1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Miłosna medytacja online

Miłosna medytacja online

(fot. iStock)
(fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dawid i Zofia Rzepeccy od lat prowadzą warsztaty dla par, w czasie których osoby na różnych etapach związku otwierają się na nowe doświadczanie miłości. W czasie pandemii koronawirusa uruchomili projekt online - Miłosna Medytacja IntentLove.

Rozwój osobisty to zazwyczaj proces indywidualny, nawet jeśli jego celem jest poprawa jakości naszego związku. Tym razem możemy doświadczyć wspólnej praktyki z partnerem lub partnerką. Na cotygodniowej Miłosnej Medytacji IntentLove, która odbywa się online, można skontaktować się ze swoimi głębokimi potrzebami i je wyrazić, będąc we wspólnej przestrzeni nie tylko fizycznie, ale emocjonalnie, a nawet duchowo.

Medytacja Miłości IntentLoveMedytacja odbywa się na platformie ZOOM. Pary dołączają do niej o wyznaczonej godzinie. Najpierw prowadzący opowiadają o sobie i dzielą się doświadczeniem, a następnie puszczają online specjalnie stworzoną muzykę, która prowadzi uczestników przez cały proces. Każda para praktykuję Medytację Miłości IntentLove w swojej sypialni, ale jednocześnie  - wszyscy robimy to razem w tym samym czasie. Esencją samej medytacji jest seksualne zjednoczenie z partnerem. Nie chodzi tu jednak o to, żeby sam seks przypominał medytację, a raczej o praktykę medytacji, w której występuje element połączenia seksualnego.

Medytacja trwa godzinę, a dostęp do niej jest bezpłatny. Spotkania odbywają się w niedzielne wieczory o godz. 21. Sama medytacja rozpoczyna się godzinę później.

Więcej szczegółów na stronie intentlove.com.

 

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Niskie libido – o co należy siebie zapytać?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Zmniejszone potrzeby seksualne mogą się pojawiać tymczasowo w różnych okresach życia. Zdarzają się momenty, w których jedna sfera staje się najważniejsza i podporządkowuje się jej inne.

Tymczasowa koncentracja na pracy, nauce czy dziecku w sposób oczywisty może wpływać na potrzeby seksualne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego (jeżeli zawsze spędzasz długie godziny w pracy, nie oszukuj się – z jakiegoś powodu nie masz ochoty wracać do domu). Co jednak zrobić, kiedy pozostaje się w satysfakcjonującym związku i teoretycznie chce się uprawiać seks, ale w praktyce okazuje się to niemożliwe i prowadzi nie tylko do obniżenia nastroju, lecz także do pogorszenia relacji między partnerami/partnerkami?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. Jeżeli znajdziemy się takiej sytuacji, to nie powód do paniki i zadręczania się. Warto wtedy spokojnie zastanowić się nad całą naszą sferą seksualną i emocjonalną oraz dokonać swoistego bilansu. Jeżeli wnioski sprawią, że coś w sobie zmienimy albo przekształcimy relację z partnerem, doświadczenie to okaże się zbawienne.

Dobra relacja i możliwość komunikowania swoich potrzeb dają podstawę do satysfakcjonującego seksu. Jeżeli w związku jest przemoc, jedna ze stron zmusza drugą do niechcianych zachowań seksualnych albo nie potrafimy pokazać, że coś nam nie odpowiada, potrzeby seksualne w sposób naturalny będą minimalne.

W pierwszej kolejności trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • czy od początku uważałam partnera/partnerkę za atrakcyjnego/atrakcyjną fizycznie i seksualnie? Czy w naszej relacji dominowała raczej czułość i przyjaźń?
  • czy byłam zadowolona podczas naszych pierwszych kontaktów fizycznych? Jakim kochankiem okazał się mój partner? Czy mojej partnerce zależy głównie na swojej przyjemności?
  • czy wspólnie dbaliśmy o siebie podczas seksu? Czy także poza sypialnią partner okazuje mi szacunek i przywiązanie? Czy przedyskutowaliśmy sprawę antykoncepcji i czuję w pełni bezpieczna?
  • czy możemy otwarcie rozmawiać i wyrażać swoje potrzeby? Czy jestem przekonana, że kobieta ma prawo domagać się satysfakcjonującego seksu i to robię? Czy mówienie o seksualności wywołuje u mnie wstyd i wolę nic nie mówić? Czy komunikowałam to, czego chcę i czy było to brane pod uwagę?
  • czy mój partner zmienił się? Czy jest w nim coś, co mnie szczególnie niepokoi? Czy pojawia się coraz więcej napięć i konfliktów? Czy moja partnerka robi coś, co mnie denerwuje i nie możemy dojść do porozumienia?
  • czy zmieniłam się fizycznie? Czy chętnie oglądam się nago i akceptuję swoje ciało? Czy podczas seksu koncentruję się na tym, jak wyglądam i czy widać moje fałdki, cellulit i rozstępy zamiast skupić się na przyjemności?

Odpowiedzi na te pytania mogą boleśnie nas zaskoczyć. Warto badać swoje reakcje, szczególnie wtedy, kiedy czujemy jakiś dyskomfort. Nie próbujmy same przed sobą tłumaczyć partnera lub partnerkę: „ale ja go kocham”, „nie wyobrażam sobie, że mogłabym ją zostawić”. Nierozwiązane problemy seksualne same się nie rozwiążą. Konfrontacja z nimi to podstawa poradzenia sobie.

Zbyt łatwo wpada się w pułapkę najłatwiejszego rozwiązania. Wydaje się nim medycyna – kobiety szukają cudownego leku, który przywróci libido i energię. Na forach internetowych można znaleźć wiele pytań o dostępne na rynku suplementy. Jak sama nazwa wskazuje nie mają one statusu leków, czyli udowodnionego działania, więc ewentualnie można je potraktować jako placebo i przyjmować przez krótki czas. Nawet jeżeli naukowcy wymyśliliby cudowną pigułkę (a jeszcze do tego nie doszło), to i tak jej przyjmowanie jest rozwiązaniem tymczasowym.

  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

Poczuć pełnię życia. O korzyściach, jakie daje nam bycie mindful, opowiada Wojciech Eichelberger

Dzięki treningowi mindfulness łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. (Fot. iStock)
Dzięki treningowi mindfulness łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. (Fot. iStock)
Himalaizm, sporty ekstremalne, ale też praca i zwykłe, codzienne czynności potrafią wprawić nasz umysł w stan, w którym stajemy się jednym z tym, czego doświadczamy. Psycholog Wojciech Eichelberger opowiada o korzyściach, jakie daje nam bycie mindful, oraz o prawdziwej pełni życia, jaką przynosi zaawansowana praktyka.

Wanda Rutkiewicz, wybitna polska himalaistka mówiła, że kiedy w górach pojawia się niebezpieczeństwo, ona ma zawsze jakby opóźnioną reakcję, nie wpada w panikę, przyjmuje sytuację ze spokojem, bez emocji, zastanawiając się, co zrobić. To się powtarza w wypowiedziach innych himalaistów – spokój w obliczu stresu, niebezpieczeństwa. Wiem, że w górach są inne problemy, ale czy jest szansa tu, na dole, osiągnąć taki stan umysłu?
Reakcja, którą opisywała Wanda Rutkiewicz, jest świadectwem tego, że jej umysł znalazł się w stanie mindful. „Mindfulness” to w wolnym tłumaczeniu na polski pełnia umysłu. Najwyższym poziomem wtajemniczenia w mindfulness jest sytuacja, w której mój umysł jest tak bardzo wypełniony żywym doświadczeniem tu i teraz, że ja właściwie znikam jako doświadczający podmiot, jest tylko doświadczenie. Myślę, że Wanda Rutkiewicz mówiła właśnie o takim stanie. Bo kiedy znika doświadczający podmiot, to zarazem znika ten, który mógłby się bać, np. tego, że zaraz spadnie w przepaść. Wtedy dopiero może się pojawić optymalne działanie w zgodzie z bezbłędnie rozpoznanymi okolicznościami. Nie towarzyszy mu żadna mentalna interpretacja, a tym samym żadne emocje, które mogłyby to działanie zakłócić. Znika też rozdwojenie na działającego i obserwującego. Doświadczamy życia jako takiego – jak to ładnie ujął pewien mistrz zen: jest ono życiem, które rodzi się z życia i do życia powraca.

