1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Religia a wybór partnera

Religia a wybór partnera

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy religia jest ważna w relacjach? Czy katolicy szukający partnera są otwarci na inne wyznania, niepraktykujących lub niewierzących? Czy ateista zwiąże się z osobą głęboko wierzącą?

Największe w Polsce internetowe biuro matrymonialne MyDwoje.pl przeanalizowało profile pół miliona swoich użytkowników, z których 44% nie praktykuje wiary katolickiej, a 49% deklaruje życie w zgodzie z zasadami kościoła katolickiego. Co wynika z tych badań?

Tylko 2% praktykujących katolików dopuszcza związek z katolikiem na papierze. Podobne podejście deklarują wobec związków międzywyznaniowych – z wyznawcą innej religii zwiąże się co setny  praktykujący. A aż 97% szuka praktykującego partnera. Dużo mniej konserwatywni w swoich partnerskich deklaracjach wydają się być prawosławni: 43% poszukuje partnera prawosławnego i protestanci – 50% z nich zwiąże się tylko z protestantem. Jak widać z powyższych danych, polscy chrześcijanie poszukują w związku partnerskim wspólnoty także religijnej. Nadmienić także warto, że 41% prawosławnych i 30% protestantów deklaruje chęć stworzenia związku właśnie z praktykującym katolikiem.

Czy w tej sytuacji praktykującym katolikom najłatwiej znaleźć partnera? Okazuje się, że katolicyzm jest religią, którą u partnera świadomie wybierają wyznawcy wszystkich wiar. Tezę tę potwierdzają także deklaracje co do pożądanej wiary partnera u osób, które nie wierzą w ogóle – 35 % ateistów chce związać się z osobą niewierzącą, ale aż 34% w tej grupie szuka praktykującego katolika,  30% wybierze najchętniej niepraktykującego partnera. Praktykujący katolicy mają największe powodzenie  wśród niepraktykujących. Aż 70 % pytanych preferuje praktykującego partnera. Duża tolerancja charakteryzuje Żydów – tylko 20% z nich zwiąże się tylko z Żydem, a 39% w kryteriach wyszukiwania wskazuje praktykującego katolika.

 – Na pozór zaskakujące wyniki nie są niczym  dziwnym. To normalne zjawisko psychologiczne,  że najchętniej nawiązujemy bliskie relacje z podobnymi sobie – ze względu na rasę, przekonania polityczne czy religię – tłumaczy dr Agata Grabowska z Uniwersytetu Warszawskiego. –  Należy także pamiętać, że powojenna Polska jest krajem nieznacznie zróżnicowanym pod względem religijnym. Katolicyzm jest religią dominującą, a jej wyznawcy, praktykujący bądź nie, mają mało okazji, żeby zetknąć się z osobami innej wiary. W deklaracjach są zatem niechętni wobec związków mieszanych, co nie znaczy, że tak jest w praktyce. Miłość ma swoje prawa i Polacy nie są pod tym względem zasadniczo różni od innych, coraz bardziej zsekularyzowanych narodów europejskich. Doświadczenie osobiste najczęściej bierze górę nad hipotetycznymi deklaracjami  –  wyjaśnia.

Gdy religia należy do  głównych wartości partnerów, brak wspólnego mianownika w tej dziedzinie może zachwiać solidnym związkiem, zaburzać harmonijne wychowanie dzieci lub różnić partnerów w wieku seniorskim. Warto więc sprawdzić dopasowanie i porozumienie w kwestiach wiary. Umożliwia to Test Doboru Partnerskiego MyDwoje.

mat.pras.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego powinniśmy uczyć dzieci wartości?

Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. (fot. iStock)
Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Wychowując dziecko w poszanowaniu dla systemu wartości innych, dajesz mu potężny kapitał na przyszłość, a jednocześnie fundujesz ogromny prezent światu.

Wychowując dziecko w poszanowaniu dla systemu wartości innych, dajesz mu potężny kapitał na przyszłość, a jednocześnie fundujesz ogromny prezent światu. Czy podpiszesz się pod stwierdzeniem, że świat jest drapieżnym, nieprzyjaznym miejscem, w którym trzeba się mocno rozpychać łokciami? Jeśli tak, to podświadomie będziesz tak wychowywać dziecko, żeby sobie radziło w tych niesprzyjających warunkach, czyli będziesz zachęcać je do forsowania subiektywnego punktu widzenia i unikania odpowiedzialności. Pomyśl, co by było, gdyby udało ci się ukształtować człowieka dobrze dopasowanego do tego „strasznego” świata? Pierwsza byś tego gorzko żałowała. Zamiast dostosowywać wychowanie malca do agresji świata, lepiej wpoić mu system wartości, który nie tylko jest w stanie zmienić ten świat, ale też stanie się najlepszym kapitałem zapewniającym twojemu dziecku szeroko pojęty sukces.

Bagaż pełen zasad

Nie da się wychowywać dziecka na agresywne, pewne siebie wobec świata zewnętrznego i jednocześnie miłe, urocze, empatyczne i prawe w domu. Trzeba się na coś zdecydować. Kształtowanie charakteru w duchu wartości może początkowo wzbudzać obawy: no bo jak to – uczyć dziecko mówić prawdę, zachowywać się kulturalnie, wielkodusznie? Natychmiast inni wykorzystają jego wrażliwość! Te obawy nie są jednak uzasadnione. W długoterminowej perspektywie wygrywają ludzie hołdujący określonym wartościom i im wierni.

Mocno wpojona wartość to życiowy azymut. Nie da się przewidzieć, z jakimi sytuacjami będzie się musiał w przyszłości zmierzyć twój malec, jakie kompetencje będą mu w życiu potrzebne. Bez względu jednak na to, co mu życie przyniesie, porządny system wartości będzie go trzymał w pionie.

Uczciwość, rzetelność, punktualność, szacunek wobec siebie i innych obronią się zawsze. Rynek pracy jest już przesycony młodymi agresywnymi ludźmi – wykształconymi, ale bezwzględnymi i czasem zwyczajnie niemoralnymi. Wielu pracodawców zaczyna stawiać nie na kompetencje (które dziś łatwo nabyć), ale na cechy osobowościowe, takie jak: kultura osobista, pracowitość, systematyczność czy uczciwość.

W sytuacjach kryzysowych wysokie morale zaowocują korzyściami duchowymi. Świadomość, że zachowało się godność, przynosi ukojenie, daje oparcie, siłę wewnętrzną i poczucie sensu życia.

Wartości, które twoje dziecko wyniesie z domu, staną się bazą jego relacji z innymi osobami. Ludziom dobrym chce się pomagać. Wychowując dziecko na porządnego człowieka, powodujesz, że w sposób naturalny przyciąga ono do siebie innych prawych ludzi.

Kręgosłup moralny ochroni je przed demoralizacją, czyli złymi, szkodliwymi czy wręcz destrukcyjnymi wyborami życiowymi. Zamiast tego będzie podejmować słuszne z etycznego punktu widzenia decyzje we wszystkich sprawach i na każdym obszarze życia (wybór przyjaciół, form rozrywki, poglądów, zawodu). Dziecko wychowane bez systemu wartości jest zagrożeniem dla świata. Wpajanie zasad moralnych traktuj więc jak życiową misję.

Zestaw uniwersalnych wartości

Wartości – dobrze, ale jakie? Bez względu na to, jaki masz światopogląd, są uniwersalne zasady, które niezależnie od życiowych okoliczności pomogą dziecku, a potem dorosłemu człowiekowi, być zwyczajnie szczęśliwym i spełnionym. Normy moralne, tradycje religijne, odpowiedzialność, pokojowe nastawienie, uczciwość, szacunek wobec świata – i ludzi, i zwierząt. Zdrowe odżywianie, estetyka w ubiorze, nawyki higieniczne. To wartości, o  których można z całą pewnością powiedzieć, że warto je trwale zaszczepić. Zaowocują w przyszłości – człowiek z zasadami z reguły jest szanowany, lubiany – i wie, co robić w trudnych sytuacjach.

Jest jeszcze… grzeczność! Stanowczo zbyt mało miejsca poświęca się jej w wychowaniu. Uczmy grzeczności – po pierwsze, wobec siebie. Poczucie winy, że za mało czasu spędzamy z naszymi dziećmi, sprawia, że czasem lekceważymy ich zachowanie, nie wymagamy, by spełniały podstawowe standardy grzeczności wobec własnych rodziców czy dziadków. A szkoda.

Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. Może będzie to religia, może nienaruszalna prawdomówność, może pracowitość, a może optymizm. Jesteś przewodnikiem i musisz wiedzieć, dokąd prowadzisz swoje stado.

Jak wpoić dziecku wartości

1. Zadbaj o satysfakcję

Dlaczego człowiek ma dokonywać niekorzystnych dla siebie wyborów? W imię czego? Z jakiego powodu ma na przykład nie kraść, skoro nadarza się okazja, albo zrobić coś kosztem innych, skoro nikt się o tym nigdy nie dowie? Żeby dokonywać wyborów według zasad moralnych, trzeba czuć z tego tytułu satysfakcję. Radość z bycia porządnym człowiekiem to podstawa wychowania w wartościach. Daj dziecku przyzwolenie na to, by czuło się dobrze, bo zachowało się prawidłowo. Gdy postąpi właściwie, zapytaj, jak się teraz czuje. Czy przyjemnie jest być w porządku? Wzmacniaj pozytywne zachowania, nagradzaj za prawidłowe postawy, zachwycaj się za każdym razem, gdy dziecko powstrzyma się od złego.

2. Nie bój się wielkich słów

Wielu rzeczy dziecko uczy się okazjonalnie. Tak jest również z moralnością, ale w tym wypadku warto o tym otwarcie mówić. „Moim obowiązkiem jest wychować cię dobrze, moim zadaniem jest…”. Nie bój się używać wielkich słów. Tu są na miejscu. „Nie wolno kraść. Nie wolno nikogo krzywdzić. Zwierzęta trzeba bezwzględnie szanować”. Mów otwarcie o wartościach.

3. Ucz myśleć o innych

Być może sama jesteś ofiarą wychowania w duchu źle rozumianej asertywności. Właśnie wyrosło całe pokolenie ludzi, których nic nie obchodzą inni, a słowo „ja” zajmuje centralne miejsce w ich słowniku. Wychowanie ku wartościom to odwrót od tego pomysłu pedagogicznego. Naucz swoje dziecko przejmować się innymi ludźmi, na tym się skup. To nic, że dookoła, zarówno w przedszkolu, w szkole, jak i na podwórku, będziesz słyszała, że dziecko powinno przede wszystkim wierzyć w siebie i niczym się nie przejmować. Ty skup się na wychowaniu w poszanowaniu dla innych ludzi, zwierząt i środowiska naturalnego.

4. Obcujcie ze sztuką

Czytajcie książki, wspólnie oglądajcie obrazy, ilustracje, filmy i chodźcie (jeśli to możliwe) do teatru. Nie ma lepszego poligonu do kształtowania kręgosłupa moralnego człowieka niż świat sztuki. Jest tu bowiem masa okazji do nabycia teoretycznej wiedzy na temat obowiązujących norm.

5. Dawaj przykład

Wpajanie wartości to dla rodzica ciężka praca, również nad samym sobą. Mamy w głowie wiele zasad etyczno-moralnych, ale przestrzegamy ich wybiórczo, naginamy do sytuacji i z łatwością znajdujemy okoliczności łagodzące. Ktoś, kto zabrał z pracy paczkę herbaty, nie nazwie siebie złodziejem. Przy dziecku nie działa jednak taryfa ulgowa. Ono widzi fakty: wynosisz z pracy swoje rzeczy czy nie, mówisz prawdę czy kłamiesz, jesteś rzetelna czy leniwa. Moralna ocena dziecka jest czarno-biała. Albo dajesz przykład, albo… nie licz na to, że uwierzy ci, że warto być porządnym człowiekiem.

6. Myśl perspektywicznie

Nie trać z oczu celu wychowawczego. Nie chodzi o to, żeby dziecko nie płakało, tylko żeby zrozumiało, że jeśli będzie biło inne dzieci, to nikt nie zaprosi go na urodziny. „Co z tego wyniknie nie za chwilę, a w wieloletniej perspektywie?” – tym pytaniem kieruj się, rozwiązując codzienne błahe problemy.

7. Zadawaj pytania

„Czy chciałbyś, żeby ktoś zrobił ci coś takiego?”, „Czy chciałabyś, żeby ktoś tak cię potraktował?”, „Co by było, gdyby wszyscy tak postępowali?”, „Chciałbyś się kolegować z kimś, kto tak robi?” – w ten sposób zwrócisz dziecku uwagę na to, jak ważne jest współodczuwanie.

8. Uważaj na opinie

Nie opowiadaj babci, co zjadł twój synek, czy do końca i ile spał, ale że ładnie się przywitał, posprzątał, dokładnie wykonał pracę domową.

Przykład: Pożyczyliście od kolegi film, mieliście dziś oddać, ale jest już późno, trzeba jeszcze zjeść kolację, a poza tym strasznie ci się nie chce wychodzić z domu. Co robić? Wybrać cel krótko - czy długoterminowy? Ma zwyciężyć lenistwo czy poczucie obowiązku? Jako rodzic nie możesz pozwolić sobie na żadne pobłażanie. Jeśli dziś pokażesz, że akceptujesz niesłowność, już nigdy tego nie nadrobisz. Trzeba zatem jechać do kolegi i oddać mu film. Korzyść z takiego zachowania jest olbrzymia. Powiedz dziecku o niej wprost: „Teraz możemy spać spokojnie. Zachowaliśmy się, jak należało”.

Ważne słowo: interioryzacja

Inaczej uwewnętrznienie, czyli: głębokie przyswojenie, uznanie jako swoje własne, pełna akceptacja. Interioryzacja ma szczególne znaczenie w nauczaniu wartości. Nikt nie ma możliwości pilnowania człowieka przez cały czas i we wszystkich sprawach. Dlatego najistotniejszym czynnikiem moralności jest samokontrola. Zasady znane lub stosowane tylko wybiórczo, w zależności od okoliczności, to twoja porażka wychowawcza.

Metoda „Porządny człowiek”

Gdy chcesz dać dziecku wskazówkę albo wyjaśnić, dlaczego powinno zachować się tak, a nie inaczej, używaj argumentu pt.: „Bo porządni ludzie tak robią”. To hasło jest dla dziecka informacją: porządny człowiek tak robi, a tak nie robi. Nie ma sensu tłumaczyć dlaczego, odwoływać się do norm moralno-etycznych. „Nie wolno dla zabawy zabijać lub męczyć zwierząt. Porządny człowiek tak nie postępuje”. Kropka. Dzieci otrzymują od rodziców za dużo informacji, tymczasem one potrzebują tylko jasnych, klarownych i absolutnie jednoznacznych wskazówek, co jest dobre, a co złe.

Przygotuj się na to, że dziecko zacznie zadawać niewygodne pytania. Na przykład w obecności twoich teściów zapyta: „Kim jest dziadek, skoro bije psa? Czy tak postępuje porządny człowiek?”. Dziecko wychowywane ku wartościom będzie wyłapywać wszelkie „złe” zachowania u innych i będzie odczuwać silną chęć wychowywania wszystkich wokół siebie. Niech ludzie, których dziecko diagnozuje jako nieporządnych, sami sobie z tym poradzą. Czasem takie zawstydzenie przez malucha dobrze im zrobi.

  1. Seks

Pierwszy raz po trzydziestce

- Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jest wiele pierwszych razów. Pierwszy raz po przerwie, na trzeźwo, z nowym partnerem. Pierwszy raz bez udawania. No i pierwszy raz wcale nie nastolatki – gdy czasem w seksie debiutuje trzydziestka. Co je wszystkie łączy? I jak sprawić, by były jak pierwszy bal? – mówi Katarzyna Miller

Gdy moja znajoma menedżerka zakochała się, zdała sobie sprawę, że od lat uprawia seks tylko po alkoholu. A ponieważ z tym mężczyzną chciała iść do łóżka na trzeźwo, poczuła się tak, jakby to miał być jej pierwszy raz... I wzruszyła się, i przestraszyła... Pierwszy raz na trzeźwo po wielu nietrzeźwych razach jest jeszcze trudniejszy niż prawdziwy pierwszy raz. Kobiecie wydaje się, że coś już wie, coś potrafi, a nic nie wie i nic nie potrafi. Tego, czego nauczymy się po pijaku, nie umiemy na trzeźwo. Gdy próbujemy, gorzej nam wychodzi. Gdyby było inaczej, już w szkole, w pierwszej klasie, stawialibyśmy przed dziećmi na ławkach po piwku i mówili: „a teraz wszystkie dzieci równiutko wypijają i już bierzemy się do tabliczki mnożenia”.

Czy więc na trzeźwo możemy mieć inne upodobania erotyczne, inny temperament? Może tak być, bo nie tak wiele dziewczyn ma odwagę, żeby być w łóżku, w ogóle w życiu sobą. Coraz częściej robią karierę, awansują i czują, że muszą być wciąż „hej do przodu”. Z domu wyniosły najczęściej wór kompleksów i lęków, cały czas udowadniają więc, że są świetne, że nadążają za resztą lub ją wyprzedzają... Są naprawdę świetne, ale nie dowierzają temu, a mężczyznom, rywalom w pracy, wcale nie zależy na tym, żeby one się pewniej poczuły. Bywają więc zmęczone i nadwrażliwe, a w sferze intymnej brak im pewności siebie, bo tej sfery nikt ich nie uczył rozwijać. Więc drinkują, łykają proszki itp. Wtedy jednak to alkohol albo tabletki robią za nie to coś. A kiedy potem budzą się rano, czują się jeszcze gorzej, brzydsze, głupsze... No nie ma to sensu. Trzeźwość to też warunek poznania siebie. Jeśli chcę wiedzieć, czy ten mężczyzna mi się podoba, czy lubię się z nim kochać, czy lubię to tak robić, muszę wsłuchać się w swoje ciało. A do tego trzeba być z ciałem, sobą w kontakcie, trzeba być przytomną.

Jak się zabrać – i to na trzeźwo – do tego pierwszego razu, gdy mamy za sobą zły związek, bolesny rozwód i kilkuletnią abstynencję seksualną? Nie udawać kogoś, kim się nie jest, nawet jeśli ten pierwszy raz ma być przez to ułomny. Sama się o tym przekonałam dawno temu. Spotkałam mężczyznę, który już od jakiegoś czasu mi się podobał i któremu ja się podobałam. Poszliśmy do łóżka, a wtedy on spytał: „denerwujesz się?”. Gdybym powiedziała prawdę, że się denerwuję, wstydzę, że bardzo mi zależy, to połowa strachu by minęła. Ale ja zełgałam: „nie!”, a on się zdziwił i powiedział, że mi nie wierzy. Bo on się denerwuje. Gdybym poszła z nim do łóżka jeszcze raz, byłabym w tym łóżku sobą, nawet gdyby seks miał być z tego powodu gorszy. Nie wysłałabym w swoim zastępstwie jakiejś dziwnej, obcej panienki. I ta znajomość inaczej by się potoczyła.

 
Ale po co mówimy o pierwszym razie po przerwie, kiedy wciąż słyszę od koleżanek singielek, że nie ma z kim go sobie zafundować, bo brak atrakcyjnych mężczyzn. Dla dziewczyn wykształconych, z pozycją to strasznie ważny wątek: mężczyzna musi być kimś. Więc ona go obejrzy ze wszystkich stron. A jak go obejrzy i on jej zaimponuje, to wtedy ona się przerazi, że jak on taki wspaniały, to na pewno jej nie zechce. Zacznie więc udawać lepszą, niż jest. A jak ona udaje, to on dostaje nie ją, tylko kogoś udawanego, kogo nie ma. I ona to czuje, że on nie ją chce, tylko tę drugą…

Bo ona za tym pierwszym razem tak bardzo chciała dobrze wypaść, że przesadziła i poszła w seks rodem z filmów porno. Na przykład. Nawet w naszym katolickim kraju kobiety mają wmówione, że muszą coś umieć, być seksualnie sprawne. Wymyślają więc jakieś scenariusze i kostiumy. Chcą za dużo dawać. Tymczasem nie wolno dawać za dużo, bo się zawsze przeszarżuje. No i zdarza się robienie laski na dzień dobry. Rozumiem kobiety, czasem są wychowane na ofiary i dają się lekceważyć albo chcą być superkochankami i zdarza się im zagalopować. Ale mężczyzna, który tego chce od razu na początku, to dupek, egoista, zepsuty przez mamusię czy wszystko jedno przez kogo. On nie ma grama wiedzy na temat kobiet ani sympatii dla nich. Z nim nie warto więcej się spotykać.

No, ale co z wolnością seksualną, brakiem tabu, wyzwoleniem z kostiumu grzecznej dziewczynki, porządnej kobiety? Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości. Żeby nasza seksualność mogła się zdrowo rozwijać, pewne dobre rzeczy muszą się wydarzyć. Kiedy dwoje ludzi się poznaje, zaczyna spotykać, chce ze sobą być, to najlepiej, gdy odbywa się między nimi miłosny taniec. Gdy powoli zbliżają się erotycznie do siebie. Najpierw pójdą do kina, wezmą się za ręce, potem na spacer, poprzytulają się, potem pocałują, potańczą, a potem pójdą do łóżka. A jeśli do tego szczerze się sobie przyznają, czego się obawiają, jeśli któreś poprosi: bądźmy dla siebie życzliwi, to już zaczęli ze sobą szczęśliwe życie. Bo seksualność powinna narastać, toczyć się. Natomiast jak coś sobie wymyślamy i chcemy, żeby się spełniło, to tak się nie dzieje.

 
W takim razie: co nam w łóżku wolno za pierwszym razem? No to, co się uda. Co się zdarzy. Znam dziewczyny, które traciły cnotę, mając lat 12, bo nie wiedziały, kiedy powiedzieć „nie”, i znam takie, które są cnotliwe, choć mają lat 30, bo nie wiedzą do tej pory, na co, kiedy i jak facetowi i sobie pozwolić. Te drugie wyniosły z domu przekonanie, że seks to grzech albo znój dla kobiety – bo tak im go pokazała matka. No a potem, kiedy już są dorosłe, to się wstydzą, że jeszcze są dziewicami, i nie potrafią się na seks odważyć.

Ja zawsze na początek mówię im, że skoro tyle poczekały, to nie musi się to stać za tydzień. Trzeba spokojnie zastanowić się, czy nie pójść do ginekologa, nie sprawdzić, czy może ta błona dziewicza jest tak niewielka, że da się ukryć przed partnerem, że to debiut? Bo czemu tego nie zrobić, jeśli to dla kobiety wstyd? Przecież nie trzeba kłamać, wystarczy powiedzieć mężczyźnie: o swoim życiu seksualnym nie chcę mówić.

Trudno być 30-letnią dziewicą w świecie epatującym seksem? Na każdą kobietę to, że jest nadal dziewicą, wpływa inaczej. Jeśli ma przyjaciół, dobrą pracę, w ogóle dobrze żyje, to trzeba jej tylko pomóc oddemonizować seksualność. Ona też tak bardzo nie różni się od kobiet, które sypiają z mężczyznami, ale nie mają orgazmu, albo nie lubią seksu, tylko udają, że lubią... Ona ma nawet od nich lepiej, bo przed nią jest coś nowego. Najważniejsze, żeby zaczęła o sobie dobrze myśleć: „jestem jeszcze dziewicą, to znaczy, że mam przed sobą bardzo ciekawe doświadczenia”. Moim zadaniem jest pokazać jej, jak skorzystać z tego, co potrafi w innych sferach życia, jak przenieść te umiejętności w sferę relacji damsko-męskich. Trzeba zbudować mosty między tym, co umie jako pracownica, szefowa, przyjaciółka, siostra, a tym, czego jeszcze nie umie jako kobieta kochanka, czyli np. randkować, flirtować, droczyć się, ale i otworzyć, zaufać. Odkryć związek między osobą, którą jestem, gdy robię to, co umiem, a osobą, którą jestem, gdy chcę zrobić coś, czego jeszcze nie umiem – to bardzo ważne.

Czy późne debiutantki mogą mieć satysfakcjonujące seksualnie związki? O tak! Często mam rozkoszne poczucie, że jestem swatką, akuszerką ich seksualności. Taka dziewczyna to dla porządnego, dobrego mężczyzny bomba. Nie dlatego, że to dziewica, ale dlatego, że jest otwarta na szczere spotkanie. A jeśli ten mężczyzna okaże się przyjazny i serdeczny, będą oboje jak Jaś i Małgosia, którzy biorą się za ręce i ruszają odważnie w ciemny las. Już niejedną taką parę wyprawiłam we wspólne życie.

Czy pierwszy raz powinien decydować o tym, co będzie dalej z mężczyzną i kobietą, czy będą razem? Czasami powinien, a czasami nie. Powinien, kiedy partner okazał się brutalny, nie liczył się z kobietą. Nie mówiąc już o takich podstawowych rzeczach jak to, że ona go nie lubi. Jak ci się zrobi niefajnie w jego towarzystwie: tu kadzi, a tu nagle ironicznie dogada, bo zachowałaś się nie tak, jak on by chciał, to się wycofaj ze znajomości. To się nie poprawi, to się może tylko pogorszyć. On może przeprosić, ale zaufaj swojej wrażliwości, jeśli ona pokazuje, że on ci nie pasuje.

A jeśli jest jako kochanek nieporadny? Kiedy mężczyzna mówi: „strasznie się przejmuję”, albo: „tak mi na tobie zależy, że nie wiem, co mi z tego wyjdzie”, albo tak bardzo cię chciał i tak się strasznie ucieszył, że będzie cię miał, że „zwiądł mu jak lilia” – to go wcale nie skreśla. Przeciwnie. Jeśli mężczyzna pokaże, że jest czuły, szczery, uczciwy, warto go wybrać. Dziewczyny mówią czasem o takim mężczyźnie: nudny. Ale to znaczy, że jeszcze są szalenie głupie i szykują sobie niedobry los. Bo za pierwszym razem nie musi być szalona jazda, orgazm albo tak, żeby się „ziemia przewróciła”, lecz potrzebna jest przyjemność z wzajemnej obecności, dotyku, pieszczot, całowania, narastającej bliskości. Źle jest, kiedy tego nie ma, a jeszcze mężczyzna po seksie odchodzi. Takie doświadczenia wzmacniają złe przekonania kobiety na swój temat. Ona często wtedy myśli: „to dlatego, że wcale nie jestem fajna ani atrakcyjna. Nie umiem się kochać!”. A warto, żeby pomyślała: „to nie jest facet dla mnie”.

A więc jeśli początek jest czuły, choć nie porywający, warto postawić na ciąg dalszy? Trzeba się poznawać, dopasować. Jak z kimś jedziesz na dzień, dwa, to za mało. Ale jak będzie powtórka w tym samym łóżku, może być dużo lepiej, bo jemu odpadnie strach przed oceną. Oboje już wtedy możecie być zwyczajni. Nie wymyślajmy jakichś niezwykłych scenariuszy, nie produkujmy nierealnych wyobrażeń. Nie wierzmy filmom. Bo wtedy czeka nas tylko zawód. Kierujmy się i uważnością, i intuicją. Dobrze też kobietom robi, jak się dowiedzą prawdy o innych. O tym, że na przykład ta śliczna blondynka też z nikim trzy lata nie spała, a ta fajna brunetka nie jest pewna, czy wie, co to orgazm. Bo kiedy wiemy, że inne kobiety też mają kłopoty, kompleksy, łatwiej nam pozbyć się poczucia gorszości. A z tym poczuciem trudno o udany seks, wszystko jedno: pierwszy czy tysięczny raz. Dlatego rozmawiajmy ze sobą, mówmy o problemach, o seksie, i to szczerze.

  1. Psychologia

Uczucie miłości. Co sprawia, że się zakochujemy? - wyjaśnia prof. Bogdan Wojciszke

Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Według prof. Bogdana Wojciszke miłość się nam po prostu przydarza. Czy szukanie jej ma zatem jakiś sens? I czy to dobrze, że dzisiaj głównie na uczuciu opieramy nasze związki?

To my szukamy miłości czy miłość sama nas znajduje? Powiedziałbym, że to drugie. W naszym szeroko pojętym kręgu kulturowym od 50 do 60 proc. ludzi wyznaje, że to się po prostu stało, zakochali się. Nie chodzimy po świecie z zamiarem i silnym postanowieniem zakochania się – to po prostu nas dopada.

Czy można zrobić coś, żeby zwiększyć swoje szanse w tej materii? Może być bardziej uważnym, otwartym? Miłość to bardziej stan ducha tego, kto kocha, niż rezultat tego, jacy są ci, których kochamy. Czyli to nie cechy charakteru obiektu decydują o naszym zakochaniu. Jeśli miałbym sformułować tu jakieś zalecenie, to mogłoby ono brzmieć tak: Jeżeli chcesz się zakochać, to rób coś ekscytującego. Wtedy jest duża szansa, że dostrzeżesz kogoś, kto cię zauroczy. Jest jednak jeden warunek – ta osoba już na samym początku musi ci się spodobać. W stanie ekscytacji pierwsze wrażenie się potęguje i łatwiej może przerodzić się w zakochanie. Jesteśmy wtedy bardziej „podatni” na miłość. I są na to dowody w postaci wielu badań.

Ma pan na myśli eksperyment z mostkiem? To dosyć znane badanie, w którym mężczyźni przechodzili przez chwiejny mostek, na końcu którego czekała na nich piękna modelka. W nagrodę dawała im swój numer telefonu. Okazało się, że im mniej stabilny był mostek, tym uczestnicy częściej do niej dzwonili. Adrenalina, jaką odczuwali, zwiększała atrakcyjność dziewczyny. Ten eksperyment, jak  wiele innych podobnych, pokazał, że ekscytacja biologiczna w konsekwencji wysiłku fizycznego powoduje u badanych podniesienie atrakcyjności już i tak atrakcyjnych kobiet, jakie spotykali podczas eksperymentów. Co ważne, jeśli przed badaniem uczestnicy uznali dane kobiety za ładne, to ich atrakcyjność pod wpływem adrenaliny się zwiększała, a jeśli uznali je za mało atrakcyjne, to po przejściu przez most bardziej się im nie podobały.

Czyli uprawiajmy sport, podróżujmy, podejmujmy różne aktywności – będziemy mieli więcej okazji, by spotkała nas miłość. Ale też nie rozglądajmy się za daleko. W książce „Alfabet miłości“ przywołuje pan inny eksperyment: okazało się, że ludzie, którzy siadali obok siebie na wykładach, częściej się później zaprzyjaźniali. Rozwojowi uczucia sprzyja bliskie sąsiedztwo? Kiedyś ludzie byli znacznie mniej kochliwi niż teraz, bo występowało ograniczenie terytorialne. Poruszali się przede wszystkim pieszo lub na rowerach, o wiele rzadziej przemieszczali się zorganizowanym transportem i nieczęsto podróżowali w dalekie zakątki kraju czy świata. Dlatego też ponad połowa małżeństw w latach 60. była zawierana między osobami, które mieszkały mniej niż 10 kilometrów od siebie. Ta bariera geograficzna obecnie w ogóle zniknęła, głównie dzięki Internetowi.

Dzięki nowym technologiom mamy o wiele więcej szans na spotkanie tego jedynego czy tej jedynej, dlaczego więc coraz mniej osób uznaje, że im się to przydarzyło? Owszem, obecnie straszliwie poszerzyła się pula osób, spośród których można wybierać, ale o wiele częściej okazuje się to problemem niż szansą. Badania konsumenckie wyraźnie pokazują, że jeśli liczba dostępnych opcji przekracza pewien próg, to wybór staje się dla nas trudniejszy, jeśli nie niemożliwy. Jeśli mam cztery smaki dżemów, to mniej więcej wiem, który bym chciał, ale jeśli mam do wyboru 40, to moja decyzyjność spada. Wybór partnera różni się oczywiście od wyboru dżemu, ale zasada jest taka sama. Kiedyś w jednej wsi były, powiedzmy, dwie panny na wydaniu, które ze względu na atrakcyjność i pochodzenie stanowiły najlepszą partię i tylko spośród nich dobrze sytuowani kawalerowie mogli wybierać. W jakimś stopniu było im łatwiej niż na dzisiejszym rynku matrymonialnym.

Dziś trudniej jest kobietom, zwłaszcza tym wykształconym, zdolnym i atrakcyjnym, bo jest niewielu mężczyzn, którzy potrafią im dorównać. Wyzwanie, przed którym stoją, określa pan sam jako „współczesny mezalians“. Kiedyś typowym zjawiskiem było coś, co się nazywało over-marriage – kobieta wychodziła za mąż trochę powyżej swojego statusu, wynikającego z urodzenia, coś na zasadzie związku Kopciuszka i Księcia. Kobieta wnosiła w związek coś, za co mężczyzna musiał zapłacić: pozycją społeczną lub dobrami materialnymi. Teraz na skutek emancypacji, jest coraz mniej mężczyzn, którzy są w lepszej od niej sytuacji. Zwykle kobieta musiała patrzeć trochę wyżej, a teraz musi patrzeć trochę niżej. Dużo wykształconych kobiet jest obecnie znacznie mniej zależnych od zasobów męskich, bo same mogą sobie je zgromadzić, i choć finansowo wychodzą na tym lepiej, to w kwestii związku już nie bardzo. To poważny społeczny problem.

Ale skoro nie musimy się wiązać, by mieć zapewnione finansowe czy jakiekolwiek inne bezpieczeństwo, i jesteśmy sobie równi, to może nas połączyć ze sobą wyłącznie miłość. To chyba dobrze? Dobrze czy niedobrze, na pewno ma to swoje konsekwencje. Żyjemy w świecie, w którym – szczególnie dla ludzi w średnim wieku – wybory matrymonialne przestały być ostateczne. To znaczy są ostateczne, ale tylko na pewien okres. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że o związek trzeba dbać, ale z drugiej strony mamy poczucie, że jak się nie uda, to się rozstaniemy. Szacuje się, że połowa zawieranych dziś małżeństw za kilka lat się rozpadnie. Małżeństwo nie jest już – jak kiedyś – gwarantem stabilizacji finansowej czy posiadania i wychowania dzieci. To możemy mieć dziś poza nim.

Czy w tej kwestii potrzeby kobiet i mężczyzn się od siebie różnią? Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają potrzeby wspólnotowe, czyli doznawania i udzielania wsparcia, ale jednak się między sobą różnimy. Najlepiej widać to na przykładzie podejścia do seksu, choć przekłada się to także na różne sposoby zaspokajania potrzeby kontaktu.

Kobietom zależy na tym, żeby ich związki były głębsze, ale może ich być niewiele – podobnie z seksem. Natomiast mężczyźni są za bardziej licznymi związkami, ale za to płytszymi. Dlatego też nasze dążenia trochę się rozmijają. Wynika z tego, że kobiety bardziej szukają partnera, a mężczyźni partnerek.

A kompromisem okazuje się seryjna monogamia. Czyli będziemy mieli wiele związków, ale za to z jednym partnerem? Wszystko na to wskazuje. Ale seryjna monogamia to wcale nie nowy koncept. Nasi przodkowie znali już taki model, tylko on inaczej się nazywał. Także mieli po kilka żon czy mężów, tylko o końcu związku decydowały raczej przyczyny naturalne niż potrzeba szczęścia bądź przyjemności – ich partnerzy życiowi po prostu umierali, dziś częściej umiera miłość.

Można powiedzieć, ze Henryk VIII też był seryjnym monogamistą. (Śmiech). Zgadza się. I większość małżeństw zawierał z miłości.

Bogdan Wojciszke profesor psychologii, profesor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się badaniem dynamiki bliskich związków, autor kilkunastu książek.

  1. Psychologia

Gdy jedno chce dominować. O rywalizacji w związku

Rywalizacja i walka o władzę to często rodzaj gry, pozwalającej na odreagowanie emocji, kamuflaż dla tego, co naprawdę ważne w związku (a zamiecione pod dywan), o czym boimy się lub nie potrafimy rozmawiać. (Fot. iStock)
Rywalizacja i walka o władzę to często rodzaj gry, pozwalającej na odreagowanie emocji, kamuflaż dla tego, co naprawdę ważne w związku (a zamiecione pod dywan), o czym boimy się lub nie potrafimy rozmawiać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W miłości wszystkiego powinno być po równo. Wsparcia, zrozumienia, ale i własnej przestrzeni. Oto przykład tego, co dzieje się w związku, gdy jedno z partnerów postanawia mieć rację.

Marzymy o partnerstwie, bezpieczeństwie i zrozumieniu, które sprawiają, że słowo „związek” kojarzy nam się z więzią nie do zerwania. Co jednak, kiedy wspomniana więź zamiast łączyć, krępuje, niewoli i coraz bardziej osacza? Dzieje się tak, gdy – zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych – zamiast grać w tej samej drużynie, gramy do tej samej bramki.

Weekend pod napięciem

Jacek i Weronika od roku są parą. Nadal są w sobie zakochani i obdarzają się dużą czułością, ale stopniowo do ich relacji zaczyna wkradać się mniej romantyczna codzienność, związana głównie ze stresem w pracy i wiecznym zabieganiem. Miesiąc temu, aby zregenerować nerwy i ciało, Weronika zaplanowała weekend w SPA z przyjaciółkami w eleganckim ośrodku z widokiem na jezioro. Czuje, że ostatnio z powodu pracy, ale i przeprowadzki do Jacka zaniedbała trochę swoje babskie grono, więc wspólny czas w komfortowych warunkach wydaje jej się idealnym pomysłem.

Zupełnie innego zdania jest Jacek, który właśnie przeżywa plagę zwolnień w firmie. Liczył, że spędzą ten weekend razem, że Weronika wesprze go w tym trudnym okresie. Nie ma ochoty na męski zakrapiany wieczór i użalanie się nad sobą, Weronikę traktuje także jako swoją przyjaciółkę i powiernika. Oczywiście, rozumie (z poziomu umysłu) jej potrzebę odpoczynku, jednak jest zły, że podjęła decyzję bez konsultacji z nim. W jego milczeniu i dystansie, który okazuje na wieść o planowanym wyjeździe, kiełkuje ziarno biernej agresji. Wie, że mocne słowo zrani ukochaną, objawiając jego egoizm lub zaborczość. Dlatego milczy i nie podziela otwarcie entuzjazmu dla jej pomysłu. Z drugiej strony, milcząc, nie daje jej też do zrozumienia, jak bardzo potrzebuje Weroniki właśnie teraz. Może gdyby zaproponował, by wieczór poprzedzający wyjazd z koleżankami spędzili w ulubionej knajpce, atmosfera nie byłaby taka ciężka, oboje odetchnęliby z ulgą i spędzili wspólnie fajny czas… Niestety, stres gra w jego duszy pierwsze skrzypce, a męska duma nie pozwala mu na mówienie wprost o potrzebie bliskości, w obawie przed odkryciem słabości. Okazując oziębłość i starając się wzbudzić w Weronice poczucie winy i niespełnionego obowiązku, niejako przenosi firmową hierarchię do związku. Walczy o dominację, ale jego zwycięstwo może okazać się, niestety, pyrrusowe…

W zaistniałej sytuacji mogą wydarzyć się dwa scenariusze. Pierwszy: Weronika jedzie i tak, ale nie cieszy się pobytem w SPA, świadoma niezrozumienia ze strony Jacka, on zaś zostaje sam ze swą frustracją. Drugi: Weronika rezygnuje z wyjazdu pod presją, sterroryzowana poczuciem winy, a Jacek, choć zadowolony z postawienia na swoim, jednak nie cieszy się wspólnym weekendem, którego spędzenie wymusił na ukochanej. Weronika czuje, że zaniedbała przyjaciółki i dała się zdominować. Wizualizując ich „wymuszony” wspólny weekend, nie trzeba wyobraźni i wiedzy Junga, by oczekiwać w tym czasie raczej spięć i napiętej atmosfery, niż relaksu i ukojenia dla obojga. W rezultacie tej gry o dominację obie strony przegrywają, a przecież obie mogły być wygrane.

Gra o tron: dlaczego chcemy rządzić?

Wyjaśnia Beata Nawrot psycholog, terapeuta rodzinny z Gabinetu Pomocy Psychologicznej Dziecku i Rodzinie w Łodzi.

Jaki powinien być „rozkład sił” w udanym związku? Udane związki to takie, w których spotykamy się z dojrzałością, refleksją i empatią, a oboje partnerzy mają przestrzeń do zaspokajania swoich potrzeb, w tym autonomii, czyli traktowania partnera jako osobę równorzędną, niezależną, która ma prawo do własnego zdania, przekonań i postaw. Różnice w tym zakresie to walor związku, a nie powód do konfliktów i walki o dominację.

Co powoduje, że ta równowaga zostaje jednak zachwiana? Wpływ na nasze funkcjonowanie w związkach ma przede wszystkim wychowanie. To z domu czerpiemy wzorce relacji, również w aspekcie dominacji lub uległości (submisji), a także przekazy i mity rodzinne. We wczesnym dzieciństwie kształtuje się również tzw. styl przywiązania, który decyduje o rodzaju relacji, jaką tworzymy z partnerem. Obserwacja małżeństwa rodziców, więź emocjonalna z matką – to podstawy, na których budujemy własne związki. Oczywiście, każda para ma właściwe sobie zasady dominacji i obszary wpływów (np. stereotypowo mężczyzna jest odpowiedzialny za sprawy finansowe, a kobieta za dom), problem zaczyna się wówczas, gdy dochodzi do totalnego przejęcia władzy. Podstawową zasadą w partnerstwie jest znak równości między dawaniem i braniem. Ktoś, kto każdy dialog zmienia w monolog, a większość zdań zaczyna od zaimka „ja”, odmieniając go przez wszystkie przypadki, jest biorcą, który powinien spotkać się z naszym asertywnym „nie”.

Z jakich powodów partnerzy zaczynają ze sobą rywalizować? Rywalizacja i walka o władzę to często rodzaj gry, pozwalającej na odreagowanie emocji, kamuflaż dla tego, co naprawdę ważne w związku (a zamiecione pod dywan), o czym boimy się lub nie potrafimy rozmawiać. Najczęściej to desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi partnera lub też ukarania go za to, że nie daje nam czegoś, co jest dla nas bardzo istotne (uznajemy, oczywiście, że powinien czytać w naszych myślach). Dominujemy też, gdy „siada” energia w związku, ale też kiedy sprawdzamy granice (to skrypt z dzieciństwa: „zobaczę, ile mi wolno”, „zrobię coś na złość tacie”). Dominujemy, ponieważ czujemy się w związku niepewnie, a zachwiane poczucie bezpieczeństwa powoduje, iż na drodze kompensacji wyrównujemy sobie ten deficyt. Dominujemy wreszcie, bo sami nie chcemy dać się zdominować, bo on odgradza się szybą, a ona jest bierna i ustępuje pola.

Rywalizacja w związkach to często ucieczka od tego, co dla nas naprawdę ważne, ale trudne na poziomie emocjonalnym (lęk, sytuacje traumatyczne, małe poczucie wartości, nieprzeżyta żałoba). Zwycięstwo rzeczywiście często bywa pyrrusowe, ponieważ przy okazji niszczy bliskie relacje, bowiem mało prawdopodobne jest, by udała się próba budowania ich w oparciu o rywalizację, zamiast o współpracę. Zdarzają się oczywiście pary całkiem dobrze funkcjonujące, dobrane na zasadzie komplementarności cech i potrzeb (on dominujący, ona uległa, ale łączą ich wspólne zainteresowania, podobne postawy życiowe, priorytety itp.).

Co poradziłaby pani osobom, które zauważyły, że powoli przeradzają się w dyktatora we własnym związku? Warto pamiętać, że dbanie o związek to także dbanie o siebie w związku. Można zacząć od tego, by zadać sobie pytanie: czy wolę być szczęśliwa, czy mieć zawsze rację...?

  1. Styl Życia

Praca i partnerstwo – jak sobie radzić, gdy oboje pracujemy z domu? Co pokazują badania?

Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kwarantanna, społeczny dystans, praca zdalna – nowa, zwykle dość trudna rzeczywistość dla większości z nas to skutek epidemii Covid-19. Jedyne, co nam pozostaje, to najczęściej przebywanie w towarzystwie najbliższej rodziny, partnera i domowników. Nigdy wcześniej nie byliśmy zmuszeni do tak intensywnego łączenia pracy z życiem rodzinnym. Dla wielu par to prawdziwe wyzwanie, aby na niewielkiej wspólnej przestrzeni połączyć swoje życia zawodowe z rodzinnymi i domowymi obowiązkami.

Niegdyś praca zdalna traktowana była jako benefit. Jednak, upragnione przez niektórych, przeniesienie życia zawodowego do domu może obfitować w wiele negatywnych skutków. Trudności z rozdzieleniem domowych i zawodowych czynności, które się obecnie pojawiają nie dotyczą nas indywidualnie (chyba, że mówimy o singlach). Przekładają się one coraz bardziej na nasz związek i rodzinę.

Jak w czasie pandemii radzą sobie pary w Polsce? Jak zareagowały na nagłą konieczność pracy zdalnej? Jak radzić sobie skutecznie z tymi nowymi wyzwaniami? – Zjawisku przyjrzał się dokładniej zespół badaczek z Uniwersytetu SWPS. Pierwszą część badań zrealizowano w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego.”

- Okazało się, że z tą nagłą i wymuszoną pracą zdalną wiąże się cały wachlarz psychospołecznych konsekwencji. Z jednej strony badani podkreślali jej korzystne aspekty, jak oszczędzanie czasu związanego z dojazdami do firmy, poczucie mniejszego pośpiechu w ciągu dnia, czy pogłębienie relacji z partnerem lub partnerką. Z drugiej strony okazało się, że praca w firmie ma też sporo korzyści. Naszym rozmówcom brakowało codziennych rytuałów (jak ubieranie i malowanie się do pracy), czy kontaktów „na żywo” ze współpracownikami. Częstym problemem było poczucie ciągłego bycia w pracy i trudności w „odłączeniu się” od niej – podsumowuje dr Anna Studzińska.

Nigdy nie wychodzę z pracy… Konflikty praca-dom

Czego możemy się spodziewać przy połączeniu tych dwóch różnych światów? Otóż, jak zaznaczają autorzy badania „połączenie strefy zawodowej i domowej może prowadzić do pojawienia się lub nasilenia dwóch konfliktów: praca-dom i dom-praca.
  1. Konflikt praca-dom zachodzi, gdy wymagania i napięcia związane z pracą oddziałują na zdolność pracownika do wywiązywania się z obowiązków rodzinnych.
  2. Natomiast konflikt dom-praca odzwierciedla sytuację, w której wymagania związane z życiem rodzinnym ograniczają możliwość wykonywania obowiązków zawodowych.”
W obecnej sytuacji epidemicznej oba te konflikty zwykle się przenikają i jedno zadanie odbywa się kosztem innego. W sytuacji, gdy do obowiązków domowych dodamy jeszcze opiekę nad dziećmi, siłą rzeczy przeważał będzie konflikt dom-praca. W tej grupie badanych stosowanie różnych strategii wymaga albo dużej elastyczności, albo jest zwyczajnie niemożliwe. Rodzice, zamiast zajmować się planowaniem czasu i przestrzeni, po prostu reagują na sytuację na bieżąco.

Z kolei wiele par, nie obarczonych opieką nad dziećmi, wypracowało sobie konkretne modele działania. Ekspertki wskazały tutaj na dwie strategie radzenia sobie z konfliktem między pracą a domem: separacja oraz integracja. W pierwszej grupie badani wyznaczali ostre granice między pracą a domem, co dotyczyło zarówno fizycznego oddzielenia przestrzeni (zaadoptowanie nowej przestrzeni z przeznaczeniem na biuro) jak i psychologicznego rozdzielenia tych obszarów (przykłady? – wyznaczenie stałych godzin pracy i nieprzekraczanie wyznaczonego czasu, czy nawet nierozmawianie na tematy służbowe po zakończeniu służbowych obowiązków). Tymczasem w drugiej grupie, tak zwanych integratorów, oba światy dość płynnie przeplatały się ze sobą. Nie tylko nie przeszkadzał im taki stan rzeczy. Integratorzy doceniali nawet, że mogą planować działania zawodowe w czasie wykonywania obowiązków domowych (np. w trakcie sprzątania, gotowania) lub zrobić sobie przerwę w pracy kiedy tego potrzebują i poświęcić ją na chwilę odpoczynku.

- Wymagania, z którymi musimy radzić sobie na co dzień – zarówno te zawodowe, jak i związane z obowiązkami domowymi – wymagają od nas wysiłku, dlatego wyczerpują nas fizycznie i psychicznie. Wypracowane przez pary strategie to sposoby na redukowanie obciążeń, zarówno wprost, przez zmniejszanie ich natężenia, jak i pośrednio – poprzez dostarczenie zasobów do lepszego radzenia sobie z nimi – tłumaczy dr Ewelina Smoktunowicz.

Jak wygląda domowa „pandemiczna” regeneracja?

Część strategii, które wypracowało sobie wiele par, dotyczyło tego, w jaki sposób skutecznie odpoczywać i regenerować siły. Jak wymieniają psycholożki „sport, kontakt z naturą (gdy pozwalały na to obostrzenia epidemiologiczne) czy hobby były sposobem na relaks, ale również odreagowaniem niepewności wywołanych zmieniającą się rzeczywistością. Podobną funkcję spełniało poszukiwanie wsparcia bliskich lub specjalistów, a także pogłębianie i rozwijanie relacji z partnerem lub partnerką. Częstą praktyką było także redukowanie nadmiaru obowiązków, np.: poprzez robienie zakupów przez Internet, ograniczanie liczby spotkań czy nawet zmniejszenie wymiaru etatu.”

- Kobiety są bardziej obciążone zadaniami w domu niż mężczyźni. Dodatkowo rola pracy w ich życiu jest postrzegana jako mniej centralna. W naszym kolejnym badaniu przyjrzymy się temu, w jaki sposób strategie podziału obowiązków pomagają parom w radzeniu sobie z konfliktami ról, gdy obie osoby pracują z domu. (…) – przewiduje dr Marta Roczniewska.

Źródło: mat. pras. SWPS. na podstawie badań zrealizowanych, w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego. Intensywne badanie podłużne w diadach”, przez dr Martę Roczniewską, dr Ewelinę Smoktunowicz, Ewę Makowską-Tlomak  z Uniwersytetu SWPS oraz dr Annę Studzińską z Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie.