Współczesny mezalians – czyli jakie związki nadal budzą społeczny sprzeciw i czy mogą być szczęśliwe?

Ślub księcia Harryego z Meghan Markle fot. iStock

Gdyby William Windsor i Kate Middleton chcieli się pobrać 100 lat temu, ich związek uznano by za oburzający. Książę i dziewczyna? Takie rzeczy tylko w bajkach. Dziś kibicują im miliony. Psychoterapeutkę Katarzynę Miller pytamy o to, jakie związki nadal wzbudzają społeczny sprzeciw i burzą schematy. Czy mimo to mogą być szczęśliwe?

Mezalians, cóż za urocze, staroświeckie słowo…

Ma w sobie pewien urok i grozę jednocześnie. Gdy kiedyś mówiło się, że ona popełniła mezalians czy też on, to wiadomo było, że stoi za tym jakaś romantyczna historia, że ktoś musiał wyrwać się z jakichś okowów, rozzłościć rodzinę, wystąpić wbrew wszystkim, ale w obronie miłości. Czyli albo głupi, albo odważny (śmiech). Książę Edward dla miłości do Wallis Simpson poświęcił koronę. Wtedy to było coś, choć do końca pozytywną postacią książę nie był, bo kolaborował z nazistami, zresztą trochę pod wpływem Wallis… Ale mezalianse bywały różne, książęce, szlacheckie czy zwykłe, burżujskie. Na przykład bogata panna zakochiwała się w biednym – patrz „Titanic”, albo bogaty pan zakochiwał się w biednej – patrz „Trędowata”.

„Trędowata” to chyba najsłynniejszy polski mezalians filmowy. Niestety, utrwalający przekonanie, że mezalianse kończą się źle.

Nie zawsze, Wallis i Edward sobie szczęśliwie żyli. Mój ukochany film (i książka też) „Kochanek Lady Chatterley” opowiada o milady, która ma romans z gajowym. Ostatecznie z nim uciekła i było ciekawie. Zresztą sam D. H. Lawence, autor książki, rozwiódł pewną arystokratkę, która dla niego zostawiła trójkę dzieci.

Czasem wyjściem jest wyjazd, opuszczenie znanego otoczenia i środowiska.

Czasem ty zrywasz kontakt, czasem robi to środowisko.

A gdybyś miała wytłumaczyć pięciolatce, która usłyszała właśnie w telewizji dziwne słowo i ciągnie cię teraz za twą barwną szatę z pytaniem: „A co to jest mezalians?”, co byś jej powiedziała?

Wiesz, dziecko, dawno temu, a może wcale nie tak dawno, niektórzy ludzie uważali, że są lepsi i gorsi i że ci lepsi to mają na przykład wysokie pochodzenie, a gorsi nie mają żadnego, choć skądś przecież pochodzą. Albo mają pieniądze i znane nazwisko, a inni ani jednego, ani drugiego. Więc uważano, że ci wszyscy, co się jakoś tam wyróżniają, są lepsi. I powinni się wiązać też z lepszymi. Kiedyś to miało i sens, kiedy łączyło się ziemię z ziemią albo jedną fortunę z drugą, choć z drugiej strony nie wszyscy chcieli mieć więcej ziemi czy pieniędzy, dla nich ważniejsza była miłość. I wtedy ktoś bogaty, sławny czy dobrze urodzony wiązał się z kimś zwyczajnym…

Bo go kochał?

Albo pożądał, drogie dziecko. Bo trzeba ci wiedzieć, że ludziom często te dwie rzeczy się mylą (śmiech). W każdym razie w społecznym przeświadczeniu ta osoba, która małżeństwem zniżyła się do poziomu ukochanej czy ukochanego, popełnia mezalians, a druga osoba zyskuje, „podciąga się” o klasę wyżej. I na „Titanicu” ma pokoje na górze, a nie pod pokładem. Zresztą wszędzie ma lepsze pokoje. Ale to tylko z pozoru jest takie różowe. Po pierwsze, nie wszyscy uznają, że na to zasługuje i dają jej to odczuć, a poza tym czasem sama staje się niewolnikiem tego, co dzięki małżeństwu osiągnęła. I tu przypomina mi się świetny film Woody’ego Allena „Wszystko gra”, gdzie nauczyciel gry w tenisa dzięki małżeństwu wchodzi w środowisko bardzo bogate i bardzo kulturalne. I dla tej nowej pozycji potrafi zrobić wszystko, w tym zabić dziewczynę, w której się zakochuje, choć może należałoby powiedzieć, której pożąda.

Ale wróćmy do naszej pięciolatki. Powiedziałabym jej także, że świat od tamtego czasu tak bardzo się nie zmienił, bo nadal są tacy, co to uważają, że są lepsi od innych, i ci, którzy zgadzają się na to. Dziś lepsi to bogatsi, bardziej popularni, utalentowani i piękniejsi. I zauważ, że zwykle oni zaczynają się wiązać między sobą. W końcu badania potwierdzają, że najbardziej udane związki to takie, w których małżonkowie pochodzą z podobnych środowisk. A jeśli nawet nie środowisk, to przynajmniej podobnych sytuacji rodzinno-domowych. Mają wspólne podłoże i język, poza tym rodziny się ze sobą tak nie żrą. Bo co tu dużo tłumaczyć, robotnicy z inteligencją jednak średnio się dogadują.

Ale kto decyduje, co jest mezaliansem, a co nie?

Otoczenie, rodzina, ale także sam zainteresowany czy zainteresowana. Jeśli planuje związać się z drugą osobą i widzi, że z tego powodu w jego najbliższym środowisku pojawiają się wyraźne opory, niezadowolenie i krytyka, otrzymuje sygnał, że wykroczył poza swoją klasę. I teraz od niego zależy, czy przyzna rację innym.

Mimo upływu lat mezalians ma się dobrze?

Tylko dotyczy trochę innych kwestii niż kiedyś. Nadal ważnym wyznacznikiem są pieniądze, ale też sukces, rozpoznawalność i uroda. Nie zawsze nazywa się to mezaliansem, czasem niedopasowaniem. Chociażby pod względem urody. Miałam kiedyś kolegę, przystojniaka z Ameryki Południowej, i bardzo się zdziwiłam, jak poznałam jego żonę, że nie jest taka ładna jak on. Pomyślałam: „No, Miller, jesteś jednak strasznie stereotypowa”.

Po prostu lubimy, żeby obrazki do siebie pasowały.

No niestety, żyjemy w kulturze obrazkowej i obraz wyświetla się nam od razu, zanim nawet zdążymy pomyśleć. Natomiast fajnym przeżyciem było dla mnie zobaczyć Paula Simona z żoną wyższą o głowę, oboje są fajni, sympatyczni i dobrze im razem, więc jakie znaczenie ma wzrost? Sama miałam niższego od siebie męża i moja mama mnie za to nienawidziła, a jego nie akceptowała. Jak się można domyślić, był to jeden z ciekawszych facetów w moim życiu, ale mezalians rodzinny też był. Oczywiście nasz związek nie przez to się rozpadł. Ale masz rację, presja bliskich to wielka próba dla uczucia, choć bywa też, że je podsyca.

Jakie związki są dziś uznawane za mezalians?

Jest taki typ związku, który mezaliansem nie jest nazywany, ale z pewnością jest jakimś niedopasowaniem „zasobów”: bardzo piękne kobiety i bardzo bogaci mężczyźni. Każdy tu chce coś udowodnić. Ona, że uroda doprowadziła ją do życiowego sukcesu, a on, że stać go na taką piękną kobietę, każde z nich w ten sposób się winduje i każde popełnia jakiś mezalians.

Z pewnością dziś mezalians jest związany silnie z tzw. celebryctwem, czyli tym, kto się pokazuje w telewizji. W związku z tym jak ktoś jest nieznany, to uważa się za gorszego od celebryty i zaczyna traktować go z czołobitnością.

Nadal w naszym kręgu kulturowym mezaliansem jest związek z cudzoziemcem, choć to zabawne, że związek z Amerykaninem jest pożądany, ale z Rumunem już niekoniecznie. Podobnie dzielą kwestie polityczne. W rodzinach kulturalnych nadal mezaliansem jest, jak ktoś zwiąże się z kimś niewykształconym, a już szczególnie tzw. prostackim, bez ogłady, bo nie chodzi tu o same studia. Takie związki są bardzo trudne do utrzymania, bo jak wchodzisz w środowisko oczytanych i wygadanych, to oni tak cię załatwią, że się nie pozbierasz. Zwłaszcza rodzina, ona bardzo lubi dawać w kość. Choć bywa też, że ktoś się wiąże z kimś, kto po prostu nie pasuje do rodziny i nie chodzi nawet o to, że wszyscy dają mu to odczuć, ale że po prostu nikt go nie lubi.

No właśnie, czy związanie się z kimś, kto z pewnością nie spodoba się rodzinie, nie jest jakąś odmianą buntu?

Pewnie, zdarza się, ale może być to głęboko nieświadome. Na pewno klasyczną postacią jest taki zblazowany paniczyk, niczym Zbyszek z „Moralności pani Dulskiej”, który ma, więc nie wie, co to znaczyłoby nie mieć, ale nie szanuje, bo sam nie zarobił, a jednocześnie jest na tyle inny, że widzi, że mamusia jest jędzą bez moralności. Daje więc sobie prawo do tego, żeby uznać, że to, co on wyprawia, jest lepsze, bo on jest wrażliwy. I jak postanawia ożenić się ze służącą Hanką i mamusię szlag trafia, to w to mu graj. Bardzo dużo angielskich filmów jest o takich chłopakach z tzw. dobrych domów, co to nie kończą studiów, szlajają się po świecie i nagle wracają na stare śmieci z żoną, która na pewno będzie solą w oku mamusi. O tym właśnie jest cudny film „Wojna domowa” z Jessicą Biel i Colinem Firthem. Syn żeni się ze starszą od siebie i wyzwoloną Amerykanką, żeby trochę wbić kij w rodzinne mrowisko, a trochę dać upust pragnieniom, na które w jego sztywnym angielskim domu nie było miejsca.

Jakie związki nadal wzbudzają społeczny sprzeciw i burzą schematy? fot.123rf

Właśnie, czy mezaliansem jest związek starszej kobiety z młodszym mężczyzną?

Dobrze, że poruszyłaś ten temat. Moim zdaniem społeczeństwo ma z tym problem. Ja radzę dziewczynom, jak już dojrzeją, żeby rozejrzały się za chłopakiem młodszym o 8, 10 lat, bo on będzie świetnie dopasowany do nich w seksie i energetyce życiowej, a jednocześnie jeśli będzie mądry, będzie wiedział, że fajnie się żyje z kobietą, która coś już przeżyła. Oczywiście oboje powinni być dla siebie atrakcyjni fizycznie, ale w tej sprawie wiek nie gra roli.

Zabawne, że kiedy mężczyzna jest starszy i ma dużo pieniędzy, to uważa się, że nie powinien mieć żony w swoim wieku. Co innego kobieta, która osiągnęła sukces, ona nie może mieć męża trofeum. Niby dlaczego? Bo kobietom pozwala się tylko na romantyczną miłość, mężczyźni mają mieć partnerkę, która będzie potwierdzała ich prestiż. Kobiety boją się, żeby ktoś nie był z nimi dla pieniędzy czy ważności społecznej, mężczyźni zaś świetnie wiedzą, że są atrakcyjni dzięki walorom finansowym i pozycji.

Dużo mówimy o filmach, i słusznie. Bo one w prosty, a często i zabawny sposób pokazują, że ktoś, kto jest kompletnie inny od członków naszej rodziny… może idealnie do niej pasować. Pokazuje to chociażby francuska komedia „Za jakie grzechy, dobry Boże”.

Och, uwielbiam ten film! Ciekawe, że powstał we Francji. Ojciec ksenofob, marzący o porządnym zięciu z katolickiego domu dostaje czterech zięciów przyprawiających o zawał serca: Żyda, Chińczyka, Araba i Murzyna. Na szczęście po serii perypetii okazuje się, że wszyscy wnoszą coś do rodziny i świetnie się ze sobą dogadują.

O tym, że choć się różnimy, to potrafimy być do siebie bardzo podobni, mówi też fantastyczny film „Klatka dla ptaków”, gdzie chłopak wychowany przez parę gejów zakochuje się w córce prawicowego senatora. Polecam wszystkim na gorszy humor. Możemy się czegoś od siebie nauczyć i okaże się, że wcale nie ma gorszych i lepszych, tylko są inni.

Mezalians to trochę opowieść o pokrewieństwie dusz lub ciał, a trochę o tym, że to, co inne, pociąga.

To jest też opowieść o tym, że są reguły, ale też że reguł bez wyjątków nie ma. Bo jeżeli w tym, w czym żyjesz, jest ci dobrze, to nie szukasz czegoś innego. Jeżeli ci czegoś brakuje, zobaczysz tę brakującą część w kimś odmiennym od ciebie.

Mezalianse to często związki dwojga outsiderów.

I to ich łączy. Masami pokazują to filmy i książki. Ona z dobrego domu, ale się upija. On z domu złego, ale porządny. Oboje uciekają od tego, co ich niewoliło, i oboje mogą siebie nawzajem uratować.

Mówiłyśmy, że najlepsze są związki dobrane na zasadzie podobieństw. Ale te podobieństwa bywają głęboko ukryte.

Są pewne rzeczy widoczne, ale są też te niewidoczne, czyli tak zwane syfy. Bo dobieramy się też według traum, braków i nierozwiązanych problemów. Czasem jeśli pociąga nas coś zupełnie odmiennego, może się okazać, że na głębszym poziomie jest to podobne do tego, co znamy. Ja jako dziewczyna miałam marzenie o tym, żeby być porwaną przez czarnookiego Cygana i żyć w taborze, wolna i dzika. Chciałam się wyrwać z domu wypełnionego zakazami i nakazami matki. Potem zrozumiałam, że w tym taborze wcale bym taka wolna nie była.

Co decyduje o tym, że związek nazwany mezaliansem przetrwa, a co o tym, że nie?

Dwa główne czynniki. Pierwszy, czy ludzie dogadają się między sobą i okaże się, że to, co ich w sobie pociągało, będzie bazą, na której zbudują związek. Drugi, co zrobi otoczenie. Jeśli otoczenie się uprze przeciwko nim, dla niektórych związków będzie to nie do udźwignięcia. Na pewno żeby stanąć za własnym wyborem, trzeba mieć siłę, odwagę i wysoką świadomość. Szanować swój wybór, nie tylko się nim ekscytować na zasadzie buntu, ale szanować jako wybór pewnej jakości. Czasem wchodzimy w mezalianse, bo chcemy doświadczyć czegoś innego, kieruje nami ciekawość, marzenie o odmienności, jeśli jednak naprawdę chcemy zostać w tym środowisku, z którego się wywodzimy, to taki związek długo nie przetrwa. Ale jeśli czujemy, że tu nie pasujemy, to drugi człowiek, tak inny od osób, które nas otaczają, może być dla nas kluczem do wolności, dobrobytu i szczęścia.

Katarzyna Miller psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Jest autorką wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Nie bój się zdrady” czy „Chcę być kochana tak jak chcę”

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »