1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Nie mając bliskiego kontaktu ze swoją seksualnością, zaniedbujemy własne zdrowie

Nie mając bliskiego kontaktu ze swoją seksualnością, zaniedbujemy własne zdrowie

Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Prawdziwa troska o siebie jest możliwa tylko wtedy, gdy obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W jaki sposób seksualność wpływa na nasze zdrowie? Seksualność to potężna siła – jej energia służy przecież przetrwaniu gatunku. Powstaje w ciele, ożywia serce i umysł oraz nasze relacje z innymi i światem. Niewątpliwie dotyka też sfery duchowej. Od jakości tej energii, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie.

Seksualność rozwija się od początku naszego istnienia, zależy od wielu czynników. Ten rozwój mogą jednak zakłócić przeszkody wynikające z osobistych historii, relacji rodzinnych i szerzej, z przekazów społeczno-kulturowych. Obserwując swoje przeżycia i słuchając innych kobiet, dostrzegam w wielu naszych typowych zachowaniach niesłużących zdrowiu skutki tych zakłóceń. Poczucie winy, lęk i wstyd to wciąż uczucia, które wiele kobiet przeżywa w związku ze swoją seksualnością. Od najwcześniejszych lat uczymy się, że jeśli odczuwamy coś w „tej” części ciała, to nie jest to w porządku. Dojrzewamy, lata lecą, a głęboko zakodowany lęk nie pozwala nam wykształcić postawy odpowiedzialności za swoje zdrowie. Bo jeżeli nie akceptujemy swojego ciała w całości, to trudno je szanować. Łatwo jest wtedy oddać decyzje dotyczące tego, co dla nas dobre, a co nie, innym – mamie, partnerom, doktorom itd.

Czy to znaczy, że kobiety nie potrafią tak naprawdę o siebie zadbać? Nie potrafią… Dlaczego tyle kobiet choruje i umiera na nowotwory piersi czy szyjki macicy, mimo że medycyna oferuje coraz większe możliwości wczesnej diagnozy? Żebyśmy umiały o siebie zadbać, muszą się zmienić nasze postawy, a nie opinie. Coraz więcej jest społecznych akcji na rzecz profilaktyki chorób kobiecych i większa niż kiedykolwiek dostępność informacji, a jednak kobiety ciągle nie korzystają z tego w wystarczającym stopniu. I to najczęściej nie brak czasu, pieniędzy lub wiedzy jest tego powodem. To dość powszechne zjawisko – odkładanie wizyty kontrolnej u ginekologa. A kiedy pojawia się jakaś dolegliwość, ból, wiadomość o chorobie innej kobiety, nadchodzi strach, obawa i refleksja: „O rany! Miałam już dawno temu zrobić cytologię i mammografię!”. Zaniedbujemy siebie najczęściej dlatego, że nigdy nie nawiązałyśmy bliskiego kontaktu z macicą, jajnikami, pochwą. Są jak jakaś „ziemia niczyja”. Myślenie z troską i miłością o swoich narządach płciowych brzmi dla wielu z nas jak herezja. Jest jednak taki okres w życiu kobiety, kiedy może publicznie obnosić się ze skutkiem prowadzenia życia seksualnego i rozmawiać o tym, co dzieje się w jej ciele, i to właśnie „tam” – to oczywiście ciąża i poród. Wiele kobiet doświadcza wtedy mocniej niż kiedykolwiek poczucia kobiecej wspólnoty, swobody i akceptacji ciała.

Jak według ciebie mogłaby się przejawiać prawdziwa troska o siebie? Kojarzy mi się z miłością i opiekuńczością, jaką otaczamy dziecko. Ani nie chronimy go nadmiernie przed światem, ani nie zaniedbujemy. Nie chodzi więc o to, żeby z lękiem biegać co chwila na badania lub odwrotnie – zupełnie je lekceważyć. Jeżeli obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym, zauważymy to, co wymaga zauważenia. Wtedy możemy działać. Na przykład udać się na badanie, wybrać właściwego lekarza albo ubrać się ciepło, albo nie zgodzić na seks bez prezerwatywy.

A jakie są nasze rutynowe zachowania? Nie próbujemy wpływać na bieg zdarzeń. Pragnąc uśmierzyć lęk, polegamy głównie na autorytetach zewnętrznych, poddajemy się im całkowicie, „opuszczamy siebie”. Kobiety często godzą się na leczenie czy zabiegi, ale bez wewnętrznego przekonania. Trudno im przyjąć, że mają wpływ na swoje leczenie: że mogą pytać, mieć wątpliwości, zbierać informacje. Dlatego bardzo ważne jest znalezienie odpowiedniego lekarza, który nie będzie wyrocznią, lecz partnerem. Podobnie w seksie: w sprawach antykoncepcji czy profilaktyki chorób przenoszonych drogą płciową. Jak często kobiety zabierają prezerwatywę, idąc na randkę? Czy stawiają stanowczo sprawę jej użycia, czy raczej z nadzieją wyczekują na to, co on zrobi? W dbaniu o zdrowie inni mogą nam pomóc, ale nikt nas nie wyręczy w decydowaniu o tym, co, kiedy i jak robić w tej sprawie.

Czy znasz jakiś przykład, który pokazywałby, że można postępować inaczej? Pracowałam kiedyś z pewną kobietą. Była u ginekolożki i okazało się, że ma polipa na szyjce macicy. To nic groźnego, ale doradzano jej usunięcie go. Minęły trzy albo cztery lata, zanim się na to zdecydowała. Bała się. Była też wtedy przeciwna wszelkim ingerencjom chirurgicznym, interesowała się medycyną naturalną. Robiła sobie głodówki, bo myślała, że może dzięki nim narośl samoczynnie się wchłonie. Od czasu do czasu chodziła na wizyty kontrolne i dowiadywała się, że polip cały czas jest, a nawet obok wyrósł drugi i trzeci. To był też czas, kiedy dość intensywnie pracowała nad sobą, zamykała różne sprawy z przeszłości, również te związane ze swoją seksualnością. Podejrzewała, że ten polip musi być z nimi związany. Wreszcie któregoś dnia napisała list – do tej właśnie części siebie, do tego kawałka szyjki macicy. Wiedziała, co jej powiedzieć. Wiedziała, że to pozostałość po tym, co bolało. To był przełomowy moment – usłyszała siebie poprzez tę część. I wtedy zdecydowała się na zabieg. Wyobraź sobie, że było to jedno z najlepszych doświadczeń w jej życiu!

Nawiązała kontakt ze sobą... To wskazówka dla każdej z nas? To trwało kilka lat, miała za sobą wiele lat terapii. U różnych kobiet ten proces wchodzenia ze sobą w głęboki kontakt może wyglądać różnie. We mnie jej doświadczenie obudziło refleksję, że możemy wiele dla siebie zrobić, tylko ważne, by zrobić to we właściwym momencie – kiedy czujemy w sobie gotowość. Dobrze, jeśli uporządkowaniu na poziomie cielesnym towarzyszy uporządkowanie na poziomie psychicznym. Wtedy nie musisz już słuchać się lekarza, ale możesz go posłuchać, jeśli tak zdecydujesz. Lekarz staje się partnerem. Gdyby ta kobieta poszła na zabieg ze strachu, to polip pewnie by odrósł. Jeśli kieruje nami strach, często opóźniamy pewne decyzje albo na siłę je przyspieszamy. Chodzi o to, by ze zrozumieniem zadbać o siebie, zrobić coś, czego naprawdę potrzebujemy. Odczytać właściwie sygnały naszego ciała i na nie odpowiedzieć.

 
Taka postawa wymaga chyba dużego zaufania do siebie, dojrzałości? Tak i warto ją rozwijać, nauczyć się, że doznań z ciała nie trzeba się bać. One są naszym sprzymierzeńcem. Pokazują nam, że coś jest nie tak, że trzeba się zatrzymać, coś zmienić. Odpowiednio wcześnie zauważone pomagają nam zwykle w wyzdrowieniu. Nie mamy wpływu na wszystko, ale na to, jak traktujemy nasze ciało – tak. Mamy w tej kwestii bardzo dużo do zrobienia. W profilaktyce chorób kobiecych niezwykle ważne jest odnowienie kontaktu z własną seksualnością.

Kiedy cię słucham, przypomina mi się pewne zdarzenie: siedzimy w gronie kilku kobiet i opowiadamy o tym, jak o siebie dbamy. Któraś mówi, że nie je mięsa, inna, że z powodu grupy krwi 0 je i dobrze się czuje, kolejna przez trzy miesiące była na ścisłej diecie. Każda z nas coś robiła. Wreszcie jedna z kobiet zapytana: „A co ty robisz, kiedy źle się czujesz?”, odpowiedziała: „Ja nic nie robię, jem to, na co mam ochotę, nie stosuję żadnych diet, a jak czuję, że coś jest nie tak, to się odprężam, głaszczę swoje ciało, staram się w nie wsłuchać, być dla siebie dobra...”. Pamiętam, że jej wypowiedź bardzo mnie zdenerwowała. Dopiero później uświadomiłam sobie, że zdenerwowałam się, bo ja tak nie potrafię: objąć siebie czule i zapytać, czego naprawdę potrzebuję. To jest ideał: umieć wsłuchać się w swoje ciało, także wtedy, kiedy wszystko jest w porządku i czujemy się dobrze. Kiedy pozwalamy sobie na przyjemność, odprężenie, radość. Bo jeśli w takich momentach siebie usłyszymy, to jest bardziej prawdopodobne, że usłyszymy też niepokojące sygnały. Akceptacja bez winy i lęku to najlepsza profilaktyka.

Na swoich warsztatach dla kobiet proponujesz np. ćwiczenia pomagające skontaktować się z podbrzuszem, doenergetyzować ten rejon. Reakcje na twoje ćwiczenia bywają różne. Pierwsze, co często wychodzi na wierzch, to lęk, wstyd i inne zmory. Tego rodzaju ćwiczenia są dobre, ale bywają o wiele skuteczniejsze wtedy, gdy przekroczymy instrumentalny stosunek do własnego ciała. Inaczej staną się kolejną rzeczą, którą „trzeba ze sobą zrobić”. Jest dzisiaj tyle możliwości rozwoju, dbania o siebie, ćwiczeń, technik, zabiegów, leków i parafarmaceutyków... Ale wszystko to na nic, jeśli traktujemy siebie przedmiotowo i w panice rzucamy się od jednej metody do drugiej.

No tak, pamiętam z twojego warsztatu, że zatrzymujesz się za każdym razem, gdy pod wpływem jakiegoś ćwiczenia wyłoni się trudne uczucie. Objaw cielesny czy trudność emocjonalna wskazują nam zwykle obszary, w których mamy coś do zrobienia. Warto się wtedy zatrzymać, posłuchać, poobserwować, objąć uwagą bolesne miejsce. Chciałabym, żebyśmy zaufały mądrości ciała i mądrości Stwórcy – jakąkolwiek siłę mamy tu na myśli – pozwoliły sobie na przyjęcie własnej kobiecości, żebyśmy nie musiały się bać, wstydzić i ukrywać same przed sobą, a w konsekwencji chorować.

Jesteśmy bombardowane informacjami o korzyściach, które możemy mieć z uprawiania seksu. Wielu specjalistów powtarza, że seks to jeden z filarów zdrowia: młodniejemy, polepsza się nasza odporność, mamy rumieńce i błyszczące oczy itd. Czy seks rzeczywiście może tak działać? Na każdą kobietę i na każdego mężczyznę podziała szczęśliwe życie – chwile radości, rozkoszy, bliskości, zaangażowania, odprężenia – również w seksie. Seks nie jest jednak panaceum, które można stosować w oderwaniu od reszty siebie. Takie myślenie grozi niewolą i robieniem czegoś wbrew sobie. Nie traktujmy instrumentalnie seksu, siebie i partnera. Nie jesteśmy mechanizmem, w którym trzeba coś dokręcić lub poluzować. Zdrowie i choroba to nieodłączne elementy życia. Żadne zalecenia, diety, nowe specyfiki nie uwolnią nas od poszukiwania własnej odpowiedzi na pytania: czego potrzebuję, czego mi brak, co odczuwam, czego doświadczam, co mogę zrobić, na co się decyduję. W dzisiejszym świecie pełnym rozmaitych recept na dobre życie i szybkich środków na wszelkie dolegliwości niełatwo znaleźć własną drogę. Ja odkryłam, jak wielki potencjał może być zamrożony w naszym ciele na skutek nieuświadomionych przekazów dotyczących kobiecej seksualności, ile mamy do odzyskania i jakie wtedy otwierają się przed nami możliwości!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Miejsce kobiet jest na szczycie. Historia polskich taterniczek

 Agata Komosa-Styczeń,
Agata Komosa-Styczeń, "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie", wydawnictwo Prószyński i S-ka.
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Taterniczki - kobiety i dziewczyny, które szły w górę niezależnie od wszystkiego. Twarde charaktery i pilne kursantki, subtelne sportsmenki i muskularne wspinaczki. Dostosowują się do zmaskulinizowanego sportu i walczą o kobiecy styl uprawiania tej dyscypliny. Oto ich historia podboju Tatr.

Fragmenty pochodzą z książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" Agaty Komosy-Styczeń, wydawnictwo Prószyński i S-ka, premiera 13 kwietnia

Podobno gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ale kobiety nie potrzebują szatańskich podszeptów, by iść tam, gdzie nawet czortowi się nie chce. Siła nieczysta musi jednak widzieć w kobiecie te cechy, które predysponują ją do dokonywania niemożliwego. Cechy powszechnie uznawane za męskie, przynależne płciowo, w praktyce często okazują się domeną kobiet. Twardość, zdecydowanie, siła psychiczna.

Tatry są zupełnie inne od reszty polskich gór. Tamte miękko wybrzuszone, bez wyraźnie zaznaczonych szczytów, te spienione na wierzchołkach, ostre, budzące respekt, strach. Co skłoniło ludzi do próby zmierzenia się z ich graniami? Na początku, jak to zwykle bywa, potrzeba – w Tatrach w coraz to wyższe partie gór zapuszczali się kłusownicy. Jednak wraz z epoką romantyzmu na podhalańskie ścieżki zaczęli wchodzić turyści, po prostu, bez celu, dla wzbogacenia ducha o niezwykłe przeżycia. Z czasem turystyka górska nabrała bardziej sportowego charakteru, potem była obowiązkowym krokiem do gór wyższych. Dziś Tatry są dla wspinaczy także źródłem dochodów. Kiedyś dzikie i niedostępne, dziś zatłoczone, przeładowane, głośne.

Zdobycie Tatr przez kobiety to inna historia niż męski podbój tych gór. To truizm, ale bardzo smutny – kobiety poza wysokością, ekspozycją i zmęczeniem mierzyły się z nieprzychylnością panów, z atmosferą nieprzyjazną damskim wyczynom, z rolą kulturową, jaką się przypisuje kobietom.

Pierwsze potykały się o własne powłóczyste suknie i sarkastyczne docinki towarzyszy. Te późniejsze już w wygodniejszych pumpach czy nawet softshellowych spodniach wciąż mierzyły się z dyskryminacją.

Dlaczego taterniczki, a nie po prostu taternicy? Po co dzielić, kiedy można komplementarnie zebrać doświadczenia górskie wspinaczek i wspinaczy. Bo brakuje kobiecych narracji, a te są inne niż męskie. Bo wciąż jest nas w górach mało, zbyt mało, byśmy mogły opowiedzieć własną historię. Nie będzie ona lepsza ani gorsza od męskiej. Będzie inna. Nasza. Czy warto tak dzielić opowieści? Na jej męską część i herstorię? Tak. Bo nie ma obiektywnej, bezpłciowej narracji. A zazwyczaj to, co uważamy za obiektywne i obowiązujące, jest właśnie opowieścią mężczyzn – to oni mieli przez długi czas dostęp do nauki, to oni opowiadali przez książki i podania, to ich słowa wykształciły nam obraz rzeczy, zjawisk, ciągów przyczynowo-skutkowych. Dlatego dziś tak ważny jest powrót do głosów żeńskich, które opowiedzą po swojemu. A my, kobiety, nie dbałyśmy o swoje historie – duża część przedwojennych taterniczek nie pilnowała nawet, by ich wyczyny były odnotowane w annałach. To pachnie próżnością, a z tą cechą damie nie do twarzy. Także dziś, rozmawiając z wybitnymi wspinaczkami, często na początku słyszałam powątpiewanie – ale czy ja na pewno nadaję się do tego, by o mnie pisać. Wzdrygały się na określenia „kariera”, „sukces”. Część nie dała się namówić na rozmowę – niektóre nie chcą już wracać do górskiej przeszłości, od jednej usłyszałam, że kiedyś nie epatowało się tak własnymi osiągnięciami. Dziewczyny po prostu robią swoje.

Ale przecież „Nie możesz być tym, czego nie widzisz”. Do niedawna nie widziałyśmy kobiet liderek, bohaterek, strateżek, przywódczyń – co wcale nie znaczy, że ich nie było. Były, tylko nie znaliśmy ich historii. Świadectwa kobiet są niezwykle ważne, bo dopiero kiedy widzimy, że ktoś wszedł na szczyt, odebrał Nobla, przebiegł maraton, a nawet został komiksową superbohaterką, możemy zacząć marzyć, by stać się kimś takim. Każda mała dziewczynka, która zapragnie pójść tropem jednej wielkiej kobiety, to niebywały sukces i krok naprzód.

[...]

Tatrzańskie orlice

Marzena i Lida – dwie siostry, które swoją krótką, choć intensywną karierą taterniczą zdążyły mocno namieszać w środowisku taterniczym, wśród artystów i emancypantek. Siostry urodziły się w Zakopanem i były wychowywane wraz z bratem przez matkę, która wcześnie owdowiała. Obydwie od dzieciństwa chodziły po górach, ale prawdziwe wspinanie i rozwiązywanie taternickich problemów zaczęło się dla nich w 1928 roku. Dużo bardziej zawzięta była Marzena, ona szła w góry z misją. Poza tym, że chodziła, to działała i publikowała. Nie podobała się jej dyskusja o tym, czy kobiety powinny samodzielnie się wspinać.

– Bezdyskusyjnie momentem, który rozpoczął tę kobiecą przygodę z taternictwem na poważnie, są lata dwudzieste, kiedy pojawiają się siostry Skotnicówny. Oczywiście po drodze były turystki, które bardzo starały się dotrzymać kroku mężczyznom w górach. Tu warto wymienić Adę Rainal-Loriową, żonę strażnika i współzałożyciela TOPR-u Leona Lorii. Ada dotrzymywała mu kroku na najtrudniejszych wycieczkach, zarówno letnich, jak i zimowych. Później Julia Zembatowa. To była narciarka, która też chodziła na wspinaczki. I Dłuska, która niestety miała wypadek w Dolinie Strążyskiej, bo spadła i to spowodowało kalectwo. Ale to nie zamknęło drogi kobietom. Właśnie w latach dwudziestych trudne wspinaczki rozpoczęły siostry Skotnicówny. W 1929 roku Bronek Czech, Wiesław Stanisławski i Lida Skotnicówna przeszli drogę skrajnie trudną, czyli wejście północną ścianą, od Morskiego Oka na Żabiego Konia. Do dzisiaj jest to trudna droga. Jest ślisko, stromo, krucho. Inicjatorem był Bronek, a Wiesław wziął Lidę ze sobą na wspinaczkę, bo to była jego sympatia – mówi Wojciech Szatkowski.

Dzięki dziennikom wypraw obu sióstr widać, że już sezon 1928 był bardzo aktywny. Weszły między innymi z Wiesławem Stanisławskim na wschodnią grań Niebieskiej Turni i zjazd na Niebieską Przełęcz. Następnego dnia Marzena wspięła się znowu ze Stanisławskim bardzo trudną północną ścianą Żabiej Turni Mięguszowieckiej.

Przejścia kobiece Marzeny (poza tymi, które robiła z siostrą w 1928) to głównie 1929 rok. Chodziła z Lidą i inną aktywną taterniczką tamtego okresu, Zofią Galicówną. Zdobyły grań Orlej Baszty i północno-zachodnią ścianę Kozich Czub. Lida także znalazła inną partnerkę, Marię Perlberżankę, z którą zdobyła między innymi wschodnią ścianę Kościelca.

