1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. Dlaczego związki się psują? Prof. Bogdan de Barbaro wskazuje jeden bardzo ważny powód

Dlaczego związki się psują? Prof. Bogdan de Barbaro wskazuje jeden bardzo ważny powód

Prof. Bogdan de Barbaro (Fot. Krzysztof Opaliński)
Prof. Bogdan de Barbaro (Fot. Krzysztof Opaliński)
Kupujemy kolejne rzeczy z przekonaniem, że mamy coś i basta. Gorzej, jeśli takie przekonanie rozszerzamy na relacje z innymi ludźmi. Bo oto okazuje się, że na przykład związek niekonieczne został nam raz na zawsze dany, a raczej zadany. A to oznacza – jak zauważa prof. Bogdan de Barbaro – że rzeczywistość nieraz postawi nam pytanie, na które sami musimy odpowiedzieć.

Spis treści:

  1. Praca nad związkiem: między „dane” a „zadane”
  2. Pułapki relacji: nic nie jest dane na zawsze
  3. Prof. Bogdan de Barbaro: „Warto sprawdzić, do jakiego stopnia podoba nam się wersja kowala, od którego zależy jego los”

Tekst pochodzi z miesięcznika „Sens” 1/2026

Praca nad związkiem: między „dane” a „zadane”

W dzisiejszym świecie często jesteśmy zapraszani, a może trafniej trzeba to nazwać: kuszeni do tego, by coś kupić, wziąć, mieć. Sięgamy więc po to, co jest nam dawane. Reklamy, których pełno w radiu, telewizji, mediach społecznościowych, chętnie, a często wręcz nachalnie sugerują nam, że wystarczy coś mieć, a będzie nam dobrze na świecie. „Jesteś tego warta/wart”, „Bądź sobą” czy „Zasługujesz na to, bo jesteś wyjątkowy albo wyjątkowa”. Takie hasła zdają się podpowiadać, co powinniśmy zrobić, by być autentycznymi i szczęśliwymi. Kupisz – masz – jesteś okej. Jest ci to COŚ dawane, ty bierzesz i masz. (I nie ma znaczenia, że to jest kupione, bo przecież kupione na promocji albo po wyjątkowo niskiej cenie. A jeśli już cena jest konkretna, to często i chętnie kończy się na cyfrach dziewięć i osiem, żeby tworzyć wrażenie, że wydamy mniej niż rzeczywiście).

A skoro jest nam dane, to dalej już nic nie trzeba robić, bo to COŚ mamy i z tego korzystamy.

Ta nieco ironiczna uwaga dotyczy tych przedmiotów, sprzętów, ubrań czy innych rzeczy, które nabywamy, a potem mamy i używamy. Taka wersja, zgodnie z którą, jeśli jakąś rzecz mamy, to robimy z niej użytek, dobrze pasuje do naszej relacji z przedmiotami: mamy, aż się zepsują albo się zestarzeją, albo moda na nie przeminie. Zdarza się, że do jakiegoś przedmiotu mamy stosunek uczuciowy, bo albo to pamiątka (i wtedy pojawiają się miłe sentymentalne wspomnienia), albo coś, co z latami staje się coraz bardziej cenne (ale do antykwariatu nie oddamy, bo za rok będzie jeszcze bardziej cenne), albo to jakaś mądra książka, po którą warto będzie sięgać. Ale to ciągle są przedmioty, wobec których mamy stosunek – nomen omen – przedmiotowy. One, te przedmioty, są nam dawane i dane, a my jesteśmy ich właścicielami.

Inaczej wygląda świat, w którym mamy do czynienia z ludźmi. Chociaż też najpierw jest nam dany, to jest on także zadawany i zadany. Zadawany, bo tworzy nam jakieś zadania, przed którymi stoimy, które powinniśmy podjąć.

Pułapki relacji: nic nie jest dane na zawsze

Pułapka pojawia się wtedy, gdy coś, co jest w swojej istocie zadane, potraktujemy jako dane. A sedno tej różnicy między „dane” a „zadane” oraz między „przedmiotowe” a „podmiotowe” wyraźnie widać w gabinecie terapeuty rodzinnego. Oto przykład. Młoda para wchodzi w związek, a jakość i smak ich wspólnego życia zależeć będzie od wielu czynników, nazwijmy je – wstępnych. A więc od tego, jaki jest ich związek uczuciowy, czy kontakty seksualne są obustronnie satysfakcjonujące, do jakiego stopnia ich relację cementuje przyjaźń. Można by powiedzieć, że początkowo jest im to w jakimś sensie dane: to jest ich punkt wyjścia, ich wstępny kapitał, ich fundament związku.

Początkowo dwie osoby są sobą zachwycone, bo atrakcyjne są dla nich różnice między nimi. Na przykład on jest odpowiedzialny, silny, świetnie zorganizowany, bez trudu pokonuje wszelkie codzienne trudności. Ona jest delikatna, niepewna, subtelna. Jakże chętnie on się nią zaopiekuje, jakże chętnie ona podda się jego uwodzicielskiej mocy.

Ale po pewnym czasie (niekiedy ten „pewny czas” to kilka tygodni, kiedy indziej kilka miesięcy czy kilka lat), do wspólnego dobrostanu nie wystarczy ta wstępna „dawka”. Bo oto pojawia się u męża problem, na przykład jego firma jest w tarapatach, pół kroku do bankructwa. A u żony pojawia się problem: jej matka zachorowała na przewlekłą chorobę i wymaga coraz bardziej angażującej opieki.

Dalszy ciąg tej historii będzie zależał od tego, czy te dwie osoby spojrzą na swoje problemy jako na wyzwanie – zadanie, które wymaga jakiejś zmiany, jakiegoś wspólnego wysiłku, czy też uznają, że mają pecha i obrażą się na rzeczywistość. A to obrażenie przyjmie wówczas postać wzajemnego oskarżenia i swoją irytację przeadresują na drugą osobę. Na przykład on powie do swojej ukochanej, że już ma dość takiego związku, w którym co drugi dzień jego kobieta wieczory spędza przy matce, a nie z nim. A ona powie do niego, że chce, żeby jej facet był sprawnym biznesmenem, a nie bezrobotnym fajtłapą. I w ten sposób zaproszą się do tańca pod tytułem: „To ty jesteś nieokej”. Ten taniec będzie się rozkręcał tym bardziej, im bardziej obie osoby będą uważały, że przecież nie taki związek był im dany.

Prof. Bogdan de Barbaro: „Warto sprawdzić, do jakiego stopnia podoba nam się wersja kowala, od którego zależy jego los”

A jaka byłaby dynamika tej sytuacji, gdyby oni oboje uznali, że związek jest zadany? Być może oboje uznaliby, że trudy, które im się przytrafiły, trzeba potraktować jako ZADANIE narzucone (przez los? przez Pana Boga? przez zbieg okoliczności?).

A skoro to jest zadanie, to trzeba je przeanalizować, naradzić się, znaleźć optymalne rozwiązania, dokonać jakichś zmian. Jednym słowem, uruchomić własną pozytywną sprawczość. W tej wersji, którą można by półżartem uznać za realizację „filozofii cotynatyzmu” (bo świat pyta „co ty na to?”), szukamy odpowiedzi na zadane przez rzeczywistość pytanie i ODPOWIEDZIALNIE ODPOWIADAMY.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko zabawa w słowa.

Sądzę jednak, a do tego skłania mnie doświadczenie płynące z gabinetu psychoterapeutycznego, że istotą różnicy między wersją „dane” a wersją „zadane” jest coś zupełnie kluczowego dla naszej psychiki: czy czujemy się autorami własnej biografii, czy też uważamy się za wypadkową czynników, które nas tworzą.

Czy bliższe jest nam powiedzenie: „Człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi”, czy inne, zgodnie z którym jesteśmy kowalami własnego losu. A więc: czy w naszej psychice żywe jest pytanie: CO JA NA TO?, czy raczej chowamy się w wersji „jakoś to będzie”, albo – co gorsza – popadamy w bezradność i przekonanie, że „ze złym losem nie wygrasz”, a od nas nic nie zależy. Jeśli w naszych umysłach i emocjach zwycięża „filozofia cotynatyzmu”, to będziemy szukać własnych i relacyjnych zasobów, a trud potraktujemy jako czynnik rozwojowy.

Na ten dylemat „między dane a zadane” można spojrzeć także od strony opisanej pół wieku temu przez Ericha Fromma: mieć czy być? Łatwo się domyślić, że ten filozof i psychoanalityk, który wniósł wiele dla zrozumienia związków między jednostką a społeczeństwem, staje po stronie „być” i pokazuje pułapki stylu życia, w którym przeważa „mieć”. Bo jeśli naszą życiową busolą jest „mieć”, to jest nam DANE (chcemy posiadać, nie dbamy o rozwojową sprawczość), ale jeśli kategorią kluczową jest pytanie, jak być, to wówczas życie możemy traktować jako ZADANE nam zadanie. Brzmi naiwnie? A jednak warto sprawdzić, do jakiego stopnia podoba nam się wersja kowala, od którego zależy jego los.

Bogdan de Barbaro, prof. nauk medycznych, psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin. W latach 2016–2019 był kierownikiem Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego – Collegium Medicum. Współpracuje z Fundacją Rozwoju Terapii Rodzin „Na Szlaku”, członek rady naukowej Centrum Ochrony Dziecka

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE