bo to są dusze, które należą do rodziny, system chce je przywrócić, następuje zjawisko identyfikacji. Jeśli wykluczony jest dziadek, to wnuczka może powtarzać los pozostawionej babci, i trudno jej będzie znaleźć w życiu partnera.

Mam własną teorię: że osoby, które muszą gdzieś wyjechać, zostawiają rodzinę, wyruszają w świat – to są osoby, które powielają los osoby wykluczonej. Same eliminują się z rodziny, uciekają.

Jak tajemnice i zbrodnie wpływają na los rodzin?
Bywa, że tajemnica jest tak skrywana, że ujawnia się dopiero w ustawieniach. Ale nawet jeśli o niej nie wiemy, to wpływa na nasze życie. Może być źródłem chorób, zachwianych relacji. Trzeba wtedy popatrzeć wysoko, ponad głowami i dziejami rodziny, na los, który jest większy od nas. Postarać się pogodzić z tym, co się stało. Wtedy dopiero można wrócić do swojego życia. Szczególnie jednak bywa trudno, gdy tym zdarzeniem jest na przykład zbrodnia.

W przypadku morderstwa psychoterapeuta Otto Brink ustawiał ofiarę i kata naprzeciwko siebie, bo ofiara i kat należą do siebie, są jednym. Kłaniają się sobie nisko i długo. To spojrzenie pojednania. Jeśli osoba, która nosi w sobie obraz morderstwa, powie: „zgadzam się na to, przyjmuję, że tak było”, uwolni się od tego obrazu i może dostanie coś nowego od życia.

Skoro matka jest tak ważna, to jak na dziecko działa jej utrata?
Kiedy umiera matka i zostawia swoje dziecko, to ono będzie tęsknić zawsze. I czego by w życiu nie osiągnęło, odczuwa ból, że mama tego nie widzi.

Na warsztatach ustawiam takie dziecko twarzą w twarz z mamą. To trwa. Ale kiedy ono powie: „mamo, tak bardzo mi ciebie brakuje”, kiedy przytuli się i wypłacze, to wyzna: „zawsze będziesz miała miejsce w moim sercu, pozwalam ci odejść do światła, ale pobłogosław mnie i wspieraj w dalszym życiu”. Bo pozwolenie na odejście nie oznacza, że mamy już ze mną nie będzie.

Bardzo pomaga wspominany list wdzięczności, lista wszystkiego dobrego, co dostało się od matki – to sprawia, że w pamięci ożywają dobre zdarzenia. Gdy je wypiszemy, zrównoważą te niedobre albo sprawią, że tamte zbledną.

Lepiej będzie nam w życiu, jeśli uświadomimy sobie, że to my sami bierzemy od rodziców dobro, radość, miłość lub smutek czy żal. Bo jeśli tak na to spojrzymy, wciąż możemy coś z tym zrobić, nie jesteśmy bezradni. To jedna z najważniejszych nauk.

Systemowe Ustawienia Rodzinne Berta Hellingera wywodzą się z założenia, że każda rodzina jest systemem, w którym panuje określony porządek i od którego nie można się odciąć. Zaburzenie powoduje zakłócenia i wpływa negatywnie na życie członków rodziny. Symboliczne przywrócenie rodzinnego porządku pozwala wprowadzić ład i uzdrowić relacje we własnym życiu i rodzinach.

Alicja Bednarska, trener rozwoju potencjału osobistego, praktyk NLP, integracji i transformacji oddechem. Uczennica m.in. Berta Hellingera, Otto Brinka, Daana van Kampenhouta. Praktykuje ustawienia hellingerowskie. Prowadzi ośrodek rozwoju Berckana.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.