Marzena w zespole mieszanym ze Stanisławskim robiła drogi, które zostały sklasyfikowane jako skrajnie trudne. Jeden z wariantów takiego wejścia zostanie nazwany jej imieniem. Dziewczyny nie próżnowały i dzień w dzień zdobywały szlaki.

Były bardzo popularne. Marzena to podobno wielka miłość poety Juliana Przybosia. W domu Skotnicówien odbywały się narady, dokąd teraz iść, z jaką ścianą się mierzyć. Matka dziewczyn nie do końca wiedziała, na czym polegała aktywność jej córek, była jednak spokojna, bo w przygotowaniach do wypraw często brali udział doświadczeni taternicy.

Pod koniec sezonu 1929 Marzena napisała list do Roguskiej-Cybulskiej. Chciała założyć stowarzyszenie kobiet taterniczek, marzyło jej się wzajemne wsparcie, wymiana doświadczeń międzypokoleniowych. Miała dość tego, że w związkach sportowych w dyskusjach o wspinaczce wypowiadali się przede wszystkim mężczyźni. Tak jak to było w opisywanej już dyskusji Jana Alfreda Szczepańskiego ze Stanisławem Krystynem Zarembą – o tym, czy kobiety powinny być na szlakach i czy mają do tego wystarczające predyspozycje, rozmawiało dwóch panów. Starsza Skotnicówna nie godziła się na to – sama nie czuła się gorsza i nie widziała powodów, żeby tak ją traktowano.

Marzena uważała, że urodziła się co najmniej sto lat za wcześnie. Ówczesny patriotyzm nazywała szowinizmem. Przyjaźniła się z Marią Wardasówną, pionierką lotnictwa kobiet, pisarką i feministką (także podjęła próbę taterniczą, a partnerowała jej Jadwiga Pierzchalanka). Chodziła z Wardasówną do szkoły w Cieszynie. Tam została wysłana przez matkę, po interwencji Józefa Oppenheima, ratownika TOPR-u. Uważał on, że oddzielenie Marzeny od Tatr na jakiś czas dobrze jej zrobi.

Wspinaczki młodych dziewcząt (chodziły już w góry, gdy młodsza miała lat czternaście, a starsza szesnaście) budziły wśród starszych, prócz podziwu, wiele wątpliwości i zastrzeżeń. Oppenheim, który nigdy nie wtrącał się do takich spraw, tym razem uznał za stosowne rozmówić się z matką młodych taterniczek. Wychodził z założenia, że (…) drobiazg może spowodować katastrofę – czytamy w książce "W stronę Pysznej" Stanisława Zielińskiego. Jednak Marzena zwykła mawiać: „Tatry są mną, a ja jestem nimi”, i nic nie wskazywało na to, że nawet najdłuższa rozłąka z ostrymi graniami zmniejszy jej uczucie do wspinaczki.

Porywała sobą. Miała jakiś szczególny magnetyzm, który stale przybierał na sile... Jednak ten żywiołowy temperament Skotnicówny nie potrafił odnaleźć się w ustabilizowanym życiu. Ją pociągał żywioł, ryzyko, niebezpieczeństwo... Dlatego planowała nowe pionierskie przejścia w Tatrach i żyła tym na co dzień – tak o Marzenie pisała w „Taterniku” Mariola Bogumiła Bednarz.

Lida była mniej wyrazista niż starsza siostra. Nie brylowała na salonach, mimo że ciekawa, inteligentna, w towarzystwie była milcząca i wycofana. Jednak w górach przechodziła całkowitą metamorfozę i zmieniała się w radosną, pogodną dziewczynę. Podobno wspinała się lepiej od Marzeny, co zresztą Marzena w swoich dziennikach przyznaje.

Szóstego października 1929 roku Marzena i Lida szły po historyczny wyczyn. Zamierzały w kobiecym składzie zdobyć południową ścianę Zamarłej Turni. To miejsce owiane złą legendą, określane jako ucieleśnienie (a dokładniej „uskalnienie”) szatana. Wydarza się tragedia.

Księga wypraw ratunkowych Mariusza Zaruskiego i Józefa Oppenheima tak odnotowuje ten wypadek: Lida Skotnicówna, wspinając się południową ścianą Zam. Turni, odpadła od skały w kominie poniżej II trawersu, pociągając za sobą asekurującą siostrę Marzenę.

Z kolei Michał Jagiełło w Wołaniu w górach relacjonuje: Stało się to na oczach kolegów, wybitnych wspinaczy – B. Czecha i J. Ustupskiego – bezsilnych świadków dramatu. Lida odpadła od ściany pierwsza. Wiadomo, że zderzyły się głowami w locie. Zginęły tragicznie.

– Dziewczyny uwzięły się na Zamarłą Turnię. I pewnie udałoby się im, gdyby nie zawiódł karabinek. Prawidłowo założony karabinek nie powinien się rozgiąć. Ich wypadek spowodował straszną traumę w środowisku. Skotnicówny wspinały się bardzo szybko, podobno w trakcie feralnej próby dotarły do innego wspinacza i Lida go jeszcze poczęstowała cukierkami. On wspinał się z Bronkiem Czechem. Kluczowe trudności na Zamarłej są wyżej. Przynajmniej wtedy, na klasycznej drodze Henryka Bednarskiego. Lida doszła do słynnego miejsca, gdzie jest lekka przewieszka, i nie dała rady – odpadła, pociągnęła za sobą siostrę. Ta nie była tak mocna, by utrzymać takie szarpnięcie. Było ono tak potężne, że wyrwało karabinek, który się rozgiął, i dziewczyny zginęły. Józef Oppenheim, naczelnik TOPR-u, miał bardzo niewdzięczną rolę, musiał ich matce przekazać informację o śmierci córek. Po tym wydarzeniu ściana Zamarłej obrosła w legendę jako dzika droga, która zabija. Tym bardziej że wcześniej i później były kolejne wypadki. Zginął Szczuka, Leporowski na filarze Koziego Wierchu. W muzeum mamy straszną fotografię, jak Skotnicówny leżą na ziemi związane liną. Ktoś im wtedy zrobił zdjęcie. Obydwie były śliczne, miały niebywały talent – opowiada Wojciech Szatkowski.

Śmierć Skotnicówien to woda na młyn dla publicystów – zwłaszcza tych, którzy uważają, że samodzielne kobiece taternictwo jest bezsensowną brawurą. Siostry stają się pięknym symbolem niepowetowanej straty, przedwczesnej śmierci, która wcale nie musiała nastąpić. Młode, piękne, kruche – powstają o nich wiersze i powieści. Z aktywnych i silnych taterniczek na powrót wróciły tam, gdzie wciąż kobieta wyglądała lepiej – do roli kruchej i pięknej kobiety. Publicyści zaś dają ujście swoim poglądom na łamach prasy. Jadwiga Roguska-Cybulska pisze odezwę "Do młodych taterniczek", Roman Kordys w „Taterniku” z 1929 roku nie przebiera w słowach: Kobieta – która o ile nie jest weiningerowskim typem męskim, czy półmęskim, odzianym przez niezbadaną tajemnicę Stwórcy w ciało niewieście – nie ma nic do powiedzenia w taternictwie i nigdy „rasowym” taternikiem nie będzie, tak jak nie może być myślicielem, wodzem czy wynalazcą, ale która, jak nikt inny na świecie, odczuwa i chłonie przepotężny urok męskiego czynu.

Z kolei Wanda Gentil-Tippenhauer, malarka i znawczyni Tatr, w swoim niewydanym maszynopisie SOS w Tatrach formułuje bardzo mocne osądy: Śmierć młodziutkich Skotnicówien przy próbie przejścia południowej ściany Zamarłej Turni była tragicznym następstwem tych niewczesnych kobiecych ambicji, podsycanych przez najmłodszych taterników.

Rok po wypadku odnalazły się na ścianie lina i rozgięty karabinek. Obydwie siostry zawiódł wadliwy sprzęt, nie brak umiejętności.

Skotnicówny zostawiły po sobie wyrwę, którą próbowali zapełnić pisarze i poeci. Julian Przyboś, którego uczucie do 10 lat młodszej uczennicy Marzeny Skotnicówny wywołało ogromny skandal obyczajowy, nie był w stanie napisać nic przez rok od wypadku na Zamarłej Turni. Opłakał swoją miłość w wierszu Z Tatr.

Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem, uciszę, lecz – Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr. To zgrzyt czekana, okrzesany z echa, to tylko cały twój świat skurczony w mojej garści na obrywie głazu; to – gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt. Na rozpacz – jakże go mało! A groza – wygórowana! Jak lekko turnię zawisłą na rękach utrzymać. i nie paść, gdy w oczach przewraca się obnażona ziemia do góry dnem krajobrazu, niebo strącając w przepaść! Jak cicho w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą.
 

Agata Komosa-Styczeń, 'Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie', wydawnictwo Prószyński i S-ka. Agata Komosa-Styczeń, \"Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie\", wydawnictwo Prószyński i S-ka.

  1. Zdrowie

Kobiece miejsca intymne - jak się o nie zatroszczyć?

Joni to kwintesencja kobiecości, wartość, nie wstyd. (Fot. iStock)
Joni to kwintesencja kobiecości, wartość, nie wstyd. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Joni – symbol żeńskich narządów płciowych, przedstawiany w hinduskich świątyniach w kształcie kwiatu, trójkąta lub romboidalnego owalu. Przed wiekami otaczany czcią. A dziś?

Medycznie brzmiąca „wagina”, biblijne „łono”, pieszczotliwie – „muszelka”? Jak mówić o „kwiecie swojego sekretu”? I czy w ogóle jakoś go nazywać? Problemu z terminologią okolic intymnych do tej pory nie rozwiązali ani teoretycy języka, czyli językoznawcy, ani praktycy, czyli pisarze. Wszystkie znane w języku polskim określenia są albo zbyt medyczne, albo zbyt dziecinne, albo zbyt wulgarne, ewentualnie zbyt poetyckie. Jakoś nie udaje się uchwycić sensu w jednym trafnym słowie. Czyżby tabu nadal obowiązywało?

Zdaniem psychologów i terapeutów winny naszemu zawstydzeniu w mówieniu, a nawet myśleniu o – nazwijmy ją jednak Joni – jest trening czystości, jaki przeszłyśmy w dzieciństwie, czyli krytyka, a nawet kary w przypadku zbyt długotrwałego moczenia się, zawstydzanie dziewczynki, nauka, że „te miejsca” są „fe”, wstydliwe, należy je ukryć, a najlepiej w ogóle zapomnieć o ich istnieniu. Dziewczęta tak wychowywane nie tylko rzadziej myślą czy mówią o swoich narządach płciowych, ale też zmagają się z niejednym problemem fizycznym: ich waginy bywają „zaciśnięte”, jakby odcięte od reszty ciała, a to powoduje na przykład brak satysfakcji w seksie.

– A także napięcia mięśniowe, odczuwane w postaci bólu w trakcie kontaktu intymnego, podczas oddawania moczu czy zaburzenia czucia w okolicy warg sromowych – dodaje Jacek Sobol, terapeuta manualny. – Napięcie mięśniowe w miednicy małej jest ściśle powiązane z ogólnym napięciem układu nerwowego, a to skutkuje na przykład brakiem koncentracji, rozkojarzeniem czy bólami głowy.

Jeśli więc nie byłaś szczęściarą, której rodzice jako kilkulatce z pełną radością robili zdjęcia na golasa i po dziś dzień pokazują z upodobaniem, jak piękna byłaś w całości, a Joni najbardziej – możesz czuć się zakłopotana, nawet czytając ten artykuł. I z pewnością przyda ci się myśl, że Joni to kwintesencja kobiecości, wartość, nie wstyd. Lecz, gdyby przyszło ci do głowy popaść w drugą skrajność, to, aby nie było na nas, ostrzegamy: co prawda erotyczna bielizna, modna fryzura intymna czy uwodzicielski kolczyk to zdaniem wielu atrybuty nowoczesnej, wyzwolonej seksualnie kobiety; intrygująca przeciwwaga do ciepłych majtek, naturalnego owłosienia – ale jednak nie eksperymentujmy wbrew sobie. I miejmy pełną świadomość, że strefy intymne kobiety w wydaniu, w jakim stworzyła je natura, zasługują na adorację również bez poprawek. I że innowacje, na które mamy ochotę, nie szkodzą tym wrażliwym rejonom.

Troskliwa pielęgnacja

Skóra okolic intymnych to najdelikatniejsze miejsce ciała. Jej pH ma odczyn kwaśny (około 4,5), a to oznacza, że klasyczne mydło o odczynie zasadowym może niszczyć naturalny płaszcz ochronny. Specjalny płyn do higieny intymnej nie jest więc kolejnym wynalazkiem, który próbują ci wcisnąć specjaliści od marketingu. Jak go wybrać? Czytaj opisy na opakowaniach. Na liście składników czołowe miejsce powinien zajmować kwas mlekowy, który działa grzybobójczo i przeciwzapalnie (podobnie jak wyciąg z rumianku, nagietka czy macierzanki). Z kolei alantoina, wyciąg z lukrecji czy prowitamina B5 to najlepsi sojusznicy w zapobieganiu podrażnieniom. A preparat, który pomaga uniknąć nieprzyjemnej suchości, powinien mieć w składzie natłuszczającą lanolinę, glicerynę albo oleje roślinne. Furorę robią też probiotyki, bezkonkurencyjne w utrzymywaniu w ryzach mikroflory bakteryjnej. Preparat z ich dodatkiem warto sobie sprawić zwłaszcza podczas kuracji antybiotykowej.

Ważna jest bielizna, którą nosisz

Powinna być uszyta z „oddychających” materiałów, a najlepiej po prostu z bawełny. Szorstkie koronki czy wpijające się stringi mogą niepotrzebnie podrażniać wrażliwą strefę intymną. Anna Ulman, lekarz medycyny, specjalista ginekologii i położnictwa, odradza noszenie stringów na co dzień. Podobnie ostrożnie odnosi się do całkowitej depilacji włosów łonowych.

– Z punktu widzenia medycyny nadmierne owłosienie łonowe nie jest wskazane – tłumaczy. – Zatrzymuje resztki bakterii, co może powodować stany zapalne, odparzenia. Jednak całkowite pozbawianie się włosów także nie jest korzystne, gdyż pełnią one rolę warstwy ochronnej pomiędzy bielizną a ciałem.

Zdaniem Desmonda Morrisa, autora książki „Naga kobieta”, ów „welon natury” jest ważnym sygnałem wizualnym. W czasach, gdy chodziliśmy po świecie w strojach Adama i Ewy, wskazywał, że pod względem seksualnym kobieta jest już dojrzała. Widoczne owłosienie łonowe wzmacniało reakcję seksualną mężczyzny, a jego brak ją blokował. Zdaniem seksuologów działa ono także jak amortyzator oddzielający skórę mężczyzny od skóry kobiety podczas energicznego stosunku seksualnego.

Dziś modna jest tzw. braziliana, czyli całkowite usunięcie włosów. Choć może być seksowna i dodawać pewności siebie, to korzystna dla strefy intymnej nie jest. Dlatego lepiej wybrać mniej radykalne usuwanie owłosienia i poddać się mu w salonie kosmetycznym, woskiem, nigdy golarką. Zapobiegniesz wrastaniu włosków, krostkom i stanom zapalnym.

Wagina jako źródło siły

Pod takim tytułem prowadzone były warsztaty w ramach działalności portalu Seksualność Kobiet. Na zajęcia przychodziły kobiety w różnym wieku, od maturzystek po panie po pięćdziesiątce.

– Podczas spotkań zajmujemy się historią kobiecej seksualności, postrzeganiem narządów płciowych na przestrzeni wieków, legendami, mitami, czyli odczarowywaniem wagin – mówi Voca Ilnicka, założycielka portalu. – Oglądanie waginy w lusterku, jedno z ćwiczeń „do wykonania” w intymnym zaciszu domowym, oswaja z fizycznością. Kobieta bywa zaskoczona tym, co ujrzy. Pojawić się mogą silne emocje: niechęć, zaciekawienie, a nawet radość i zachwyt.

Kobiety, które zdecydowały się tego doświadczyć, twierdzą, że oswajają się z widokiem najintymniejszych części swojego ciała, poznają indywidualną budowę. Jeśli miały wcześniej problem z zaakceptowaniem siebie w całości, mogą to zmienić. Zaczynają myśleć: „każda część ciała warta jest szacunku, jest mną”. Niby żyjemy w czasach bez tabu, a jednak sporo kobiet wciąż myje intymne rejony pospiesznie i z zawstydzeniem, nie chce też by partner całował te miejsca lub dotykał.

– O seksie nauczyliśmy się już rozmawiać – tłumaczy Voca Ilnicka. – Jakie techniki preferujesz, czy stosujesz antykoncepcję, jak możesz zadowolić partnera – na takie rozmowy mamy większe przyzwolenie. Czasem przyjmuje to nawet postać dyktatu, nie przyznamy się do niechęci. Ale seksualność to nie tylko to, co dzieje się w sypialni. Oswajanie miejsc intymnych to ważny element kobiecej świadomości. Można przecież depilować je zgodnie z najnowszymi trendami, ozdabiać piercingiem, a jednocześnie odrzucać tę część ciała. Wtedy, mimo pozorów, trudno będzie czerpać radość z seksu i miłości – kwituje.

Poniżej ćwiczenia na rozluźnienie napięć i ukrwienie okolic intymnych

1. Połóż się na plecach, zegnij nogi w kolanach, stopy oprzyj na ziemi. Ręce połóż w okolicy podbrzusza. Biorąc wdech, podciągnij dłońmi brzuch do góry. Następnie połóż dłonie nad pępkiem i przy wydechu spychaj brzuch w dół. Wykonaj te ruchy kilkanaście razy. Poczuj, jak twoje ciało reaguje na ten masaż.

2. Rozszerzona wersja tego ćwiczenia – na wydechu nie spychaj brzucha w dół, zostaw ręce w punkcie, do którego podciągnęłaś go przy wdechu. Przy kolejnym spróbuj podciągnąć go jeszcze wyżej, przy wydechu nie rób nic. Kiedy poczujesz, że brzuch nie chce się już wyżej podciągnąć, przy wydechu popchnij go dłońmi w dół.

3. Stań w rozkroku. Prawą nogę ugnij w kolanie, lewą trzymaj wyprostowaną, przykucnij. Nie skręcaj miednicy, patrz prosto przed siebie. Poczuj mięśnie wewnętrznej strony lewego uda. Następnie zmień nogi. Wykonaj to ćwiczenie kilka razy.

Źródło: Specjalistyczna Poradnia Rehabilitacyjna ORTO

  1. Seks

Nie wstydźmy się seksualnych pragnień - skąd się biorą zahamowania u kobiet?

Często zapominamy, że kobieca i męska seksualność powinny być na równych prawach. (fot. iStock)
Często zapominamy, że kobieca i męska seksualność powinny być na równych prawach. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Najsilniejszy impuls w kierunku orgazmu da nam zmiana, do której musi dojść w głowie. Zadowalanie innych kosztem własnej przyjemności to pułapka, w którą wiele z nas wpada – pisze Marja Kihlström w swojej książce „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko.”

Najsilniejszy impuls w kierunku orgazmu da nam zmiana, do której musi dojść w głowie. Zadowalanie innych kosztem własnej przyjemności to pułapka, w którą wiele z nas wpada – pisze Marja Kihlström w swojej książce „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko.”

W wierzeniach związanych z seksualnością kobiece żądze wciąż pozostają na marginesie lub są podporządkowane przyjemności mężczyzny, a kobieta aktywna seksualnie przedstawiana jest jako nimfomanka. Psychoanalityczka Elina Reenkola trafnie wykorzystuje przykłady z „Kalewali” i „Metamorfoz” Owidiusza we własnej książce „Lumoavan pelottava nainen” (z fin. „Czarująco potworna”). Bohaterka „Kalewali” Louhi jest kobietą zmysłową, nierządnicą, często opisywaną jako brzydka, bezzębna, okrutna wiedźma. Reenkola rozważa, czy Louhi – podobnie jak Meduza w mitologii greckiej – mogła być z początku piękną panną, na którą ze względu na podejście do seksualności rzucono zaklęcie brzydoty. W poemacie Owidiusza Meduza współżyła z bogiem morza Posejdonem, czym rozwścieczyła Atenę, która następnie zamieniła jej złote włosy w węże. Kobiecą seksualność przez wieki postrzegaliśmy jako nieokiełznaną siłę i niebezpieczeństwo. Chcieliśmy ją ujarzmić i ograniczyć.

Na pewno niejedna kobieta, która miała wielu partnerów seksualnych, na jakimś etapie życia doświadczyła poczucia winy – całkowicie niepotrzebnie. Nie tylko historia, ale i współczesne społeczeństwo mogą umacniać dawne stereotypy – w wypowiedziach niektórych mężczyzn chętne kobiety regularnie przedstawiane są jako przerażające, narzucające się. Z pewnością wiele z nas przyzwyczaiło się już do wyrażeń typu „dziwka” czy „puszczalska”. Najlepiej puszczać to wszystko mimo uszu. Na szczęście większość mężczyzn ceni u kobiet aktywność seksualną. Pożądanie i przyjemność kobiety to czynniki, które tworzą ramy długich, szczęśliwych związków, a życiu w pojedynkę nadają radosny pęd. Kobieta ma pełne prawo do ochoty na seks i żądania przyjemności; jej cielesność jest całkowicie równa cielesności mężczyzny.

- Chciałabym, żeby kobiecy orgazm i pożądanie były bardziej eksponowane; żeby i o jednym, i o drugim rozmawiano otwarcie, bez obaw o napiętnowanie. Często mam wrażenie, że ze swoimi pragnieniami nie mieszczę się w ciasnych ramach, w które społeczeństwo wciska kobiecą seksualność. To frustrujące. Kobiecy orgazm niepotrzebnie jest tematem tabu, a jeśli nawet nie tabu, to przynajmniej czymś, co wzbudza ogólną konsternację. My też chcemy dojść, i to bardzo - zaznacza 25-letnia kobieta.

Kiedy badamy własną seksualność, niechybnie natykamy się na uczucia wstydu, winy, strachu i wewnętrznej blokady, które w którymś momencie z nią powiązaliśmy. Negatywne emocje mogą się w nas rozwinąć w bardzo wczesnym wieku albo znacznie później. Kiedyś na plaży zwróciłam uwagę na matkę i jej okołoroczne maleństwo. Dziewczynka siedziała zadowolona na ręczniku bez pieluchy i z ciekawością badała rączkami swoją waginę. Zauważywszy to, matka zbeształa ją mocnymi słowami, kazała zabrać stamtąd ręce, a potem szybko ubrała w pieluchę i kostium kąpielowy.

To dobry przykład tego, jak wcześnie mogą się zrodzić związane z seksualnością lęki i zahamowania. Strofując córkę, matka powiązała dotykanie siebie z czymś złym i wstydliwym, czego małe dziecko nie jest jeszcze w stanie zrozumieć – dla niego wszystkie części ciała są tak samo cenne i interesujące. Jeśli takie sytuacje będą się powtarzać, to seksualny rozwój dziecka może ulec zaburzeniu.

Pewna klientka opowiedziała mi kiedyś, jak w wieku szkolnym odkryła tajemnicę przyjemności płynącej z masturbacji, ocierając się o prześcieradło. Podniecenie i orgazm całkowicie ją zafascynowały. Pewnego dnia do jej pokoju w najmniej odpowiednim momencie weszła matka. To, co zobaczyła, bardzo ją rozgniewało, zaczęła krzyczeć, wyzywać dziewczynkę od brudnych i zabroniła jej kiedykolwiek robić to jeszcze raz w jej domu. Sytuacja wywołała w dziewczynce ogromny dyskomfort, wstyd i poczucie winy. Od tej pory masturbowała się już tylko, gdy miała pewność, że jest sama w domu – jednak nawet wtedy czuła się brudna, a w jej głowie pobrzmiewały echa słów matki.

Nawet jednorazowy epizod w życiu młodej osoby może nabrać dużego znaczenia. Ten przypadek analizowałyśmy na terapii z klientką, kiedy była już dorosła. W okresie dojrzewania tak czy inaczej jesteśmy bardzo uwrażliwieni – hormony przejmują kontrolę nad naszym umysłem, a ciało zmienia się bardzo szybko. To sprawia, że z dużo większą łatwością niż na innych etapach życia możemy się poczuć niewystarczający.

Czasami najboleśniejsza krytyka spotyka nas ze strony naszych partnerów. Na przykład, obniżone libido może zostawić głęboką ranę na seksualnej samoocenie kobiety, o ile nie będzie miała z kim o tym porozmawiać. Ciało kobiety może też zostać skrytykowane w okrutny sposób, kiedy między dwojgiem ludzi pojawia się przemoc fizyczna.

To bardzo ważne, żeby każda z nas rozpoznała, gdzie leżą jej własne granice i odważyła się ich bronić. Kiedy druga osoba je narusza, może nas to zranić dużo głębiej niż mogłybyśmy przypuszczać. Na pewno nie warto na to pozwalać tylko po to, żeby sprawić komuś przyjemność. Nawet w związkach nie zawsze trzeba zgadzać się na seks wyłącznie dlatego, że chce go druga osoba. Chęć zadowolenia partnera może jednak tkwić bardzo głęboko w nas. Praca nad oduczeniem się pewnych nawyków może zająć dużo czasu – a nawet wymagać terapii.

Najważniejsze, żebyśmy nauczyły się dwóch słów: tak i nie. Czas rozprawić się z mitami mówiącymi o tym, jaka ma być „prawdziwa” kobieta. My też możemy być aktywne i chętne, mamy prawo powiedzieć „tak” bez strachu, że zostaniemy posądzone o rozwiązłość. Jeśli mężczyzna nie może zaakceptować silnej seksualnie kobiety, to jego problem. Kobiety mają prawo do równej pozycji w sprawach intymnych i nie muszą nikomu się podporządkowywać. Jeśli kobieta chce cieszyć się dynamicznym życiem seksualnym z wieloma partnerami, to jest jej wybór. Sytuacje, które opisałam powyżej, prędzej czy później doprowadzą do tworzenia się wewnętrznych blokad, które wpłyną na nasze pożycie negatywnie.

- Pamiętam, że raz, kiedy kochaliśmy się  „na łyżeczki”, pomyślałam, jak to dobrze, że partner nie może w tej pozycji dostrzec, jak z bólu zagryzam zęby. Do dziś nie wiem, dlaczego tego nie zatrzymałam – wspomina 20-letnia kobieta.

„Tak” warto wypowiedzieć na głos, kiedy pragniemy seksu z drugim człowiekiem. Natomiast słowo „nie” może przydać się wielu kobietom już po tym, kiedy się na seks zdecydują. Z dbałości o własne granice i przyjemność, powinnyśmy umieć zakomunikować partnerowi, że czegoś nie chcemy, że coś sprawia nam ból lub po prostu – że chcemy zakończyć grę.

Fragment pochodzi z książki „Daj sobie prawo do przyjemności”. Jeśli masz poczucie, że w twojej sferze seksu jest wiele blokad i ograniczeń i nie potrafisz czerpać satysfakcji ze swojej seksualności – ta książka może być dla ciebie.

  1. Moda i uroda

Celebracja siły i piękna kobiet. Wyjątkowa współpraca marki Patrizia Pepe

Grafika autorstwa Ache77, ulicznego artysty, wykonana dla marki Patrizia Pepe. (Fot. materiały prasowe)
Grafika autorstwa Ache77, ulicznego artysty, wykonana dla marki Patrizia Pepe. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Patrizia Pepe po raz kolejny wyraża swoją pasję do świata sztuki i kultury. Tym razem w ramach specjalnej współpracy z Ache77, młodym ulicznym artystą, znanym ze swojego współczesnego podejścia do techniki sitodruku, którą łączy z różnymi materiałami i powierzchniami.

Ache77 to czołowy przedstawiciel Galerii Street Levels. W swojej artystycznej interpretacji oddał charakter i cechy osobowości kobiety Patrizii Pepe. Jego grafika została zaprezentowana na oficjalnych kanałach społecznościowych marki. Tym samym Patrizia Pepe celebruje siłę i piękno kobiet, to właśnie im poświęca nowe przesłanie dotyczące jedności i samoświadomości, które powstało z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Patrizia Pepe (@patriziapepe)

Jak mówi Ache77: „Chciałem ukazać w oczach tej kobiety duszę tych, które uwielbiają obserwować, a jednocześnie są silne i odważne. Ludzie patrzą na nią i w intensywności tego spojrzenia rozpoznają kobietę, która jest świadoma siebie i nie boi się pokazać swojej odwagi. To przesłanie do wszystkich kobiet: nie bójcie się patrzeć na rzeczy, nie bójcie się pokazywać swojej siły!".

Grafika została zrealizowana w ramach szerszego projektu, którego celem jest wsparcie artystów w tym szczególnie trudnym okresie. To już kolejna tego typu współpraca, która podkreśla związek marki ze sztuką i regionem, z którego pochodzi. Dodatkowo Patrizia Pepe przekazała darowiznę na rzecz Galerii Street Levels, współzałożonej i promowanej przez Ache77 we Florencji.

- Oczy są ważnym elementem komunikacji niewerbalnej, za ich pośrednictwem możemy powiedzieć lub ukryć wiele różnych nastrojów. W tak ważnym dniu pragnę przekazać wszystkim kobietom, przesłanie bliskości i siły zawarte w jednym spojrzeniu - mówi  Patrizia Bambi, dyrektor kreatywna marki Patrizia Pepe.

  1. Materiał partnera

Czy można opóźnić klimakterium?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jeżeli słowo menopauza przywodzi nam na myśl głównie uderzenia gorąca, wahania nastroju czy problemy z nadwagą, oraz jeżeli obawiamy się tego szczególnego okresu w naszym życiu – już teraz powinnyśmy dowiedzieć się o nim czegoś więcej.  Okazuje się bowiem, że moment pojawienia się klimakterium można opóźnić. Wiemy, że jest to możliwe, a jednocześnie nieskomplikowane. W tym przypadku nasze dobre samopoczucie powinno być dla nas priorytetem.

Czym właściwie jest okres przekwitania?

Pojawiająca się u kobiet menopauza sprawia, że organizm dąży do zakończenia okresu płodności. Klimakterium to proces naturalny i potrzebny. Niestety jest on też często bardzo niekomfortowy, a nawet uciążliwy – zwłaszcza że objawy nie znikają po kilku miesiącach. Chociaż ustaje menstruacja, to początkowo krwawienia występują nieregularnie. Najczęściej wymieniane symptomy przekwitania to uderzenia gorąca, bóle głowy i mięśni, kołatanie serca, wahania nastroju, zmęczenie, a nawet nieuzasadniony niepokój. Jeżeli objawy te są dla nas zbyt trudne do tolerowania, to powinniśmy skontaktować się z lekarzem – najlepiej z ginekologiem.

Kiedy pojawia się klimakterium?

W zależności od organizmu – klimakterium może pojawić się w różnym wieku. Zazwyczaj mówi się, że menopauza ujawnia się między 45. a 55. rokiem życia. Jeżeli jej objawy zauważymy znacznie wcześniej – powinniśmy niezwłocznie skontaktować się z lekarzem pierwszego kontaktu albo specjalistą, ponieważ jest to niepokojąca reakcja organizmu. Czasami przekwitanie zaczyna się wcześniej właśnie ze względu na złą kondycję naszego organizmu. Warto reagować od razu. Ile natomiast może trwać okres klimakterium i towarzyszące mu uderzenia gorąca? Tutaj również ciężko o jednoznaczną odpowiedź, ale zakłada się, że około 10 lat.

Co zrobić, aby opóźnić klimakterium?

Podstawowe pytanie, które często słyszą lekarze (zwłaszcza ginekolodzy), dotyczy tego, czy istnieje sposób na odłożenie w czasie okresu przekwitania. W końcu jest to moment, kiedy kobieta przestaje być płodna i w którym przyspieszają procesy starzenia. Okazuje się, że w pewnym stopniu mamy wpływ na to, jak wcześnie zacznie się menopauza. W dużej mierze zależne jest to od naszego stylu życia – zdrowe odżywianie, regularne uprawianie sportu, nawadnianie organizmu i zrezygnowanie z używek daje najlepsze rezultaty.

Ważne także, aby regularnie się badać oraz w razie potrzeby rozpocząć kurację hormonalną. Dzisiejsza medycyna znacząco się rozwinęła, dlatego lekarze mają możliwość pomóc pacjentkom przetrwać ten trudny czas. Specjalista na pewno zaleci nam jednak przede wszystkim zmianę diety na taką, która zawiera najważniejsze składniki odżywcze – ich niedobory pojawiają się podczas klimakterium.

Warto pamiętać, że podczas menopauzy nasza gospodarka hormonalna nie działa należycie – stąd też pojawiają się problemy z częstym przybieraniem na wadze, a nasza cera staje się mniej napięta i przesuszona. Zmarszczkom możemy natomiast przeciwdziałać poprzez stosowanie właściwych kosmetyków zawierających w składzie m.in. kwas hialuronowy czy koenzym Q10.