1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Prosty sposób na udany seks - do zastosowania od zaraz!

Prosty sposób na udany seks - do zastosowania od zaraz!

Seks karmi, daje radość i jest wyrazem uczuć. (Fot. iStock)
Seks karmi, daje radość i jest wyrazem uczuć. (Fot. iStock)
Karmi, daje radość i jest wyrazem uczuć. Co możemy zrobić na co dzień, by doświadczyć takiego właśnie seksu? Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o pięciu filarach udanego życia seksualnego.

Karmi, daje radość i jest wyrazem uczuć. Co możemy zrobić na co dzień, by doświadczyć takiego właśnie seksu? Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o pięciu filarach udanego życia seksualnego.

Czas

Chodzi o moment w ciągu dnia, w którym odcinamy się od obowiązków i zajmujemy się tylko sobą nawzajem. O czas na bliskość. Jeszcze nie na bliskość seksualną, ale na bycie razem. Bo intymność buduje się wtedy, kiedy jesteśmy blisko siebie. Kiedy mamy czas ze sobą porozmawiać, posłuchać muzyki, ponudzić się albo pójść razem do kina czy zjeść kolację. Od tego zaczyna się budowanie intymności.

Kolejny element, który jest nam potrzebny, to czas na to, żeby uprawiać seks bez pośpiechu. Żebyśmy nie powtarzali ciągle „szybkiego numerka”. Takie urozmaicenie, od czasu do czasu, niektórym parom wydaje się bardzo atrakcyjne, ale jako stały sposób uprawiania miłości powoduje oddalenie.

Następna ważna determinanta to czas, który mężczyzna poświęca kobiecie. Seksualność kobiety jest tak uwarunkowana, że potrzebuje ona odpowiednio serwowanych pieszczot, żeby osiągnąć optymalny poziom podniecenia. Skracanie tych pieszczot na rzecz szybszej penetracji powoduje u kobiety duży dyskomfort i uniemożliwia uzyskanie satysfakcji. Mężczyzna powinien poświęcić okolicom erogennym partnerki tyle uwagi, ile ona potrzebuje do osiągnięcia orgazmu.  I jest jeszcze czas po seksie, kiedy nie odwracamy się do siebie i nie zasypiamy, stykając się pośladkami, tylko dopieszczamy się. Mamy wtedy czas na przytulanie, rozmowę, na to, żeby jeszcze obdarzyć się czułością. Chodzi przecież o to, żeby być razem przed, w trakcie i po.

Ciało

Aktywność seksualna jest nierozerwalnie związana ze sferą cielesności. Zatem podstawową rzeczą, która wiąże się z prowadzeniem udanego życia seksualnego, jest umiejętność dbania o nasze ciało.  Ciało jest usiane okolicami erogennymi. Wiedza o ich rozmieszczeniu u partnera lub partnerki wiąże się z tym, czy będziemy potrafili je odszukać, aby obdarzyć właściwymi pieszczotami. Zdecydowanie częściej to mężczyźni nie znają kobiecego ciała i uznają łechtaczkę za tak samo abstrakcyjny organ jak grasica. O jednym i drugim narządzie wiedzą, że gdzieś jest, ale... gdzie? A jeżeli nie wiedzą, do czego służy łechtaczka, nie wiedzą, jak należy ją pieścić i nie poświęcają jej należytej uwagi. I przez to partnerka nie przeżyje spełnienia.

Kobiety najczęściej wkraczają w dorosłe życie seksualne w stanie nierozbudzenia erotycznego. Dopiero zebranie odpowiedniej liczby pozytywnych bodźców seksualnych przyczynia się do ich rozwoju seksualnego. Dopóki do tego nie dojdzie, kobieta nie pozna, co to jest orgazm i nie będzie miała pozytywnego nastawienia do seksualności. Pamiętajmy też o tym, że wraz z upływem czasu nieuchronnie się starzejemy, a co za tym idzie, ciało się zmienia. Umiejętność dbania o nasz wygląd zewnętrzny wpływa na to, jak druga strona nas odbiera. Jeśli nie przykładamy wagi do naszego wyglądu, bledniemy w oczach partnera.

Uważność

Wiąże się przede wszystkim z umiejętnością odbierania pozawerbalnych sygnałów, jakie wysyła nam ciało partnera. Nie zawsze potrafimy wyrazić słowami nasze potrzeby. Słowa ze względu na obezwładniający wstyd, wynikający z negatywnego socjalizowania seksualności, mogą nieść nieprawdę. Dlatego trzeba uważać, co komunikuje ciało, kiedy jest przez nas pieszczone. I nie należy co pięć minut się dopytywać: „dobrze ci?”, „dobrze to robię?”, tylko patrzeć, gdzie pojawiają się napięcia, jak ciało się układa i jak reaguje na nasze pieszczoty. A może nie ma żadnej reakcji? Albo są reakcje przeciwne do naszych zamierzeń? Bo ciało może się odsuwać, „uciekać”, jeżeli pieszczoty są nieprzyjemne czy wręcz bolesne.

Jeżeli mężczyzna jest egocentrykiem, skupionym tylko na własnych doznaniach, może mieć problem z odbiorem informacji pozawerbalnych. I odwrotnie – jeżeli kobieta oddaje się mężczyźnie, uważając, że to on musi sobie z jej ciałem poradzić, sama nie zwracając uwagi na to, czy ją pewne rzeczy cieszą czy nie, to też wykazuje brak uważności. W obu przypadkach seks nie będzie na dobrym poziomie. Wszelkie przejawy seksualności wynikają z cech osobowości. Jeżeli nie będziemy pracowali nad empatią i komunikacją w łóżku, poniesiemy klęskę.

Świadomość

Wiele osób jest nieszczęśliwych w swoich związkach i nawet nie ma tego świadomości. Wynika to z procesu socjalizacji seksualności, w którym kobiecie lub mężczyźnie przypisywano określone role. Role, które muszą wypełnić wobec obecnej rodziny i później wobec własnych dzieci. Nie mają świadomości, że liczy się to, w jaki sposób swój związek zbudują. Mogą być sobie zupełnie obcy i nie zwracać na siebie uwagi. Mogą nawet czuć się z tego powodu nieszczęśliwi, ale uważać, że na więcej nie zasługują albo że wszystkie związki tak wyglądają. Dlatego warto nieustannie zadawać sobie pytania: Czy wiem, co chcę wnieść do swojego związku i co otrzymać? Czy dostaję to, czego pragnę? Czy jestem szczęśliwa?

Świadomość wiąże się z wiedzą i z edukacją. Ludzie o niższej świadomości nie chcą niczego zmieniać ani ofiarować drugiej stronie. Niski poziom edukacji przekłada się na niski poziom świadomości i niskie poczucie sprawczości, że coś mogę zmienić. Para może pracować nad swoją edukacją erotyczną, czytając książki lub oglądając filmy, pod warunkiem że obydwoje mają świadomość, że chcą dokonać jakiejś pozytywnej zmiany. Albo mają świadomość, że u innych jest lepiej i oni chcieliby osiągnąć podobny poziom rozwoju, brakuje im wprawdzie pewnej wiedzy, ale chcieliby te deficyty zmienić. Potrzeba jednak czasu, żeby pojawiła się w nas taka chęć zmiany. Pewne procesy muszą zachodzić powoli, ewolucyjnie, nie rewolucyjnie.

Rytuały

Pomagają zbudować niepowtarzalny klimat związku – są to czytelne sygnały i zachowania, które pomagają budować erotyczny stan podniecenia i stanowią zaproszenie do seksu. Dzięki nim wiemy doskonale, czego możemy po sobie oczekiwać i co możemy zrobić, żeby było nam lepiej.  Każdy związek tworzy swój własny, jedyny i niepowtarzalny język erotyczny, którym posługuje się tylko tych dwoje partnerów i który budują przez lata. Na ten język składają się określone rytuały. Dla jednych może być to wspólna kąpiel, dla innych wzajemne karmienie się albo masaż erotyczny olejkiem.

Rytuały wiążą się ze wszystkimi poprzednimi pojęciami. Ciało jest wpisane w rytuał. Czas jest potrzebny na to, żeby rytuał przeprowadzić od początku do końca. Potrzebna jest też świadomość tego, co robimy. Oraz uważność, żeby rytuał nie stał się nawykiem.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Rozbudź swoją energię seksualną

Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. (Fot. iStock)
Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak się rozluźnić i przestawić na tryb bliskości i czułości, gdy wracamy po całym dniu spięci i usztywnieni? Czy gra wstępna zawsze musi prowadzić do orgazmu? I jakie pieszczoty przynoszą najwięcej rozkoszy? Doktor Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o sposobach na rozbudzanie energii seksualnej.

Jak się rozluźnić i przestawić na tryb bliskości i czułości? Czy gra wstępna zawsze musi prowadzić do orgazmu? Jakie pieszczoty przynoszą najwięcej rozkoszy? Doktor Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o sposobach na rozbudzanie energii seksualnej.

Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. Jest to o tyle ważne, że jeśli wyrobimy w sobie takie nawyki, będą nam służyły przez całe życie. Bo po latach bycia razem ze sobą zaczynają się pojawiać problemy w sferze seksualnej. Rozbudowana gra wstępna jest w stanie doprowadzić do orgazmu, ale nie skupia się na imperatywie odbycia stosunku.

Tradycja seksualna Dalekiego Wschodu uczy nas tego, że długie pieszczoty potęgują napięcie i powodują zwiększone wydzielanie endorfin, fenyloetyloaminy oraz oksytocyny, które odpowiednio wywołują poczucie szczęścia, przywiązania i błogostanu. Kamasutra oferuje nam mnóstwo propozycji, wyróżniając osiem rodzajów objęć, dotyków, pocałunków, ukąszeń, zadrapań, siedzeń, ułożeń, kontaktów oralno-genitalnych. W następstwie ośmiu rodzajów kombinacji różnorodnych pieszczot powstają 64 możliwości erotycznej gry wstępnej. W Kamasutrze nazwane to zostało nauką „sześćdziesiąt cztery”. Jest to doskonałe źródło wiedzy o tym, gdzie pieścić, jak pieścić i jak zmieniać natężenie pieszczot.

Poznajemy nie tylko różne rodzaje dotyku, którymi można wyrażać swoje pragnienia erotyczne, lub pocałunków, ale także typologię kobiet – gazela, kobyła, słonica, i mężczyzn – zając, byk, ogier. Przy połączeniu różnych typów mężczyzn i kobiet powstają różne typy rozkoszy. Każdemu typowi kochanki czy kochanka przypisane są określone formy pieszczot i rodzaje pozycji seksualnych w zależności od ich budowy anatomicznej, a zwłaszcza wielkości narządów płciowych. Jeżeli partnerzy dobiorą się według przypisanej im typologii (zając i gazela, byk i kobyła oraz ogier i słonica), powstają trzy rodzaje rozkoszy.

Ugryzienia i głaski

Aby gra wstępna stała się drogą do rozkoszy, powinna prowadzić od bodźców łagodnych do coraz silniejszych. Na początku ugryzienie, wbicie paznokci czy pociągnięcie za włosy będzie bolało. Ale jeżeli nastąpi to po godzinnych pieszczotach, ilość wydzielonych endorfin spowoduje, że będzie to źródłem dodatkowej rozkoszy. Musimy być uważni i patrzeć, jak druga osoba reaguje. Dla kogoś głaskanie może nie mieć erotycznego charakteru, raczej da uczucie relaksu. Wtedy należy wzmocnić bodźce. A jeżeli głaskanie intensyfikuje czyjeś doznania erotyczne, utrzymać je. Obserwując reakcje ciała partnera, będziemy mogli dostosować się do jego oczekiwań.

W czasie gry wstępnej próbujmy różnych bodźców, gwarantuje to różnorodność doznań. Na przykład po zasłonięciu oczu możemy w stymulowane wcześniej palcami czy językiem miejsce położyć kostkę lodu albo przyjemnie ciepłą łyżkę. Pamiętajmy, że całe nasze ciała usłane są receptorami zarówno dotykowymi, jak i bólu i temperatury. W związku z tym skupienie się tylko na genitaliach powoduje zubożenie pożycia. Idea udanego seksu to idea intensywnych poszukiwań. Bo po pierwsze, możemy nie wiedzieć, w jakich miejscach na co jesteśmy wrażliwi. Po drugie, pewne pieszczoty mogą z czasem przestać działać, a nowe miejsca się uruchomić w wyniku naszych wzajemnych interakcji.

Sztuka czułości

Seks to szansa na stymulację wszystkich naszych zmysłów. Na jakie sposoby będziemy to robili, zależy od naszej wyobraźni. A jeżeli nam jej brakuje, szukajmy inspiracji w filmach, książkach, poradnikach. Największy problem, z którym się mierzymy, to czas. Bo na misteria seksualne potrzebujemy przynajmniej 2–3 godzin. Gdy w domu są dzieci, jest to bardzo trudne. Ale nawet to nie zwalnia nas ze starań. I pamiętajmy, że seks to jest też czułość, którą sobie okazujemy. Czasami możemy po prostu leżeć i się gładzić. Stymulujemy wtedy okolice erogenne i szukamy nowych źródeł przyjemności.

Poprzez seksualność budujemy też bliskość. Specyficzna budowa układu nerwowego pozwala organizmowi na stałą kontrolę tego, co się dzieje w jego wnętrzu oraz kontaktowanie się ze światem zewnętrznym, czyli też z najbliższą osobą. Liczba bodźców, którą sobie nawzajem dostarczamy, może zintensyfikować nasze przywiązanie do siebie poprzez wydzielanie oksytocyny, nazywanej hormonem przywiązania, i endorfin odpowiadających za błogostan czy fenyloetyloaminy odpowiadającej za intensywność przeżyć. Jeżeli często fundujemy sobie przyjemność, wówczas wzrasta czułość we wzajemnych kontaktach i pogłębiają się uczucia. Ale działa to również w drugą stronę – układ nerwowy zbiera też informacje negatywne. Jeżeli nie umiemy dotykać i zadajemy ból, to za trzecim razem partner lub partnerka nie będą już chcieli takiej bliskości i obniży to mocno ich motywację do kolejnych kontaktów seksualnych.

  1. Psychologia

Ćwiczenia na szczęśliwy związek

Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Czy udany związek to kwestia odpowiedniego treningu? Ciekawe ćwiczenia podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju.

Gdy mija pierwsza fascynacja i zauroczenie partnerem, prędzej czy później pojawia się konflikt. Jak zauważa Bob Mandel, nauczyciel duchowy i autor książek (m.in. „Terapia otwartego serca”), większość konfliktów rozgrywa się według starych schematów, złych nawyków, mających swe korzenie w dzieciństwie, zgodnie z nabytymi wówczas i wciąż aktualnymi przekonaniami. – W kwestiach uczuć nasi rodzice z pewnością są pierwszymi modelami ról – mówi Mandel. Jego zdaniem przejawiamy skłonność do naśladowania w dorosłym życiu sposobu, w jaki zwracali się do siebie i do nas. Lub też przeciwko tym sposobom się buntujemy, co wychodzi na jedno. To bowiem, czemu najdłużej stawiamy opór, najdłużej w nas tkwi. Nie stworzysz harmonijnego związku, póki nie uwolnisz własnej psychiki od rodziców.

Bob Mandel proponuje następujące ćwiczenie (wykonuj je w trakcie czytania instrukcji, nie czytaj całości przed zakończeniem):

Ćwiczenie na rozbrajanie starych schematów

Zrób cztery odrębne listy i wymień w nich:
  1. pięć problemów w związku twoich rodziców;
  2. pięć problemów w relacji twojej matki z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  3. pięć problemów w relacji twojego ojca z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  4. pięć problemów w twoim ostatnim związku.
A teraz zwróć uwagę na powtarzające się wzorce. To, czego nie lubisz w swoim partnerze, bywa często tym, czego nie wybaczyłaś swoim rodzicom. – Podjęcie decyzji o przebaczeniu i zaniechaniu odwetu stanowi kluczowy moment przemiany – mówi Bob Mandel. Według niego decyzja dzielenia się własnym bólem, a nie złością, jest decyzją o ponownym pokochaniu drugiej osoby. Gdy skupisz się na rzeczywistości, jaką jest twoja relacja z partnerem, przestaniesz myśleć o tym, co wam zagraża. A gdy wizja rozstania pryśnie, znikną także dawne wzorce.

Ćwiczenie na porozumienie

Przebaczanie i zaniechanie odwetu to droga, którą warto iść, ale zanim stare schematy ustąpią miejsca nowym nawykom, warto nauczyć się empatycznej komunikacji w związku. Silnych emocji i zranień nie da się uniknąć, ale można o nich rozmawiać w bezpieczny i nieraniący sposób. Harville Hendrix i Helen Hunt w książce „Miłosna odnowa. Program ćwiczeń dla par” proponują stosowanie się do kilku poniższych zasad:
  1. Każde wyrażenie negatywnych emocji następuje wyłącznie po umówieniu się na rozmowę, która zostaje przeprowadzona, gdy to tylko możliwe, najlepiej natychmiast.
  2. Obie strony pozostają w pełni obecne do zakończenia rozmowy.
  3. Osoba, która opisuje zachowania, które ją denerwują u partnera, nie posługuje się wyzwiskami, nie krytykuje cech charakteru partnera lub jego punktu widzenia, skupia się jedynie na zachowaniach. Używa jak najczęściej zaimka „ja” i opisuje własne uczucia i przeżycia.
  4. Partner, do którego skierowany jest komunikat, słucha z empatią, wyobraża sobie drugą stronę jako zranione dziecko, pamięta, że jej odczucia mają swoje korzenie w dzieciństwie.
  5. Osoba, która słucha, powinna przyjąć komunikat, ale to nie znaczy, że ma na niego zareagować. Zwłaszcza że prawdopodobnie nie jest jego adresatem ani pierwotnym powodem, ale zrobiła coś, co go uruchomiło i otworzyło wcześniejsze zranienia u partnera.
  6. Podczas całej rozmowy partnerzy powinni się otaczać gestami pełnymi troski.

Ćwiczenie na własną przestrzeń

W związkach z dłuższym stażem, w których czujemy się wystarczająco bezpieczni, początkowa chęć robienia wszystkiego razem ustępuje miejsca potrzebie zadbania o własną odrębność. Chcemy poświęcać czas swojemu hobby, mieć chwilę tylko dla siebie, ulubiony fotel czy ukochany kubek na poranną kawę. Najczęściej też lubimy mieć „swoją połowę” we wspólnym małżeńskim łóżku. Bob Mandel w książce „Co dwa serca, to nie jedno” proponuje, by zamieniać się jednak od czasu do czasu miejscami. – Pary często mają olbrzymie wspólne łoże, lecz każdy z partnerów śpi tylko na swojej połowie. Może to być symboliczny przejaw separacji, gdzie jedna ze stron ma tylko 50 proc. własności. Zamiana miejsc w łóżku prowadzi do pełnego udziału w związku, jak również do przeniesienia własności na całe łóżko. Co więcej – odkryjesz, że przenikasz do snów swojego partnera, doświadczasz jego aury i seksualności, a tym samym wzmacnia się psychiczna więź między wami. To prosta gra, ale może mieć potężny skutek. Spróbuj! – pisze Mandel.

Ćwiczenie na jedność w związku

Iwona Kozak, nauczycielka ajurwedy i jogi kundalini, podkreśla, że zgodnie z najstarszą medycyną ajurwedyjską miłość nie jest romantycznym uniesieniem, lecz głębokim uczuciem duchowym, które wymaga stałej pielęgnacji, cierpliwości i prawidłowego odżywiania się. To, co jemy, robimy, myślimy – wpływa na jakość i głębię doznawanej przez nas miłości – decyduje o tym, czy jest to jedynie chwilowe doznanie, czy stan naszego istnienia. Poniżej znajdziesz ćwiczenie, które pomoże pogłębić doznanie miłości zarówno zakochanym parom, jak i tym, które zapomniały, że miłość trzeba pielęgnować:

Część pierwsza: Usiądźcie na podłodze po turecku, wasze plecy niech się dotykają. Dłonie leżą na kolanach, wnętrza dłoni dotykają kolan. Macie wyprostowane kręgosłupy i zamknięte oczy. Oddychacie przez nos. Skupcie się na oddechu, zauważając każdy wdech i wydech.

Podczas wdechu otwieracie się na miłość. Podczas wydechu uwalniacie toksyczne emocje – wybaczacie. Róbcie to od 2 do 5 minut, po czym otwórzcie oczy.

Część druga: Odwróćcie się do siebie. Nadal siedzicie po turecku, ale teraz twarzą w twarz. Wasze dłonie są na kolanach, a wnętrza dłoni są skierowane do sufitu. Oczy zamknięte. Oddychajcie cicho i spokojnie. Wypowiadajcie (w myślach, nie na głos) to, co was boli, to, co chcecie zmienić, co chcecie wybaczyć. Przeznaczcie na to 2–3 minuty.

Część trzecia: Pozostając w tej samej pozycji, otwórzcie oczy i spójrzcie na siebie. Komunikujcie wasze uczucia do siebie (nie na głos, lecz nadal w ciszy).

Choć podczas tego ćwiczenia każda para dozna czegoś innego, to wspólnym przeżyciem będzie poczucie jedności i więzi, która was łączy, która jest wartością większą niż słowa czy doznania fizyczne.

  1. Psychologia

Nie bój się mówić mężczyźnie, czego od niego chcesz

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Wiadomo o kobietach, że czekają, aby ich mężczyźni domyślili się, czego one chcą. Skazują się tym samym na dramatyczne rozczarowanie. Czekają, czekają, przeważnie się nie doczekują… i zaczyna się: żal i pretensja.

Ogłupiały chłop słyszy: „Ty mnie wcale nie rozumiesz! Nie spełniasz moich potrzeb!”. A skąd on ma znać jej potrzeby? Jeszcze pół biedy, kiedy ona sama zna je jako tako. „Ale o co ci chodzi? Co ty byś chciała, żebym ja robił? Wytłumacz mi” – dopytuje, jeszcze otwarty na spełnianie życzeń ukochanej mężczyzna. „Ach tak, ty, oczywiście, nie wiesz!” – stwierdza z gryzącą ironią ona. „A skąd mam wiedzieć, jeśli ty mi nie mówisz!” – On jest coraz bardziej zły. „Wszystko mam ci mówić jak dziecku, tak? To taka sztuka pomyśleć, czego potrzebuje twoja kobieta?!” – Rozżalona partnerka czuje się coraz bardziej niekochana. Jemu opadają ręce, a ponieważ nienawidzi czuć się bezradny, dobija ją: „No nie, wy jesteście nie do wytrzymania. W ogóle nie można się z babami dogadać!”.

Uwaga na boku – zdarzają się męskie wyjątki, które same z siebie odczytują kobiece pragnienia, bo je znają: są to bracia licznych sióstr (ale ilu takich można spotkać w przyrodzie?) lub wychowani w symbiozie z matką (ale ile z nas chciałoby mieć takiego partnera?). No i jeszcze oszuści matrymonialni, którzy żyją z tej wiedzy.

No więc nadchodzą ciche dni, potem zgoda. Później on znów się czegoś nie domyśla. Nawet próbuje i się stara, ale nie trafia i po jakimś czasie (różne osobniki męskie poddają się w różnym tempie) przestaje nawet próbować. Wtedy ona, obolała od tego oczekiwania, donosi mu: „Ja już cię wcale nie obchodzę!”. A on zaczyna się zastanawiać, czy tak jest naprawdę…

Tak, tak, jest to obraz jednostronny. Świadomie dotykam tu tylko jednego kawałeczka tkającego się nieustannie gobelinu pt. „Trudne życie we dwójkę”. A propozycję rozwiązania przedstawię też tylko na przykładzie jednej, ale, sądzę, dość symptomatycznej sytuacji. Nazwijmy je „Instrukcją obsługi płaczącej kobiety”.

Nadchodzi taki dzień, że kobieta zamyka się w pokoju i znienacka zaczyna: płakać, siąpać nosem, nie słyszeć, co się do niej mówi, patrzeć nieprzytomnie (niepotrzebne skreślić). On, zaniepokojony, pyta: „Czy to przeze mnie?”. Ona fuka: „Mam swoje sprawy”. On, z ulgą, że to nie o niego chodzi, wkracza w rolę doradcy: dopytuje, zbiera dane, wyciąga wnioski, co ona ma z tym zrobić, i na koniec zadowolony, że rozwiązał jej problem, oświadcza: „No już, już się nie przejmuj. Nie ma powodu”. Czeka na pochwałę, a tu baba w bek. „No nie, znowu?! Ja już nic nie rozumiem”. I to jest właśnie prawda.

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili, mniej więcej tak:

Mój kochany, chcę cię poprosić o coś, co będzie dla ciebie łatwe, a dla mnie ważne i miłe. Powiem ci, jak potrzebuję być przez ciebie traktowana, kiedy płaczę. Otóż chcę móc wtedy złożyć główkę na twoim męskim ramieniu i chlipać bez żadnych rad ani pytań z twojej strony. „Jak to bez rad i pytań?!” – zapyta on wtedy. (Mój spytał). – „Przecież chcę wiedzieć, co się dzieje!” To ja ci potem opowiem, jak mi już przejdzie albo jak załatwię sprawę. Ja chcę się przy tobie móc tylko wypłakać. Czuć się wtedy zaopiekowana, a nie wypytywana. Nie musisz się wcale skupiać na powodach mojego stanu. Możesz myśleć, o czym chcesz, nawet o meczu, byłeś mnie mocno objął i może trochę pogłaskał. „Naprawdę?!” – zdumiał się mój mężczyzna. – „Ja ci się zawsze staram pomóc!” Ale ja jestem duża dziewczynka, jeśli chodzi o radzenie sobie, ja tylko chcę się poczuć małą dziewczynką, która ma się komu wypłakać.

A jak już ucichnę, to jeszcze mógłbyś zapytać czule: „Może jeszcze trochę zostało?”, i poczekać, aż powiem: „Już”.

„I to wszystko?!” – on ma okrągłe oczy ze zdziwienia. Tak, kochanie, to wszystko, a ja będę ci bardzo wdzięczna i zachwycona, że mam takiego kochanego mężczyznę, opokę. „Ja będę mógł myśleć o meczu, a ty mną będziesz zachwycona?!” Dokładnie tak, tylko mnie słodko obejmuj. „Kochanie, masz to u mnie od dziś”. A po chwili: „A gdy będziesz płakała przeze mnie?” – zapyta przytomnie. A to już będzie całkiem inna historia.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy.
Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny?
No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu…
Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy.
Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic?
Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo.
Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować?
Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks?
Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie...
A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów?
Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić?
Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność?
Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić.
E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...

  1. Psychologia

„Nie chcę o tym rozmawiać” - o tajemnicach i ciemnych stronach związku mówi Wojciech Eichelberger

Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności (fot. iStock)
Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Byłam pewna, że Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta mówiący o wolności jako warunku miłości, powie, że trzeba uszanować „nie” partnera. Sama jednak nieraz odczułam, że przemilczanie nie zbliża do szczęścia. Jak więc zachować się, gdy partner czy partnerka niby Sinobrody mówi: „do tego pokoju w moim sercu nie wolno ci wchodzić!”?

Znajomy postanowił sam wyremontować nowe, duże mieszkanie, ale tego nie robi i stoi ono puste, a on z żoną nadal mieszkają w kawalerce. Żona z nim o tym nie próbuje rozmawiać, choć ją to frustruje, bo to tylko wywołałoby dziką awanturę.
Nic nie mogę powiedzieć o tym mężczyźnie, bo go nie znam. Ale na kanwie tej historii możemy pofantazjować na temat ewentualnej ukrytej przyczyny. Może ten mężczyzna nie chce lub nie może wyremontować nowego, wspólnego mieszkania, bo nieświadomie dąży do tego, aby ten związek nie trwał długo? Boi się zażyłości, dłuższej perspektywy we dwoje, bo chce być wierny mamie? Może obawia się rodzicielstwa (większa przestrzeń życiowa często wyzwala w kobietach pragnienie zapełniania jej potomstwem) albo ma uczulenie na farby i wstydzi się do tego przyznać? Cokolwiek jednak by to było, skoro ma moc wyzwalania z pozoru nieuzasadnionych wybuchów złości lub prowokuje do izolowania się, możemy być pewni, że głębokie przyczyny ukryte są w strefie cienia, czyli w nieświadomości. Wszyscy mieszkamy we wspaniałych pałacach umysłu, ale większość z nas używa tylko jednego pokoju. Do pozostałych boimy się nawet zbliżyć, a strych i piwnice budzą w nas paniczny lęk. Rezygnujemy więc z wiedzy i doświadczenia i zaludniamy nasz umysł demonicznymi tworami wyobraźni, skutecznie sami siebie strasząc.

Mówiąc metaforycznie: on nie chce remontować swojego mentalnego pałacu, bo wyobraża sobie, że coś strasznego się tam ukrywa?
To najogólniejsza, symboliczna interpretacja powodów jego zachowania. Ciąży na nas kulturowe tabu zabraniające zaglądania szczególnie do piwnic (cielesność, popędy, tj. seks, agresja, potrzeba indywidualnego przetrwania) i na strychy (miłość, duchowość, ekstaza, wolność). To kulturowe tabu każe nam siedzieć w ciasnym pokoju, wznosić oczy do nieba i modlić się, by ktoś nas stąd zabrał. To wielkie i zasmucające marnotrawstwo możliwości, jakie stwarza człowiecze życie. Na szczęście coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że warto wreszcie rozgościć się w swoim dziedzictwie. Odkrywa, że od zawsze mieszkamy w niewymownie pięknym, przebogatym pałacu bez ścian i okien. Przeczuwa, że nie wykorzystują swojego potencjału fizycznego, emocjonalnego, intelektualnego i duchowego - i pragnie to zmienić.

Czy jednak czasem trudności i lęki nie są zbyt duże, by warto było zdobywać się na remont?
Jeśli chcemy poczuć siebie, być u siebie w pokoju z samym sobą, wyjść z cienia na światło, to tylko ta droga nas tam doprowadzi. Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności. Wtedy często słyszą i mówią: „tylko nie dotykajmy tej sprawy”, „to zbyt bolesne”, „nie chcę o tym rozmawiać” itp. W ten sposób zawężona zostaje przestrzeń, w jakiej ich miłość może się rozwijać. Zamiast poczucia wolności, wsparcia, wspólnego i fascynującego penetrowania możliwości, jakie niesie życie, ich związek staje się polem minowym, po którym poruszamy się  napięciu i lęku. Są jednak tacy, których to kręci, bo dramat i napięcie były ich udziałem od zarania. Każdy jednak, kto chce odpowiedzialnie uczestniczyć w byciu z drugą osobą, ma obowiązek zaglądać do wszystkich nieużywanych komnat, a przede wszystkim do piwnic i na strychy. Bo jeśli na skutek kaprysu losu jakiś zamknięty pokój sam się otworzy, nagromadzona w nim energia cienia może okazać się tak wielka, że osoba, która nie odważyła się na remont, zostanie sama, gdy jej partner ucieknie w popłochu.

Nie rozumiem żony tego znajomego. Gdyby ta sprawa jej nie dotyczyła, to mogłaby odpuścić rozmowy, ale milcząc, mieszka wciąż jak studentka.
Najwidoczniej obawia się, że usłyszy: „Nie szanujesz moich granic i słabości, nie rozumiesz mnie, więc: do widzenia!”. A gdyby prawdziwa była nasza hipoteza, że on nie remontuje mieszkania, bo szuka pretekstu, by ten związek zerwać, to jej naciski są wodą na jego młyn. Na dłuższą metę jednak strategia przemilczania neurotycznych ograniczeń partnera jest destrukcyjna. Jeśli ludzie chcą spędzić życie we dwoje, to muszą być otwarci i zażarci w odzyskiwaniu, przewietrzaniu i remontowaniu nierozpoznanych obszarów umysłu. W przeciwnym razie – prędzej czy później – wpuszczą partnera na minę i zagrożą miłości.

A może ona dobrowolnie i szczerze zrezygnowała z większego mieszkania, doceniając uroki mieszkania z ukochanym w kawalerce?
Jeśli dobrowolnie dla związku zrezygnowała też z macierzyństwa – to szczęść Boże tej parze. Przyznam jednak, że mój psychoterapeutyczny sceptycyzm każe mi powątpiewać w taką możliwość. Szczególnie w dobrowolną i pogodną rezygnację z macierzyństwa. Ten rodzaj szlachetnego poświęcenia z reguły okazuje się bombą z opóźnionym zapłonem. I jeśli zostaną w kawalerce z nieprzepracowanym problemem, będzie on się potęgował, powodując kurczenie się przestrzeni szczerości, swobody i wolności w związku. Dlatego trzeba rozmawiać, pytać o przyczyny. Robić wszystko, co możliwe, by nie dać się zniewolić neurotycznym objawom, cieniowi partnera. To szkodzi zarówno zniewalanemu, jak i zniewalającemu, który żyje w nieustannym lęku i napięciu, bojąc się swojego cienia – czyli siebie samego.

Ale może to jednak wyraz szacunku dla partnera nie zmuszać go, by zajrzał w swój cień?
To raczej współuzależnienie, a nie szacunek. Stajemy się tak sojusznikiem w ukrywaniu drzwi do ciemnych pokoi. Jak żona alkoholika, która pomaga mężowi ukryć konsekwencje jego picia, co pozbawia go szansy na zbudowanie jakiejkolwiek motywacji, by się zmierzył z nałogiem i rozpoczął walkę o swoją wolność i godność. Osoba współuzależniona czerpie bowiem nieuświadomioną satysfakcję z roli nieustannie frustrowanej wybawicielki. Gra w: „Ja cię zbawiam, ale ty się nie dajesz zbawić. Bo jakbyś się dał, to ja bym cię już nie mogła zbawiać i poczułabym się bezużyteczna”.

Naciskać więc, by rozmawiać na trudne tematy i pytać o niezrealizowane plany. Tylko jak?
To niełatwe. Na początku związku każdy chce się pokazać z najlepszej strony, ukrywa więc nieposprzątane pokoje i związane z nimi lęki. Gdy po zakończeniu godowego tańca widać, że wnosimy w posagu sporo nierozwiązanych problemów, często wypychamy ze świadomości tę konstatację. Trudno w czas postąpić mądrze. Raczej zaklinamy rzeczywistość, odkładając sprawę w nieskończoność. Tymczasem im szybciej zaczniemy o tym rozmawiać, tym lepiej. Oczywiście w duchu zrozumienia: „Widzę, że z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów masz kłopot z tym, żeby w ogóle zacząć ten remont. Zauważyłam, że gdy próbuję dowiedzieć się, czemu tak się dzieje, to się strasznie bronisz. Więc skoro to jest sprawa, której nie chcesz przede mną ujawnić, to idź do psychoterapeuty i spróbuj z nim o tym porozmawiać. To ułatwi nam życie. Przy okazji pokażesz, że nasz związek jest dla ciebie ważniejszy niż niechęć do zajęcia się swoim problemem. Wiedz, że dla mnie jest ważne, byśmy zamieszkali w dużym, wygodnym mieszkaniu i by mieć faceta, który gdy coś obiecuje, to tak robi”.

To mądre słowa, ale z doświadczenia wiem, że raczej trudno dotrzeć w spokoju nawet do połowy takiej wypowiedzi...
Nie ma co liczyć na to, że jej adresat przyjmie ją ze spokojem i wdzięcznością: „Jak dobrze, że mi to wreszcie powiedziałaś!”. Ale jeśli mu zależy na związku, to po rozmowie prawdopodobnie coś ze sobą zacznie robić.

W bajce o Sinobrodym żona sama wchodzi do zakazanego pokoju...
Ale ona odkrywa tajemnicę Sinobrodego, nie jego cień. Sinobrody był świadomy tego, co robi – zwodził swoje ofiary i z pewnością żadnej nie kochał. Strefa cienia jest z definicji nieuświadomiona, wymyka się kontroli i działa destruktywnie wbrew naszym najlepszym intencjom. Rozwala związek z ukrycia jak rdza albo w jednym potężnym wyładowaniu, jak grom. Wracając do Sinobrodego, zachował się jednak tak, jakby chciał, by kolejna żona poznała jego tajemnicę. Dał jej klucz do komnaty pełnej trupów poprzednich żon. Tym samym postawił ją przed wyborem. Po tym, co zobaczyła, mogła stać się jego kolejną odrętwiałą z przerażenia ofiarą albo zadufaną w sobie wybawicielką – samobójczynią, która wierzy, że jej miłość go odmieni. Najprawdopodobniej Sinobrody podobnie rozgrywał poprzednie małżeństwa i pozornie nie spodziewał się, że kolejna żona przejrzy jego grę. Lecz w głębi duszy nieświadomie marzył o takiej, która nie ulegnie hipnotycznemu działaniu przemocy ani obezwładniającej zdrowy rozsądek iluzji miłosnej omnipotencji. W ciemnych zakamarkach jego umysłu nie ma bowiem zła – zło jest jawne. Mieszka tam – z jego punktu widzenia przerażająca, bo otwierająca na dobro i miłość – potrzeba ekspiacji i kary. Ludzie zakażeni nienawiścią i chęcią zemsty w swoim cieniu mają dobro. Żyją z obolałym sumieniem, które prowokuje los, by zło się wydało, a cierpienie, które zadają innym, zostało powstrzymane i ukarane.

Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska) Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska)

Jaki z tego morał?
Otóż los poprzednich ofiar Sinobrodego uczy, że zła nie da się udobruchać miłosnym oddaniem, nie da się go przeczekać i nie wolno zamykać na nie oczu. Zło trzeba zobaczyć takim, jakim jest, nazwać i ujawnić, a następnie pomóc człowiekowi, który zatracił ludzką zdolność empatii i współczucia, do uznania swojej odpowiedzialności i winy. Wtedy dopiero da on sobie prawo do tego, by przyjąć od kogoś dar miłości i zdobędzie się na symetryczną odpowiedź. W tej właśnie sprawie ostatnia żona Sinobrodego doświadczyła wglądu. Ujawnienie mężowskiej zbrodni trzeba uznać za wyraz jej najgłębszej, mądrej miłości, miłości ratującej jego duszę. Mit o Sinobrodym ostrzega, że jeśli nie odważymy się wkroczyć do mrocznych zakamarków umysłu partnera, to nie tylko pozbawiamy go szansy na przekroczenie jego ograniczeń, lecz staniemy się współodpowiedzialni za kolejne ofiary. Po to, by się tak nie stało, czasami trzeba zaryzykować związek z ukochaną osobą i nie oczekując jej wdzięczności, nie przestawać w głębi duszy kochać ją nadal.

W przypadku, o którym mówimy, wtargnięciem w strefę cienia byłoby powiedzenie: „Rozumiem, że nie chcesz mieć dzieci i nie planujesz być ze mną długo, i dlatego nie remontujesz tego mieszkania?!”.
To mocna prowokacja, ale kto wie, być może tylko taka okaże się pomocna. Bo w strefie cienia jesteśmy bezradni, nie potrafimy nazwać tego, co tam się kryje. Wiemy tylko, że nie chcemy tego dotykać. Część partnerów wytrzymuje sytuację konfrontacji z cieniem. Część ucieka i zmienia partnerów na mniej dociekliwych. Pewnej jest, że im później ujawniona jest strefa cienia, tym więcej nagromadzi toksycznej energii i tym trudniej uratować związek.

W bajce o Sinobrodym bracia ratują jego żonę i zabijają go. A wtedy ona dziedziczy majątek męża potwora i znajduje nowego kochającego partnera.
Zasłużyła na to. Podczas konfrontacji z Sinobrodym przekroczyła rolę bezradnej ofiary i naiwnej wybawicielki. Wzmocniła się i zmądrzała. Sinobrody reprezentuje agresywny, bezwzględny, wyrachowany, niezdolny do miłości aspekt mężczyzny. Bracia – pozytywny, szlachetny, mądry i opiekuńczy aspekt – potrafią nawiązać bratersko-siostrzaną, czyli bezinteresowną więź z kobietą. Optymistyczne jest to, że tych dobrych mężczyzn jest więcej. Jeśli więc kobieta odkryje groźną strefę cienia w umyśle partnera, poczuje lęk, odrazę, niechęć to powinna natychmiast wzywać braci na pomoc. Pamiętajmy też, że nic co ludzkie nie jest nam obce, że umysł każdego z nas – czy jesteśmy kobietą, czy mężczyzną – zawiera skrypty wszystkich postaci tego mitu. Sinobrody istnieje też w wersji kobiecej – pod postacią, którą można nazwać Sinoustą. Każdy z nas – mężczyźni i kobiety – ma coś nierozpoznanego za kołnierzem. Czasami strefy cienia partnerów dobrze się uzupełniają, jak w związkach sado-maso czy Narcyz – Kopciuszek, a wtedy przez ograniczony czas doświadczamy nawet poczucia przejrzystości i harmonii.