1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Dzieci nie muszą być grzeczne – rozmowa z psychoterapeutką Martą Sokołowską

Rola rodzica polega m.in. na tym, żeby – gdy dziecko zachowuje się z ich perspektywy niewłaściwie – pamiętać, że język dziecka to nie słowa, a zachowanie. I to zachowanie trzeba odkodować. (Fot. Nathan Dumlao/Unsplash)
„Nie dziwi mnie, że dzieci wychowywane do uległości robią sobie krzywdę fizyczną. Są w rozpaczy i nie umieją jej w żaden bezpieczniejszy sposób wyrazić” – mówi psychoterapeutka Marta Sokołowska. Dlaczego raz na zawsze warto wybić sobie z głowy przekonanie, że dzieci mają być grzeczne?

Czy znasz dużo grzecznych dzieci?
Grzecznych? A jakie są te „niegrzeczne”?

Takie, które nie chcą zjeść surówki, iść do łóżka zaraz po kąpieli, siedzieć cicho, gdy dorośli mają gości, jechać do dziadków… Razi cię słowo „niegrzeczne”?
To bardzo mocna etykietka, która jednocześnie nie mówi nic konkretnego o zachowaniu dziecka. Nadużywamy tego podziału „grzeczne – niegrzeczne”. Czytałam, że w pewnym przedszkolu poproszono dzieci, żeby opisały się w pięciu słowach. Większość umiała powiedzieć tylko „jestem niegrzeczny” lub „grzeczny”, jednak nie wiedziały, co to w zasadzie znaczy. Dlatego proponuję doprecyzować, o czym rozmawiamy: kiedy dziecko jest niby „niegrzeczne” – w jakich okolicznościach, co dokładnie robi, kiedy, wobec kogo? Przecież dzieci nie zachowują się cały czas tak samo. A za każdym ich zachowaniem stoją określone potrzeby.

Czasem to trudne, bo dziecko ma dwie twarze: domową i pozadomową. Na przykład rodzic dowiaduje się w szkole, że jego dziecko jest niegrzeczne, i dziwi się, bo w domu jest cichutkie, grzeczniutkie, wszystko chętnie robi.
Dom to miejsce, gdzie dziecko powinno móc ćwiczyć na rodzinie różne zachowania. To tu musi się nauczyć radzić sobie ze wszystkimi emocjami, negocjować, wyrażać siebie, próbować sił w kontaktach międzyludzkich i czasem zachować się w sposób, który nie podoba się rodzicom. Jeśli rodzice słyszą, że w szkole prezentuje często destrukcyjne dla siebie lub klasy zachowania, to trzeba się tym zainteresować. Może jest mu tam tak trudno – za głośno, za szybko, za „niewygodnie” społecznie – że dostosowanie się do panujących reguł staje się niemożliwe?

A gdy jest odwrotnie i w szkole nie stwarza żadnych problemów, a po powrocie wprost „roznosi dom”?
To częste i zrozumiałe. Jeśli nauczyciele mówią, że w szkole czy przedszkolu dziecko jest „grzeczne”, to znaczy, że zna zasady i potrafi ich przestrzegać. Ale to jest męczące, kiedyś trzeba „poluzować krawat”. Dorośli też w domu zachowują się inaczej niż w pracy. Jak wspomniałam, dziecko musi mieć bezpieczny obszar, gdzie będzie ćwiczyć negocjacje, czyli zgłaszać, czego mu potrzeba. Gdzie mają ćwiczyć umiejętności społeczne dzieci, które są uległe w domu?

Dziecko kłopotliwe, głośne, żywe bardzo szybko zyskuje uwagę i pomoc od rodziców. Dzieci niesprawiające problemów bywają często niewidoczne dla rodziców, ale czy to znaczy, że nie cierpią?
Cierpią i grzeczne, i niegrzeczne. Dziecko roznosi dom lub siedzi cichutko u siebie w pokoju – to tylko opis sytuacji. To żadna informacja o jego formie psychicznej.