Nic dziwnego, że himalaiści często deklarują takie stany w sytuacjach zagrożenia – oni właściwie nieustannie ćwiczą mindfulness. Himalaizm jest więc czymś w rodzaju klasztoru zen, z tą różnicą, że medytacja praktykowana jest nie na siedząco, lecz w intensywnej akcji. Kiedy himalaista jest na niebezpiecznym podejściu albo na lodowej ścianie, to nie może sobie przecież pozwolić na śnienie na jawie, myślenie o tzw. niebieskich migdałach, o tym, co było, co będzie, co być może będzie, co się dzieje w domu czy o tym, co będzie jadł na kolację. Właściwie nie ma wyboru: albo będzie mindful, czyli w pełni obecny i zaangażowany, albo nie da rady, bo albo odbiorą mu siły i nadzieję jego własne negatywne myśli, albo zwichnie nogę czy potknie się i obsunie w przepaść. Na takich wysokościach przy tym stopniu trudności i związanego z nim zagrożenia jesteś cały czas na krawędzi, bo jeśli nie utrzymasz koncentracji, to wpadniesz w panikę i na ogół po chwili giniesz. W zen wysiłek utrzymania stanu całkowitej koncentracji porównuje się do wędrowania boso po ostrzu samurajskiego miecza.

Sądzisz, że to odroczenie lub brak bolesnego skutku w codziennym życiu jest powodem tego, że trudno nam być mindful?
To jeden z wielu powodów, ale ważny. W naszym zwykłym życiu nie odczuwamy konieczności bycia bez reszty zaangażowanym w to, co jest w tej chwili naszym udziałem. Świat cywilizowany dąży do tego, aby wszędzie było coraz bezpieczniej. Już niedługo zwolnimy się nawet z tego, żeby być nie tylko skoncentrowanym, ale nawet trzeźwym i przytomnym w trakcie jazdy samochodem, gdy sztuczna inteligencja weźmie odpowiedzialność za prowadzenie naszych aut. Nadmierne bezpieczeństwo sprawia, że pozwalamy sobie na rozproszenie i bylejakość. Ale z drugiej strony coraz więcej ludzi podejmuje obecnie różne wysiłki, by stawać się bardziej mindful – i nie są to wyłącznie himalaiści, żołnierze sił specjalnych i sportowcy. Ludzie ci świadomie i dobrowolnie, bez presji okoliczności, podejmują taką decyzję. Pewnie zauważyli, że nieuważność nawet w codziennym życiu może zbyt dużo kosztować, bo generuje wielką ilość błędów – może nie tak brzemiennych w skutki jak podczas wspinaczki na ścianie K2, ale na tyle istotnych, że mają swoje bardziej lub mniej oddalone i bolesne konsekwencje.

Może też zauważyli, że cierpi jakość ich życia, gdy ich umysły są kompletnie rozstrojone, a nawet „roztrzystorzone”, bo myślą nie o trzech, lecz o trzystu sprawach naraz i są wszędzie, ale nie tu, w chwili obecnej.

Wanda Rutkiewicz w tzw. normalnym życiu była właśnie kompletnie nieuważna, roztargniona. Raz tuż przed odlotem zostawiła paszport na poczcie, regularnie gubiła klucze do domu...
To pokazuje ograniczoność wysokogórskich wyczynów jako treningu mindfulness, dającego trwały i zgeneralizowany efekt. Powodem jest to, że stan mindfulness pojawiał się – w tym przypadku w doświadczeniu Wandy Rutkiewicz – pod wpływem szczególnych, silnie mobilizujących, okoliczności zewnętrznych.

Również na nizinach, w codziennym doświadczeniu zdarzyć nam się mogą sytuacje o tak wielkiej energii i powodujące takie zagrożenie, że angażują nas bez reszty. Na przykład gdy uczestniczymy w wypadku, czas nagle staje, wszystko dzieje się w zwolnionym tempie z ogromną wyrazistością, w ciszy i spokoju, bez jakiejkolwiek emocji czy interpretacji doświadczającego. W podobnym stanie możemy się znaleźć podczas ekstremalnych sytuacji sportowych: szybkiej jazdy na nartach, wyścigu samochodowego albo zjazdu na górskim rowerze.

Tylko że tym sportom towarzyszy duży lęk.
Ale też nie muszą to być sytuacje wyłącznie groźne. Wystarczy, że są bardzo angażujące. Może to być także bieg, taniec, śpiew, gra na ulubionym instrumencie, a także udany seks. Niemniej sytuacje, w których musimy opanować czy przekroczyć lęk, prędzej zmobilizują nas do tak potężnego skupienia się na działaniu, że roztapia się w nim działający i obserwujący podmiot, czyli Ja albo Ego. Dla entuzjastów sportów ekstremalnych, myślę, że także himalaistów, drogą do mindfulness jest pokonanie lęku. Prawdę mówiąc, podobnie jest u tych, którzy wybierają drogę wewnętrzną, używając np. medytacji. Z tym że oni dopiero na końcu drogi zderzają się z lękiem obserwującego Ego przed rozpłynięciem się w doświadczeniu. Wtedy, świadomie ignorując lęk, muszą skoczyć w nieznaną otchłań nieegocentrycznego istnienia. Przewaga treningu wewnętrznego nad zewnętrznym polega więc na tym, że doświadczenie mindfulness w treningu zewnętrznym zależy prawie wyłącznie od okoliczności. Skutki tego było widać u Wandy Rutkiewicz, gdy w sytuacjach, które nie miały wysokiej energii – gubiła się i popełniała błędy. Droga mistrzowska polega zatem na tym, że nie poszukujemy sytuacji ekstremalnych, lecz wybieramy sytuacje codzienne i zwykłe i w nich dyscyplinujemy umysł oraz uwagę do koncentracji.

Czyli na przykład…
…umawiam się ze sobą, że z całą uwagą i zaangażowaniem będę zajmował się tylko jedną rzeczą, a jeśli cokolwiek z zewnątrz lub z wewnątrz odciągnie moją uwagę, to porzucę to natychmiast i wrócę do wybranego przedmiotu koncentracji. To bardzo trudna droga, wprawdzie bez porównania bezpieczniejsza, ale w kategoriach wysiłku mentalnego chyba trudniejsza niż himalaizm. Bo łatwiej utrzymać uwagę na chwytach i stopniach w skalnej ścianie niż na czymś tak oczywistym jak np. oddech. Skupianie się na oddechu to najbardziej popularna technika wewnętrznego treningu mindfulness, ale też najbardziej irytująca i męcząca na początku praktyki. To tak jak wspinać się na wielką lodową górę, by za chwilę z niej zjechać i zaczynać od początku. Po prostu pasmo nieustannych klęsk. Istota treningu polega tu na tym, by po każdej z tych klęsk, bez marudzenia, osądzania i zwłoki, zaczynać od początku.

Czyli chodzi o dyscyplinowanie umysłu?
Na początku tak. To jest ta droga wewnętrzna, droga mistrzów, która daje efekty przekładające się na nasze zwykłe życie.

Mówisz o drodze mistrzowskiej, poziomie najbardziej zaawansowanym. Co praktykujący mindfulness dostaje na początku tej drogi?
Trening mindfulness od pierwszego momentu daje wiele korzyści. Dzięki niemu łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. Szczególnie jeśli przyswajamy sobie zasady i rytuały mindfulness, które w tym pomagają: na przykład przestajemy czytać gazetę czy oglądać telewizję, a nawet wybieramy nierozmawianie podczas posiłku, aby bardziej skupić się na doświadczeniu jedzenia. Albo jak idziemy na spacer, to jesteśmy na spacerze, a nie w swoich myślach o przeszłości i przyszłości. Podobnie może być z każdą inną sytuacją, jaka się w naszym doświadczeniu pojawia.

Pomocna w tym może być krótka afirmacja-przypominajka, którą proponuję ludziom zabierającym się do praktyki mindfulness. Stosuję ją najczęściej, gdy biegnę w stylu transowym – ostatnio nazywanym „slow jogging” – w wolnym, rytmicznym tempie i dopadają mnie różne myśli o tym, co było albo być może będzie. Wtedy śpiewam sobie tak: „Jestem tutaj, nigdzie się nie śpieszę i to że sobie biegnę, jest teraz najważniejsze“. Śpiewam to na prościutką melodię dziwnej piosenki, którą pamiętam z dzieciństwa. Zaczynała się od słów: „wpadł pies do kuchni, porwał mięsa ćwierć…“. Może ktoś z czytelników też ją pamięta. Oczywiście pod „biegnę“ można podłożyć sobie inne okoliczności życia. W tej sytuacji trzeba by więc zaśpiewać: „jestem tutaj, nigdzie się nie śpieszę i to, że z tobą rozmawiam, jest teraz najważniejsze“.

Ciężko mi jednak wyobrazić sobie takie podśpiewywanie w pracy, na przykład podczas pisania maili. W ogóle mindfulness jako tryb bycia zamiast działania wydaje się do sytuacji pracy w ogóle nie przystawać. Przecież praca polega na działaniu.
Ale w mindfulness chodzi właśnie o całkowite bycie w każdym działaniu. W efekcie ta praktyka prowadzi do czynienia tego, co wydaje się nam znane i zwyczajne, nadzwyczajnym i cudownym.

Dzięki praktyce mindfulness zwykła, rutynowa, wydawałoby się bezsensowna praca może nabrać sensu?
„Zwykła“, „rutynowa“, „bezsensowna“ – to są sądy i interpretacje. Jeśli się na czymś skupiamy, to sądy i interpretacje znikają, doświadczamy tego, co jest. I wtedy okazuje się, że nasza interpretacja jest nawykowa. W doświadczeniu mindfulness sens nie jest oddzielny od tego, co robimy czy czego doświadczamy. Poprzez w pełni zaangażowane działanie odkrywamy, że sensem działania jest samo działanie, a sensem życia jest życie.

Jest na ten temat pewna przypowieść. Przyszedł uczeń do mistrza i mówi: „Mistrzu, naucz mnie zen“. Mistrz rozejrzał się i powiedział: „Weź tę łopatę, idź do ogrodu i wykop tam dół: dwa na trzy metry i dwa metry głęboki. Kiedy skończysz, wróć do mnie“. Po jakimś czasie uczeń wraca i mówi: „Wykopałem już ten dół“. „Czy już wiesz, czym jest zen? – pyta Mistrz. „Nie wiem“. „No to weź tę łopatę i zasyp teraz ten dół“. Uczeń znów wraca i mówi: „Już zasypałem“. „Czy wiesz, już, czym jest zen? – pyta Mistrz. „Nie wiem” – odpowiada uczeń. „No to weź łopatę i odkop ten dół. Kiedy skończysz, wróć do mnie“. Uczeń poszedł, odkopał dół i wraca coraz bardziej zmęczony. „Czy już wiesz, czym jest zen?”. „Nie wiem” . „No to weź tę łopatę…” (śmiech). I tak Mistrz przeczołgał ucznia jeszcze kilka razy, aż w końcu uczeń przyszedł i ze łzami w oczach podziękował Mistrzowi i oświadczył: „Już wiem, czym jest zen”. Jak myślisz, czego się dowiedział?

Odpowiem tak jak on – nie wiem.
No to się wspólnie zastanówmy. Z nawykowego, potocznego punktu widzenia uczeń wykonywał bezsensowną pracę, z której nic pożytecznego nie wynikało. Typowa syzyfowa praca. Ale być może myśmy Syzyfa nie zrozumieli. Wszyscy go odruchowo żałują, ale on być może pojął istotę życia. Więc w co Mistrz z tej przypowieści wrobił tego chłopaka? Czy chciał go upokorzyć? Czy zrobił sobie z niego pośmiewisko? Jak to się stało, że uczeń przyszedł do niego w końcu z rozpromienionymi oczami i mu dziękował? Jak sądzisz, co uczeń czuł na początku?

Na początku był wkurzony.
Najpierw był wkurzony, potem rozczarowany, potem znów wkurzony, zmęczony – aż w końcu stał się jednym z tym, co robił, i zniknął ten, który odkopywał, zakopywał, myślał i oceniał. Czym to zakopywanie i odkopywanie dołu różni się od siedzenia przed ścianą i przeżywania nieustających klęsk w koncentrowaniu się na oddechu? Czym praca Syzyfa różni się od wspinania się na górę, schodzenia z niej i wspinania się na kolejną górę, schodzenia z niej i wspinania się na kolejną górę? Czym różni się od tego, że codziennie budzisz się, wykonujesz różne czynności i wieczorem zasypiasz, że jesz, a po jakimś czasie znowu jesz? Oddychasz: wdech – wydech, wdech – wydech. Zawsze to samo, od początku, bez końca. Ciągle to obserwujesz z zewnątrz, nazywasz, oceniasz postęp czy brak postępu – aż nagle doświadczasz tego, że ty i oddech to nie dwa.

Czyli Syzyf był mistrzem zen?
Na pewno miał szansę, by się nim stać. Tak jak my wszyscy. Doświadczyć tego, że nic dwa razy się nie zdarza, że nigdy dwa razy nie wchodzimy do tej samej rzeki, że droga jest celem. Tak można podejść i do pracy. Nie tworzyć sobie z niej udręki spowodowanej własnymi interpretacjami. Wtedy być może przydarzy nam się doświadczenie flow, czyli przepływu, kiedy wszystko idzie lekko, radośnie, w zjednoczeniu z tym, co robimy. Mihály Csíkszentmihályi, który badał doświadczenie przepływu, stwierdził, że współcześnie ludzie częściej doświadczają go w pracy niż podczas urlopu. Widocznie mamy tak przestymulowane mózgi, że potrzebujemy presji celów i deadline'ów, by móc się na czymś całkowicie skupić. Dlatego praca może być dobrą praktyką mindfulness. Nawet syzyfowa, a może zwłaszcza taka. Pod warunkiem wszakże, że nie szkodzi nikomu.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Styl Życia

Medytacja jest jak niedziela

Czy umysł lubi medytację, czy postrzega ją jako zagrożenie? (fot. iStock)
Czy umysł lubi medytację, czy postrzega ją jako zagrożenie? (fot. iStock)
Medytacja nie przychodzi tak lekko. Wymaga wielu ćwiczeń. Początki bywają trudne. Umysł stawia opór. Medytacja dla wielu osób jest wyzwaniem, którego umysł często nie chce podejmować. Jednak regularna praktyka przynosi duże efekty, pozwala spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy, a przede wszystkim jest świętem – świętujemy połączenie ze swoim duchowym wnętrzem – przekonuje Katarzyna Chustecka, instruktorka jogi.

Siedzę na poduszce. Nogi skrzyżowane. Obserwuję oddech. Wdech, wydech, wdech... Ciekawe, jak poszło w szkole córce... No nie, stop: wdech, wydech, wdech... A to świnia! Jak on tak mógł się do mnie odezwać?! A może to ja go sprowokowałam? Akurat. Oj. Zaraz... wdech, wydech, wdech... Rany, jak mi się nic nie chce... Wdech, wydech, wdech... Co ja w ogóle robię, mam za dużo czasu, czy co? Spokojnie...Wdech, wydech, wdech...

Jak umysł reaguje na medytację?

Medytacja skupiona na oddechu polega na obserwacji oddychania. Nie używa się tu żadnej werbalizacji, dźwięków ani mantr. Nie nadajesz nawet określeń - wdech, wydech - a jedynie zauważasz przepływ oddechu, śledzisz go uważnie na poziomie czucia.

Kiedy zaczynasz uczyć się medytacji, otwiera się istna puszka Pandory umysłu. Uchylasz drzwi, za którymi twój umysł wyprawia, co mu się żywnie podoba. Ponieważ zapewne nigdy przedtem tam nie zaglądałeś, będziesz w szoku! Umysł jak żywioł kompletnie puszczony samopas zalewa cię falami myśli o przeszłości bądź przyszłości. A więc albo analizuje, co się wydarzyło i przeżywasz to ponownie, zmieniasz wersje swoich wówczas zachowań, słowem nurzasz się w przeszłości lub też lawiruje w przyszłości - jak zrobisz to czy tamto, kiedy już przyjdzie czas i co powiesz Iksińskiej, jak ją wreszcie spotkasz, itd, itp. Uff. Ile zamieszania, a wszystko to kompletnie niepotrzebne. Przyszłość minęła bezpowrotnie i nic tego nie zmieni, przyszłość nigdy nie nadejdzie, bo taka jest jej natura, a jedyne co masz, to ta chwila, teraźniejszość. Ale na jej temat wiemy oczywiście bardzo mało, bo tak rzadko w niej bywamy. Trudno się jednak dziwić, skoro umysł bez końca przerabia przeszłość bądź tworzy miraże przyszłości.

Umysł jest jak jeden z wielu narządów czy części ciała. Wyobraź sobie, że jest to taka sama część ciebie jak powiedzmy mięsień czworogłowy uda. To bardzo ważny mięsień, dzięki któremu możliwych jest wiele ruchów, a bez którego niemożliwe byłoby chodzenie. Następnie wyobraź sobie, że mięsień ten postanowił całkowicie uniezależnić się od twojej woli, w związku z czym nie słucha cię, lecz po prostu prowadzi, dokąd sam chce. Co więcej, w tajemniczy sposób udało mu się ciebie przekonać, że on to ty! Koniec końców idziesz tam, dokąd zaprowadzą cię nogi, bez względu na to, czy ci to rzeczywiście służy czy nie, i jeszcze sądzisz że są to twoje własne wybory. Szaleństwo. Niewola. Ale tak właśnie stało się i dzieje się z umysłem. Ta część ciebie, która miała służyć ci wtedy, kiedy jej potrzebujesz, a następnie wypoczywać, cieszy się niesłychaną autonomią i jeszcze podszywa się pod właściciela. Bo ostatecznie właściciel zapomniał, kim naprawdę jest... Mało tego, to miotanie się umysłu i produkcja nawałnic myśli kosztuje cię sporo energii - wygenerowanie myśli to energia, a zajmowanie się nimi - kolejny koszt. Tak więc koniec końców biegasz całe dnie wewnątrz siebie za rozpuszczonym małym tyranem - swoim własnym umysłem. Nie ma innego wyjścia niż stanąć z nim oko w oko i przejąć ster.

Medytacja jest jak niedziela – świętujesz kontakt ze sobą

Wiedz, że nikt dobrowolnie nie rezygnuje z przywilejów, tak więc na początku czeka cię walka i to podjazdowa. Bądź pewien, że twój umysł zastosuje mnóstwo chwytów, aby odwieść cię od prób zdyscyplinowania go. Nie daj się nabrać, bądź nieprzejednany, ale życzliwy dla siebie i swoich usiłowań. Z czasem pojawi się dystans do pojawiających się myśli i coraz dłuższe okresy koncentracji na oddechu. Nie reagując na pojawiające się myśli, zrozumiesz, że myśli to nie ty, że możesz się bez nich obejść, a kiedy zaczną pojawiać się momenty pustki pomiędzy jedną myślą a drugą, zauważysz że istnieje zupełnie nieznany wymiar doświadczenia. Odzyskasz też wreszcie swoją pozycję właściciela domu, w którym mieszka twoja Dusza. Być może usłyszysz, co ma ci do powiedzenia.

Dzięki temu, że nauczysz się puszczać myśli, będziesz mógł wreszcie naprawdę zatrzymać się i odetchnąć. Możesz wtedy zauważyć, że ten świat całkiem nieźle radzi sobie bez ciebie, że przez te pół godziny czy więcej możesz odpuścić sprawowanie kontroli i odkryjesz, świat się nie zawalił. Popatrz - ty siedzisz i niby nic nie robisz, a świat kręci się nadal. To leczy z nadmiernej odpowiedzialności. Medytacja pozwala odsunąć się z wymiaru działania w wymiar bycia. To jest najważniejszy moment działania - niedziałanie. To jest czas, dzięki któremu działanie może istnieć. Gdyby było tylko działanie, nie moglibyśmy go docenić. Tak jak nie moglibyśmy docenić nocy bez istnienia dnia.

Dlatego właśnie medytacja jest jak niedziela. Jak święto - czas, w którym pozwalasz sobie zostawić to, co ziemskie, zamknięte w ziemskim wymiarze czasu i przestrzeni, i oddać się świętym sprawom swojego wnętrza.

Więc może ten świat nie jest tak beznadziejny, skoro trwa sam! A gdy już nie musisz się nim zajmować, twoja uwaga dotychczas skupiona na czynnościach, na wybranych częściach rzeczywistości, rozluźnia się obejmując i ogarniając wszystko - całość, której ty sam jesteś częścią. Ty jesteś całość, a całość to ty. Świat jest w porządku i ty też jesteś w porządku. Nie pozostaje nic innego, niż przeżyć to życie w radości i zgodzie ze sobą, skoro wreszcie złapałeś ze sobą kontakt. I spijać słodki smak tej prawdy, który sączy się z każdą chwilą medytacji.

A umysł? Spoczywa cicho jak węgielki tlące się w piecu, cały czas gotowe, by ich użyć, kiedy zajdzie potrzeba.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się