Obśmiej to – na czym polega terapia prowokatywna?

Aby komuś pomóc, możesz to zrobić śmiejąc się z niego, wyolbrzymiając wady aż do granic absurdu. (Fot. iStock)

Aby komuś pomóc, możesz to zrobić śmiejąc się z niego, wyolbrzymiając wady i obawy aż do granic absurdu. Warunek: z życzliwością i akceptacją. To terapia prowokatywna. Mówi o niej Noni Höfner, terapeutka od lat pracująca tą metodą.

Noni Höfner terapię prowokatywną poznała w 1958 roku, gdy do Monachium przyjechał twórca metody Frank Farrelly. „Najprawdopodobniej nie zareagowałabym na nią tak entuzjastycznie, gdybym przez całe życie osobiste nie była wystawiona na ten sposób komunikacji” – pisze w swojej książce „Styl prowokatywny w terapii i coachingu”. (GWP 2017). Wychowała się w rodzinie, w której wszyscy mieli duże poczucie humoru, więc nauczyła się w życzliwy sposób obśmiewać słabości innych i własne. Również mężczyzna, z którym jest związana od ponad 40 lat, potrafi trafnie i czule żartować z niej, z siebie oraz z nich jako pary.

Noni: – Gdy na przykład zadaję mężowi typowo kobiece pytanie o to, czy mój tyłek nie wygląda zbyt grubo w nowych obcisłych dżinsach, mogę być pewna, że szczerząc się, odpowie, że wyglądam grubo nie tylko w nowych obcisłych dżinsach i w związku z tym nie powinnam w ogóle opuszczać domu z tyłkiem takich rozmiarów!

I to cię nie denerwuje, nie złości ani nie przygnębia?
Nie, ponieważ wiem, że tak naprawdę on nie ma nic do mojego tyłka. Chce się pośmiać, nie przeszkadza mi to. To jest klucz do prowokatywnego podejścia – nie masz tu żadnego własnego interesu, żeby ktoś koniecznie się zmienił, bo ty tak chcesz. Jeśli z życzliwości chcesz komuś pomóc, pokazując mu absurdalność miejsca, w którym utknął, możesz to zrobić w lekki, zabawny sposób. W podejściu prowokatywnym nie chodzi o to, aby człowieka atakować.

Terapia prowokatywna zrodziła się, gdy Frank Farrelly przepracował już 90 godzin rygorystycznie zastosowanej terapii zorientowanej na klienta z pacjentem chorym na schizofrenię. Cierpliwie go słuchał, dodawał odwagi, zapewniał, jaki jest zdolny. Pacjent albo nie reagował na te pozytywne oceny z zewnątrz, albo niezmiennie i monotonnie im zaprzeczał. Na 91. sesji Farrelly poczuł, że ma dość, i zaczął, podążając za własnym natchnieniem, zgadzać się z negatywną samooceną pacjenta. No tak, jest bezwartościowy, niepotrzebny, brzydki, jest kompletnym nieudacznikiem… Zapadnięty w sobie apatyczny pacjent zaczął samoistnie prostować się i bronić. „Tak źle to z nim nie jest! Potrafi to i tamto” – wyliczał energicznie swoje umiejętności. Jak to działa?
Farrelly przyznał, że jemu samemu ze zdziwienia opadła szczęka. Już w chwili narodzin terapii prowokatywnej ten rezultat zszokował jej twórcę. Okazało się, że klienci wcale nie wymagają, by ich oszczędzać, nie są słabi i krusi, jak się ogólnie przyjmuje, oraz dysponują znacznie większymi zasobami, niż wydaje się ludziom wokół. Terapeuta nie bagatelizuje więc obaw klienta, lecz je rozdmuchuje i skrajnie wyolbrzymia negatywne konsekwencje zmiany, wręcz do granic absurdu – aż klientowi nie pozostaje nic innego, jak przejść na przeciwny biegun. Psychika człowieka jest tak skonstruowana, że każda próba bagatelizowania faktycznego stanu rzeczy jako czegoś bez znaczenia roznieca ciekawość i opór. Wyolbrzymiając w sposób absurdalny i zabawny, pomagamy klientowi przechytrzyć i wyłączyć rozum, który produkuje autodestrukcyjne myśli.

Tak samo jak Farrelly nie oszczędzasz swoich klientów. Kobiecie, która wymaga od mężczyzny, aby koniecznie się zmienił, radzisz: „Jajka w imadło i dociskaj!”. Kobiecie, która przesadnie pomaga rodzinie i przyjaciołom, oznajmiasz zachwycona: „Matka Teresa żyje!”. I nikt się nie obraża.
Pamiętam pierwszą obejrzaną przeze mnie interwencję Franka. Podeszło do niego małżeństwo, które miało poważny problem w relacji; myśleli o rozwodzie. Farrelly opisał wspólne życie tej pary jako życie pana i psa – a właściwie skamlającego pieska. Żona była panem, a mąż pieskiem, który ziając, żebrał o ciastko. Farrelly zaczął naśladować stojącego na tylnych łapach burka, któremu ślina cieknie z pyska – każdy wiedział, jakie znaczenie miało ciastko. Zaproponował mężowi, aby stał się jeszcze bardziej służalczy, a żonie, by jeszcze mocniej kopała psa i jeszcze krócej trzymała smycz, żeby już zupełnie go sobie podporządkować. Najbardziej zadziwiające było to, że ci ludzie nie skoczyli Farrelly’emu do gardła, lecz zaczęli się śmiać na cały głos, a podczas późniejszego omówienia rozmowy zapewniali w nietypowej dla siebie zgodzie, że jeszcze nigdy nie czuli się tak dobrze zrozumiani! Sprawiali wrażenie bardziej rozluźnionych, a jednocześnie przepełnionych energią, ożywionych. Tak właśnie zachwyciłam się tą metodą.

Jak to działa w waszej rodzinie?
Taki przykład: moja siostra umarła, kiedy miała 14 lat. Gdy moja córka skończyła 14 lat, bała się, że też może umrzeć. Przed snem schodziła do nas do salonu i pytała na przykład, czy może umrzeć od tego, że jej wrasta paznokieć. Mówiliśmy: „Tak, to jest śmiertelne! To koniec! Nie obudzisz się jutro rano! Tak się cieszymy, że mogliśmy cię mieć przez te 14 lat!”. Ona mówiła: „aha”, szła do pokoju i spokojnie spała do rana. Za jakiś czas znów przychodziła z jakimś absurdalnym pomysłem. I znów wszystko potwierdzaliśmy i wyolbrzymialiśmy. Trwało to jakiś czas.

Dosyć przerażająca historia.
Nie byliśmy przerażeni. Wręcz przeciwnie, byliśmy odprężeni i wspierający. Chodziło tylko o to, aby ją prowokatywnie uspokoić. Gdybyśmy zaprzeczali, ona by się upierała, mnożyła przeszkody, żeby nie pójść spać, bezproduktywnym dyskusjom nie byłoby końca.

To wygląda jak magia.
Chodzi o to, aby osoba, której chcesz pomóc, zobaczyła absurdalność swojego myślenia, bo to ją zrelaksuje. Im bardziej przerysowujesz, tym więcej odprężenia. Gdy utykamy w jakimś przekonaniu, jesteśmy sparaliżowani, ponieważ myślimy, że musi się coś wydarzyć, żeby nastąpiła zmiana. Rozluźniając się, redukujemy tendencję do samodestrukcji i dajemy sobie szansę. Interwencja prowokatywna sprawia, że nie możemy dłużej zachowywać się tak jak do tej pory. To już nie jest możliwe.

Odprężenie, lekkość to są klucze do zmiany?
Tak. Styl prowokatywny wnosi też dużo luzu i zabawy do życia rodzinnego i towarzyskiego. Od zawsze mam problem z moimi włosami; uważam, że jest ich za mało, więc kiedyś poszłam do fryzjerki, żeby mi zrobiła trwałą. Gdy wróciłam do domu, czułam się jak na skraju załamania nerwowego. Akurat był u nas Frank Farrelly. Popatrzył na mnie, wyjął w kieszeni jakąś wizytówkę i mówi: „Tu masz namiar do najlepszego prawnika, pozwij fryzjerkę!”. Czasem w prowokatywności można przeholować. W pierwszych latach naszego małżeństwa mój mąż opowiadał przyjaciołom, że ma TO tylko w święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Któregoś razu przyjaciółka wzięła mnie na stronę i pyta, czy jestem oziębła, nie mam orgazmów, czy co. Poprosiłam męża, żeby już dał spokój z tym tematem.

Ludzie, którzy was znają jedynie powierzchownie, pytają, czy nie jesteście aby przed rozwodem…
Mój mąż potrafi bardzo przekonująco pokazać się publicznie jako biedny uciśniony wykonawca moich poleceń i ciemiężony niewolnik dominującej żony. Jednocześnie nasz prowokatywny sposób komunikacji stanowi istotny wkład w to, że od ponad 40 lat wciąż jesteśmy małżeństwem, i to dość energicznym.

To może zadziałać w przeciętnej – niezorientowanej prowokatywnie – rodzinie?
Pewna kobieta opowiadała mi, jak radzi sobie z wybuchami złości swojego synka. Miała wrażenie, że on potrzebował emocjonalnej eksplozji. Gdy jego brat dostał niebieskie pióro, a on czerwone, zaczynał szaleć: „Chcę takie pióro, jakie ma brat!”. Matka w końcu znalazła sposób. Gdy zaczynał szaleć, filmowała go smartfonem, potem pokazywała mu film. Natychmiast przestawał. Mówiła, że cały czas była rozluźniona, chodziło jej tylko o to, aby ulżyć dziecku, które cierpiało przez takie zachowanie; pociło się, męczyło, nie mogło złapać tchu. Gdyby działała w złości tylko dlatego, że nie może tego znieść, nie byłaby skuteczna, bo dziecko by to wyczuło. Inna kobieta rzuciła się na podłogę w supermarkecie i krzyczała równie głośno jak jej synek. Dziecko zamilkło. No, ale do tego potrzeba odwagi!

To szalone!
Całkowicie! Dziecko myśli: „Co to jest?! To przecież moje zadanie, żeby krzyczeć!”. I przestaje.

Przyjaciółka prosiła, aby zapytać, czy może prowokatywnie zadziałać w stosunku do męża, który nie ma pracy…
Niestety, nie, ponieważ – jak rozumiem – ona ma interes w tym, żeby on się zmienił. Najlepiej, żeby go kochała takim, jaki jest. A wtedy on się zmieni, ponieważ ją kocha. Im bardziej naciskamy, żeby mężczyzna się zmienił, tym bardziej on się nie zmienia. Naciskanie jest stresujące dla obojga. Może trzeba by zadziałać prowokatywnie w stosunku do siebie: zobaczyć absurdalność tej walki, presji. A potem w serdeczny sposób powiedzieć mu, jak wspaniale byłoby, gdyby energia w domu się zmieniła.

Prowokacja wobec siebie?
Tak, polecam. Zobacz sytuację, w której utknęłaś, jak na tym filmie, i spróbuj w sposób absurdalny wyolbrzymić to wszystko, co – jak ci się wydaje – cię ogranicza.

Masz jakiś szczególny przekaz dla nas?
Tak, śmiejmy się z siebie! Jak najczęściej!