1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Mężczyzna gotowy na związek

Mężczyzna gotowy na związek

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Poznałaś wyjątkowego mężczyznę, chcesz stworzyć z nim związek. Tylko, czy na pewno on jest tobą tak zainteresowany jak ty nim? Oto kilka charakterystycznych sytuacji, które powinny zwrócić twoją uwagę i zmusić do refleksji, czy twój partner jest gotów na nowy związek.

  1. Często mówi o swojej byłej partnerce. Zrozumiałe, że wspomina o niej na gruncie neutralnym, np. „Muszę podjechać do… (i tu pana imię) po dzieci”. Ale jeśli w każdej rozmowie powraca w różnym kontekście temat ex, warto się nad tym zastanowić. Porozmawiaj ze swoim partnerem o tym, jak się czujesz, gdy on mówi o swojej byłej, zastanów się też, czy na pewno mężczyzna jest gotów na związek z tobą.
  1. Twój partner mówi ci, że nie jest jeszcze gotowy na nowy związek. Ale to nie przeszkadza mu odwiedzać cię wieczorami, kiedy ma na to ochotę, albo prosić o różne przysługi. Jeśli mężczyzna mówi, że nie jest gotowy, to nie łudź się, że za każdym razem, gdy cię odwiedza, zmienia zdanie - proponuje luźną znajomość opartą na seksie. Jeśli ci to pasuje – to doskonale, ale jeśli nie, postaw swoje granice.
  1. Już na początku znajomości chce się w pełni zaangażować w związek. Mówi o wspólnym mieszkaniu, dzieciach i podróży życia, choćby za tydzień. To może znaczyć, że albo traktuje cię jak azyl, opcję ucieczki, schronienia się przed kimś czy czymś, albo zupełnie nie jest świadom własnych deklaracji. W jednym i drugim przypadku twoja reakcja powinna być jedna: czas spowolnić rozwój tego szaleństwa.
  1. To brzmi dość nieprawdopodobnie, ale on nadal się z tobą nie umówił. Od pierwszego spotkania minęły wieki, rozmawiacie codziennie, czatujecie, spędzacie godziny na telefonie, ale nie udaje wam się spotkać w realu. Z jakiegoś powodu twój potencjalny partner odsuwa moment ponownego spotkania. Jego zachowanie powinno dać ci jasno do zrozumienia, że to nie jest facet gotowy na związek.
  1. Nie dopuszcza cię zbyt blisko siebie. Spotykacie się, spędzacie z sobą coraz więcej czasu, ale nawet nie próbuj skorzystać z jego telefonu, laptopa, zajrzeć mu przez ramię, gdy z kimś czatuje. Nie będzie przy tobie rozmawiał przez telefon. To, że usilnie próbuje zachować swoją prywatność, nie świadczy, że coś przed tobą ukrywa, ale może oznaczać, że ci nie ufa, że nie chce byś stała się częścią jego życia.
  1. Nie daje ci motylków  w brzuchu. Może i twój partner jest chodzącym ideałem, ale jeśli nie ma między wami tzw. chemii, jeśli mężczyzna nie robi nic, by wzbudzić w tobie ekscytację, to chyba nie ma powodu, by dłużej się spotykać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zazdrość o sukces partnerki

Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
O męską zazdrość rozbił się niejeden związek. Co ciekawe, coraz częściej jej obiektem nie jest inny mężczyzna, a praca. Czy to tylko chore ego, czy może wołanie o przywrócenie porządku natury?

Obraz ojca zmęczonego po pracy towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. Najedzony, nakarmiony przez żonę (obiad zawsze musiał być, choć mama także pracowała) – odpoczywał na kanapie, a my z bratem chodziliśmy na paluszkach, uciszani przez mamę krzątającą się w kuchni. Dziś coraz częściej bywa, że to kobieta wraca po kilkunastu godzinach spędzonych w firmie albo kilku w samolocie, tuż przed kolejnym wyjazdem, z terminarzem pełnym spotkań, pikającym telefonem przypominającym o tysiącach spraw do załatwienia, podczas gdy jej mężczyzna… skrycie jej tego zazdrości.

Trzy historie

– Nie rozumiem, po co było jej to drugie dziecko, skoro w ogóle nim się nie zajmuje – mówi Marek. – Nawet, kiedy wieczorem zdarzy jej się być w domu, a nie w pracy, siedzi przed komputerem, chociaż mała prosi, żeby się z nią pobawiła. Firma, projekty, bankiety służbowe, wyjazdy – wszystko jest ważniejsze od domu, dzieci, rodziny.

– I od ciebie? – pytam.

Marek milczy, a ja widzę, że ten siedzący przede mną młody, silny mężczyzna czuje się zraniony do żywego, porzucony, zdradzony, i to podwójnie. Dla kobiety, którą wybrał „na życie”, przestał być najważniejszy. Już go nie podziwia, bo trudno podziwiać faceta, który przynosi mniej pieniędzy albo w ogóle nie zarabia. Zamiast tego zajmuje się domem, dziećmi; sprząta, gotuje, robi zakupy albo narzeka, że w tym kraju nie ma pracy odpowiedniej dla niego. A ona? Awansuje, nie rozstaje się z telefonem i notebookiem, ciągle gdzieś się spieszy, a wieczorami wychodzi na służbowe kolacje. Nawet seks im ostatnio nie wychodzi, bo mężczyzna w fartuszku czy z zakupami nie przypomina samca alfa. To ona – słabsza płeć – wspina się po szczeblach kariery, a przecież sukces zawodowy to męska domena, tak to wymyśliła natura, prawda?

Elżbieta i Marcjan – obydwoje prawnicy. Poznali się na studiach, potem aplikacja, staż w znanej kancelarii, pierwsza praca w tej samej firmie. W międzyczasie ślub, podróż poślubna odłożona na później, bo akurat on prowadził prestiżową sprawę. A kiedy to wreszcie ona dostała ważnego klienta, Marcjan nagle zapragnął dziecka, twierdząc, że w końcu dojrzał do ojcostwa. Elżbieta urodziła córeczkę, rok później drugą.

– On mi to zrobił specjalnie, z zazdrości – mówi Ela. – Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o dzieciach, ale kiedy zaczęłam być lepsza od niego, po prostu wrobił mnie w ciążę.

I jeszcze Agata i Dominik. On, naukowiec, odnosi sukcesy, ale – jak wiadomo – w naszym kraju trudno wyżyć z uczelnianej pensji. Ona zaczynała od jednoosobowej działalności, dziś zatrudnia 20 osób. Wreszcie stać ich na duże mieszkanie, dwa samochody, wakacje za granicą i prywatną edukację dziewczynek. Dominik ma pensum pracownika naukowego, Agata pracuje od rana do wieczora, a po powrocie czeka ją drugi etat: w domu, przy dzieciach. Kiedy któraś z córeczek jest chora, to ona załatwia lekarza, chodzi na zebrania do szkoły, od czasu do czasu organizuje szybkie przyjęcia dla jego kolegów z uczelni, bo on rzuca od niechcenia: „Kochanie, dziś wieczorem wpadnie do mnie kilka osób. Co? Nie mówiłem ci o tym? Wiesz, ostatnio mam tyle na głowie”.

– Mój mąż pracuje twórczo, a twórcza praca bywa męcząca – opowiada Agata. – Wieczorami zamyka się w swoim gabinecie, bywa, że wyjeżdża na weekendy, żeby odpocząć od zgiełku rodziny. Ja jestem zwykłym wyrobnikiem, pracuję jedynie dla pieniędzy, bo przecież ktoś musi utrzymać rodzinę. O mojej pracy nie mówi się przy stole, bo przecież to zwykła agencja reklamowa.

On mówi: chyba przewróciło jej się w głowie

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie bywa zazdrosny o sukces partnerki, przynajmniej za nic na świecie się do tego nie przyzna. Cierpi w milczeniu, bywa, że szuka sojuszników.

– Moja żona to szczęściara – mówi Marek. – Koleżanki zazdroszczą jej tego, że w domu posprzątane, dzieci zadbane, obiad ugotowany. Szkoda, że ona tego nie docenia.

Bywa, że mąż kobiety sukcesu z wdziękiem wchodzi w rolę ofiary, biednego, porzuconego Misia, który nie może znaleźć pracy, choć przecież jej szuka, lub nie szuka, bo nie ma czasu, zajęty dziećmi, domem, albo nie rozumie, po co tak się uganiać za pieniędzmi, skoro to rodzina jest najważniejsza.

Kiedy pytam Marka, co z jego pracą, tłumaczy, że on niewiele potrzebuje, to żona ma nienasycony apetyt finansowy. Być może, ale on nie ma problemu z tym, by się przy niej najeść do syta: narty – koniecznie w Alpach, samochód – najlepiej terenowy, ubrania – markowe. – Nasz związek jest udany – dodaje. – Gdyby tylko ona na każdym kroku nie wypominała mi, że wszystko, co mamy, to jej zasługa. Ja się o to nie prosiłem, skoro chce żyć na takim poziomie, nie mogę jej tego zabronić.

Ona mówi: chciałabym, by mnie docenił

Żona Marka twierdzi, że kiedy mąż stracił pracę i pogrążył się w depresji, nie miała innego wyjścia. Ktoś musiał przejąć obowiązek zarobienia na rodzinę. Nie mogła załamać się tak jak on, chciała pokazać, że razem dadzą radę. Liczyła, że to go zmotywuje do szukania pracy. Wierzy, że mąż znajdzie jakieś zajęcie, a wtedy ona zwolni tempo i zajmie się domem.

Agata, żona naukowca, docenia jego pracę; podobnie jak on, boleje nad tym, że z pensji pracownika naukowego trudno wyżyć, ale dzieci wołają jeść. Gdyby tylko on ją choć trochę docenił albo chociaż zauważył. Od miesięcy ze sobą nie sypiają.

Elżbieta, prawniczka, wierzy, że kiedy odchowa dzieci, wróci do zawodu i jeszcze mu pokaże.

Kobiecy sukces w pewnym sensie pełni w małżeństwie rolę kochanki, a zdrada męża z pracą ma potrząsnąć rzeczywistością związku: bezlitośnie obnażyć wszystkie słabe punkty, wzbudzić zazdrość partnera, sprawdzić, czy mu jeszcze zależy.

O co im tak naprawdę chodzi?

W dobrym związku partnerzy się wspierają i płynnie wymieniają rolami: czasami ona gotuje obiad, a on zmywa, innym razem ona zarabia więcej, podczas gdy on inwestuje energię w dokształcanie się lub zajmowanie domem i opracowywanie pomysłu na własną karierę. W związkach, w których sukces żony staje się powodem do zazdrości, brakuje zrozumienia, wsparcia i współpracy, a przede wszystkim systemowego porządku. Porządku, który ustanowiła natura w sprawie podziału obowiązków ze względu na płeć. To mężczyzna powinien być tym, który poluje – zabezpiecza rodzinę finansowo. Kobiecie natura przypisała rolę strażniczki domowego ogniska. Żeby wymieniać się rolami, najpierw te role muszą funkcjonować „po bożemu”: mężczyzna – zarabia, kobieta – troszczy się o dom, a kiedy zachodzi taka potrzeba, na krócej lub na dłużej zamieniają się obowiązkami. Może być również tak, że od początku związku umówili się inaczej, bo na przykład ona wykonuje zawód, w którym ma szansę zarobić więcej, a on może w większym stopniu poświęcić się sprawom domowym. W takiej sytuacji nie ma powodu do zazdrości. Kobieta, dla której sukces zawodowy jest formą szantażu, manipulacji, właśnie w ten sposób woła o przywrócenie porządku. Ale kiedy ona, zupełnie nieświadomie, wchodzi w „męską” rolę, partner buntuje się albo degraduje ją do roli strażniczki domowego ogniska, chcąc w ten sposób ukryć swoją zazdrość. Tak czy siak, intencje obydwojga nie są czyste. Ona woła: „Zauważ mnie”, on się obraża, zapada w bierność, szantażuje, wzbudza poczucie winy. W tej grze nie ma wygranych, prędzej czy później skapitulują obydwie strony.

  1. Psychologia

Szczerość daje nam siłę - dlaczego tak mało jej w obecnym świecie?

Ilustr. Aleksandra Morawiak
Ilustr. Aleksandra Morawiak
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Naszą codzienność wypełniają na ogół relacje powierzchowne i mało satysfakcjonujące. Czy zdobędziemy się na szczerość, żeby je pogłębić?

Czy w świecie, w którym żyjemy, możliwa jest szczerość? Podziwiamy ludzi, którzy w sposób spójny i przejrzysty komunikują się ze sobą i z innymi. A jednocześnie cenimy nowe technologie, które dają narzędzia do prezentowania światu poprawionego wizerunku siebie. Skupiamy się raczej na korzyściach płynących z pozycji, jaką zajmujemy w społeczeństwie, niż na szczerości opartej na wewnętrznej prawdzie uczuć.

Szczerość nie jest łatwa w świecie, w którym musimy zachować pracę. Naszym największym narodowym lękiem – jak pokazują badania – jest właśnie utrata pracy. Zdecydowana większość polskich firm to instytucje hierarchiczne, a często nawet feudalne. Te struktury, do których musimy się dopasować, tworzą urazy, gorycz i konflikty, o których rzadko mówimy otwarcie. Obawiamy się, że zostaniemy zwolnieni, staniemy się obiektem plotek albo stracimy przyjaciół. Wolimy milczeć albo uśmiechamy się pomimo wewnętrznej irytacji i złości. Umiejętność maskowania uczuć staje się przydatnym narzędziem społecznym.

Często też naszą codzienność wypełniają powierzchowne relacje pozbawione wzajemnego zrozumienia. Czujemy się bezsilni, miotani przez okoliczności zewnętrzne. Tracimy poczucie sprawczości, energię do życia, witalność i radość. Jednak wiele się zmienia. Istnieją firmy, tak zwane turkusowe organizacje, które właśnie na szczerości budują własną siłę, dzięki czemu osiągają niestandardowe sukcesy. Wiele organizacji pozarządowych, instytucji pożytku publicznego oraz systemów edukacyjnych, opartych na nowej świadomości twórczego współistnienia, szczerość i przejrzystość traktują jako warunek swojego istnienia.

Potrzebujemy szczerości. Potrzebujemy przyjacielskich, empatycznych związków, w których czujemy się widziani, słyszani, rozumiani i akceptowani bez warunków. Potrzebujemy uczciwości w życiu publicznym i społecznym, ponieważ szczerość uwalnia i rozwija potencjał, któremu dotąd nie pozwalaliśmy istnieć. Szczerość przemienia nas i świat, który staje się bogatszy o nowe możliwości. Szczerość nas spełnia; sprawia, że czujemy się ożywieni i silni.

Ta podróż zaczyna się od szczerości ze sobą. Możemy być ze sobą szczerzy, gdy siebie znamy; wiemy, co właśnie w tym momencie myślimy i czujemy, co się w nas dzieje, czego pragniemy. Możemy szczerze wyrażać siebie, gdy jesteśmy świadomi swoich potrzeb i granic. Możemy jasno komunikować, co ma dla nas znaczenie, gdy słuchamy wewnętrznego głosu, ufamy mu i podążając za nim, podejmujemy samodzielne decyzje.

Co czuję właśnie w tym momencie? Zadowolenie, satysfakcję, złość, gniew, niepewność? Czego potrzebuję? Więcej spokoju, troski o siebie? W jaki sposób czuję swoje granice i jak je określę wobec innych? To początek praktykowania szczerości. Wtedy znacznie swobodniej przyjdzie nam wyrażać, co czujemy wobec innych: partnera, dzieci, przyjaciół, współpracowników. Wtedy intencją będą porozumienie i dobro wszystkich, a nie kompulsywne wyrzucanie z siebie niekontrolowanych emocji. Zaczniemy traktować ludzi tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Szczerość wobec innych wydarza się w relacji. To nie jest jednorazowy akt. Wymaga czasu, zaangażowania i odwagi, a także zaufania, że druga osoba jest w stanie ją przyjąć. Zaczyna się od słuchania, zrozumienia i troski.

To, co w nas nieuświadomione i niewyrażone, łatwo zamienia się w osądy i uprzedzenia. Dlatego to od szczerości ze sobą (a potem w konsekwencji z innymi) zaczynają się zdrowe, oparte na zaufaniu relacje wspólnotowe i społeczne. Szczerość jest siłą napędową rozwoju. Jest szansą dla nas wszystkich.

  1. Psychologia

Kobiety w stałych związkach - czego zazdroszczą singielkom?

Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Koniec wolności, rutyna, ograniczenia – owszem, to grozi każdemu związkowi. Ale będąc z kimś „na dobre i złe”, wiesz też pewnie, że to dobre wynagradza zwykle to złe. Psycholog Ewa Klepacka-Gryz ma kilka wskazówek dla rozczarowanych żon i partnerek.

Od zawsze wiedziałaś, że będziesz mieć dom, męża, dzieci. W twojej rodzinie tak było od pokoleń. Wspólne mieszkanie, dzieci, wspólne konto – tak żyli twoi rodzice, dziadkowie… Kiedy nadszedł twój czas, wybrałaś tego Jedynego, w głębi duszy wierząc, że wasz związek będzie wyjątkowy. Mijają lata, między wami bywa różnie; raz lepiej, raz gorzej, jak to w życiu. A wokół ciebie mnóstwo singielek, które idą przez życie same, bez mężczyzny, i twierdzą, że to ich świadomy wybór.

„Wolę być sama niż samotna” – usłyszałaś niedawno na babskim spotkaniu. „Jeśli mam ochotę napić się wina, nie muszę kupować całej winnicy” – to głos koleżanki z pracy, pożeraczki męskich serc i łowczyni cudzych mężów. Roześmiałaś się w duchu na myśl o tym, co by powiedział na to twój mąż, ale ziarenko niepewności zakiełkowało i w głowie pojawiły się niepokojące pytania: Jak bardzo musiałam zrezygnować z siebie dla naszego związku? Czy samej byłoby mi lepiej? Czy on dotrzymał obietnic, które mi składał? Skoro się kochamy, to dlaczego czasami czuję się taka samotna?

Zdaniem małżeńskich terapeutów po roku, dwóch albo trzech latach nawet w najlepszym związku pojawia się poczucie rozczarowania, opuszczenia, odrzucenia. – Jeśli jesteś z kimś w związku, to prawdopodobieństwo tego, że będziesz czasami doznawała stanów dojmującej samotności jest większe, niż kiedy żyjesz sama – twierdzi Zofia Milska-Wrzosińska, psycholożka, psychoterapeutka. – Bo kiedy wchodzisz w bliską relację, otwiera się obszar związany z twoimi pragnieniami, tęsknotami, oczekiwaniami i nadzieją, że zranienia z przeszłości zostaną opatrzone, a to, co bolesne i trudne – ukojone. A to jest niemożliwe.

Czy lepiej żyć razem, czy w pojedynkę? Czy na to pytanie można w ogóle dać jednoznaczną odpowiedź? Czego tak naprawdę zazdrościsz koleżankom – singielkom? Jakie gorzkie prawdy sobie przyswoiłaś?

„Małżeństwo to koniec wolności”

Kochana, odkryłam cudowne SPA na Mazurach, może wybierzemy się tam w weekend? – rzuciła od niechcenia koleżanka. To kusząca propozycja, ale… kiedy ostatni raz po babskim spotkaniu zdecydowałaś się przenocować u przyjaciółki, twój ukochany nie był zachwycony. Nie robił ci wyrzutów, ale wiesz, że nie lubi, kiedy spędzasz noce poza domem. On jest typowym domatorem, nawet razem rzadko wychodzicie. Przyzwyczaiłaś się do tego, ale czasami z sentymentem wspominasz, że kiedyś byłaś duszą towarzystwa; uwielbiałaś imprezy, spontaniczne wyprawy za miasto, a dziś? Przecież w satysfakcjonującym związku życzenia, potrzeby i dobre samopoczucie partnera powinny być dla ciebie tak samo ważne jak twoje własne.

Przypomnij sobie, dlaczego przed laty zdecydowałaś się zrezygnować, a może bardziej – ograniczyć swoją wolność? Może dlatego, że poczucie bezpieczeństwa, wsparcia, zrozumienia, a także pragnienie dzielenia wspólnych planów i pasji, czyli część MY, stały się dla ciebie ważniejsze niż część JA? Twoja koleżanka singielka w każdej chwili może wyruszyć na koniec świata, nie pytając nikogo o zgodę, ale gdy ma problem, to do ciebie dzwoni w środku nocy. A kiedy, po wysłuchaniu jej szlochów, wracasz do łóżka, złodziej twojej wolności z miłością obejmuje cię ramieniem i zaspany pyta: „Wszystko w porządku?”. Zależy ci na tym wyjeździe do SPA? Może powiedz mu o tym? Małżeństwo to nie więzienie. To od was zależy, ile dacie sobie nawzajem wolności.

„Małżeństwo to zabójca miłości”

Nawet największa miłość kończy się po okresie miodowym – tak twierdzą przeciwniczki trwałych związków. Mówią: „romans – tak, małżeństwo – nie, bo każdy facet zmienia się po ślubie”. Cóż, jest w tym trochę racji. Codzienna rutyna to zabójca pożądania. Nie kochacie się już tak często i z taką namiętnością jak w pierwszych miesiącach po ślubie. Bywają między wami ciche dni. No i twój mąż nie jest już tym dzielnym rycerzem, który nosił cię na rękach. To prawda, ale ty też nie jesteś już tą zakochaną w nim bez pamięci dziewczyną, która spijała z jego ust każde słowo. Specjaliści od terapii par przyznają, że w miarę trwania związku zmienia się dynamika miłości. W miejsce namiętności i intymności – najbardziej „apetycznych” składników – pojawiają się przyzwyczajenie i zaangażowanie. A zakochanie przechodzi w etap dojrzałej miłości.

Obecnie coraz więcej par deklaruje pragnienie funkcjonowania w tzw. wolnym związku, który podobno nie zabija wolności, niezależności, możliwości samorozwoju, i trwa dopóty, dopóki nie wygaśnie „płomienna” miłość. Takie pary trafiają do mojego gabinetu i nierzadko okazuje się, że pod seksualną i emocjonalną swobodą kryje się lęk przed bliskością lub przed odrzuceniem, a także niewyrażona tęsknota za poczuciem stabilności, spokoju i bezpieczeństwa. Małżeństwo nie jest stanem, lecz procesem, w którym pojawiają się okresy bliskości, ale też dystansu, kryzysy, rozczarowania i problemy. Na przestrzeni wspólnego życia zmienia swój kształt, zmienia się intensywność, intymność i motywacja do bycia razem. Obydwoje się zmieniacie, rozwijacie się jako para, ale także każde z osobna. Bywa, że na jakiś czas przestajecie się rozumieć, zamykacie jedno na drugie – po to, by znów wrócić do siebie „z” i „dla” miłości. Kreujecie wspólny świat, doświadczając go jednak osobno – bo miłość łączy, ale czasami też dzieli.

Zamknij oczy i spróbuj wyobrazić sobie życie bez niego – mężczyzny, którego wybrałaś „na dobre i złe”. Jak się z tym czujesz?

„Małżeństwo to wybór na całe życie”

Skąd mam wiedzieć, że nie spotkam mężczyzny, w którym się zakocham bardziej niż w moim narzeczonym? – to najczęstsze pytanie, które zadają mi kobiety tuż przed decyzją o ślubie. Niestety, nikt ci nie da takiej gwarancji. Być może, będąc mężatką, właśnie tego najbardziej zazdrościsz singielkom – spotkania miłości życia. Choć w dzisiejszym świecie kolejne małżeństwa wcale nie należą do rzadkości, czasami okazuje się, że drugie czy trzecie również kończy się rozwodem. Zdarza się również, że wybór życia w pojedynkę jest właśnie konsekwencją kolejnej nieudanej próby. A pozamałżeńskie romanse są chwilową ucieczką od owego wyboru na całe życie. No cóż, satysfakcjonujący związek wymaga dojrzałości obydwojga partnerów. A dojrzałość to przede wszystkim umiejętność dokonywania wyboru określonej drogi życia i wykluczenie pozostałych możliwości. Wybór tego jedynego partnera wyklucza wszystkich innych, i rzeczywiście nie jest to łatwe. Bez względu na to, czy w waszym małżeństwie panuje sielanka, czy akurat macie kryzys, wasza relacja, w odróżnieniu od np. przyjaźni, opiera się na wiążącej umowie, której zasady powinniście ustalić na początku. Niestety, partnerzy kierowani impulsem zakochania naiwnie wierzą, że „wszystko się samo ułoży”. Zależność, wierność, lojalność czy podporządkowanie – to nie są kajdany, ale kwestie do ustalenia.

Kiedy trafia do mnie para na terapię, pierwsze zadanie, jakie mają do wykonania, to narysować siebie i partnera w postaci kółek. Ważne jest, w jakiej odległości kółka znajdują się od siebie, czy się przecinają i co jest zawartością każdego z nich oraz części wspólnej. W niej mieszczą się wspólnie wypracowane zasady dotyczące wolności, niezależności, wspierania się, indywidualnych wyborów, prawa do dystansu i samorealizacji, czyli to wszystko, czego zazdrościsz singielkom.

  1. Psychologia

Na czym polega prawdziwa bliskość w związku? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

O intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. (Fot. iStock)
O intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Co sprawia, że stajemy się dla siebie wyjątkowi i jedyni? Jakie są składniki miłości, bez których to uczucie jest tylko ściemą? Intymność i bliskość. Jak je budować? Zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dla tych, którzy mają szczęście być od lat w trwałych związkach, oczywiste jest, kto jest im najbliższy. Ale jeśli ktoś ma kilku byłych, trudno mu czasem się rozeznać. Miłość bez bliskości i intymności nie istnieje. Na wszystkich poziomach: emocjonalnym, cielesnym i duchowym – lub przynajmniej na jednym z nich – naturalnie i odruchowo dążymy do bliskości. Bierze się to z głębokiej potrzeby, by przynajmniej jedna osoba na tym świecie wiedziała o nas wszystko i mimo to nas kochała, a przynajmniej akceptowała. I żebyśmy my kochali jakąś drugą osobę, mimo że wiemy o niej wszystko. Tak więc w związku umieszczamy nasze głębokie pragnienie bycia kochanym bezwarunkowo, absolutnie. Na tym się zasadza dążenie do bliskości i tym jest prawdziwa bliskość. Ale możność obdarzenia kogoś absolutną miłością jest równoznaczna z tym, co nazywa się przebudzeniem. W relacjach międzyludzkich manifestuje się ono tym, że umiemy wybaczać i kochać innych, ale i siebie mimo wszystko. Niestety, niewielu z nas uświadamia sobie, jak głębokie wyzwanie jest uwikłane w miłość. Nie traktuje więc jej jako wehikułu duchowego treningu. A ci, którzy sobie to uświadamiają i podejmują wyzwanie, przekonują się, że to chyba najtrudniejsza z duchowych ścieżek.

Dlaczego najtrudniejsza? Po pierwsze, jeśli tylko jedno z uczestników związku dostrzega w nim szansę na duchowy rozwój i poważnie ją traktuje, to prędzej czy później drugie się zniechęci. Na przykład jeśli partner nas krzywdzi, poniża i wykorzystuje, a my mu to nieustannie wybaczamy – nie widząc z jego strony żadnej skruchy, chęci zmiany czy zadośćuczynienia – to nas demoralizuje. Sami wtedy uprawiamy świętoszkowatość, a nie świętość, uznając za cnotę swój brak odwagi w stawianiu granic.

Po drugie, często mamy pokusę bycia w związku wyłącznie biorcą wybaczającej, wszechogarniającej miłości, zapominając o świętej zasadzie wzajemności, czyli nie wymagaj i nie oczekuj od partnera tego, czego nie wymagasz od siebie.

Po trzecie, w bliskim związku łatwo odżywają i odzywają się wszystkie nasze traumy, zranienia i rozczarowania wyniesione z relacji z rodzicami i innymi ważnymi dla nas w dzieciństwie ludźmi. A te negatywne emocje bywają tak silne, że jeśli ich szybko nie ogarniemy z pomocą terapeuty, to rozwalą nam związek w kilka miesięcy. Wtedy zamiast bliskości pojawia się dystans, walka w imię obrony przed kolejnym zranieniem.

Po czwarte, bliski związek demaskuje wszystkie pozory i hipokryzję, czyli każdy rozdźwięk pomiędzy tym, co deklarujemy i uważamy na własny temat, a tym, jak się zachowujemy. Bliskość wymaga rezygnacji z masek i pozorów, co budzi lęk przed kompromitacją i odrzuceniem…

Chronimy się chyba szczególnie, jeśli przeżyliśmy miłosne zranienie już w dorosłym życiu… Każdy poczuł się kiedyś odtrącony, ale robimy ogromny błąd, jeśli z tego powodu zamykamy się na dojrzałą, ewoluującą ku doskonałości miłość i na objęcie nią drugiego człowieka. Warto zaryzykować. Ale czasem tak się boimy rozstania i zranienia, że wolimy połowiczną, a przez to bezpieczną bliskość z kilkorgiem ludzi niż ryzykowanie całkowitej  bliskości z wybraną osobą. Zwłaszcza że bliskość i intymność są możliwe bez miłości, na przykład w przyjaźni, a te dziś bywają trwalsze niż małżeństwo. W przyjaźni odczuwamy czasem większą zażyłość niż w miłości. Bo na przykład przyjaciela mamy od szkoły średniej, a partner, z którym jesteśmy, to już nasz szósty związek. Takie są czasy, że relacje zbudowane na przyciąganiu seksualnym nie muszą mieć miłosnego wymiaru, więc są z definicji nietrwałe. Dlatego przyjaciel czy przyjaciółka, z którymi nie mamy seksualnej intymności, są nam często bliżsi niż partnerzy seksualni. Wspólnota seksualna traci rangę wskaźnika bliskości i siły związku.

A więc wspólny seks nie jest już przestrzenią, która pozwala nam uznać, że łączy nas coś jedynego, wyjątkowego? Coraz częściej nie jest. W ogromnej mierze decyduje tu emancypacja ekonomiczna i obyczajowa kobiet, które już nie muszą sprawdzać determinacji, wytrwałości i dojrzałości swoich seksualnych partnerów, bo w razie pomyłki i tak sobie same poradzą. Oczywiście, są jeszcze tacy, dla których wspólnota seksualna oparta na wyłączności nadal jest wyznacznikiem relacji najbliższej i najważniejszej. Obawiam się jednak, że wkrótce trafią do kategorii obyczajowych dinozaurów. A ja nie powiem ci, czy to dobrze, czy źle…

Może więc zdefiniujmy intymność i bliskość. Ale na nowo. Na czym polega dzisiaj  intymność i bliskość w związku? Zaryzykuję tezę, że o intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. Wtedy istnieje większa szansa na wzajemny szacunek, miłość i trwałość, a także na to, co tak ważne w związkach – że zamiast nieustannie z płonną nadzieją, że ten drugi jest źródłem szczęścia, gapić się na siebie nawzajem, będziemy patrzeć i podążać w tym samym kierunku. Seks też powinien być wtedy bardziej udany. A w razie pojawienia się dzieci wychowywanie ich będzie też bardziej spójne i bezkonfliktowe.

A co ze szczerością? Często się zdarza, że żona czy mąż, partner lub partnerka nie są tymi osobami, którym możemy najwięcej o sobie powiedzieć. Głównie dlatego, że większość z nas pozostających w stałych, bliskich związkach zazwyczaj po maksimum pięciu latach zaczyna przeżywać trudności, które są zamiatane pod dywan i w związku z tym toczy z partnerem/partnerką różne gry i batalie. Wprawdzie mieszczą się one w przestrzeni wzajemnej relacji i nie dewastują tego, co ich łączy, ale sprawiają, że po obu stronach rośnie przestrzeń sekretów. Bo gry najczęściej polegają na udawaniu i blefowaniu. I tak kończy się marzenie o absolutnej szczerości. Wtedy przyjaciel czy przyjaciółka są lepszym adresem.

Gry? Rozumiem, że trzeba je zakończyć? Tak byłoby najlepiej. Jednak często obawiamy się tego, co by się stało, gdybyśmy powiedzieli prawdę, boimy się przesadzonej reakcji drugiej strony. Na przykład straciliśmy pracę. A mamy taki uraz z rodzinnego domu czy z poprzedniej relacji, że jak przyznamy się do porażki, to zostaniemy odrzuceni.

I naprawdę można wtedy mówić o bliskości? Tracę pracę i nie mówię mężowi? Trochę to dziwne. Ale ludzie tak właśnie robią. Mąż może się załamać, a ty możesz dziś nie mieć na to siły. Bywa, że cudny człowiek ma na jakimś punkcie uraz. I co? Czekasz na dobry moment, żeby mu o tym powiedzieć. Albo liczysz na to, że znajdziesz nową pracę i wtedy dopiero powiesz, co się wydarzyło. W międzyczasie nosisz to w sobie, choć ci ciężko. A kiedy już nie dajesz rady unieść tego sama, idziesz do przyjaciela: „Mój facet o tym nie wie i nie mogę mu o tym powiedzieć, boby się załamał”. A w tym samym czasie twój facet idzie do przyjaciela i mówi: „Wiesz, moja kobieta jakoś dziwnie się zachowuje, jest wycofana, może przeczuwa, że ukrywam przed nią to, o czym ostatnio rozmawialiśmy…”.

No właśnie. I to nie jest w porządku! Nie ma co oceniać, czy to jest porządku, czy nie. Każdy związek jest inny i nie można narzucać ludziom, jak mają razem żyć. Para może żyć przez lata na dystans, nie rozmawiać ze sobą i jakoś korzystać choćby z tej odrobiny bliskości i wsparcia, jaką mogą sobie dać i jaką mogą przyjąć. Seks, jeśli w ogóle jest, niewiele tu zmienia w wymiarze ich bliskości. Dla ciebie to byłoby tak mało, że nie do zniesienia. Ale dla nich to prawdopodobnie szczyt bliskości. Czy mamy im zakazać milczenia przy kolacji i chodzenia na pogawędki do przyjaciół? Jeśli ktoś boi się bliskości, to niech choć z przyjacielem pobędzie bliżej.

Ale wraca podstawowe pytanie: czy łączy nas wtedy bliskość? Tak, bo ona nie wymaga stuprocentowej gotowości do zwierzeń i całkowitego odsłonięcia. Każdy ma prawo do myśli i uczuć, którymi się nie dzieli. Zagrożeniem jest przemilczanie ważnych spraw, takich jak na przykład seks. Często gdy seks staje się problemem, nie jesteśmy szczerzy. Ona nie powie mu, że jest kiepski w łóżku, więc udaje orgazmy. A on, jeśli nie ma w sobie pożądania, nie powie, by jej nie robić przykrości. Bierze więc viagrę po kryjomu i milczy. Albo pogada z przyjacielem… Niestety, bywa, że jak za dużo przemilczamy, w końcu dochodzi do rozstania. Dlatego warto pamiętać, że sprawy dotyczące tego, co nas łączy, a szczególnie te intymne, powinny być znane obojgu. Tylko wtedy możemy je wspólnie rozwiązywać.

Granice, co komu wolno mówić, chyba przesunęły się na skutek wzrostu liczby rozwodów i związków partnerskich. Co pewnie też sprzyja rozstaniom? Pewnie tak. Ludziom coraz trudniej dziś rozmawiać bezpośrednio i szczerze. Chętniej ujawniamy prawdę o sobie tam, gdzie czujemy się bezpieczni, czyli anonimowo w Internecie. Ale warto pamiętać, że jeśli ma być blisko, nie może być anonimowo.

Przyjaźń to szczerość, bliskość i bywa, że intymność, ale bez seksu. Tylko co, jeśli zwierzamy się z problemów w związku swojemu eks, bo teraz to, co nas łączy, nazywamy przyjaźnią? Jeśli nie ma w tym podtekstu erotycznego ani sugestii, że przyjaciel czy przyjaciółka byliby lepszymi partnerami lub kochankami, to dlaczego nie mają się sobie zwierzać? Pod warunkiem że mogą liczyć na dyskrecję i lojalność. Nasi byli, jeśli przyjaźnimy się po rozstaniu, mogą być cennymi doradcami i obserwatorami. Ale w tym wypadku trzeba uważać na to, żeby nie opowiadać o nowych partnerach, lecz wyłącznie o sobie.

No co ty? Mogę pierwszemu mężowi opowiedzieć o tym, jak sobie żyję z obecnym partnerem? Podkreślam: możesz mówić o tym, co ciebie dotyczy, nigdy o tym, co jest  wyłącznie sprawą partnera, i tylko wtedy, kiedy jesteś pewna dyskrecji i lojalności słuchacza. Ważna jest twoja świadomość intencji, która stoi za tym, że tej właśnie osobie się zwierzasz: czy nie dążysz do wskrzeszenia dawnego uczucia między tobą a byłym partnerem. A może prowadzisz grę z byłym o to, kto ma teraz lepiej albo gorzej? Czy to na pewno zwykła rozmowa z kimś, kogo lubisz i kto cię rozumie?

Zamieszanie wynikające z tego, że związki są nietrwałe, powoduje, że czasem angażujemy się bardziej w sprawy byłej żony czy męża niż obecnych partnerów. To kwestia tego, gdzie w tej sprawie stawiają nam granice obecni partnerzy. I trzeba zapytać także siebie: „Z kim teraz jestem najbliżej?”. Ten problem dotyczy najczęściej mężczyzn, którzy odeszli od poprzednich partnerek i mają z nimi dzieci. Wtedy albo poczucie winy, albo poczucie odpowiedzialności sprawia, że mężczyzna przesadzi z pomaganiem byłej. A powinien poukładać sobie priorytety. Odradzam dążenie do sytuacji, w której każdy dorosły człowiek ma tylko jedną osobę do dzielenia się ważnymi dla siebie sprawami. I że to ma być tylko ta osoba, z którą sypiamy i żyjemy na co dzień. Bliskie związki to teren tak trudny i zaminowany, że poruszający się w nim potrzebują często grona doradców i konsultantów. Umówienie się na to, że o ważnych sprawach rozmawiamy tylko we dwójkę, kazałoby nam błądzić po omacku, zamiast pytać przechodniów o drogę. Byłoby to więc nierozsądne. A często też niezdrowe, bo tworzyłoby w związku nadmierne ciśnienie spraw niezałatwionych.

  1. Seks

Seks po ślubie, czyli… co noc? Rozmowa z Katarzyną Miller

Dziś wiele par żyje ze sobą przed ślubem. Warto jednak pomyśleć też o tym, co będzie się działo w naszej sypialni po założeniu obrączek lub zamieszkaniu razem, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. (Fot. iStock)
Dziś wiele par żyje ze sobą przed ślubem. Warto jednak pomyśleć też o tym, co będzie się działo w naszej sypialni po założeniu obrączek lub zamieszkaniu razem, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dziś, kiedy wiele par żyje ze sobą przed ślubem, to temat lekceważony. No bo skoro już razem sypiamy, to czy warto myśleć o tym, co będzie się działo w naszej sypialni, kiedy założymy obrączki? Albo kiedy zamieszkamy razem, połączeni kredytem, kotem albo potomstwem? Warto, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. Jeśli zawczasu zastanowimy się nad tym, jakie mamy oczekiwania, może uda się nam znaleźć część wspólną. To łatwiejsze, gdy rozumiemy, że czasem coś, co nie ma nic wspólnego z seksem ani z naszym uczuciem do partnera, psuje nam radość seksu z nim – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Dziś, kiedy wiele par żyje ze sobą przed ślubem, to temat lekceważony. No bo skoro już razem sypiamy, to czy warto myśleć o tym, co będzie się działo w naszej sypialni, kiedy założymy obrączki? Albo kiedy zamieszkamy razem, połączeni kredytem, kotem albo potomstwem? Warto, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. Jeśli zawczasu zastanowimy się nad tym, jakie mamy oczekiwania, może uda się nam znaleźć część wspólną. To łatwiejsze, gdy rozumiemy, że czasem coś, co nie ma nic wspólnego z seksem ani z naszym uczuciem do partnera, psuje nam radość seksu z nim – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

W książce „Dlaczego kobiety uprawiają seks” Cindy M. Meston i David Buss piszą, że mężczyźni: bo lubią, a kobiety mają 237 innych powodów. Trudno więc, by nasze oczekiwania były zgodne. A gdybyśmy w sypialni nie przeżywali rozczarowań, nie byłoby tych małych frustracji, które zatruwają życie tak na co dzień… Zacznę od anegdoty. Tuż przed zawarciem małżeństwa z zakrystii wypada pan młody. Radosny, pospiesznie zapina spodnie. „Coś ty taki zadowolony? – pyta go drużba – za chwilę tracisz wolność!”. „Ty nie wiesz, z kim ja się żenię! To kobieta moich marzeń. Właśnie zrobiła mi najwspanialszą laskę. Teraz będzie tak co noc!”. Po chwili z zakrystii wychodzi panna młoda, także szczęśliwa. Ją z kolei o powód radości pyta druhna. „Przed chwilą zrobiłam ostatnią laskę w życiu!” – odpowiada panna młoda.

Jeśli jednak jest tak jak w tym dowcipie, to nie tylko nasze oczekiwania, ale i upodobania różnią się i to zdecydowanie. Na pewno. Chłopaki po prostu myślą, że będą mieli to, co chcą, czyli seks w domu ze swoją kobietą, która jest zawsze pod ręką. Dziewczyny jednak zdecydowanie rzadziej marzą, że wreszcie będą miały przy sobie co noc kochanka. W Polsce nadal nie wolno kobietom mieć takich pragnień. I ogromna część nie myśli o tym, że po ślubie będzie mieć co noc seks. Myśli za to i marzy o tym, że wyjdzie wreszcie z domu rodzinnego i będzie mieć swój własny dom.

Dom, ale niekoniecznie z sypialnią? Sypialnia też ma być w tym wymarzonym domu, ale nie jest tym najważniejszym pomieszczeniem. A jeśli jest, to na pewno nie z powodu seksu. Kobiety więcej uwagi poświęcają urządzaniu jej niż temu, co by tam się mogło zadziać. Ja tę potrzebę, która pcha kobiety do ślubu, nazywam potrzebą gniazdowania. Przez analogię do ptaków, które w okresie godowym budują gniazda. Ludzie też mają potrzebę, by sobie uwić miłe gniazdko. Oczywiście, kobiety cieszą się, że w tym gniazdu jest ich samczyk luby, który będzie im wyśpiewywał miłosne trele. Cieszą się, że ktoś je pragnie, że ktoś je pokochał. I to są te ich całe fantazje.

Seksu w nich co kot napłakał? Co napłakał, bo ten samczyk luby ma je tylko pieścić i komplementować. Kochać fizycznie, owszem, czasem, ale bez szału, bo też seks nie jest celem życia kobiet. Oczywiście, nie jest też celem życia mężczyzn, choć oni akurat lubią tak o sobie myśleć, jednak nie wszyscy i nie zawsze. Mężczyźni też potrzebują czuć się chciani i kochani. I jeśli któryś jest źle traktowany przez swoją kobietę, to on często ucieka wtedy w romans, w świat prostytucji, pornografii, a najczęściej masturbacji. Znam pięknych mężczyzn, którzy wiążą się z szarymi myszami. Dlaczego? Bo czują się przez nie kochani, doceniani. Przy nich są bezpieczni, nie muszą bać się wielkiej namiętności i zazdrości. A więc te obsesje, motywacje i cele seksualne mężczyzn są mocno podrasowane w naszej kulturze.

Zdziwiłam się, bo z badań wynika, że tylko dla 61 proc. mężczyzn (i 31 proc. kobiet) ważne jest, by druga połowa była sexy. No właśnie, bo mężczyźni potrafią znacznie bardziej świadomie niż kobiety rozróżnić materiał na żonę i na kochankę... A wracając do sypialni i seksu: on jest często ważny dla kobiet, które mają frajdę z seksu, a to często te, które jako nastolatki odkryły masturbację. One też wiedzą, czego chcą, i nie dadzą się zbyć. Nie są uzależnione od mężczyzny, nie muszą mu się całe oddawać i czekać tylko na to, co dostaną. Oczywiście, masturbację można odkryć i później, a orgazm z kolejnym partnerem, jeśli się nie udało z pierwszym.

W „Dlaczego kobiety uprawiają seks” przeczytałam, że my chcemy czuć się pożądane i atrakcyjne. To sedno naszej seksualności. Nie superorgazmy. A w „Dlaczego mężczyźni pragną seksu, a kobiety potrzebują miłości” Allana i Barbary Pease, znalazłam kolejną różnicę, zdaniem autorów mężczyźni chcą mnóstwo seksu, a kobiety seksu na wyłączność… Mężczyźni chcą seksu na podniesienie swojej męskości, bo im się od dziecka mówi, że prawdziwy mężczyzna wciąż go chce. Kobiety chcą seksu dla potwierdzenia tego, że dla tego oto mężczyzny są kimś jedynym. Zgadzam się więc z tym, że kobiety chcą być upragnione, a dzieje się tak z powodu, o którym wciąż mówimy: wiele kobiet wynosi z domu rodzinnego ogromną dziurę w poczuciu ważności. W tych domach są tylko tym kimś, kto ma „przynieść, wynieść, pozamiatać”. Są oczywiście królewny, które były słoneczkiem tatusia, i one biorą od mężczyzn to, co chcą i potrzebują, biorą też przyjemność seksualną, bo wiedzą, że im się należy to, co najlepsze, i że mogą to mieć. Ale takich kobiet jest niewiele. Ogromna większość to te, które nazywam wygnanymi z raju. One miały tatusia do pewnego momentu, a potem już nie. Taki tatuś wielbił córeczkę, a jej mamy nie, a potem odszedł i wcale się z córką nie spotykał. A więc ona miała tę wielką miłość, ten raj i go utraciła. A to sprawia, że ma przekonanie, że miłość się traci, że każdy mężczyzna porzuci. Kiedy takie przekonanie się ma, to w każdym związku czeka się na porzucenie i strasznie stara, by to nie nastąpiło. Jednak zabieganie o mężczyznę każdego z nich strasznie zmęczy i znudzi, a na pewno nie zatrzyma.

A seks? To chyba nie jest hobby „wygnanej z raju”? Kobieta „wygnana z raju” seksem się nie interesuje, jej rozwój został przerwany, kiedy ojciec ją odrzucił, a więc gdy była dziewczynką. Przytulanie, całusy i chwalenie, że śliczna, to wszystko, czego pożąda. A jeśli już myśli o seksie, to seks ma być wtedy, kiedy ona jest gotowa, i taki ma być ten seks, jak ona by chciała. Mężczyzna ma się liczyć z jej złymi dniami, z jej smutkiem, z jej wyobrażeniami o tym, jak powinien wyglądać i się zachowywać. Czyli ona będzie centrum zarządzania ich związkiem. A jeśli nawet przez miesiąc nie będzie miała nastroju, to on nie ma być zniechęcony czy sfrustrowany. Wciąż  tak samo ma być w nią zapatrzony, tak samo jej pożądać i podziwiać. Jedyne, co możemy im poradzić, to żeby zdały sobie sprawę, że tylko pracując nad swoim poczuciem wartości, mogą załatać tę dziurę. A gdy to się im uda, zrozumieją, że seks jest należną i ważną przyjemnością zmysłową. Warto jej poświecić czas i uwagę, fantazjować o seksie, a nie o firankach w oknie... Dziewczyna, kiedy się zakocha w jakimś chłopaku, to marzy, że idą razem na spacer nad jezioro i on mówi jej, że jest cudowna, i ją całuje. Chłopcy w tym czasie myślą o seksie i to wprost. Tego się nie zmieni, to biologia. Ale to, co można zmienić, też okazuje się trudne. Na przykład mężczyźni lubią mówić, że kobiety są nie do zrozumienia. Ale gdyby zadali sobie trud, by je zrozumieć, nie musieliby panicznie się bać i wycofywać, gdy tylko poczują, że ona chce od nich czegoś, ale oni kompletnie nie rozumieją czego.

Pewnie zwyczajne oczekiwania, jaki ten seks ma być, mają kobiety, które w domu dostały sporo miłości i szacunku. Lubią więc siebie i lubią seks. Są przyzwyczajone do tego, że są dobrze traktowane, szanowane, że okazuje się im sympatię i uczucie. Wybierają więc intuicyjnie odpowiednich facetów. Tych, z którymi dobrze się czują, którzy potrafią kochać, bo sami nie mają dziury w poczuciu wartości. Kobiety wygnane z raju zawsze wezmą na partnera kogoś niewłaściwego. Nauczono je, że jak ktoś jest miły, to na pewno jest fałszywy albo czegoś zaraz będzie chcieć! Trudno im będzie zaznać szczęścia w związku, bo chcą być strasznie mocno kochane! Ale ich faceci też! Wciąż się więc nawzajem rozliczają: ty mnie kochasz za mało, ty mnie kochasz nie tak, ty mnie kochasz nie tak, jak ja potrzebuję! Trwają przy swoich kompleksach i nawzajem oskarżają. Zaczyna się walka. Seks staje się poligonem i coraz częściej pada groźba: „za karę nie będzie seksu!”.

A więc koniecznie trzeba rozmawiać o swoich oczekiwania, ale też o kompleksach i obawach – i to zanim zaczniemy spać razem codziennie, a nie od czasu do czasu, i to zazwyczaj po zabawie w klubie. Bycie parą uprawiającą seks przed ślubem nie wszystkich uczy, jaki partner jest w seksie. Jeśli para mieszka ze sobą długo przed ślubem, to owszem, oboje już wiedzą, jak im jest. Ale jeśli kochają się z doskoku, w różnych miejscach, w hotelu, w mieszkaniu przyjaciółki, pod nieobecność rodziców we własnym pokoju, to przeważnie się spieszą, stresują. Marzą wtedy o spokoju, nieograniczonym czasie dla siebie, powolnych pieszczotach, wielokrotnych aktach miłosnych, czułych szeptach. Szczególnie kobiety chciałyby, żeby luby poświęcał im dużo czasu i uwagi. Miał czas na rozbieranie, oglądanie, podziwianie, całowanie… Jest taki dowcip, smutny jak i ten poprzedni: „Kiedy kobiety  przestaną udawać orgazm? Wtedy, kiedy mężczyźni przestaną udawać grę wstępną”. Kobiety uwielbiają grę wstępną. Ich całe ciało jest do tego stworzone. To je rozluźnia. Wtedy odpływają od codzienności, o której przecież muszą myśleć znacznie więcej niż mężczyźni. Czują się wtedy sexy i tak odbierają partnera.

Ale tej gry wstępnej we wspólnej sypialni niekoniecznie musi być tyle, ile kobieta oczekiwała... Jasne! A kobieta, zwłaszcza ta jeszcze nierozwinięta seksualnie, pragnie, by jej partner obdarował ją orgazmem, czyli był skupiony na niej, cierpliwy, czuły, ale i wiedział, czego ona potrzebuje. Kobiety w ogóle marzą, żeby mężczyzna wiedział, czego one pragną. To jest, niestety, marzenie ściętej głowy. Do tego, by sam odgadł marzenia kobiety, potrzebny byłby Don Juan, a taki, nawet jak się trafi, to nie będzie się żenił. I jest pat, bo dziewczyny nie są uczone tego, że mają prawo mówić o swoich potrzebach. Poza tym boją się, że będą posądzone o egoizm. Wstydzą się też prosić na przykład o orgazm łechtaczkowy przed penetracją, a bardzo wiele tego właśnie potrzebuje. Tylko niektórzy mężczyźni o tym wiedzą. Bardzo powszechne jest męski prosty seks, a kobiety wolą żyć bez seksu, jeśli nic innego nie mogą dostać. I tak się często kończy.

To jak to robią ci, którym w łóżku i w życiu się razem układa? Jeśli para planuje poważny związek, czasem rozmawia o wzajemnych oczekiwaniach i wyobrażeniach, ale niestety rzadko. Częściej myślimy: „jakoś się ułoży”. I w efekcie na przykład dzieci pojawiają się, zanim cokolwiek postanowimy, bo też wiedzę o antykoncepcji mamy taką jak każdy widzi. A kiedy już są dzieci, to bardzo często seks szlag trafia. Z wielu powodów. Związek przestał być przyjemnością, a stał się obowiązkiem, a z tym młodzi ludzie często nie wiedzą, co robić. Najczęściej się „spinają”, boją, denerwują. To nie sprzyja rozkoszy. U nas dzieci wychowuje się bez świadomości tego, że rodzice są istotami seksualnymi. Dzieci też mają być bezpłciowymi aniołkami. Rodzice przestają się przy nich całować, przytulać, dotykać. Taki mają wzór ze swoich domów. Kończy się zabawa, zaczynają się schody. Frustracja seksualna, różnie rozwiązywana. Przez kłótnie, ciche dni, pracoholizm, oddalenie. Skupienie na obowiązkach i jakimś uzgodnieniu mijania się obok. Wtedy we wspólnej sypialni robi się niemiło. Żeby było miło, trzeba się napracować. I bardzo wspierać wzajemnie. A nie bawić w ulubione gry małżeńskie, u wszystkich takie same: „Bo to wszystko twoja wina!”.

Od czego zacząć takie rozmowy przedślubne? Warto uzgadniać wzajemne postawy i potrzeby. Poznawać siebie i partnera. Nie bać się, kiedy wyjdzie na jaw, że się różnimy. To wcale źle nie rokuje, tyle że nikt nas nie uczy, jak sobie z tym radzić. Te różnice i tak wyjdą w praniu, czyli w życiu. W dodatku to normalne, że się różnimy. I ciekawe. Znacznie bezpieczniej jest zajmować się negocjacjami, uzgodnieniami, na początku, kiedy się lubimy, pożądamy, jesteśmy dla siebie jeszcze atrakcją. A nie gdy już na siebie syczymy ze złości i rozczarowania. Seks to część życia niebagatelna. Można uzgodnić, że jest nam w związku niezbędny albo że mało ważny. Byle byśmy oboje byli z tych uzgodnień zadowoleni i ich świadomi.

Problemy z niedogadaniem co do seksu dotyczą chyba jednak małej grupy kobiet, skoro z badań prof. Wioletty Skrzypulec-Plinty wynika, że 76 proc. tych, które mają mniej niż 40 lat, jest zadowolona z seksu. Ludzie mówią, że jest dobrze, żeby lepiej się poczuć albo z niewiedzy, że może być naprawdę im w seksualności przyjemnie. Wychowywani jesteśmy „od przyjemności”, a nie „do przyjemności”. No to jakie mamy mieć związki? Może być nam razem dobrze niezależnie od tego, jakie mieliśmy fantazje przedślubne, ale musimy pogodzić się z tym, że ta druga osoba nie jest do spełniania naszych oczekiwań. Każdy sam musi wziąć odpowiedzialność za siebie, także za swoje oczekiwania dotyczące seksu i za ich realizację.