1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Gdzie są twoje czułe punkty? Czy łatwo cię zranić?

Gdzie są twoje czułe punkty? Czy łatwo cię zranić?

O ranach z okresu dzieciństwa, zapisanych w psychice, często świadczą nasze nieadekwatne do sytuacji reakcje. (fot. iStock)
O ranach z okresu dzieciństwa, zapisanych w psychice, często świadczą nasze nieadekwatne do sytuacji reakcje. (fot. iStock)
Pozornie niewinne zachowania bliskich potrafią dotknąć do żywego. Ranią, bo budzą urazy zamknięte w ciele. Dotkliwa migrena czy ból kręgosłupa po spotkaniu z przyjaciółką lub rozmowie z partnerem to często fizyczna manifestacja bolesnego scenariusza z przeszłości.

Bywa, że czujemy się dotknięci jednym słowem wypowiedzianym przez kogoś dla nas ważnego, pozornie niewinnym spojrzeniem, gestem czy niespełnioną obietnicą. Reakcje w owych "obiektywnie nieraniących” sytuacjach są dla nas samych zadziwiające, budzą wstyd czy poczucie winy. Skąd się biorą? A nade wszystko: jak sobie z nimi radzić?

Jak w transie

Monika jest osobą o dwóch twarzach. Na co dzień profesjonalny pracownik, czuła, zabiegająca o mężczyznę partnerka, lojalna przyjaciółka, osoba chętna do pomocy, uważna, wrażliwa, prawdziwa dusza towarzystwa. Jednak kiedy nie znajduje się w centrum zainteresowania… zamienia się w prawdziwego potwora. Z ostatnim chłopakiem zerwała tuż przed zaręczynami, kiedy mężczyzna wyszedł wcześniej z imprezy u znajomych, żeby pojechać do chorej matki. Szefowej zagroziła wypowiedzeniem, gdy ta na cotygodniowych odprawach przestała publicznie chwalić jej projekty, choć od dawna dla wszystkich było jasne, że Monika jest jej pupilką. Niedawno na ulicy zrobiła karczemną awanturę przyjaciółce, kiedy ta w trakcie ich rozmowy odebrała telefon od siostry. Monika czuje, że jej reakcje są, delikatnie mówiąc, zbyt przejaskrawione. Zdecydowała się nawet na terapię, ale kiedy pewnego razu terapeutka odwołała sesję, bo musiała zawieźć inną pacjentkę na oddział psychiatryczny, Monika obraziła się i przestała przychodzić na spotkania.

– Wiem, że coś ze mną nie tak, ale to silniejsze ode mnie – tłumaczy. – Kiedy ktoś mnie zrani, wpadam jakby w trans; przestaję racjonalnie myśleć, kręci mi się w głowie, serce wali jak szalone, brakuje mi tchu, mam ochotę biec na oślep albo rzucić się z pięściami na osobę, która mnie uraziła, a fizycznie czuję się tak, jakbym za chwilę miała umrzeć.

Chłopak Moniki, który pojechał zająć się chorą matką, przyjaciółka odbierająca telefon od siostry czy terapeutka podająca konkretny powód odwołania sesji – przecież każdy by zrozumiał wyjątkowość tych sytuacji. Monika prawdopodobnie z poziomu głowy również potrafiła zaakceptować ich zachowanie, ale czuła zupełnie coś innego. Obiektywnie nieraniące zachowania wprawiły ją w rodzaj transu, w tzw. odmienną rzeczywistość, w której racjonalne zachowania nie mają racji bytu.

Pewnie każdy z nas doskonale zna podobne sytuacje, kiedy zachowujemy się trochę jak szaleńcy, tracimy głowę, nasze ciało reaguje jak w sytuacji poważnego zagrożenia. Robimy coś, czego później bardzo żałujemy, ale bywa, że decyzje podjęte w stanie owego transu są już nie do odwołania. Dlaczego tak się dzieje?

Ranię, bo cię kocham

Otóż owe raniące zachowania, które z dystansu tracą na ostrości, a przez to nasza reakcja na nie jest dla innych ludzi niezrozumiała, budzą rany z przeszłości. Rany, które – najczęściej nieświadomie – zadawali nam rodzice czy inne ważne osoby. Bo nie mieli wystarczająco czasu, bo tak jak w przypadku Moniki mieli młodsze dzieci (kiedy Monika miała rok, urodził się jej brat, a rok później siostra). Zadawali ból, bo bagatelizowali dziecięce lęki czy marzenia. Obiecywali coś i, z braku czasu czy z nieuwagi, nie spełniali obietnicy. Dotykali niezrozumiałym dla dziecka żartem, zdradą dziecięcego sekretu czy swoim zachowaniem, którego z racji wieku nie byliśmy w stanie zrozumieć.

Monika, jak większość dzieci w rodzinach, w których w krótkim odstępie czasu przychodziło na świat rodzeństwo, prawdopodobnie nie dostała od mamy i taty wystarczającej ilości czasu, uwagi, zainteresowania, czułości, akceptacji i miłości. Jako mała dziewczynka nic nie mogła z tym zrobić, być może nawet weszła w rolę dziecka niesprawiającego kłopotów, zaradnego, samowystarczalnego, niemówiącego o swoich potrzebach. Zrobiła to, by otrzymać miłość. I wkroczyła w dorosłość z ogromną dziurą w sercu, z głodem uczuć, którego nie da się zaspokoić, z potrzebą bycia w centrum uwagi. A żeby było jeszcze trudniej, przyciąga ludzi, którzy ranią ją w podobny sposób, jak robili to rodzice.

Chłopak być może za zbyt oczywisty uznał fakt, że chora matka jest ważniejsza od Moniki. Szefowa prawdopodobnie rozpływała się w pochwałach, a potem nagle przestała. Przyjaciółka pewnie nawet nie przeprosiła, że w trakcie rozmowy odebrała telefon. Terapeutka nie odkryła niezaspokojonej, dziecięcej potrzeby Moniki bycia najważniejszą. Niby nic wielkiego się nie stało, ale ciosy zadane w najbardziej podatne na zranienia, czułe punkty bolą tak dotkliwie jak urazy fizyczne, bo budzą ból z przeszłości.

Okłamywanie, egoizm, lekceważenie, obłuda, nieuważność, niedotrzymanie obietnicy ze strony osób ważnych – wrzuca nas w świat z przeszłości, daleki od tzw. uzgodnionej rzeczywistości. Świat, w którym wracają historie z czasów dzieciństwa, subiektywne przeżycia z dawnych lat. Kiedy się w nim znajdujemy, w naszych sercach ożywają postacie, których istnienia nawet nie podejrzewamy: zranione dziecko, porzucona nastolatka, ,,ta gorsza” córka, nierozumiany samotnik… To one zagrzewają nas do walki bądź ucieczki. To za ich sprawą zrywamy zaręczyny, odchodzimy z pracy, robimy karczemną awanturę przyjaciółce, płaczemy z bezradności albo zamieniamy się w oprawcę rzucającego się z pięściami na wyimaginowanego przeciwnika. To demony przeszłości sprawiają, że nieodebrany telefon, pozornie niewinna uwaga czy chwilowa nieuważność urastają w naszych oczach do rangi dramatu i zmuszają do zerwania więzi. Najbardziej bolesne jest to, że właśnie najważniejsze, najbardziej bliskie osoby, które naprawdę nas kochają, cenią, podziwiają – uderzają w najczulsze punkty.

Uzdrawianie bolesnych miejsc

Mówi się, że osoby, z którymi jesteśmy w bliskich, ważnych relacjach, są najlepszymi terapeutami. Jeśli poczucie zranienia nie doprowadzi do trwałego zerwania więzi, owe bolesne rany stwarzają ogromną szansę transformacji. Dotarcia do bolesnych zdarzeń z przeszłości, odkrycia w sobie skrzywdzonych postaci i przede wszystkim do znalezienia możliwych rozwiązań sytuacji, które nas dotykają. Scenariusz z przeszłości domaga się bowiem szczęśliwego zakończenia. Zranienia, zwłaszcza te pozornie nieistotne, ale dla nas najbardziej bolesne, są ratunkiem dla duszy. Oczywiście nie ma gotowej recepty na transformację, jednak możliwe są pewne stałe kroki.

Krok pierwszy: Przeanalizowanie sytuacji, które najdotkliwiej nas ranią i znalezienie ich wspólnego mianownika.

Dla Moniki takim mianownikiem będzie odkrycie i zaakceptowanie dziecięcej tęsknoty za byciem osobą najważniejszą. Wszystkie sytuacje, w których kobieta czuje się niezauważona, zlekceważona, niewysłuchana – budzą jej lęk przed odrzuceniem, lęk, który korzeniami sięga dzieciństwa.

Krok drugi: Rozpoznanie intencji drugiej strony. Gdyby Monika odważnie porozmawiała ze swoim chłopakiem, szefową, przyjaciółką czy terapeutką, zrozumiałaby, że ich zachowanie nie było skierowane przeciwko niej. Nie możemy dla nikogo (poza rodzicami, w tym najwcześniejszym okresie życia) być przez cały czas najważniejsi. Dojrzałość polega na zaakceptowaniu tego faktu.

Krok trzeci: Zdystansowanie się i realna ocena sytuacji, zrozumienie, co tak naprawdę się stało. Warto pamiętać, że zranienie zawsze trafia w nasz największy kompleks i dlatego tak boli.

Krok czwarty: Odkrycie i dopuszczenie do głosu zranionej postaci. Nikt w dorosłym życiu nie zaspokoi jej tęsknot, ale możesz zrobić to sama, np. dając sobie prawo do tego, by być ważną, przede wszystkim dla samej siebie. Masz prawo także informować o tym świat, np. mówiąc osobom dla ciebie istotnym: ,,Rani mnie, kiedy podczas spotkania ze mną odbierasz telefony”, albo: ,,Wiesz, mam świadomość, że to być może dziecinne zachowanie, ale boli mnie, kiedy obiecujesz, że zadzwonisz i tego nie robisz”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Podstawą szczęśliwego wychowywania jest prawda

Nasze dzieci uczymy nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy – one bacznie nas obserwują, stając się poniekąd naszym lustrem, naszym odbiciem. (Fot. iStock)
Nasze dzieci uczymy nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy – one bacznie nas obserwują, stając się poniekąd naszym lustrem, naszym odbiciem. (Fot. iStock)
Terapeuta Daniele Gargano podkreśla, że dzieci najwięcej chłoną, obserwując swoich rodziców. Dlatego najlepsze, co możemy dla nich zrobić, to być prawdziwymi. – Jeśli jesteś radosny, śmiej się; jeśli jest ci smutno, płacz. W ten sposób nauczysz dziecko, że na świecie istnieje także ból czy żal, i że wcale nie jest on zaprzeczeniem szczęścia – mówi w rozmowie z Julią Wollner.

Psycholodzy powtarzają, że szczęśliwe dzieci to te, które są wychowywane przez szczęśliwych rodziców. Tylko co to tak naprawdę znaczy? Jacy powinni być ci szczęśliwi rodzice?
Myślę, że warto na użytek naszej rozmowy spróbować ukuć pewną definicję szczęścia. Będzie ona dosyć prosta: szczęście możemy zdefiniować jako stan, w którym jest nam po prostu dobrze. Stan, w którym widzimy świat w sposób pozytywny. Szukając synonimu, moglibyśmy określić ten stan dobrobytem – pamiętając jednak, że nie chodzi o dobrobyt w sensie ekonomicznym, ale o dobrobyt psychofizyczny. Osoba szczęśliwa to osoba pogodna, budująca dobre relacje z innymi, zadowolona z tego, co ma, niepopadająca w skrajności, wolna od nałogów. Szczęściu blisko jest do równowagi, do stabilności.

Dla wielu z nas szczęście to raczej coś, do czego się dąży, niż coś, co jest nam dane raz na zawsze.
Ja powiedziałbym, że jest to coś, czego można się nauczyć. Najpierw jednak warto uświadomić sobie, że wszystko, co przeżywamy, ma swoje odbicie w naszych relacjach. Jeśli z jakiegoś powodu nie jest nam dobrze, to będziemy mieli kłopot ze spełnieniem się w swoich życiowych rolach, w tym w roli rodzica; co więcej, możemy wręcz źle wpływać na innych.

Nasze dzieci uczymy nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy – one bacznie nas obserwują, stając się poniekąd naszym lustrem, naszym odbiciem. A skoro mowa o nauce, to warto podkreślić, że „uczenie się” jest w kwestii szczęścia terminem kluczowym. Szczęście zależy bezpośrednio od edukacji, od swego rodzaju instrumentarium, które otrzymujemy w dzieciństwie. Osoby szczęśliwe niekoniecznie wyrastały w rodzinach majętnych czy w warunkach, które można określić jako idealne, ale otrzymały od rodziców wiedzę o tym, jak wykorzystywać pewne narzędzia.

Jakie na przykład?
Przede wszystkim poczucie własnej wartości. To jego brak jest źródłem wszelkiego zła: kompleksów, napięć, depresji. Drugim istotnym narzędziem jest asertywność i umiejętność komunikowania własnych potrzeb. Na szczęśliwych ludzi wyrosną te dzieci, które nauczono być świadomymi samych siebie i którym pokazano metodę osiągania celów, które są dla nich ważne.

Szalenie istotna jest także zdolność wybrania i utrzymania właściwej perspektywy. Podam przykład: pracowałem wiele lat w szpitalu z rehabilitantami i poznałem tam chłopca, który stracił w wypadku jedną nogę. Wszyscy z góry uznawali go za nieszczęśnika; on jednak, mimo swojego inwalidztwa, wydawał się naprawdę pełen radości, ponieważ nie traktował tego jako przekleństwa. Wręcz przeciwnie, podchodził do swoich ograniczeń jak do wyzwania, które pozwala na wykorzystanie wspomnianych narzędzi. Wybrał perspektywę pozytywną. Warto pamiętać, że – jak nauczał już sam Platon – rzeczywistość jest swego rodzaju iluzją. To od nas zależy, jak na nią spojrzymy.

Załóżmy więc, że świadomi rodzice starają się patrzeć pozytywnie. Z drugiej strony, kiedy rozglądam się wokoło, większość dzisiejszych dorosłych albo jest w trakcie terapii, albo się do niej przymierza... Nie wydają mi się szczególnie szczęśliwi. Czy w takiej sytuacji jest w ogóle szansa, żeby szczęśliwe były nasze dzieci?
Oczywiście, że tak. Zamiast śledzić porady wychowawcze i wynajdywać coraz nowe trendy w wychowaniu, które zmieniają się co sezon, można zdecydować się właśnie na terapię. Jest to wybór, który podejmuje osoba świadoma, że coś w jej życiu wymaga naprawy, naprostowania. Odczuwa potrzebę zmiany. To już bardzo wiele; powiedziałbym nawet, że to pierwszy krok do szczęścia. Terapia służy bowiem dekonstrukcji pewnych mitów, w ramach których funkcjonujemy, które wtłoczono nam do głowy w dzieciństwie, nie respektując naszej prawdziwej natury. Teraz, zajmując się sobą, mamy szansę ją odkryć i nauczyć się ją pielęgnować.

Mamy więc nauczyć się szanować własną naturę, a jednocześnie szanować także naturę dziecka. Co jednak, jeśli wzajemnie się one wykluczają?
Szukanie konfliktu na tej linii jest moim zdaniem zabiegiem sztucznym. Jeśli jesteś osobą nauczoną szczęścia, posiadającą narzędzia, o których mówiłem wcześniej, równie ważna jak twoje dziecko, jesteś ty sama. Dziecko nie jest dla ciebie ciężarem, kimś, dla kogo musisz poświęcać siebie. Analogicznie jest na przykład z pracą i wypoczynkiem: osoba zrównoważona wie doskonale, że relaks i przyjemność są jednakowo istotne jak czas wzmożonego wysiłku.

Mam wrażenie, że odnosisz się do sytuacji idealnej. Jestem przekonana, że wielu rodzicom zdarzają się decyzje powodujące wewnętrzne konflikty. Załóżmy na przykład, że rozwiodłam się z ojcem moich dzieci i chciałabym wyjść ponownie za mąż, a syn czy córka nie akceptują mojego nowego partnera.
Przede wszystkim trzeba im dać do tego prawo. To doskonała okazja, by nauczyć dziecko ważnej kwestii: wspomnianego już szacunku do samego siebie. Dziecko jest samodzielną jednostką, może kogoś lubić lub nie lubić i warto nauczyć je respektowania tego, co czuje.

Brzmi pięknie, ale co mam powiedzieć dziecku, które nie chce, by mój ukochany zamieszkał z nami?
Jeśli dziecko nie akceptuje takiej decyzji, to robi to zapewne z obawy, że nowy mężczyzna będzie próbował zastąpić kogoś niezwykle ważnego. W tej sytuacji matka powinna przede wszystkim wytłumaczyć dziecku, że o żadnym zastępowaniu ojca nie ma mowy, a następnie pracować nad komunikacją malucha i nowego partnera – tak, aby stworzyć im możliwość nawiązania pozytywnej relacji.

Zostawmy kwestie uczuciowe, a przyjrzyjmy się niebezpiecznym pasjom. Mój brat jest zapalonym spadochroniarzem. Czuje się rozdarty, bo uwielbia dreszcz ryzyka, który daje mu ten sport; z drugiej strony wie, że jego córeczka bardzo się o niego niepokoi i wolałaby, żeby zrezygnował ze swojego hobby.
Podobnie jak w kwestii nowego partnera, chciałabyś usłyszeć ode mnie gotową receptę: trzeba wybrać to, a nie tamto. Osobiście zupełnie nie wierzę w taką dwubiegunowość. Kiedy urodziła się moja córka, w sposób naturalny zacząłem starać się ograniczać wszelkie ryzyko do minimum. Przestałem na przykład jeździć na motorze. To kwestia wartości. Dla mnie najważniejsze na świecie jest moje dziecko, a żadne hobby nie może się z nim równać. Możemy także potraktować tę sytuację jako lekcję i okazję do rozmowy – o tym, czym jest ryzyko, czym jest pasja. Spróbuj wytłumaczyć dziecku, dlaczego twoje hobby jest dla ciebie tak istotne. Być może przy takim postawieniu sprawy będzie potrafiło je zaakceptować?

Każda okazja jest dobra do tego, by zastanowić się, jakie nauki o życiu przekazuję swojemu dziecku. Z drugiej strony świadomość tego może stanowić nie lada obciążenie. Życie nie jest usłane różami, a ja jako rodzic mogę przechodzić kiepski moment w życiu. Czy powinnam starać się ukryć to przed dziećmi, oszczędzając im stresu?
Zdecydowanie nie! Dzieci rozumieją wszystko, jeśli tylko odpowiednio im się to wytłumaczy. Są w stanie pojąć każdy kłopot, wojnę, chorobę, śmierć. To nie problemy przychodzące z zewnątrz niszczą relacje rodziców i dzieci; robią to niedopowiedzenia. Oczywiście ważny jest dobór odpowiednich słów i przykładów, dostosowanych do wieku i wrażliwości dziecka, jednak z całą pewnością nie warto przed dziećmi niczego ukrywać, chować czy maskować.

Skoro mówimy o trudnościach, to warto wspomnieć, że sama koncepcja szczęścia też łączy się z pewnymi obciążeniami, czasem nawet z dramatami. Warto pokazać dzieciom tę prawidłowość. Szczęście ma swoją cenę. Kosztują nas nasze wybory, kosztuje wysiłek wkładany w pozostanie lojalnym wobec samego siebie. Patrzenie na świat własnymi oczami – a nie oczami reszty społeczeństwa – nie przychodzi zupełnie bez trudu. Trud jest wpisany w naszą egzystencję. Nie ma jednak innej drogi do szczęścia niż prawda. Człowiek szczęśliwy to taki, który znalazł odpowiedź na pytanie: co jest moją prawdą, a co tylko formą narzuconą przez innych? Czego ja właściwie chcę? Jaka jest moja prawdziwa natura?

Znalezienie odpowiedzi na te pytania nie jest jednak proste, szczególnie w dzisiejszych czasach. Każdy z nas ma setki możliwości, a wiele z nich wzajemnie się wyklucza.
Właśnie dlatego często podkreślam, że jeśli mielibyśmy nauczyć nasze dzieci tylko jednej rzeczy, to być może powinna być nią medytacja. Żyjemy coraz szybciej, robimy dziesięć rzeczy naraz, gubimy się we własnych myślach. Medytacja pozwala nam odnaleźć sens prostych, codziennych czynności, przywraca zagubioną gdzieś umiejętność do bycia tu i teraz, pomaga odnaleźć świadomość samego siebie. Aby zacząć medytować, nie trzeba wcale zapisywać się na drogie kursy ze wschodnimi guru, wyjeżdżać do dalekich krajów ani nawet siadać w pozycji kwiatu lotosu. Warto zacząć od prostej metody zwanej walking meditation, czyli zwykłego spacerowania, podczas którego staramy się skupić wszystkie myśli na wykonywanych krokach. Medytacją może być też sprzątanie pokoju albo krojenie cebuli. Wystarczy, że przypomnimy sobie – i pokażemy dzieciom – jak bardzo uspokajający wpływ może mieć zanurzenie się w chwili obecnej. Tylko ona jest w pełni prawdziwa, a powiedzieliśmy już, że to prawda jest podstawą szczęścia.

Przypomina mi się pewna ważna historia, która wiele mnie nauczyła. Kiedy pracowałem w szpitalu, na oddziale onkologicznym przebywał młody chłopak, któremu zostało zaledwie kilka miesięcy życia. Wysłano mnie do niego z jakimś kwestionariuszem, którego wypełnienie miało zająć około godziny. Pukając do jego pokoju, zapytałem, czy znajdzie dla mnie trzy-cztery kwadranse, na co odpowiedział, że nie bardzo, ponieważ właśnie uczy się do egzaminu. Nie rozmyślał o tym, ile czasu da mu jeszcze choroba – koncentrował się na chwili obecnej, na tym, że na uczelni czeka go ważny sprawdzian. Porozmawialiśmy chwilkę; opowiedział mi, jak bardzo lubi swoje studia, jak wiele przyjemności sprawia mu nauka. Formularza nie wypełniliśmy. Nie było zresztą po co – traktował on o kwestii bycia tu i teraz, a ten chłopak ewidentnie był w tym po prostu mistrzem.

Aby osiągnąć szczęście, powinnam więc być świadoma własnych potrzeb, asertywna, umiejętnie komunikować się z otoczeniem, znać swoją wartość i skupiać się na chwili obecnej. Osiągnięcie tego stanu warunkuje też szczęście mojego dziecka. Dla niektórych może to brzmieć jak ciężkie i skomplikowane zadanie...
Wiesz dlaczego? Dlatego, że wielu z nas stosuje w życiu rodzaj imperatywu – koncentrujemy się na słowie „muszę”. Muszę być asertywny, muszę znać swoją wartość, muszę uczynić moje dzieci szczęśliwymi. To narzuca nienaturalny – czyli nieprawdziwy – punkt widzenia. Zamiast skupiać się na tym, co muszę, lepiej starać się być prawdziwym. Jeśli jesteś radosny, śmiej się; jeśli jest ci smutno – płacz. W ten sposób nauczysz dziecko, że na świecie istnieje także ból czy żal, i że wcale nie jest on zaprzeczeniem szczęścia. A smutek jest po prostu emocją, która, jak wszystko inne, przemija. Obok prawdy to właśnie pojęcie przejściowości może być najważniejsze dla nauczenia się szczęścia. Odkrycie faktu, że prawie nic nie jest w życiu ostateczne, daje ogromną ulgę. Podobnie jak współodczuwanie, dzielenie się zarówno rozpaczą, jak i radością. „Ja muszę” zupełnie je wyklucza, a przecież prawdziwe szczęście to coś, co mnoży się, jeśli je dzielimy. Wtedy właśnie jest najprawdziwsze.

Daniele Gargano włoski psycholog i psychoterapeuta poznawczo-behawioralny mieszkający i pracujący w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną, dla dzieci i dla młodzieży; zajmuje się także problemami związanymi z wielokulturowością i życiem poza własnym krajem. 

  1. Psychologia

Zranione wewnętrzne dziecko - jak sobie pomóc?

Czasem rany z dzieciństwa są tak bolesne, że trudno je wyleczyć bez pomocy terapeuty. Jednak zapomniane i
Czasem rany z dzieciństwa są tak bolesne, że trudno je wyleczyć bez pomocy terapeuty. Jednak zapomniane i "zamiecione pod dywan" manifestują się w naszej codzienności (fot. iStock)
„Gdzie twoja godność, córko? Kim jest kobieta bez dziecka?” – pytała moja matka. Czułam, że ją zawiodłam – opowiada 42-letnia Sylwia, malarka.

Byłam szczęśliwą dziewczyną. W wieku 27 lat wyszłam za mąż. Zamieszkaliśmy w domu z pięknym ogrodem, cieszyliśmy się sobą, życiem i naturą. Dużo podróżowaliśmy, poszukując inspiracji – mąż do architektonicznych projektów, ja do swoich obrazów. Rozstawiałam sztalugi, gdzie to tylko było możliwe, i malowałam. Tak beztrosko płynęliśmy przez pierwsze lata małżeństwa.

Kiedy skończyłam trzydzieści lat, zaczęliśmy się starać o dziecko. Choć regularnie miesiączkowałam i nigdy nie stosowałam antykoncepcji, nie mogłam zajść w ciążę. Oboje poddaliśmy się szczegółowym badaniom, ale nie wykryto żadnej przyczyny – z medycznego punktu widzenia nic nie stało na przeszkodzie, byśmy mieli dziecko. Nie pomogła też terapia hormonalna. Zaczęłam próbować różnych form psychoterapeutycznych, uczęszczałam do laboratorium psychoedukacji, jeździłam na warsztaty rozwoju. A mój zegar biologiczny nieubłaganie wskazywał lat 36, 37, 38...

Ostatni dzwonek!

Rodziła się we mnie gotowość do wejścia w terapię indywidualną. Czułam potrzebę spotkań z terapeutą, który zajmie się wyłącznie mną i problemem mojej bezpłodności. Chciałam zobaczyć swój cień, nazwać wszelkie mroki w sobie, choć zdawałam sobie sprawę, że to może być droga długa i bardzo trudna.

Trafiłam na wspaniałą terapeutkę. Pomogła mojej przyjaciółce, słyszałam o niej dużo dobrego. Zastanawiałam się, czy to jest osoba, którą potrafiłabym prywatnie polubić? Nie cenić, bo nie chodziło mi tylko o profesjonalizm, ale właśnie polubić. To było dla mnie ważne, wiedziałam, że inaczej szybko wezmę nogi za pas.

Ale polubiłam tę kobietę już podczas pierwszej sesji: serdeczna, otwarta, z poczuciem humoru... nie jakaś guru, tylko taka z krwi i kości. Matka trójki dzieci.

Terapia trwała dwa lata i była bardzo intensywna: jedna lub dwie sesje w tygodniu, każda po prawie dwie godziny. Nie miałam pojęcia, jaką metodą mnie prowadzi, ale to nie było dla mnie istotne. Dziś wiem, że korzystała z bardzo wielu różnych metod terapeutycznych, m.in. technik NLP, metody ericsonowskiej i behawioralno-poznawczej. Ta ostatnia okazała się dla mnie kluczowa.

Jedna wielka ściema

Weszłam do gabinetu, usiadłam i powiedziałam, że przyszłam z problemem braku dziecka. Bardzo chciałabym je mieć i nie wiem, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Zbliżam się do 40., słyszę ostatni dzwonek...

Pierwsze zdanie terapeutki brzmiało: „Nie będziemy, Sylwio, pracować nad dzieckiem. Będziemy pracować nad tym, żebyś – bez względu na to, czy będziesz je miała, czy nie – była szczęśliwa. Czy to ci odpowiada?”. Poczułam ogromną ulgę. Boże, czy to znaczy, że wcale nie muszę mieć dziecka, by poczuć się szczęśliwa?

To był bardzo dobry trop. Terapeutka chciała się najpierw przekonać, czy moja rozpacz jest na pewno związana z tym, że nie mam dziecka. Badała, dlaczego tak strasznie chcę je mieć. Jaka energia za tym stoi. Bo mnie nie rozpierała zazdrość, że inne kobiety mają potomstwo, a ja nie. Nie ściskało w gardle na widok czyjegoś maleństwa, kompletnie nie...

Terapeutka pytała o sprawy bieżące, ale powoli wydobywała ze mnie to, co działo się w moim życiu wcześniej, sięgała coraz dalej w przeszłość. Dużo pracowałyśmy w wizualizacji. Wprowadzała mnie w stan relaksu, rozluźnienia, bym mogła łatwiej przywołać sytuacje, które działy się w przeszłości. Prosiła: „Wyobraź sobie, że w twoim sercu jest pokój, a w nim ty jako mała dziewczynka. Wchodzisz do tego pokoju i kontaktujesz się z nią. W jakim jest nastroju?”.

Moja wewnętrzna dziewczynka siedziała zawsze w ciemności, smutna, zalękniona... Wtedy obejmowałam świadomością to zrozpaczone, opuszczone dziecko, które nosiłam w sobie. Wzbudzało we mnie współczucie i zrozumienie, więc przygarniałam je do siebie – tę zaniedbaną część mnie.

Rozmowy z wewnętrzną dziewczynką mogą być sposobem na lepsze poznanie siebie. (fot.123rf) Rozmowy z wewnętrzną dziewczynką mogą być sposobem na lepsze poznanie siebie. (fot.123rf)

 

Terapeutka badała, w jakich sytuacjach czułam się mocna, wolna, otwarta, zdolna się kimś zaopiekować, kreatywna, spełniona – bo taki aspekt też przecież we mnie był. Za pomocą technik NLP kontaktowałam się ze swoim potencjałem, a odwołując się do wspomnień, wzmacniałam go – jak gdyby kotwiczyłam  życiowe zasoby, zdolności i umiejętności. Chodziło o wydobycie, a następnie połączenie dwu części mnie – tej zaniedbanej i tej silnej – po to, by wzajemnie mogły się sobą zaopiekować. Dlaczego? Bo okazało się, że tak naprawdę to ja płaczę nie nad brakiem własnego potomka, ale nad sobą – kondycją swojego wewnętrznego dziecka. Moja rozpacz wynikała z potrzeby zatroszczenia się o siebie. Reszta to była jedna wielka ściema. Wcześniej wydawało mi się, że mam potężny potencjał: troski, czułości, uwagi, którym jako matka pragnę obdarować dziecko. A już po kilku sesjach wiedziałam, że ja tych uczuć nie mam dla samej siebie. Przez dwa lata terapii uczyłam się przede wszystkim opiekować swoją wewnętrzną dziewczynką.

Zawiodłaś mnie

Było we mnie dziecko – zranione, upokorzone, które przeszło w dzieciństwie przez prawdziwe piekło: ojciec alkoholik, przemoc fizyczna w domu, rozwód rodziców. A kluczowa w terapii okazała się relacja z matką.

Kiedy byłam dziewczynką, matka zajmowała się głównie mężem alkoholikiem, a ja czułam się samotna, opuszczona, wystraszona – nie wiedziałam, co się naprawdę dzieje. Dlaczego wciąż są w domu awantury, słychać krzyki matki, ojciec bije i ją, i mnie. Siedziałam skulona w ciemnym pokoju, przerażona. Na sesjach powracałam do sytuacji, które wbiły się w moją pamięć jako tragiczne. Terapeutka inscenizowała rodzaj psychodram, podczas których wydobywałam z pamięci najważniejsze osoby w swoim życiu. To były dla mnie bardzo trudne chwile, łzy lały się strumieniami. Ale mówiła, że muszę te traumy przepracować, by się od nich uwolnić.

Moje relacje z matką nie poprawiły się, kiedy wyszłam za mąż. Zaczęła napierać na mnie i powtarzać: „Kobieta musi mieć dziecko, bez niego nie jest kobietą”. Była bardzo religijna, więc wymyślała cuda, co muszę zrobić: „Powinnaś iść na kolanach do Częstochowy i prosić Matkę Boską o dziecko. Albo przez pół roku przyjmować codziennie komunię świętą. To był swoisty mobbing. Mówiła: „Nie jesteś taka, jakbym chciała! Zawiodłaś mnie, haniebnie! Nie mogę pochwalić się wnukami, nie mam rodziny i jestem nieszczęśliwa”. Kiedy pytałam: „Mamo, dlaczego ty mi tak mówisz, przecież to mnie bardzo boli!? Nie mów tak”, odpowiadała: „Mogę ci powiedzieć wszystko, bo jestem twoją matką!”. A już kompletnie mnie ścięło, kiedy usłyszałam, że wybaczy mojemu ojcu całe zło, jeśli zajdę w ciążę.

Mój stan umysłu był taki: „Haniebnie zawiodłaś własną matkę, najbliższą osobę, tę która cię stworzyła. Przez ciebie nie może w pełni cieszyć się życiem”. To była motywacja do posiadania dziecka, dźwigałam ciężki bagaż.

To nie był mój dramat

Alice Miller – francuska psychoterapeutka, autorka książek o psychologii dziecięcej – pisze, że dziecko, które doznało w dzieciństwie przemocy, jest w gorszej sytuacji niż więzień obozu koncentracyjnego. Bo więzień miał towarzyszy, a dziecko, które doświadcza przemocy od obojga rodziców, jest kompletnie samo. Ja podczas terapii dogrzebałam się, dokopałam do tego swojego obozu koncentracyjnego, wyciągnęłam z niego tę zrozpaczoną, zranioną dziewczynkę i... mocno ją ukochałam.

Dopóki tego nie zrobiłam, nie mogłam stać się dojrzałą kobietą. Dopiero teraz patrzę na stan świadomości swojej matki jako na stan odrębny: ona taka jest, tak ją ukształtowała religia, kultura... Szanuję to, rozumiem i... potrafię współczuć, bo wiem, że ona nadal cierpi, patrząc na córkę, która nie ma dziecka, i nadal uważa mnie za kobietę ułomną. Patrzę na nią jak na osobę cierpiącą i... kocham ją. Ale ja jestem Sylwia, dojrzała kobieta, mam swoje życie i to, jakie ono będzie, zależy wyłącznie ode mnie. Dlatego zadałam sobie pytanie: „Czy ja chcę mieć dziecko na pewno dla samej siebie? Terapia uświadomiła mi, że to, iż go nie mam, nie jest moim dramatem, lecz mojej matki.

Zeszyty pełne myśli i uczuć

Kiedy ktoś w dzieciństwie przebył tak trudną drogę, to jego wyzwolenie się ze wszystkich traum wymaga czasu, uwagi i miłości. Dlatego poza sesjami zapisywałam swoje myśli, emocje i potrzeby w formie rozmów ze swoim  wewnętrznym dzieckiem. Robię to do dziś, już jako dojrzała kobieta, która potrafi się o nie zatroszczyć. To bardzo ważne narzędzie terapeutyczne. Mam grube zeszyty takich rozmów.

Kiedy moja wewnętrzna dziewczynka wpada w gorszy nastrój, gdy czuje się opuszczona, samotna, pocieszam ją: „Dziewczynko, wiem, znowu jesteś zrozpaczona, znowu coś niedobrego się stało, ale poradzimy z tym sobie, jestem przy tobie, przytulam cię, już nie jesteś sama, będzie dobrze”. Pytam: „co by ci pomogło?”. Czasami idziemy sobie do lasku brzozowego, bo ona bardzo lubi drzewa, ptaki – przyroda ją uspokaja, wycisza. Oczywiście, zdarza się, że mówię: „No jak ja mogę teraz pójść do lasu i leżeć pod brzozą, kiedy mam tyle pracy”. Wtedy dziewczynka: „Poleżymy sobie tylko pół godziny i wykonasz potem tę pracę szybciej i lepiej”. Ma rację. Kiedy damy sobie czas, żeby negatywne uczucia przepłynęły, wszystko idzie dużo sprawniej. Czasem trzeba zatrzymać i wsłuchać w swoje uczucia, emocje, potrzeby, których – jak podkreślała terapeutka – nie słyszą dzieci traktowane w dzieciństwie przemocowo.

Jestem matką

Z miesiąca na miesiąc stawałam się coraz mocniejsza, spokojniejsza, szczęśliwsza. Uświadomiłam sobie, że bycie matką to potencjał – energia troski, miłości, opieki, oddania, czułości, który we mnie jest. Tę matczyną energię mogę wnosić w życie innych ludzi – swoich bliskich, przyjaciół, znajomych. I ich dzieci – świat potrzebuje dobrych, mądrych ciotek. Mogę też być matką dla własnych pomysłów, projektów, twórczości, obrazów, które kocham malować. Dla swoich domowych zwierzaków. A przede wszystkim dla siebie i mojej wewnętrznej dziewczynki. Kiedy troszczysz się o coś, jesteś matką.

Dziś nie ma we mnie odrobiny żalu o to, że nie posiadam własnego dziecka. Akceptuję to, co mi się przydarza. Przyjmuję i cenię dary, jakie otrzymuję od życia. Jestem dojrzałą, spełnioną i szczęśliwą kobietą. To efekt indywidualnej terapii i pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Co świadczy o tym, że doświadczyłeś emocjonalnej niedojrzałości ze strony swoich rodziców?

Fot. iStock
Fot. iStock
Jeśli doświadczasz większości z poniższych objawów, prawdopodobnie któryś z twoich opiekunów lub rodziców (a może oboje) przejawiał niedojrzałość emocjonalną. Pamiętaj, że nie jest to diagnoza, a jedynie kierunkowskaz prowadzący w stronę samopoznania. Jeśli uznasz, że potrzebujesz pomocy w uwolnieniu się od toksycznej relacji, sięgnij po profesjonalne wsparcie.

Emocjonalne osamotnienie
– czujesz, że (czasami) możesz liczyć na rodzica w ekstremalnych doświadczeniach takich jak choroba, ale nie istnieje między wami przestrzeń na bycie z codziennymi, trudnymi uczuciami takimi jak np. złamane serce.

Jednostronne i frustrujące interakcje
– gdy rodzice skupieni są przede wszystkim na sobie, własnych przeżyciach, oczekują czasu i zaangażowania, ale tak naprawdę nie wiedzą, co dzieje się w twoim życiu, a ty nie czujesz, że masz swobodę, przestrzeń, a nawet ochotę dzielić się z nimi własnym życiem.

Wymuszanie zachowań i usidlenie
– niekiedy przybiera formę manipulacji, wywoływania w tobie poczucia winy, wstydu albo lęku, innym razem rozmowa z rodzicem może sprawiać wrażenie powierzchownej, nudnej, pozbawionej życia i ognia. Dotyczy to rodziców, którzy nie wykraczają poza tematy, w których czują się bezpiecznie, więc wasze spotkania stają się monotonne.

Zepchnięcie na drugie miejsce
– pierwsze zajmują rodzice i oczekują, że usuniesz się na dalszy plan.

Ukrywanie wrażliwości
– niedojrzali emocjonalnie rodzice mogą być niezwykle ekspresyjni, wybuchowi, potrafią kłócić się i bronić własnego zdania, ale unikają wyrażania wrażliwości, czułości i delikatności. Może im zależeć na tym, by dziecko czuło, jak bardzo cierpią, ale nie pozwolą sobie na przyjęcie prawdziwej, emocjonalnej pociechy.

Zarażenie emocjonalne
– przejawiające się głównie niewerbalnymi interakcjami, które mają nauczyć dziecko odczytywania nastrojów oraz potrzeb rodzica. Stoi za tym przekonanie: „gdybyś naprawdę mnie kochał, wiedziałbyś, co zrobić”. Zamiast komunikacji niedojrzali emocjonalnie rodzice wolą pokazać, jak bardzo są zmęczeni lub cierpiący.

Brak szacunku do granic i indywidualności
– niedojrzali rodzice mylą miłość z dzieleniem się wszystkim, oczekują, że dzieci będą myślały i czuły to samo co oni. Nie potrafią wręcz zrozumieć potrzeby własnej przestrzeni czy prawa do odrębnego zdania, opinii, które utożsamiają z odrzuceniem.

Spychanie odpowiedzialności na ciebie
– w relacji z niedojrzałymi rodzicami musisz podejmować nieustanny wysiłek przystosowywania się do ich potrzeb, a później wszystkich innych ludzi. Szybko reagujesz na zmiany nastroju, rozpoznajesz energię tkwiącą za spojrzeniami, gestami czy słowami. Być może przepraszasz, chociaż to ciebie skrzywdzono, i prawdopodobnie dążysz za wszelką cenę do pojednania.

Utrata autonomii emocjonalnej i wolności psychicznej
– niedojrzali emocjonalnie rodzice traktują cię jako przedłużenie samych siebie, więc uznają, że wiedzą, co myślisz i czujesz.

Rujnowanie przyjemności oraz sadyzm
– niedojrzali rodzice bywają malkontentami, rozwiewają marzenia dzieci, na sukces reagują tak, że dziecko szybko traci radość. Zamiast uczcić sukcesy i dokonania dziecka, ostrzegają o zagrażającym świecie albo marudzą, narzekają. Inną odsłoną jest przemoc fizyczna, bicie, wykorzystywanie dzieci, zadawanie im bólu – nieważne, czy w imię wychowywania czy z powodu potrzeby rozładowania własnych emocji.

Więcej w: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

  1. Psychologia

Niedojrzali emocjonalnie rodzice - jak uwolnić się od ich wpływu?

Zwykle to rodzice uczą dzieci jak budować zdrowe, głębokie więzi. Często jednak dorośli wcale nie są dobrym przykładem. (Fot. iStock)
Zwykle to rodzice uczą dzieci jak budować zdrowe, głębokie więzi. Często jednak dorośli wcale nie są dobrym przykładem. (Fot. iStock)
W idealnym świecie to rodzice uczą dzieci, jak budować zdrowe, głębokie więzi. Jednak w rzeczywistości dorośli często wcale nie są dobrym przykładem. Nigdy nie jest za późno, by uwolnić się od wpływu niedojrzałych emocjonalnie matek i ojców.

Dojrzałość emocjonalna to umiejętność tworzenia prawdziwej, opartej na szacunku więzi z drugą żyjącą istotą, bez względu na to, kim ta istota jest. Nie jednorazowy zryw, ale towarzyszenie sobie nawzajem w części lub całości wspólnego życia. Rodzice, którzy oczekują szacunku oraz wyjątkowego, specjalnego traktowania, a przy okazji kontrolują swoje dziecko i okazują mu lekceważenie, nie są emocjonalnie dojrzali. W relacji z takim rodzicem potrzeby dziecka nie są zaspokajane i doświadcza ono rozległego poczucia osamotnienia, które często niesie ze sobą przez dorosłe życie. Rodzic emocjonalnie niedojrzały „nie jest zainteresowany doświadczeniem bliskości emocjonalnej, rozumianej jako wzajemne poznawanie się i zyskiwanie dogłębnego zrozumienia drugiej osoby. Takie dzielenie się najgłębszymi uczuciami tworzy satysfakcjonującą, głęboką więź, która sprawia, że osoby zaangażowane w relację stają się sobie drogie, ale dla niedojrzałych emocjonalnie rodziców nawiązywanie tego typu bliskości jest krępujące” – pisze psycholożka kliniczna Lindsay C. Gibson w książce „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”.

Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Emocjonalne zawłaszczenie

Niektórzy rodzice rzucają swego rodzaju urok na dzieci, który określa się niedojrzałym emocjonalnie systemem relacji, w skrócie EIRS (ang. emotionally immature relationship system). Osoby dojrzałe potrafią samodzielnie regulować swoją samoocenę i stabilność emocjonalną, innymi słowy nie potrzebują chóru, który zapewni lub przekona ich, jakie są wspaniałe. Nie ulegają również tak łatwo negatywnym ocenom zewnętrznym i presji, mają oparcie w swojej istocie. Bez arogancji i poczucia bycia lepszymi od innych, ale również bez poczucia niższości. W ten sposób pozostają zazwyczaj w stanie równowagi emocjonalnej.

Osoby, które doświadczają EIRS, podczas relacji z niedojrzałymi rodzicami nabierają nawyku, by bardziej zważać na stan emocjonalny swojego rodzica niż na własne samopoczucie. „Pozostając pod wpływem tego systemu interpersonalnego, dostrajasz się do emocjonalnych potrzeb rodzica, zamiast wsłuchiwać się we własne instynkty. Czujesz, że za wszelką cenę musisz łagodzić jego nastroje. Zaczynasz przedkładać jego potrzeby i uczucia ponad własne zdrowie psychiczne. Ta niezdrowa, nadmierna troska o podtrzymanie spokoju rodzica każe ci koncentrować się na nim i jego reakcjach do tego stopnia, że jego nastrój staje się twoją obsesją. Gdy tak się dzieje, to znak, że zostałeś zawłaszczony emocjonalnie przez swojego rodzica” – czytamy we wspomnianej książce.

Uwolnić się spod uroku

Wpływ niedojrzałych rodziców nie dotyczy tylko dzieciństwa i młodości. Rany, destrukcyjne wzorce, przykazania czy splątanie w takiej relacji mogą się utrzymywać przez dekady. Istnieje jednak szereg sposobów, by uwolnić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców.

Pierwszym krokiem jest zrozumienie cech charakterystycznych, wspólnych dla takich osób:

  • Należy do nich skrajna postawa – ekstrawertyczna lub introwertyczna, której towarzyszy zniekształcenie rzeczywistości.
  • Rodzice mogą być dogłębnie przerażeni i niepewni siebie.
  • Mają potrzebę dominowania i kontrolowania.
  • Są egocentryczni i nieskłonni do refleksji.
  • Obarczają winą innych i usprawiedliwiają siebie.
  • Są impulsywni i nieodporni na stres.
Zrozumienie tego jest istotne, by dorosłe dziecko wiedziało, że postawa i zachowanie rodziców nie były reakcją na jego zachowanie, ale wypaczonym, zniekształconym sposobem radzenia sobie z rzeczywistością – a raczej unikaniem jej.

Kolejnym krokiem jest opieranie się zawłaszczeniom emocjonalnym. Innymi słowy – nie chodzi o to, by zmienić rodziców, lecz by nie pozwalać im decydować o swoim samopoczuciu. Oni nadal mogą roztaczać swoje uroki, rzucać nieporadne słowa i próbować wywołać nieprzyjemne doznania, ale ty dostrzegasz ich strategie i nie tracisz kontaktu ze sobą. Pomoże w tym uznanie – a nie tylko zrozumienie – że oni nie są najważniejsi.

Gdy zgłaszają się do ciebie z problemem, znajdź chwilę, by rozpoznać, czy twoja interwencja jest naprawdę potrzebna. A kiedy podejmiesz decyzję, że angażujesz się i pomagasz, określ granice: ile czasu, miejsca lub innych wartości materialnych i niematerialnych chcesz oddać, poświęcić. Jeśli ich nie postawisz, może się okazać, że zrobią to rodzice, a ty znowu wylądujesz pod ścianą, w samotności i bez sił. Przy czym niezmiernie istotne jest samopoznanie, by zrozumieć, dlaczego trudno jest ci odmawiać i czego w związku z tym się obawiasz.

Czasami dorosłe dzieci, przyzwyczajone do emocjonalnych kar za niespełnienie oczekiwań rodziców, wolą zrezygnować z samych siebie w imię spokoju lub mylnego przekonania, że są mniej ważne od własnych rodziców.

Wprowadzając zmianę w relacji z niedojrzałymi emocjonalnie rodzicami, nie musisz się śpieszyć, odnajdź w tym ulgę i wytchnienie. Gdy nie wiesz, co zrobić albo masz w głowie pustkę – nie rób nic, poczekaj, aż wrócą myśli, i obserwuj je. Idź na spacer, zamknij na chwilę oczy, oddal się od rodziców w sensie dosłownym. Znajdź się w dobrym dla ciebie miejscu i sprawdź, czego oczekujesz od spotkania z rodzicami i na co z pewnością już się nie zgadzasz. Nie musisz jednak pilnować ich sposobu wyrażania się, znajdź wewnętrzną tarczę, nie traktuj wszystkiego, co mówią, śmiertelnie poważnie. To ich zdanie, ty możesz mieć inne. Gdy się przeciwstawisz, przerwiesz toksyczną emocjonalnie grę. Nie musisz także dzielić się z nimi najbardziej skrytymi uczuciami, jeśli nie czujesz takiej potrzeby i nie czujesz się bezpiecznie. Ba! Masz prawo stosować uniki i odpowiadać wymijająco, jeśli w ten sposób chronisz siebie.

Znajdź swój wewnętrzny azyl i wracaj do tego miejsca jak najczęściej.

  1. Styl Życia

Medytacja uważności – słuchaj swojego ciała

Z medytacji uważności można korzystać, by wejść w lepszy kontakt z własnym ciałem przed podjęciem każdej ważnej decyzji. (Fot. iStock)
Z medytacji uważności można korzystać, by wejść w lepszy kontakt z własnym ciałem przed podjęciem każdej ważnej decyzji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy jesteś zrelaksowana i skupiona na chwili obecnej, łatwiej odczytujesz odpowiedzi, jakie daje twoje ciało. Wtedy usłyszysz zarówno jego „tak”, jak i „nie”.

Bardzo ważnym aspektem w wielu tradycyjnych ścieżkach medytacyjnych są medytacje uważnościowe, związane z doświadczeniem zmysłowym. Poniżej przedstawiam „instrukcję obsługi” jednej z nich, pozwoli ci oczyścić umysł, uspokoić się, zrelaksować, ale też wejść mocniej w kontakt ze swoimi doświadczeniami zmysłowymi, jednocześnie się nie rozpraszając.

Tradycyjnie poniższą technikę stosuje się jako przygotowanie do innych form medytacji lub po prostu do zwiększania swojej wrażliwości zmysłowej, która jest przecież tak ważnym aspektem naszego doświadczenia zmysłowego w życiu codziennym. Ale ty możesz skorzystać z niej, by wejść w lepszy kontakt z własnym ciałem przed podjęciem każdej ważnej decyzji.

Medytacja uważności

Połóż się lub usiądź tak, aby nic nie rozpraszało twojej uwagi ani cię nie uwierało. Oddychaj swobodnie, spokojnie, miarowo...

Zamknij oczy. Rozluźnij się. Polecenia realizuj, kontaktując się ze swoim ciałem. Nic sobie nie tłumacz, nie usiłuj odpowiadać na żadne pytania. Bądź obecna w aktualnym doświadczeniu, nie oceniaj go, nie etykietuj wrażeń.

Najpierw

…skieruj swoją uwagę na to, jak odczuwasz kontakt swojego ciała z podłożem. Przeskanuj całą powierzchnię tyłu ciała, idąc od stóp w stronę głowy lub odwrotnie. Skoncentruj się na tych odczuciach. Zatrzymaj strumień uwagi na każdym miejscu, aż odczucie będzie wyraźniejsze. Obserwuj, czy ciało „rozlewa się” po podłożu, czy też dotyka podłoża punktowo.

Nie oceniaj obserwowanych wrażeń ani nawet nie nazywaj ich. Po prostu bądź obecna.

Teraz

…poczuj, jak dotykają twojego ciała: ubrania, kolczyki, zegarek, biżuteria. Skoncentruj się przez moment na tych wrażeniach. Przeskanuj ciało w pewnym porządku, idąc od stóp w stronę głowy lub odwrotnie, podobnie jak przed chwilą.

Porzuć obserwację doświadczeń dotykowych, by zwiększyć świadomość w zakresie zmysłu słuchu. Uwrażliw się na wrażenia dźwiękowe – odgłosy ze swojego organizmu, z pomieszczenia, w którym jesteś, ale też zza drzwi i okien. Nie wyszukuj aktywnie wrażeń, nie nazywaj dźwięków, po prostu bądź bardziej świadoma procesu słyszenia.

Skoncentruj się na węchu. Porównaj, jak powietrze wpływa i wypływa lewym i prawym nozdrzem... Poczuj, czy jest wilgotne, czy suche... ciepłe czy zimne... Zwróć uwagę, czy takie same wrażenia odczuwasz przy wdechach i wydechach. Bądź przez chwilę świadoma zapachów w pomieszczeniu, w którym jesteś.

Na chwilę

…otwórz oczy, ale niech nadal będą rozluźnione i raczej pasywne. Nie błądź wzrokiem po pomieszczeniu, po prostu utrzymuj otwarte powieki i obserwuj, jak działa na ciebie światło, kształty, barwy... Następnie zamknij oczy i przenieś uwagę do zmysłu smaku. Czy twoja jama ustna jest sucha czy wilgotna? Czy jest rozluźniona? Daj sobie chwilę czasu na to, by wyczuć w niej jakieś smaki... Nie nazywaj ich, nie oceniaj, czy są przyjemne, czy nieprzyjemne, po prostu bądź bardziej świadoma swojej relacji z tego typu wrażeniami zmysłowymi.

Kończąc

…pozostań jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami, pozwalając wybrzmieć wykonanej medytacji.