Znam przypadek dziewczynki, która okaleczyła się tak mocno, że spędziła sześć dni w szpitalu. Rodzice, dziadkowie, nauczyciele – wszyscy się dziwili, jak to jest możliwe: zawsze była taka grzeczna, a nagle coś takiego… Mogła przecież powiedzieć komuś, że cierpi. Dlaczego grzeczne dzieci robią sobie krzywdę, zamiast powiedzieć, co je trapi?
Nie dziwi mnie, że dzieci z etykietką grzecznych robią sobie krzywdę fizyczną. Są w rozpaczy i nie umieją jej w żaden bezpieczniejszy sposób wyrazić. Ale porzućmy już tę łatkę „grzeczne”, bo mnie się to kojarzy wyłącznie z kulturą osobistą, a nie o tym rozmawiamy. Mówmy raczej o „dzieciach wychowywanych do uległości”, czyli mających być cicho. One mają bardzo mały arsenał środków do wyrażania siebie, umieją tylko być uległe lub – gdy ich układ nerwowy już eksploduje – robią sobie krzywdę, bo nie nauczyły się żadnych zachowań pośrednich, które w łagodniejszy sposób informują o ich cierpieniu.

Co się „załatwia” byciem grzecznym? Terapeuci mówią, że dziecko poniesie każdy koszt, żeby tylko ochronić swoją rodzinę.
Nie podoba mi się pojęcia „załatwia”, bo sugeruje, że dziecko manipuluje dorosłymi, a ono tylko radzi sobie z problemami tak, jak potrafi. Dzieci są bardzo mądre, nie tylko doskonale wiedzą o wszystkich problemach w rodzinie, ale i błyskawicznie się uczą, jak reagować. Jeśli rodzice wymagają uległości, to dziecko schowa swoje naturalne tendencje rozwojowe, takie jak rozkręcenie dekodera, sprawdzenie, jak rozsypuje się mąka na dywanie czy łażenie po drzewach. W imię poczucia bezpieczeństwa nie odezwie się, nie spróbuje, ale będzie to ze szkodą dla jego rozwoju.

Rolą dzieci nie jest zachowywać się tak, żeby nie dokładać rodzinie zmartwień, schodzić z drogi sfrustrowanym pracą rodzicom, rezygnować z zabawy na rzecz dorosłych aktywności albo opiekować się młodszym rodzeństwem. Jeśli zdarzy się to od czasu do czasu jako sytuacja wyjątkowa – jest to cenne doświadczenie. Ale jeżeli taki jest model funkcjonowania rodziny, to dla dziecka będzie to ogromny ciężar. Bo ono dla ochrony swojej rodziny poniesie każdy koszt, będzie nawet ofiarą molestowania, jeśli da się przekonać, że to ochroni rodzinę przed rozpadem.

Czy nagradzanie za potulność i uległość ma w ogóle jakieś dobre strony?
Nagradzanie za potulność to sygnał, że dziecko ma być takie, jak rodzic sobie życzy, a nie takie, jakie jest. Że bardziej niż aktualna sytuacja dziecka interesuje nas jego podporządkowanie. Ale bycie grzecznym w sensie kultury osobistej ogromnie ułatwia życie każdemu człowiekowi. Tego warto dzieci uczyć i tego od nich wymagać.

Wielu rodziców chciałoby raczej, żeby ich dziecko było w domu uległe, a w kontaktach z rówieśnikami – waleczne i twarde.
To wychowawcza utopia. Żeby się rozwijać, dziecko musi negocjować z rodzicami dosłownie wszystko. Rola rodzica, poza tym, że ma kochać bezwarunkowo i wspierać we wszystkich problemach, polega między innymi na tym, żeby – gdy dziecko zachowuje się z ich perspektywy niewłaściwie, na przykład kopie brata pod stołem – pamiętać, że język dziecka to nie słowa, a zachowanie. I to zachowanie trzeba odkodować.

Ale trudno się nie irytować, gdy dziecko nie chce jechać do dziadków i zamiast pakować plecak bije brata…
Czy rodzice chcieliby, żeby małe dziecko stanęło przed nimi i powiedziało: „Mamusiu i tatusiu, rozumiem, że macie wyjazd służbowy i muszę cztery dni spędzić u dziadków, którzy gotują zupy z natką, co mnie brzydzi, ale akceptuję tę konieczność i wytrzymam do waszego powrotu. Na razie jednak odczuwam dyskomfort i muszę uderzyć brata, żeby skanalizować nagromadzone we mnie negatywne emocje”?

Scena jak z komedii…
Właśnie, to nonsens. Jeśli wychowamy dziecko, akceptując jego potrzeby rozwojowe, to ono nauczy się takiego języka, ale nie możemy wymagać od niego takiej dojrzałości i precyzji określania własnych stanów psychicznych. Jeśli dziecko kopie brata, to dajmy sobie czas, żeby zrozumieć, że ono nie robi tego specjalnie, lecz coś przekazuje. Chcemy, żeby dzieci siedziały grzeczniutko i nic nam swoim zachowaniem nie komunikowały?

Nie, ale każdy chce odpocząć, mieć trochę czasu dla siebie. Dlatego dorośli szukają sposobów, żeby zdyscyplinować dziecko…
Oczywiście, każdy przemęczony człowiek chce odpocząć, ale do czego takie wychowanie prowadzi? Wykonując tylko polecenia dorosłych, dziecko nie będzie nigdy wiedziało, czego ono samo chce. Stanie się uległe także w kontaktach poza domem. Popatrzmy z szerszej perspektywy na tzw. grzeczne dzieci, które poddały się w walce o siebie. Kogo one będą słuchać w dalszym życiu? Czy rodzice chcą, żeby ich dziecko zgadzało się w szkole na zabieranie mu telefonu i zsyłanie do siedzenia w ostatniej ławce? Czy chcą, by nie umiało odmówić alkoholu czy narkotyków? Czy godzą się na to, żeby wsiadało z kimś obcym do samochodu tylko dlatego, że jakiś dorosły powie, że jest znajomym mamy czy taty? W wychowaniu nie może być podwójnego standardu.

Wychowujemy dzieci, żeby poradziły sobie w życiu, a nie żebyśmy my mogli pooglądać telewizję. Ale uwaga – w tym radzeniu sobie w życiu mieści się także umiejętność uwzględnienia potrzeb innych ludzi, współpracy czy podporządkowania. Tyle że nie zawsze i wszystkim. Wiedzieć, kiedy mówić „tak”, a kiedy „nie”, i być gotowym na konsekwencje jednego i drugiego – to sensowne cele wychowania.

Często nieświadomie powielamy zachowania poprzednich pokoleń lub odtwarzamy schematy rodzinne. Czy grzeczni w dzieciństwie rodzice mają grzeczne dzieci?
Nie wydaje mi się. Może tak być, ale może też być tak, że rodzic, którego w dzieciństwie przyuczano do uległości, postrzega swoje zadanie wychowawcze w ten sposób, że będzie surowo karał swoje dzieci, nawet te najspokojniejsze. Tu może pomóc na przykład terapia. Ale nie lubię straszyć rodziców, bo rodzicielstwo niesie ze sobą wystarczająco dużo lęku. Wolę rozmawiać o tym, co będzie najlepszą strategią dla konkretnej rodziny, konkretnego dziecka, z uszanowaniem przekonań, jakie mają na temat celów wychowania.

No właśnie, czy zgłaszają się do ciebie rodzice nadmiernie uległych dzieci?
Prawie nigdy. Głównie zgłaszają się rodzice dzieci, które im sprawiają kłopoty, i czasem podczas rozmowy nagle wypływa temat drugiego czy trzeciego dziecka – i okazuje się, że jest ono niemal niewidzialne. Cicho siedzi, lekcje odrabia, pokój sprzątnięty, rodzice mają spokój – nic ich nie niepokoi. Wielu rodziców dopiero wtedy po raz pierwszy uświadamia sobie, że myślenie o swoim dziecku jako o bezproblemowym może być złą drogą.

Marta Sokołowska: magister filozofii i psychologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza oraz absolwentka studiów podyplomowych na Uniwersytecie SWPS w zakresie psychosomatyki i somatopsychologii. Prowadzi praktykę psychoterapeutyczną w Poznaniu w Pracowni Rozwoju.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze