fbpx

Jak prawdziwie wypocząć podczas wakacji?

Wakacje w rytmie Ziemi. Sztuka prawdziwego odpoczynku
Żeby odpocząć, potrzebujemy uspokoić głowę, objąć czułą świadomością ciało oraz dostroić się do rytmu natury i życia. (Fot. Getty Images)

Rozgorączkowany, nawykowy umysł pragnie nowych wrażeń, wciąż i wciąż, nie sposób go zadowolić, nasycić. Żeby odpocząć, potrzebujemy uspokoić głowę, objąć czułą świadomością ciało, dostroić się do rytmu natury, życia. Wrócić do wewnętrznego domu. Odzyskać spokój i radość.

Wyjazd na wakacje może być wydarzeniem mocno frustrującym. Czy dojedziemy bezpiecznie? Czy na miejscu zastaniemy wszystko tak, jak sobie wyobrażaliśmy? Czy nie ulegniemy wypadkowi? Czy nas nie okradną? Jakie będzie jedzenie? Czy nie utyjemy? Czy w hotelu nie będzie zbyt głośno? I tak dalej, i tak dalej. To stres także dlatego, że – na ogół – mamy ogromne wymagania; po miesiącach intensywnej pracy chcemy odpocząć naprawdę.

Na użytek tego tekstu odpytałam wiele osób o wspomnienia z wakacyjnych wyjazdów. Było za zimno albo za gorąco, uciążliwe sąsiedztwo, zatłoczone drogi i zatłoczone plaże, owady, hałas, nuda, zmęczenie. Częściej niż na co dzień kłóciliśmy się z bliskimi, bo wakacje to szczególny czas, gdy problemy niezauważalne w ciągu roku dają o sobie znać ze zdwojoną siłą. Bywało i tak, że po urlopie czuliśmy większe zmęczenie niż przed! Utyliśmy! No i wydaliśmy niemało pieniędzy.

Jakie momenty wspominamy najmilej? „Gdy siedziałam w kawiarni, leniwie popijałam sok grejpfrutowy i obserwowałam ludzi, ich gesty, uśmiechy, zmrużenie oczu, ekspresję ciała, ich stroje… Byli tacy barwni…” „Patrzyłam na wiewiórkę w parku zachwycona jej lekkością, zwinnością, wdziękiem. To tak, jakby tańczyła swoje życie, precyzyjnie, doskonale. Wiewiórki nie tyją!” „Najpiękniejsza podróż? Gdy przystaję i przyglądam się dzieciom, jak każdego dnia się zmieniają”. No i oczywiście wspominamy romantyczne chwile z tymi, których kochamy; gdy patrzymy sobie w oczy, śmiejemy się, rozmawiamy, jesteśmy na luzie. I ucztowanie z przyjaciółmi.

Są jeszcze zabytki. Piękne miejsca, piękne miasta, pałace, katedry, muzea. O nich jednak – na ogół – wspominamy rzadziej. Wakacyjne chwile szczęścia to momenty zatrzymania, kontemplacji, zachwytu. Wiele lat temu czytałam reportaż Anny Grigo o Jacku Kuroniu. Zapamiętałam tytuł: „Najpiękniejsze wyspy świata”. Tak o Jacku mówiła jego druga żona Danuta.

Działanie bez działania

To, czy wypoczniemy, czy wrócimy z wakacji jeszcze bardziej zmęczeni, zależy, oczywiście, od stanu naszego umysłu i serca, od naszego połączenia z naturą, z rytmem życia. Benjamin Hoff w książce „Tao Kubusia Puchatka” pisze, że najpopularniejszy miś świata z powodzeniem może być naszym przewodnikiem po życiu pełnym przyjemności i odprężenia. Puchatek, czyli Miś o Bardzo Małym Rozumku, jest kwintesencją taoizmu, wschodniego systemu filozoficznego nastawionego na spokój wewnętrzny, harmonię, radość, poczucie humoru i pogodę ducha. Puchatek jest właśnie ucieleśnieniem tych cnót, a także czegoś, co w wakacje potrzebne jest nam najbardziej – działania poprzez niedziałanie. Im więcej wysiłku, tym więcej kłopotów, mówi Laozi, twórca taoizmu. Działanie w harmonii z okolicznościami życia (a nie walka z tymi okolicznościami) sprawia, że uczymy się postrzegać to, co negatywne, jako pozytywne; wszystko nas uczy. Warunkiem takiej harmonii jest cichy, spokojny, refleksyjny umysł zwierciadło. Puchatek mimo swojego bardzo małego rozumku jest bardzo skutecznym misiem, ponieważ jego umysł taki jest – prosty. Puchatek ma tę rzadką, a tak bezcenną umiejętność; cieszy się tym, co proste, naturalne i oczywiste. Gdy Puchatek szuka domu, nie przejmuje się tym, że błądzi, bo może błądząc, znajdzie coś, czego wcale nie szuka, i może to będzie właśnie to, czego naprawdę szuka. Jak to się ma do naszych wakacji? Prosty wypoczęty umysł mówi: „Wszystko jest dobre, nie muszę przywiązywać się do tego, jak powinno być, mogę się odprężyć, zrelaksować i powitać wszystko, co się pojawia. Mogę być szczęśliwa”.

Nasz miś – bagatela! – nie zna arogancji i komplikacji, czyli wszystkiego, co wchodzi nam w paradę, uniemożliwiając doświadczanie tej prostej i mistycznej tajemnicy: życie jest radosne. Puchatek cieszy się, że ktoś go zaprosi w samą porę, żeby przekąsić jakieś małe co nieco, i że będzie miał z tego powodu miły dzionek. Albo że odwiedzi przyjaciół z powodu tego, że dziś jest czwartek: „Będziemy chodzić i życzyć każdemu Bardzo Szczęśliwego Czwartku”.

Puchatek nie walczy i nie zwycięża. Nie oczekuje nagrody. Nie narzeka. Robi rozmaite głupstwa, ale zawsze wychodzi mu to na dobre, nie przytrafia mu się nic złego. Także wokół niego wszystko właściwie się układa, mimo że sprawy czasami przybierają dziwny obrót. Cieszy się sobą i własną niepowtarzalnością. Miś umie polegać na sobie, wie, co jest dla niego najlepsze. Dlatego to on, a nie myślący Królik, narzekający Kłapouchy czy Przemądrzała Sowa, wyprowadza przyjaciół z tarapatów, bohatersko ratuje z opresji. Może to zrobić, ponieważ kieruje się sercem, troską i współczuciem. Właśnie serdeczność, przepływ dobrych uczuć naznaczają nasze udane wakacje i udane życie.

Taoistyczny ideał to działanie bez działania, czyli bez „powodowania” czy „zmuszania”. W praktyce znaczy to bez wścibskiego, nachalnego, egoistycznego wysiłku. Niedziałanie to słuchanie własnej intuicji, wewnętrznego głosu i bycie wrażliwym na okoliczności, na naturalny rytm rzeczy. Nasz codzienny umysł funkcjonuje zupełnie inaczej – bardzo się stara, za wszelką cenę chce osiągnąć cel. Dlatego tak szybko ulega zmęczeniu i w końcu staje się słaby. Taki umysł, nawet jeśli inteligentny, nie jest wydajny, ponieważ nie potrafi się skoncentrować. Jesteśmy z dzieckiem, ale planujemy zakupy. Jesteśmy na wakacjach, ale myślimy o służbowych mejlach. I tak dalej, i tak dalej. Żyjemy oddzieleni od rzeczywistości, od świata praw natury, w którym wszystko ma swój porządek i rytm; zasiewów, wzrastania, owoców, odpoczynku.

Miś ze swoim zadowoleniem z tego, kim jest, radością i spokojem przekracza uwarunkowany umysł, jakby powiedzieli taoiści, sięga wprost do źródła, do czystego umysłu. To dlatego działa bez wysiłku.

Nasz miś jest zawsze radosny przed rozpoczęciem jedzenia miodu. Jak nazwać ów moment? Pragnieniem? Oczekiwaniem? Raczej świadomością. Jest to ta chwila, często tylko ulotny moment, kiedy stajemy się szczęśliwi i uświadamiamy to sobie. Ale przecież tę świadomość możemy rozciągnąć. I… dobrze bawić się cały czas, jak Puchatek, bez względu na okoliczności.

Tao, czyli radości, szczęścia i harmonii, nie można zbadać w laboratorium pod mikroskopem. Trzeba wyjść na łąkę i do lasu. Na szczęście mamy lato, wakacje i urlopy.

Jak najprościej

W jaki sposób uspokoić nawykowy, rozgorączkowany umysł, który nieustannie czegoś chce: nowych wrażeń, atrakcji, niezwykłości, czegoś wyjątkowego, ekstra, nie wiadomo czego? W jaki sposób w prostocie odnaleźć spokój i radość, i… odpocząć? Jak pisze Dominique Loreau („Sztuka prostoty”, „Sztuka umiaru”, „Sztuka minimalizmu”): „Spacerowanie bez konkretnego celu, tylko dla przyjemności czucia, że żyjemy, położenie się na łące i patrzenie w obłoki, przypatrywanie się wodzie w rzece, czy jest coś ważniejszego?”. Niech przyroda będzie naszą nauczycielką. Zanurzmy się w niej, poczujmy jej pulsowanie w sobie, rytm życia istniejący poza niecierpliwym umysłem. Poczujmy, że na tym głębszym, pierwotnym poziomie wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Poczujmy ulgę i odprężenie płynące z tego połączenia.

Możemy na przykład zaprzyjaźnić się z drzewem. Drzewo od pradawnych czasów jest symbolem wzrostu, siły, stabilności i wiecznego odnawiania się życia w cyklu przyrody. Artyści, filozofowie i poeci odpoczywali wśród nich, ale też czerpali inspirację i siły twórcze przy „swoich” drzewach. Dla wielu z nas najpiękniejsze, najszczęśliwsze wspomnienia z dzieciństwa to te, gdy mogliśmy przebywać wśród ich gałęzi, chodzić po konarach, budować na nich gniazda lub domki.

Co dzieje się z nami, gdy przebywamy w pobliżu drzew, gdy nawiązujemy z nimi kontakt? Drzewo jest ogromną pulsującą kulą energii życiowej. Przy drzewie niejako podłączamy się do tej energii, co wzmacnia ciało i oczyszcza umysł, który staje się pobudzony, przejrzysty i przewidujący. Dla naszego myślenia, działania i odczuwania otwierają się nowe, nieznane dotąd przestrzenie twórcze, łączymy się z inteligencją serca. Znów czujemy się częścią większej całości, znika odizolowane, cierpiące „ja”. Stąd las od pradawnych czasów uchodził za „studnię młodości” ludzi.

„Znajdź swoje drzewo, a odzyskasz siły”, powiedziała mi mądra kobieta. Odtąd zaprzyjaźniłam się z pewną brzozą. Być może w wakacje zechcemy wybrać sobie drzewo i odwiedzać je. Być może poczujemy wówczas subtelny świat energii, w którym wszystko i wszyscy są zanurzeni. Jak pisali taoiści, drzewo, roślina czy kamień to nic innego jak skrystalizowana energia życiowa. To dlatego nasi przodkowie traktowali drzewa jako żywe, bliskie istoty. Jeszcze nie tak dawno w polskich pałacach, dworkach i wiejskich chatach sadzenie drzewa w podwórku czy ogrodzie, gdy rodziło się dziecko, należało do świętego rytuału. Ta tradycja znana jest we wszystkich niemal kulturach.

Poobserwujmy świat natury wokół nas, zachwyćmy się tym nieprawdopodobnym bogactwem życia, form, barw. Profesor Konrad Lorenz, austriacki przyrodnik, laureat Nagrody Nobla, mieszkał pod jednym dachem ze zwierzętami, rozmawiał z nimi, bo rozumiał ich język. W swoich książkach pisał o tych bliskich mu istotach z wielką czułością. Na przykład o gęsiach: „Kiedy spoglądam za gęsiami, które lecą nisko nad wodą i znikają za zakrętem rzeki, ogarnia mnie nagle zdumienie, że są mi tak bliskie. Pozostaję w zażyłych stosunkach z ptakiem żyjącym na wolności i fakt ten napawa mnie szczególną radością, odnoszę wrażenie, jakbym doznał małego zadośćuczynienia za wypędzenie z raju”. (z książki Konrada Lorenza „…Rozmawiał z bydlętami, ptakami, rybami…”).

Nie żyjemy jak profesor z dzikimi, wolnymi zwierzętami, ale możemy je spotkać w lesie, na łące i spróbować poczuć, że wszyscy żyjemy w rodzinie różnych stworzeń, bliskich i równie ważnych. Ta świadomość przywraca wewnętrzną równowagę.

Chodzenie boso

I jeszcze chodzenie boso. To najlepsze, co możemy sobie dać – donoszą dziś eksperci od geofizyki, biofizyki, elektrotechniki, medycyny (m.in. w książce C. Obera, S. Sinatry, M. Zuckera „Jak czerpać zdrową energię z Ziemi. Uziemienie”). To dzięki nim wiemy, że energia elektryczna Ziemi utrzymuje ład i porządek w częstotliwościach pól naszego własnego ciała, zupełnie niczym dyrygent, który kontroluje rytm i spójność dźwięków w muzyce orkiestry. Zapomnieliśmy, że ziemia pod naszymi stopami to ocean potężnej, bezkresnej, leczniczej energii. Co się dzieje, gdy przez pół godziny chodzimy, stoimy lub siedzimy boso na ziemi, trawie czy piasku? Ciało chłonie wszechobecną, uzdrawiającą energię matki Ziemi, zostaje wręcz skąpane w ujemnie naładowanych wolnych elektronach, co natychmiast przynosi uczucie spokoju i dobrego samopoczucia. Wystarczy przejść się po polu trawy połyskującej poranną rosą, aby poczuć ożywienie, pulsowanie energii i ciepło. Takie uziemienie przywraca i utrzymuje najbardziej naturalny stan elektryczny naszego organizmu, działa kojąco, wzmacniająco, oczyszczająco i uzdrawiająco na systemy naszego organizmu: sercowo-naczyniowy, oddechowy, trawienny, odpornościowy. Przywraca do życia.

„Podróżować jest bosko”, mawia moja przyjaciółka, która z podróży w nieznane czerpie wiele radości. Ja jednak tegoroczny urlop spędzę pod brzozą rosnącą niedaleko mojego niewielkiego domku, w otulinie Puszczy Kampinoskiej. Będę rozmyślać, czytać taoistów, patrzeć na szumiące osikowe liście podświetlone zachodzącym słońcem. Będę wodzić wzrokiem za motylami, zbierać maleńkie ziarnka wiesiołka, robić bukiety z polnych kwiatów, jeździć na targ i kupować zioła, kwiaty, warzywa, owoce, leśne borówki i grzyby. Będę gotować proste jedzenie, ucztować, świętować z mężem i z przyjaciółmi. Może zrobię dietę arbuzową, po której czuję, jakbym odpoczęła do szpiku kości. Będę chodzić boso. Wieczorem rozpalę ognisko, popatrzę w ogień i w gwiazdy. Będę się włóczyć po polach, słuchać koncertu żab i świerszczy. Pojadę na rowerze do Pola Mocy Dębów i poleżę na Słonecznej Polanie wśród maków i chabrów. Będę obserwować synogarliczki, które uwiły gniazdo na świerku w ogródku. Pójdę na wędrówkę po puszczy żwawym krokiem, ale też – innym razem – powolutku, ostrożnie stawiając nagie stopy w puszystym mchu.

Książki o Kubusiu Puchatku kończą się w zaczarowanym miejscu na skraju lasu. Możemy tam pójść. Zaczarowane miejsce jest tam, gdzie my jesteśmy.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze