Nie bierz wszystkiego do siebie

Fot. GettyImages

Przecież nie każda rzecz, jaką słyszymy czy obserwujemy, jest warta tego, by poświęcić jej uwagę i czas, a co dopiero, by nosić ją niczym zadrę w sercu. A jednak wiele osób tak właśnie postępuje, przyczyniając się do własnego cierpienia. W kolejnym odcinku Szkoły Sensu psychoterapeutka Katarzyna Miller wyjaśnia, jak być mniej urazowym i jak pracować z własnymi zranieniami

Brać coś do siebie to znaczy wpuszczać w siebie głęboko różne opinie, komentarze i uwagi rzucone w naszym kierunku albo zwyczajnie w przestrzeń. I tak, ktoś usłyszy uwagę, nawet nieżyczliwą, i wzruszy ramionami albo się uśmiechnie. Powie: „Może i taki jestem, ale cóż z tego? Każdy coś ma” albo: „Może i ty masz rację, ale ja się tym niespecjalnie przejmuję” lub: „Jeśli ci przykro, to ja cię bardzo przepraszam”. Natomiast ktoś inny – bardziej urazowy i jak ja to mówię: elektryczny na swoim punkcie – nie zareaguje, „zatka się”, ale za to „połknie żabę”. Powiedziałabym, że on nawet jest na to nastawiony. Chodzi po świecie i wypatruje, gdzie mu chcą zaszkodzić albo dokuczyć. I to jest paradoks – bo z jednej strony jest biedny i poniewierany przez innych, a z drugiej najważniejszy, bo przecież WSZYSCY chcą mu dokuczyć.

Co zrobić z niechcianym prezentem?

Brać WSZYSTKO do siebie, to znaczy uważać, że ONI właściwie o niczym nie myślą, tylko o mnie. To, co mówią, odnosi się do mnie, co czują, odnosi się do mnie, wszystko, co im się podoba i nie podoba… No egocentryzm pierwszej wody. Przejawiają go zwykle ludzie albo ze zbyt wysoką samooceną, albo z za niską. Jedna i druga jest zaburzeniem samooceny. Ktoś może mieć jeszcze nierówną samoocenę, czyli raz za wysoką, a raz za niską, ale zarówno jedna, jak i druga jest nieadekwatna. Nie bazuje bowiem na rzeczywistości i racjonalnej ocenie, a raczej wynika z kompleksów, wymyśleń, obaw, brudów, pragnień, wymarzeń i wyobrażeń na własny temat. Zresztą nic dziwnego, że ktoś, kto jest tak bardzo zajęty sobą, uważa, iż inni się też tylko nim zajmują. Taki typowy przykład: X idzie ulicą, po drugiej stronie stoi grupka osób, które się śmieją. Jego pierwsza myśl: „Śmieją się ze mnie”. Albo na korytarzu w firmie kilka osób rozmawia w ożywiony sposób, on się zbliża, a oni zniżają głosy… I znów to przekonanie, że mówili o nim, a oni po prostu nie chcieli, by ktoś ich usłyszał.

Niestety, wychowuje się nas głównie przez negację, nic dziwnego, że się jej kurczowo trzymamy. W kółko słyszymy: „A nie zrobiłeś”, „A zapomniałaś”, „Znów ci się nie udało”, zamiast: „Świetnie ci wyszło, a następnym razem wyjdzie jeszcze lepiej”. Dorastamy w ciągłym braku akceptacji i niespełnieniu, i to często zostaje na całe życie. I jeśli ktoś rzuci w przestrzeń negatywną uwagę, to my zaraz zabieramy ją do siebie, bo nasza. Ciekawie byłoby zrobić badanie, w którym kilkanaście osób siedzi w pokoju i ktoś rzuca tekst o negatywnym zabarwieniu. Ile osób wzięłoby go do siebie? Niestety, obawiam się, że wyglądałoby to tak: „To na pewno było o mnie”, „A właśnie, że o mnie”. A przecież to my decydujemy, czy weźmiemy daną rzecz do siebie. Nawet jeśli jest do nas zaadresowana. Jak w tej przypowieści, kiedy przychodzi do mistrza kandydat z pytaniem, czy ten go przyjmie na naukę. Mistrz odmawia, a on zaczyna mu złorzeczyć i obrzucać go najgorszymi obelgami, że wcale go nie potrzebuje, że nie jest taki mądry, jak mu się wydaje… Mistrz znosi to w spokoju, w końcu tamten odchodzi. Uczniowie, którzy byli świadkami tej sceny, pytają: „Ale jak mogłeś pozwolić mu się tak potraktować, mistrzu? Dlaczego nie zareagowałeś?”. Na co mistrz: „Jeśli ktoś chce ci coś dać, ale ty tego nie przyjmujesz, to kto zostaje z tym darem?”.

(…)

Więcej w sierpniowym numerze magazynu SENS.

Wydanie 08/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.