1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Preferencje seksualne mężczyzn

Preferencje seksualne mężczyzn

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W styczniu 2012 brytyjski magazyn Esquire przeprowadził ankietę dotyczącą preferencji seksualnych mężczyzn. Szczegółowy raport ukaże się w kwietniu.

W ankiecie wzięło udział 522 mężczyzn w wieku 21-59 lat. W oczekiwaniu na publikację raportu serwis udostępnił kilka informacji wstępnych.

  • Mężczyźni żonaci są bardziej zadowoleni ze swojego życia seksualnego niż single. 16 % mężów określiło się jako bardzo zadowolonych.
  • 35 % panów pozostających w związkach przyznaje się do zdrady, z tego 14 % do relacji z mężczyzną.
  • 24 % badanych woli partnerki z dużym biustem.
  • Badania wskazują, że ulubioną pozycją seksualną jest "amazonka".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Związek starszego mężczyzny z młodszą kobietą

Czy duża różnica wieku przekłada się na jakość związku? (fot. iStock)
Czy duża różnica wieku przekłada się na jakość związku? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Podważmy ten stereotyp, że starszy facet z młodą żoną to coś oczywistego. Spróbujmy dostrzec siły, które grają w takiej relacji. Co niesie taki związek, jakie możliwości, jakie niebezpieczeństwa? - zastanawia się psychoterapeutka Olga Haller.

Podważmy ten stereotyp, że starszy facet z młodą żoną to coś oczywistego. Spróbujmy dostrzec siły, które grają w takiej relacji. Co niesie taki związek, jakie możliwości, jakie niebezpieczeństwa? - zastanawia się psychoterapeutka Olga Haller.

Mężczyźni w grze erotycznej bardziej zwracają uwagę na wygląd, a kobiety na słowo, na całokształt zachowania. Wedle teorii biologicznych różnica wieku na rzecz mężczyzn jest łatwa do wyjaśnienia - on szuka samicy, młodej, zdrowej, jędrnej, by mieć zdrowe i silne potomstwo, ona w tym samym celu samca, który ma mocną pozycję w stadzie, jest zamożny, coś znaczy, a to zwykle nie jest ten najmłodszy. Och, idziesz na skróty!... Przywoływanie „obiektywnych praw ewolucji" ma tak naprawdę sankcjonować przekroczenie „pokoleniowego tabu". Powszechne w dawnych czasach, a i obecnie częste w niektórych kulturach prawo dojrzałych czy starych mężczyzn do sięgania po młode narzeczone, nawet dziewczynki, nie jest niczym innym jak wytworem patriarchalnego systemu, gdzie nikt nie pyta kobiety o zdanie, gdzie liczą się przede wszystkim zachcianki mężczyzn. Mężczyźni zwracają uwagę na wygląd, bo im wolno! Kobiety często poprzestają na tym, co jest pod ręką.

Tak bywa, ale upieram się, że nawet w sytuacji wolnego wyboru one będą bardziej zwracać uwagę na ducha, oni na wygląd - to wydaje się głęboko zakorzenione w odmiennościach naszej psychiki. Popatrzmy na to zjawisko - on starszy, ona młodsza - przez pryzmat naszego doświadczenia. Ty akurat jesteś tu praktykiem.

Teraz. Kiedyś szukałem równolatek, to też jakiś znak. Podważmy ten stereotyp, że starszy facet z młodą żoną to coś oczywistego. Spróbujmy dostrzec wnikliwym okiem, co się dzieje, jakie siły grają w takiej relacji? Co niosą takie związki, jakie możliwości, jakie niebezpieczeństwa? Większość związków to jednak pary rówieśnicze, a na obu końcach kontinuum lokują się związki z różnicą wieku, na korzyść każdej z płci. Ta powszechność związków młodszych kobiet ze starszymi mężczyznami na szczęście się zmniejsza, to znak przemian naszych czasów: kobiety stają się niezależne, mniej podlegają stereotypom, mniej przejmują się sprostaniem roli, która każe „bogato wyjść za mąż" czy w ogóle wyjść za mąż.

Wcale nie jestem pewien, że takich związków jest mniej. Ciekawe, czy ktoś to bada? Stereotyp, taki bardzo chyba prawdziwy, mówi, że u młodych kobiet jest to szukanie ojca. On był zawsze zajęty, zimny uczuciowo lub pijak, to jest bez porównania częstszy przypadek niż brak matki u chłopca. Tak, coś w tym jest, choć w naszych związkach zawsze w jakimś stopniu szukamy ojców i matek. Różnica wieku nie jest do tego konieczna, choć wdzięcznie pokazuje ów aspekt relacji. Wchodzimy w związki uczuciowe z nadzieją na uleczenie zranień i zaspokojenie potrzeb - miłości, uznania, uwagi itp. A duża różnica wieku może szczególnie te nadzieje rozbudzać - i tu widziałabym pewne niebezpieczeństwo. Bo kiedy w oczach starszego mężczyzny młoda, złakniona bezpieczeństwa i potwierdzenia swojej wartości kobieta widzi podziw i zachwyt, czyta obietnice opieki, prowadzenia za rękę, spełniania potrzeb - wszystko to, czego jej brakowało - może ulec złudzeniu, że tak już będzie zawsze. A kiedy tak przestaje być, związek staje się niezdrowo burzliwy i bolesny. Jeden z moich znajomych wspomina swój związek z 18-latką (on miał wtedy 30 lat), początkowo fascynujący, z czasem destrukcyjny. Jego dziewczynie, opuszczonej w dzieciństwie przez ojca, coraz częściej zdarzały się niepohamowane wybuchy - złości, agresji lub płaczu, będące najwyraźniej odreagowaniem dawnych emocji. Próby ukojenia jej bólu, usiłowania pomocy działały na chwilę, oboje coraz bardziej się męczyli, raniąc się nawzajem; w końcu się rozstali. Obecnie są w stałych związkach z partnerami w swoim wieku.

Młoda kobieta, którą relacja z mężczyzną w wieku jej ojca jakoś dowartościowuje, często jest gotowa zapłacić za nią wysoką cenę - rezygnuje z własnej niezależności, „oddaje się w opiekę". Dlaczego to takie groźne? Bo dobrowolnie zamyka się w roli „dobrej córeczki tatusia". Nie wierzy, że ma prawo żyć swoim życiem, szukać partnera w swoim wieku, zawalczyć o autonomię.

Ale po stronie mężczyzn jest w tym też zawsze gra z czasem, ciągle z nim gramy, jakbyśmy nie musieli i tak przegrać. Wiążąc się z młodszą partnerką, próbujemy oszukać biologię, oddalić grozę śmierci, a jednak tym samym przyspieszamy konfrontację.

Ależ ja z własnego doświadczenia wiem, że duża różnica wieku nie odmładza faceta, wprost przeciwnie, w ogóle mam mało złudzeń, więc na szczęście raczej śmieszą mnie gratulacje, że mam taką ładną córkę. Czasami jednak czuję się jak oszust metafizyczny... Przejdźmy może do seksu... Młoda dziewczyna ze starszym mężczyzną może liczyć na więcej niż czysty seks – cierpliwość, tkliwość, dbałość, opieka to coś, czego ona potrzebuje w łóżku, i zwykle ze starszym ma na to większe szanse. Bywa często tak, że ona potrzebuje tego wszystkiego głównie w sferze uczuć, a seks jest na drugim planie – pójście do łóżka jest raczej kontynuacją bliskości, wyrazem czułości i wdzięczności albo też zobowiązania. On z kolei – zwykle 40–50-latek – nie jest już tak zadowolony ze swojej sprawności, więc niedoświadczona, nierozbudzona kobieta może być wdzięczną uczennicą. Kiedy mężczyzna nawiązuje taki romans na boku, tło może być różne. Najczęściej dzieje się to wtedy, kiedy jego związek zamiera, kiedy oboje z partnerką tracą nadzieję, że ich seks może być jeszcze satysfakcjonujący.

Zwykle na początku jest tylko przygoda, chcemy się dzięki niej jakoś odświeżyć, odmłodzić, zapomnieć, dopieścić. A to, co ma być na chwilę, czasami łapie nas w pułapkę... Tak, pokładamy nadzieję na uleczenie egzystencjalnych problemów w tym, co może przynieść ulgę tylko doraźnie. Równoletnie pary dopadają skutki patriarchalnej nierówności seksualnej. Ich potrzeby seksualne często się mijają, jakby działali w „przeciwfazie”. Typowy schemat: kiedy są młodzi, on chce seksu, ona mniej, często zatraca się w macierzyństwie, zaniedbując męża; a w miarę upływu lat ona zaczyna chcieć, on zaś traci zainteresowanie seksem – albo całkiem, albo tylko z nią…

Więc szuka młodej, która ma wszystko nowe, ładne, zdrowe, na dodatek daje facetowi poczucie, że nadal jest w grze, że jest ważny, a w domu może już być nieważny... No właśnie – młode, ładne, zdrowe... Brzmi, jakbyśmy mówili o rzeczach na targowisku. Młodość, wygląd zbyt często są towarem w kontaktach między płciami. Na szczęście razem z przemianami obyczajowymi, w których znaczącą rolę odgrywają poszukiwania rozwojowe kobiet, zmienia się układ sił w partnerskich relacjach. Musimy się uczyć tego, że nic nie jest dane raz na zawsze, że związek ma swoją dynamikę. My się zmieniamy, dojrzewamy i nasze związki też mogą dojrzewać, stawać się z latami coraz bardziej smakowite, jak dobre wino.

Znam typowych facetów, którzy mówią, że z własną żoną po tylu latach to prawie niesmaczne... To są pewnie ci, którzy obawiają się dojrzałej, pełnej mocy kobiecości. Wolą ją zdyskredytować, zamiast poznawać. Ich niedojrzałość emocjonalna może wywodzić się z relacji z dominującą matką. W ich poczuciu zbliżenie grozi zależnością, której za wszelką cenę woleliby uniknąć. Nie zbudowali oparcia w sobie, nie są pewni swojej męskiej siły – zwrócenie się do młodej dziewczyny pozwala zaprzeczyć, że te obawy w ogóle istnieją.

Czyli nie ma żadnej „metafizyki”? Przecież starzejący się mężczyźni, patrząc na młode dziewczęta, widzą wszystkie kolory raju utraconego. A kobiety, patrząc na młodych mężczyzn – raju zakazanego, więc wolą go nie widzieć. Kobiety mają podobnie albo przynajmniej mogłyby mieć, gdyby sobie na to pozwoliły. Upływ czasu, przemijanie, starzenie się to dylematy egzystencjalne każdego człowieka, a stereotypy dotyczące płci nie ułatwiają poszukiwania rozwiązań. Znowu popatrz na historię i sztukę. Motyw biblijny młodej Zuzanny i podglądających ją starców, malowany tyle razy przez różnych artystów. Czy starsze kobiety nie popatrzyłyby chętnie na młode męskie ciało? Nie wierzę, że nie! Szczególnie że znam opowieści wielu kobiet, które to potwierdzają! Że patrzą na walory fizyczne młodych. To naprawdę znamienne – chyba znowu brak „kobiecego” odpowiednika tego motywu w sztuce.

Gromada starych kobiet podpatrujących młodzieńca czeka więc na artystę. Moglibyśmy teraz poznęcać się nad starymi mężami młodych żon, ileż o tym ironicznie pisano, więc chyba niczego nowego nie wymyślimy... Wspomnijmy więc chociaż o specyficznych problemach tych związków: codziennych reakcjach otoczenia – myleniu pokoleń, dzieciach w wieku żony i ich kontaktach z macochą, układach między mężem a rodzicami żony, negatywnych reakcjach dorosłych dzieci na związek ojca i konsekwencjach…

No dobrze, wszystko to znam, na szczęście mój dorosły syn jest o trzy lata młodszy od mojej żony, a jak ucieszył się kiedyś z powodu tych trzech lat! I nie jest tak źle, a nawet jest dobrze. Właściwie nie widzę za wiele zgorszonych czy zdumionych spojrzeń. Najbardziej boję się pytania mojego synka: Czemu ty jesteś taki stary? A teraz proszę o finał z morałem... Każdy związek – także ten, w którym partnerów dzieli duża różnica wieku – ma szanse na rozwój. Aby był on jednak możliwy, musimy rozwiązywać problemy, konfrontować się ze swoimi najgłębszymi potrzebami: czego szukam, co mam, czego nie, z czym się godzę, co robię wbrew sobie itd. Ważne, żebyśmy oswoili się z myślą, że związek jest czymś, co podlega nieustannym zmianom w każdym aspekcie – ekonomicznym, fizycznym, uczuciowym i seksualnym. Możemy być dla siebie zamiennie jak opiekuńczy rodzice, jak partnerzy w biznesie, jak kumple w zabawie i przyjaciele w rozmowie, jak kochankowie w łóżku – i wszystko to składa się na koloryt naszego miłosnego związku.

Wywiad archiwalny

Olga Haller jest psycholożką, trenerką, terapeutką Gestalt; założyła, wraz z mężem Adamem, Centrum Counsellingu Gestalt w Krakowie. 

  1. Seks

Wzwód - zawód

Większość mężczyzn doświadcza niemocy seksualnej na chwilę lub na jakiś czas – z przyczyn psychologicznych lub innych. (Ilustracja Getty Images)
Większość mężczyzn doświadcza niemocy seksualnej na chwilę lub na jakiś czas – z przyczyn psychologicznych lub innych. (Ilustracja Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Tak jak kobiety potrzebują innych kobiet do potwierdzenia swojej siły, tak mężczyźni potrzebują przyzwolenia innych mężczyzn na słabość. Także tę związaną z seksualną potencją. Paradoksalnie jeśli masz dostęp nie tylko do własnej siły, ale i słabości, twoje możliwości wzrastają! - mówi terapeutka Olga Haller.

U źródeł impotencji mogą leżeć zarówno urazy, lęk, zmęczenie, jak i choroby, np. miażdżyca czy cukrzyca, albo substancje obniżające sprawność seksualną, np. alkohol, leki antydepresyjne. Większość mężczyzn doświadcza niemocy seksualnej na chwilę lub na jakiś czas – z przyczyn psychologicznych lub innych. Potencja seksualna, jak wszystko w życiu, może być zmienna. A impotencja – to słowo ma swój ciężar, jest w nim jakaś ostateczność, żadnej nadziei. Czy też tak to słyszysz?

O tak. I od razu czuję jakąś wielką grozę. To nawet jest w języku: coś zrobić po męsku, czyli twardo. A miękko to po kobiecemu. Potencja to męska twardość, siła, twórczość, władza, zaś impotencja – tego przeciwieństwo i śmieszność. Nic dziwnego, że mężczyźni boją się impotencji jak diabła, a jak jest problem, to wolą go wstydliwie ukrywać. Wzorzec mężczyzny silnego, twardego w działaniu, zawsze mogącego jest nadal powszechny. I samotnego wilka, który leczy rany w odosobnieniu. Mężczyzna w przypadku jakiejś słabości, np. choroby, bagatelizuje ją, nie bada się. Więc jak ma problem z potencją, to tym bardziej woli milczeć. A partnerka boi się pytać – by nie urazić, nie zawstydzić.

Krucha jest męska potęga, byle uśmiech, złe słowo, myśl czarna może ją obalić. Czy kobiety o tym wiedzą? Chyba nie do końca... Mężczyźni bardzo to ukrywają, zachowują się tak, żeby nie przyszło nam do głowy, że łatwo ich zranić, że nie zawsze są pewni siebie. Czasem sami tego o sobie nie wiedzą. Jeśli więc nagle pojawia się problem ze wzwodem, to pierwszą reakcją jest niemiłe zaskoczenie, lęk i dezorientacja. To z kolei rodzi pełne napięcia oczekiwanie i w następnej sytuacji seksualnego zbliżenia reakcja może się utrwalić – typowy mechanizm, kiedy lęk i napięcie wzmacnia powtarzanie objawu.

Niemoc płciowa łatwo przekuwana jest w agresję. Sądzi się, że problemy z potencją mieli różni tyrani, że część ich agresji wobec świata to zemsta za kompromitację męskości. Miałaś takie doświadczenia z facetami? – nie myślę o agresji, ale o gwałtownym spadku możliwości. To jest reakcja łańcuchowa nieszczęść, jakby było się na szczycie wieży, co się wali... Mało jest oszczędzone kobietom, ale to jednak tak. Tak, mam w pamięci takie sytuacje – w latach młodości, w początkach związku – paradoksalnie może właśnie z powodu jego wielkiego zapału i chęci męskość zawiodła. Ku wielkiemu zaskoczeniu nas obojga! Miałam na szczęście dosyć wyrozumiałości, że to minie, ale też intuicji: trzeba odpuścić i spokojnie zacząć od nowa.

Szczęśliwe ofiary chwilowej słabości, jeśli trafią na taką partnerkę. Nie miałem takiego szczęścia, będąc pewnie w wieku twego partnera. I było poczucie końca świata. Wszystko przez te nerwy...  A „to” – jak pytam teraz obie płcie – zaskakująco często się zdarza. Mężczyzna jest tak zbudowany, że od razu widać, jeśli coś idzie nie tak. W jego przypadku nie da się udawać. Kobieta może wiele ukryć. Tym bardziej ważne, by istniało przyzwolenie na chwile słabości. Przede wszystkim od innych mężczyzn. A ze strony kobiet też, w ramach pomocy doraźnej.

Ale faceci rywalizują w seksie. Siła grozy impotencji tkwi także w tym, że stoi w sprzeczności z pierwotnym nakazem reprodukcji. Osobnik, co już nie może, odpada z gry. Ale właśnie próbujemy różnić się od zwierząt. Instynkty, popędy to część naszej natury, jest jeszcze świadomość i wola, możemy więc nie tylko reagować i podlegać, ale i wpływać, zmieniać, kształtować. To nasz ludzki potencjał.

Mężczyźni, jak już mówią o seksie, to się przechwalają lub świntuszą. Niedawno kolega w moim wieku nagle zwierzył mi się, że coś ma z „tym” słabiutko. Byłem zdumiony i poruszony jego szczerością. O tak, fala przemian coraz śmielej ogarnia i kobiety, i mężczyzn, to dotyczy ról, potrzeb. Fascynujące, jak różnice płci przestają nas dzielić, a niosą możliwość dopełnienia! Tak jak kobiety potrzebują innych kobiet do potwierdzenia swojej siły, tak mężczyźni potrzebują przyzwolenia innych mężczyzn na słabość. Paradoks – jeśli masz dostęp do własnej siły i słabości, twoje możliwości wzrastają!

Boimy się pokazać miękki brzuch. A kobiety nie zawsze to ułatwiają. Tak, w grupach treningowych, które prowadzę, jest zwykle mało mężczyzn, czasem tylko jeden. Widzę zachwyt kobiet nad widoczną z bliska jego „miękkością” i ulgę: „on coś przeżywa, jest wrażliwy”. Jednak idzie za tym próba zawładnięcia, chęć zaopiekowania się jego słabością. Matkowanie to najlepiej znany sposób na bliskość z czującym mężczyzną. A oni boją się tego i słusznie. W grupie rozwojowej jest możliwość twórczego przekroczenia stereotypów, znalezienia własnej wolności w prawdziwym spotkaniu kobiet i mężczyzn. Ale w życiu? Emocjonalne ryzyko bywa zbyt duże, przepisy na mężczyznę gotowe, baby czyhają, a wsparcia facetów brak.

 
Na dodatek w tym dramacie impotencji jest element humorystyczny... Ileż kpin prowokuje ten problem. No cóż, trudne sprawy najłatwiej obśmiać. Zdaje mi się, że ojcowie często traktują z przymrużeniem oka problemy swoich nastoletnich synów. Czy wprowadzają ich w świat seksu, a jeśli tak, to czy mówią o tej delikatnej stronie ich seksualnej natury? Że mają prawo mieć kłopoty z potencją – podczas inicjacji czy kiedykolwiek. Jakie są twoje doświadczenia?

Ojcowie raczej nie uświadamiają, a jeśli już, to ten temat pomijają. Wiadomo, że potencję się ma, i już. W podtekście tego milczenia jest ukryta intencja – nie skompromitujesz ojca, nie przyniesiesz mu wstydu. Mężczyźni uczą się więc od ojców nie przyznawać do słabości. Na drugim biegunie kobiety uczą się od matek, że wszelkie doznania genitalne to wstyd i odcinają się od swojej mocy. A przecież wszystkie te stany są ludzkie – właściwe dla obu płci. Z perspektywy humanistycznej nie ma żadnego powodu, aby reglamentować prawa do mocy lub niemocy.

Ale powiedzmy też prawdę: jego problemy z potencją to zawsze ważny znak dla partnerki. Jest wiele przyczyn, które mogą je wywołać, więc łatwo się pomylić w odnalezieniu tej właściwej. A sam bohater często nie chce mówić. I co ona ma z tym zrobić? Może go jedynie wspierać. Ale tylko dotknięty problemem niemocy może znaleźć rozwiązanie. To dla niego znak, że za dużo pracuje, przeżywa stres albo doświadcza konfliktu uczuć. Że powinien się zatrzymać i poddać refleksji swój sposób bycia w związku.

Wyczuwam w kobietach myśl, że to męski problem, którego lepiej nie dotykać. Tymczasem rozmowa bywa tu najlepszym lekarstwem. Tak, ale po pierwsze, ma to szansę w związku, w którym partnerom na sobie zależy. Tam, gdzie liczy się tylko seks, można się spodziewać, że on czym prędzej ucieknie, a ona odetchnie z ulgą. Po drugie, to naprawdę sprawa mężczyzny – ona tego problemu nie rozwiąże, może wspierać partnera. Rozmawiać – tak, ale nachalność i matkowanie są wykluczone. Najlepiej spytać go, czego potrzebuje. Najlepsza jest wyrozumiała obecność i spokojne powroty do seksu. To jak z upadkiem z konia, każdy jeździec musi to przejść, potem odleżeć, ile trzeba, i wsiadać znowu na konia. Nie pielęgnować lęku w odosobnieniu. A jak trudność jest nie do przejścia, sięgnąć po pomoc medyczną lub terapeutyczną.

Część kobiet wpada w panikę, na ogół uważają, że ich partner ma kochankę, że przestały być atrakcyjne albo nie są już kochane. Mówiliśmy nieraz o tym, że łóżko to teren nie tylko do seksu, a seks nie zawsze służy jedynie naszej seksualności. Jeśli seks ma być sposobem na niezaspokojone inne potrzeby, to niesprawność seksualna jest tym większą katastrofą. Tracimy wtedy środek na uśmierzanie nieuświadomionego cierpienia! Jeśli mamy ze sobą słaby kontakt, łatwo wpaść w panikę, samooskarżanie lub oskarżanie innych. Albo sięgasz po rozmaite „dopalacze” czy „rozluźniacze”, które nawet jak pomogą, to na chwilę, po czym problem wraca ze wzmożoną siłą. W sytuacji choroby i lęków najlepsza jest otwarta rozmowa z lekarzem, poznanie różnych opcji, możliwych konsekwencji i świadomy wybór sposobu postępowania.

Seks nie musi być twardością i mocą, może być czułością i wyrafinowaniem. Pianista zwykle nie wali w klawisze. Erekcja jest tylko częścią seksu, mamy poza tym palce, język, nawet słowa. I czułość. Intuicja i wiedza mówią, że dla kobiet czułość jest najważniejsza. A mężczyzna nowej epoki też potrafi dać i przyjąć czułość. W życiu na ogół jest więcej możliwości, niż nam się zdaje. Erekcja jest ważna, ale to niejedyna droga do spełnienia. Dostałam niedawno list od 60-letniej kobiety po przejściach. Jej sparaliżowany partner nie może tradycyjnie uprawiać seksu. A robią to z radością i sukcesem po swojemu. I ona pisze, że dopiero teraz odkryła radość seksu. Seksualność to dar na całe życie, a sposoby jej wyrażenia są nieograniczone.

U faceta nieuchronnie z wiekiem maleje potencja. Wiotczeją mięśnie, coraz mniej sił, a tu jeszcze taki wstydliwy kłopot. Ale wymyślono viagrę! To rozwiązuje wiele problemów mężczyzn, ale czy nie stwarza nowych? Owszem, stwarza – nie ma cudów! Jak z każdym lekiem trzeba zachować dużą ostrożność. A starzenie się to osobny temat – jak wchodzić w starszy wiek ze zgodą na to, co przynosi, i z odwagą żegnania się z tym, co przemija. Ilu dorosłych synów patrzy na starych ojców z czułością i dumą? Ilu ojców starzeje się z poczuciem, że nie zdradzili siebie? Oby było ich coraz więcej – a odnalezienie w sobie zgody na moc i niemoc uwolni energię do pełni życia.

Olga Haller psycholożka, terapeutka Gestalt, prowadzi wraz z mężem Adamem Centrum Counsellingu Gestalt www.gestalt.haller.krakow.pl w Krakowie. 

  1. Psychologia

Czy w waszym związku rządzą stereotypy?

Stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania. (Fot. Getty Images)
Stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jaki powinien być dobry związek? Na ten temat wciąż istnieje mnóstwo stereotypów. Rozmawiamy z psychoterapeutą Michałem Dudą. 

Z perspektywy gabinetu terapeutycznego chyba widać, że na temat relacji posiadamy pewną wiedzę, która nam szkodzi. Są to stereotypy. Stereotypy należą do sfery mitu. To taki mit uproszczony, spłaszczony. Z pewnością nie należy brać stereotypów dosłownie, ale nie znaczy to, że nie ma w nich ziarna prawdy. Niestety, często stereotypy stają się narzędziem manipulacji. Wspierają uprzedzenia, interesy jednej ze stron. Pozwalają wymagać rozwoju lub zmiany od kogoś, unikając spojrzenia na siebie. Jest mnóstwo przekonań na temat relacji, według których ludzie żyją, uważają za normę i stosują wobec siebie, a częściej wobec innych. Myślę, że stereotypy są wygodne. Podtrzymują ten wzorzec relacji, którego chcemy i szukamy. Popierają naszą wizję relacji, związek ma przecież spełniać oczekiwania. Stereotypy nie zmuszają do rozwoju, nie stawiają na progach, nie dotyczą tego, jaki ja powinienem być, raczej tego jaka powinna być żona, co powinien robić mąż.

Mamy na ten temat sztywne przekonania, utarte schematy. Tak. Jest na przykład bardzo utarty schemat myślowy, że w związku mężczyzna nie może mieć zbyt silnej relacji z matką, tylko raczej z żoną. Świetny stereotyp. Zresztą moim zdaniem to całkiem mądry pomysł. Problem polega na tym, że w drugą stronę on już nie jest taki oczywisty – to znaczy, że kobieta nie powinna mieć zbyt silnej relacji z ojcem, tylko powinna być raczej z mężem.

Rzeczywiście, na to się mniej zwraca uwagę. No właśnie. Dlatego mówię o wybiórczym stosowaniu, bo drugi pogląd jest równie słuszny. Przekonanie o złym wpływie zbyt bliskich relacji z rodzicem na związek z partnerem sprawdza się w obu przypadkach. Jednak najczęściej nie zajmujemy się stereotypem na własny temat. Zazwyczaj jest tak, że kobieta intensywnie reaguje i mocno pilnuje, żeby jej mężczyzna za blisko z mamusią nie był i jednocześnie chroni, pielęgnuje swój związek z ojcem lub matką.

I pojawiają się kłopoty, bo mężczyzna nagle znajduje się w trudnej sytuacji między dwiema ważnymi dla siebie kobietami. Tak, są duże oczekiwania. Oczywiście, on ma tutaj swoje do zrobienia i to dla niego jest dobre, żeby się od tej mamusi jednak oderwać i zacząć tworzyć związek ze swoją żoną. Ciśnienie, jakie jest tworzone wokół tego przez żonę, może mieć dwa podłoża. Jedno takie – chcę mieć męża i z nim być, i razem tworzyć rodzinę. I drugie – chcę mojego męża dołączyć do rodziny mojego taty. Chcę go wcielić w szeregi rodziny, którą tata zarządza, ja jestem jego oczkiem w głowie, matka jest trochę na marginesie, a mój mąż ma się w tym wszystkim jakoś znaleźć. Ta motywacja, żeby wyrwać męża z rodziny pochodzenia, mniej służy relacji. Jeśli kobieta działa z tego miejsca, mąż temu jakoś mniej ufa.

Inaczej to wygląda, jeśli przyjęta zostaje postawa – ok, rozstałam się ze swoim gniazdem, chciałabym żebyś ty też się rozstał ze swoim i żebyśmy stworzyli razem nasze gniazdo. Wtedy nie mamy do czynienia z podstępem, żeby go wcielić do swojej rzeczywistości. Wtedy też mężczyzna inaczej to czuje i inaczej reaguje. Podobnie jest w drugą stronę, kiedy chłopak chce, żeby jego dziewczyna dołączyła do jego mamy. To są dosyć powszechne przekonania, zwłaszcza w początkowych fazach bycia w związku czy małżeństwa. Dochodzi wówczas do konfliktów wokół tego, u kogo spędzamy święta, dokąd jedziemy na wakacje. A jest to związane z nową tożsamością rodziny, która musi się określić.

Kiedy się rozwijamy i zmieniamy, zaczynają nas interesować inne relacje. Wiąże się to z tym, że często trzeba się rozstać. A rozstania są trudne, bo stereotypowo postrzegane są jako zło. Jest sporo przyczyn takiego stanu rzeczy. Zwykle łatwiej się rozstawać z tym, co było złe, trochę trudniej z tym, co było dobre. Łatwo jest powiedzieć – mam dosyć tego i tego, i z ulgą to złe pozostawić, wychodząc z relacji. Później okazuje się, że już nigdy nie pójdziemy nad morze na spacer, nie będziemy trzymać się za ręce albo już nigdy nikt nie będzie tak na mnie patrzył i że tego nam brakuje. Zwykle jak się ludzie rozstają, szybko przechodzą przez fazę numer jeden, a kiedy zaczyna się faza numer dwa, zaczynają się też problemy: wahania, tęsknoty, powroty, znowu rozstania… sprawa rozciąga się w czasie. Trudna jest też kwestia wzięcia odpowiedzialności za rozstanie. Chętnie delegujemy ją na drugą stronę. Możemy „z bólem” zaproponować rozstanie, ale zazwyczaj uważamy, że nie jest to z naszej winy. Są też ludzie, którzy biorą wszystko na siebie, zrzekają się wspólnych dóbr, bo chcą mieć kontrolę nad tym procesem i nie chcą być odrzuceni. Myślę jednak, że po wszystkim, jak się nad tym zastanawiają, czują, że zostali skrzywdzeni.

Po co jest nam ta wina przy rozstaniach? Temat winy jest jakoś nieodłączny, gdy myślimy o rozstaniu. O ile lubimy, żeby związek powstał troszeczkę z woli bożej, o tyle rozstania zwykle same się nie stają. Ktoś coś musiał popsuć, żeby to przestało funkcjonować. Rzadko ludzie mówią – było, skończyło się i ja się z tym godzę. Częściej albo sami poczuwają się do winy, albo myślą, że ta druga osoba nie spełniła oczekiwań, albo robiła coś, co jest przeciwko tej relacji. Kwestia ta jest dokładnie „wałkowana” z przyjaciółmi, widać to także przy sprawach rozwodowych.

Wina jest nam potrzebna, żeby się rozstać. Rozstawanie się nie ma dobrego public relations. Zawsze zakończenie związku jest dużym przeżyciem. Trzeba je jakoś uzasadnić, jakoś sobie wytłumaczyć. Stereotyp winy bardzo się tu przydaje, bo upraszcza sprawę i daje prostą, wygodną i wiarygodną odpowiedź – zamiast zrozumienia i świadomości co się właściwie stało.

Jak to wszystko uprościć? Z jednej strony nasz wewnętrzny rozwój popycha nas do innych relacji, a z drugiej – są przecież ludzie, którzy żyją w jednym związku przez dziesięciolecia. Czy oni są stworzeni do monogamii, czy oni tak żyją, bo rozstanie jest dla nich zbyt trudne? Myślę, że ten temat wykracza poza psychologię, dotyczy pewnego rodzaju wzorców społecznych, kulturowych, religijnych. Rozstanie nie jest tylko indywidualną, osobistą decyzją, zwłaszcza jeśli chodzi o małżeństwa. Zawiera się je publicznie, w kontekście społecznym i tak też się je kończy. W zależności, w jakim kręgu kulturowym żyjemy, rozstanie jest mniej lub bardziej możliwe. Małżeństwo związane jest z wizją rodziny, ze społeczną funkcją, jaką ona pełni. Z tego miejsca nie ma akceptacji dla łatwego zmieniania partnerów. Są uzasadnienia społeczne, ale są też i psychiczne. Jeśli na przykład w związek z mężczyzną kobieta ucieka przed dominującą matką, to od tego faceta łatwo nie odejdzie. Z takiego związku trudno wyjść, bo zanim to nastąpi coś innego musi przejąć funkcję buforu, ochrony przed matką albo musi zniknąć źródło dyskomfortu czy zagrożenia. Oczywiście można też rozwiązać realną relację z rodzicem, a to zwykle wydaje się wielu ludziom ponad ich siły, chociaż nie jest niemożliwe.

Dlaczego rozstania cały czas są „złe”? Rozwód był „zły” do lat 60-tych, potem zaczęło się to chwiać, a teraz co druga para się rozwodzi, robi się to normalniejsze. Kultura rozwija się w taką stronę, że jest mniejsze ciśnienie społeczne dookoła rozwodów. Ich ilość wskazuje nie tylko na kondycję relacji i rodziny ale też na to, że ludzie czasem mają po prostu potrzebę, żeby się rozstać, nie przejmując się tak bardzo stereotypem. Często rozstanie jest ucieczką, szantażem, manipulacją, ale czasem jest to najlepsza rzecz jaka może spotkać związek i partnerów, którzy go tworzą.

Kolejnym stereotypem relacyjnym jest monogamia rozumiana jako jeden związek na całe życie. A przecież są ludzie, którzy potrzebują ich więcej. Związki mają różne funkcje, stąd różne potrzeby, formy i preferencje. Współcześnie różnorodne rozwiązania są coraz bardziej akceptowane społecznie. Choć cały czas jest spora i bolesna przestrzeń braku akceptacji, opartego na stereotypach, dotyczących tego, jaki jest właściwy związek i kto z kim może go tworzyć – na przykład ze względu na orientację seksualną, różnice wieku, religijne, rasowe, klasowe. Mimo zmian społecznych, idea związku na całe życie dla bardzo wielu osób cały czas pozostaje aktualna. Wracając do wzorców, to po rozpadzie związku, który w założeniu miał być na całe życie, ktoś nadal może poszukiwać partnera, który będzie mu odpowiadał i nadal może mieć założenie, że z nim zostanie. Może też mieć pomysł, że nie zamierza w żadnym związku pozostać i uznać, że rozstanie jest normalną częścią życia. Są ludzie, dla których związki się zmieniają, są w ruchu. Relacja jest dla nich jak buddyjska mandala, czyli – „do rzeki z nią!”. Są również tacy, którzy w ogóle nie chcą być w związkach. Zapewniają sobie kontakty seksualne, jakoś dbają, żeby nie czuli się samotni, ale to nie znaczy, że chcą coś tworzyć razem. Mają inne priorytety.

Może warto rozpoznawać, co jest dla nas dobre? Na pewno warto, ale trzeba pamiętać, że to jest podejście indywidualistyczne. Na związki można też patrzeć jako na całość. Istnieje przecież jakieś „my”, nie tylko „ja” i „ty”. To „my” ma historię i może się rozwijać. To jest inna filozofia patrzenia na te sprawy. Jestem w związku i zmieniam się razem z nim, ale to związek jest nadrzędną wartością. On jako całość może chcieć być inny niż indywidualne „ja” osób, które go tworzą. Czasem coś większego od nas woła, byśmy się połączyli. Ludzie wtedy idą bardziej za tym, czego potrzebuje związek. Niektórzy częściej mówią „my” niż „ja”. Czasem myślimy w ten sposób. My jesteśmy otwarci, a Kowalscy są inni, tacy sztywni. Albo czujemy, że jakiś dom, rodzina mają swój nastrój, ciepło albo chłód, swobodę albo reguły, wsparcie lub wymagania. Te wyczuwane jakości, to jest właśnie duch całości, wspólnoty. Wypadkowa cech, osób, które tworzą ten dom.

Panuje przekonanie, że jeżeli ja się zmienię, ta druga osoba i związek także przejdą metamorfozę. Jest taka możliwość, że partner powie „veto” na mój rozwój i chęć zmiany? To nie jest tak, że jak ja się bardzo postaram, to zmienię całość i uzyskam to, czego chcę. To by było całkiem sprytne. Można byłoby trochę manipulować tą sytuacją. Tymczasem druga osoba wcale nie musi reagować na nasze zmiany. Co więcej, może reagować inaczej niż byśmy chcieli. Oczywiście, jeśli rzeczywiście się zmieniamy, prędzej czy później zostanie to zauważone przez drugą stronę. Partner może to polubić, ale może zacząć się trochę tego bać. Na ogół musi się do tego odnieść, bo nie jest już tak samo, jak było. Chyba, że nie zauważy zmiany. Część osób zamiast docenić rozwój partnera, oskarża go – nie tak miało być. Dla mnie ważniejsze jest, żeby relacja spełniała istotne dla mnie funkcje. Jeśli chcesz się zmieniać, to trudno, poszukam sobie kogoś innego, kogoś kto te funkcje wypełni.

Mam wrażenie, że w bliskich relacjach stereotypowo wiele oczekujemy. On ma zarabiać na dom, a ona gotować. Od innych osób tego jakoś nie wymagamy. Wiele osób myli związek z opieką, zapewnianiem potrzeb, spełnianiem oczekiwań. To się wiąże z poczuciem bezpieczeństwa i kontroli. Z jednej strony mamy, oczywiście, różne preferencje – po prostu mam prawo czegoś chcieć lub nie, coś lubić, a czegoś nie. Z drugiej – jeśli aż tak bardzo czegoś chcę, że tak być musi, a jak nie, to jestem nieszczęśliwy, wpadam w złość, siada mi nastrój i łapię depresję… wtedy najczęściej nie chodzi tu o konkretne zachowania partnera. Bardziej o naszą interpretację tych zachowań, o nasz lęk oraz pragnienia, które są w tle. Powołując się na podany przykład – jeśli on pozwala mi rozmawiać godzinami przez telefon, to znaczy że mnie kocha i rozumie. Takiego męża chcę mieć, ponieważ do tej pory nikt mnie nie kochał i nie rozumiał albo przeciwnie – wszyscy mnie kochali i rozumieli, więc nie jestem przyzwyczajona do tego, żeby mi na coś nie pozwalano. Mogło mi czegoś brakować w domu rodzinnym i teraz pilnuję, by ten brak zniwelować w moim związku lub pewne zachowania kojarzę z domem i dzięki nim czuję się jak w domu, czuję że mam dom. Kiedy ich brakuje, to wydaję mi się, że ten dom tracę, a wraz z nim tracę jakąś część siebie i czuję lęk oraz samotność. W tym kontekście oczekiwania czasem robią się nieco obsesyjne. Jak się nad tym zastanowić obiektywnie, z dorosłego punktu widzenia, to sama sprawa zwykle nie jest warta tych emocji i energii, którą się w nią wkłada. Stoją za nią inne powody. Jakie? To dobre pytanie, które warto sobie zadać. Czemu właściwie tak bardzo mi na tym zależy? Odpowiedzi warto szukać w uczuciach, nie tylko myśleć o przyczynach.

Czyli za moim oczekiwaniem stoi jakiś mój problem? Jeśli bardzo mi na czymś zależy i mam silne emocje – może tak być. W konfliktach wokół oczekiwań przydają się nam stereotypy – one mówią jak powinno być. Zamiast do swoich uczuć i pragnień, odwołujemy się wówczas do słuszności społeczno-moralnej – jak to jest możliwe, żebyś mi nie ugotowała obiadu! A przecież kiedy krzyczymy „MUSISZ!”, stoją za tym niewyrażone uczucia. Gdyby facet, który wykrzykuje takie rzeczy, miał świadomość swojej historii i zdolność dzielenia się uczuciami w relacji, mógłby powiedzieć – jak tego nie robisz, to się boję, czuję się gorszy, odrzucony, zagrożony. To budzi historie z innej czasoprzestrzeni – kiedyś ciągle czułem się odrzucony i czuję to nadal, oczekuję od ciebie, że ty to zmienisz! To, oczywiście, nie jest na dłuższą metę możliwe. Stereotyp ma uprawomocnić jego potrzeby i uczucia, do których sam nie daje sobie prawa, a czasem nawet o nich świadomie nie wie. Rozmowa o tym między partnerami może pomóc.

Jaki jeszcze stereotyp relacyjny jest powszechny? Dotyczący wierności. Jest jednym z mocniejszych stereotypów. Funkcjonuje założenie, że trzeba być wiernym, że jest to dobre i właściwe. Jak się tego chce, to fajnie. Jak się musi, to już jest gorzej. Znów, nie o to chodzi, żeby się stosować albo nie stosować do stereotypu. Ważne, żeby to było coś, o czym można rozmawiać. To, jak będzie, zależy od ludzi, którzy są razem i podejmują swoje decyzje. Stereotypu wierności często się używa, żeby pokazać swoje reguły i zasady. Ten stereotyp doskonale nadaje się do tego, żeby nieść go na sztandarach swojej wizji relacji i daje poczucie pewności, słuszności i wyższości moralnej. Prawdziwa wierność lub jej brak jest obszarem tabu. Wierność jest często wyłącznie wersją oficjalną. Mówią o tym statystyki. To bardzo delikatny temat, zwykle wyzwalający duże emocje, dla wielu osób bardzo bolesny i dlatego często pozostaje on poza sferą świadomości. Już samo poruszenie go wywołuje spory niepokój, a potem jest już tylko gorzej. W niektórych momentach rozmowa o wierności jednak staje się konieczna. Nie jestem zwolennikiem codziennego omawiania tej kwestii – są ludzie, którzy potrafią zamęczać takimi rozmowami – ale pojawiają się takie momenty w relacjach, kiedy ta sprawa jest istotna i trzeba ją poruszyć. Nierozmawianie o tym jest dość powszechną praktyką i zazwyczaj działa na szkodę relacji, rozdziela parę.

Jak postępować z relacyjnymi stereotypami? Może warto badać, jakie mamy dookoła nich uczucia? Tak mi się wydaje. Warto też o nich dyskutować. Warto mieć świadomość, że większość z nich traktowana dosłownie jest po prostu nieprawdziwa. Dużo par żyje na przykład według stereotypu, że trzeba wobec innych zawsze stać po stronie partnera albo zawsze należy starać się być dla siebie miłym. Uleganie takim stereotypom jest często destrukcyjne dla związku. Sprawia, że w którymś momencie relacja traci siły witalne, robi się sztuczna i niedorosła, zastąpiona dziecięcymi potrzebami, które ta druga osoba bezwzględnie ma spełniać. Pamiętajmy, że stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania – bo tak jest i tak się robi. Żona musi zgadzać się z mężem! A mąż z żoną? Już niekoniecznie. To tak, jakbyśmy woleli pokonać partnera, zmusić, powołać się na jakąś wyższą instancję, której należy się podporządkować, zamiast pytać siebie nawzajem, uzgadniać, prosić, tworzyć związek razem.

Michał Duda psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie Psychologii Procesu.

  1. Psychologia

Czego kobieta od mężczyzny… może się nauczyć?

Zamiast się kłócić, czerpmy od siebie nawzajem. (Fot. Getty Images)
Zamiast się kłócić, czerpmy od siebie nawzajem. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Właśnie tak: nauczyć. Nie spodziewać, wymagać, żądać. Ani na co machnąć ręką. Czerpać siłę z różnic płci – czy to nie jest sexy?

Freud twierdził, że zazdrościmy mężczyznom penisa, ale z rozmów z kobietami wynika, że bardziej zazdrościmy im luzu i „nieprzejmowania się wszystkim”, z czym zwykle same mamy problem.

– Chciałabym bardzo nauczyć się od mężczyzn egoizmu – mówi gorzko Lena, pracująca mama dwójki dzieci. – Łatwości, z jaką można sobie wyjść z domu, iść na spacer i nie myśleć kompletnie o tym, co ugotować na obiad i czy dzieci za mną tęsknią. Przydałaby mi się też pewna doza narcyzmu i umiejętność autoreklamy, czyli brylowania w towarzystwie i sypania jak z rękawa przeczytanymi gdzieś i zapamiętanymi od kogoś informacjami.

– A ja z kolei chciałabym nauczyć się od mężczyzn absolutnego nieprzejmowania się sprawami niegodnymi najwyższej uwagi – mówi 36-letnia Kasia. – Przewróciło się? Niech leży… I tego, jak potrafią odreagować z kolegami ciężkie momenty, jak prą do przodu, nie przejmując się przeszłością, najczęściej własną.

Grzegorz, 43-latek, który wyraża raczej podziw niż zazdrość w stosunku do odmiennej płci, też chętnie nauczyłby się czegoś od kobiet: praktycznego podejścia do spraw rodzinnych: – Planowania wydatków, ogarniania potrzeb, myślenia nie tylko o dziś i jutrze. Potraficie dużo znieść, mniej myśleć o sobie, a więcej o rodzinie. Dla mnie wyjazd na wczasy we dwójkę, bez dzieci, jest do zrealizowania, dla mojej żony to niewyobrażalne. Troska o dzieci wygrywa u was z romantyzmem. Jednak chciałbym zachować te różnice między płciami, w końcu to one uzupełniają związek, tworzą jedność.

Różnimy się, to piękne!

Kobiety nastawione są na relacje, a mężczyźni na zdobywanie świata. Takie jest powszechne przekonanie, a psycholodzy nie odmawiają mu słuszności. Ich zdaniem różnimy się fizycznie i psychicznie, i to się nie zmieni. Natomiast nieprawdą jest, że nie możemy się porozumieć. Zamiast się kłócić, czerpmy od siebie nawzajem.

– Różnica między płciami jest faktem i jest niezaprzeczalna – potwierdza Paweł Droździak, psycholog i psychoterapeuta. – Jest też niemożliwa do zatarcia. Płcie się różnią i będą się różnić. Kilka dni temu uczestniczyłem w spotkaniu towarzyskim w prywatnym mieszkaniu. Tak się złożyło, że były tam tylko dobrane już pary i okoliczności nie stwarzały żadnych szans na flirty. Co się stało? To, co najczęściej dzieje się w takich przypadkach. Uczestnicy spotkania, mogąc poruszać się po domu swobodnie, zachowywali się jak cząsteczki mieszaniny wody i oleju. Taka substancja, zostawiona przez jakiś czas sama sobie, nieuchronnie utworzy dwie warstwy. Stopniowo powstały więc dwie grupy w dwu różnych pomieszczeniach. Nikt tego nie planował, nie nakazał ani nie zauważył, póki nie stało się ewidentne. Samo tak wyszło. W pierwszym pokoju usiedli panowie. Rozmowa zeszła na temat reformy emerytalnej i motocykli. W drugim pokoju rozsiadły się panie. Tu rozmowa krążyła wokół ciąż, dzieci i ewolucji „ja” w zetknięciu z ważnymi zmianami w życiu. Nie miało znaczenia, że wszyscy goście byli wykształceni, niezależni finansowo, że wiele kobiet było feministkami. To silniejsze od nas samych.

Role społeczne są dość mocno zakorzenione w naszej świadomości i same, nie zdając sobie z tego sprawy, ochoczo wyręczamy mężczyzn (synów, braci, partnerów) w takich czynnościach jak pranie, sprzątanie. Dajemy im sygnały, że oczekujemy od nich wsparcia, silnego ramienia, pomocy. Z drugiej strony domagamy się zrozumienia i rozmów o emocjach, zapominając, że mężczyźni mają z tym problem. Czy nie lepiej skupić się na tym, co wychodzi każdemu najlepiej?

Program zajęć

Niektóre cechy mojego męża szczerze podziwiam. Myślę, że dzięki niemu staję się spokojniejsza, bardziej cierpliwa, nabieram dystansu do siebie i świata. Lubię słuchać, gdy w ciekawy sposób mówi o funkcjach mózgu, ale pogodziłam się z tym, że nie wszystko lubimy w tym samym stopniu i że sporo nas różni – ale te różnice są fajne, bo sprawiają, że nasze odrębne światy są wciąż dla nas atrakcyjne. Nie czekam już, że domyśli się, gdy dorzuca do przepełnionego kosza na śmieci kolejną rzecz, że się nie zmieści. Po prostu zawiązuję worek, stawiam w przedpokoju i wiem, że wtedy wyniesie. Dawniej był to dla mnie dowód, że mnie nie docenia, dziś szkoda mi na to czasu. Tak jest i już, i nikt nikomu tu na złość nie robi. Zamiast skupiać się na tym, co dzieli, zaczęłam koncentrować się na tym, co łączy.

Dorota Kałużyńska, psycholog, trenerka biznesu i fotografka, też ogniskuje uwagę na tym, co podziwia u swojego partnera. – Chciałabym nauczyć się od niego precyzji w działaniu i dokładności. Jest inżynierem lotnictwa i zajmuje się silnikami odrzutowymi, a to, jak funkcjonuje na co dzień, nosi znamiona „inżynierskiej dokładności”. Ja często działam, wyznając zasadę „na oko” i „mniej więcej”, a mój Marek – wręcz przeciwnie. Podziwiam to u niego i trochę chciałabym uszczknąć tej dokładności dla siebie. Czego jeszcze mogłabym się nauczyć? Dbałości o szczegóły i pamiętania o pewnych zasadach właściwego użytkowania przedmiotów codziennego użytku, np. samochodu. Skrupulatnego czytania instrukcji obsługi i stosowania się do zaleceń producenta. Kolejna rzecz – skupienie na jednej czynności.

Czy warto się uczyć od mężczyzn? – Myślę, że tak – mówi Dorota Kałużyńska. – Męski umysł to ciekawy twór, który nam, kobietom, może służyć czasem jako drogowskaz w gąszczu myśli i zawikłanych połączeń przyczynowo-skutkowych. To, czego możemy się uczyć od mężczyzn, to z pewnością prostota w myśleniu. Mówienie zdaniami pojedynczymi, a nie wielokrotnie złożonymi.

A czy mężczyźni chcieliby uczyć się od nas? Szczerze mówiąc, robiąc research do tego artykułu, zauważyłam, że nie przyznają się do tego zbyt chętnie (może poza 43-letnim Grzegorzem, który chciałby nauczyć się od nas „planowania wydatków, ogarniania potrzeb, myślenia nie tylko o dziś i jutrze”) albo obstają przy tym, że to, czego możemy nauczyć się od innych, nie zależy od płci.

Potrzebni sobie

Dzięki temu, że umiemy czerpać od siebie nawzajem – niezależnie od płci, statusu, pochodzenia – świat przetrwał i rozwija się dalej. Pomimo różnych pomysłów, że kobiety i mężczyźni mogą być sobie równi, te dwa światy wciąż są odległe.

– Myślę, że wielu mężczyzn marzyłoby o tym, żeby być na jeden dzień kobietą, a kobiet – mężczyzną, by zobaczyć, jak to jest „po drugiej stronie” – mówi dr Tomasz Sobierajski, socjolog. – Takie rzeczy nie są jeszcze możliwe, więc lepiej byłoby, żebyśmy tymczasem z uwagą i wrażliwością obserwowali siebie, po to, aby czerpać jak najwięcej z doświadczeń płci przeciwnej i uczyć się tego, co najlepsze. Bo przecież od wieków mężczyźni i kobiety są razem, spotykają się ze sobą przede wszystkim jako ludzie, od których można się wiele dowiedzieć. Dlatego nie rozumiem postawy niektórych środowisk, uznających się za feministyczne, które z uporem próbują stawiać mur między kobietami a mężczyznami. To cementuje stereotypy, bo odseparowani mentalnie, nie możemy dzielić się swoimi doświadczeniami, a przez to wzbogacać swoich wnętrz.

Po co walczyć, wzmacniać różnice? Choć mówimy w nieco innych językach, jakoś się od lat porozumiewamy. Może więc uznajmy, że zamiary Marsjan są wobec Wenusjanek przyjazne. I niech mężczyźni przestaną być straszeni wizją, że nie są nam potrzebni. Są potrzebni. Potrzebujemy siebie nawzajem.

  1. Psychologia

Miłość i ryzyko. Co ryzykujemy wchodząc w związek?

Marina Abramović i Ulay w performensie
Marina Abramović i Ulay w performensie "Rest Energy", 1980. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
- Miłość i lęk są udziałem nas wszystkich. I żadne z nich nie da się ocenić jako dobre czy złe, raczej chodzi o konsekwencje bycia w tych stanach. To się przekłada na związki - o czym innym są relacje w stanie lęku, o czym innym w stanie miłości - mówi psychoterapeuta Michał Duda.

Wchodząc w związek, zbliżając się do innej osoby, ryzykujemy. Czym? Poczucie takiego ryzyka może być rozpatrywane na wielu poziomach. Najczęściej rozumiane jest w taki sposób, że ryzykuję odrzucenie, ryzykuję to, że nie będę mógł być sobą, że nie będzie tak, jak chcę. Ludzie łączą się ze sobą na różnych płaszczyznach, w zależności od tego, czego pragną w związkach. Część z nich ma silną potrzebę bezpieczeństwa i dla nich związek jest głównie o tym. W relacji szukają tego, co stabilne, poukładane, gwarantujące bezpieczeństwo. Będą raczej kreować domową rzeczywistość i dbać, żeby miała ona trwałe podstawy. Dążenie to bierze się wtedy z dziecięcych potrzeb, które kiedyś były zagrożone i wcale nie jest to takie dorosłe, jakby się wydawało.

Chociaż z zewnątrz wygląda to dość odpowiedzialnie. Tak, to niby jest o dorosłości i odpowiedzialności, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby stworzyć kontrolowaną bezpieczną przestrzeń, w której nie wydarzy się na przykład porzucenie. Ludzie często boją się odrzucenia, bo przeżyli je w dzieciństwie - realnie stracili rodziców albo mieli takich, którzy nie byli nimi zainteresowani lub byli uzależnieni od czegoś. Na emocjonalnym poziomie stracili poczucie oparcia, stabilności. I szukają tego w związku, znowu ryzykując utratę bezpieczeństwa.

Nie każdy szuka bezpiecznej przystani w związku. Są też ludzie, którzy szukają przyjaciela z dzieciństwa, czyli osoby, z którą można uciekać z domu. On na przykład jest outsiderem, ona jest z przemocowego, alkoholowego domu, spotykają się i razem łażą po drzewach, biegają po łąkach. Ale to też jest cały czas dziecięce. Każde z nich rozumie to zranione dziecko w drugim. Ono jest wreszcie widziane, ma przyjaciela, z którym jest blisko. Związki oparte na takim uczuciu często są bardzo silne, lecz niekoniecznie zawsze łatwe. Osoby, które tęsknią za takim alternatywnym światem w stosunku do własnego niefajnego domu, mają romanse i wdają się w różne tego typu historie. Potrzeba połączenia się z „przyjacielem z dzieciństwa” jest silna. Takie spotkanie redukuje lęk i zmniejsza poczucie osamotnienia. Te relacje są o bezpieczeństwie, o byciu dziećmi, nie mają w sobie nic z realnego funkcjonowania związku. Kiedy pojawia się rzeczywistość, pojawiają się kłopoty. A ryzyko utraty takiego uczucia często jest rozpatrywane w kategoriach życia albo śmierci. Dziecięca płaszczyzna, na której ta historia się rozgrywa, oznacza wysoki poziom lęku i pustki w życiu, kiedy się traci takiego przyjaciela. Ludzie wpadają wtedy w depresje, tną się, mają próby samobójcze...

Reagują jak dziecko. Jak zagrożone dziecko, które zostaje samo na świecie. Przyglądając się parom, można się zastanowić kto to jest - dzieci czy dorośli. Po drodze są jeszcze nastolatki, czyli związki, które mają charakter przygodowy, kiedy się razem zwiedza świat i łamie reguły. Taki związek różni się od poprzedniego tym, że jest trochę bardziej osobny. Tutaj głównie chodzi o wolność i robienie czegoś szalonego. Są zmienne nastroje, stawianie na swoim, jakaś funkcja przeżywania samotności. Ryzyko polega w tym przypadku wcale nie na szaleństwie, tylko „nieszaleństwie”. Związki nastolatków rozpadają się, kiedy przychodzi moment na rodzinę, dzieci, bo to dla nich mało atrakcyjny wzorzec.

Jeśli ktoś nie przeżył miłości w wieku nastoletnim, będzie szukał kogoś, kto się z nim zgra w tym klimacie. Na moment poczuje się głęboko zrozumiany w tej potrzebie i będzie miał wrażenie, że nikt go tak nie rozumie, że z nikim nie jest tak świetnie, i że wreszcie się odnalazł, i że to jest miłość jego życia. I rzuci wszystko, kupi motor, albo przyczepę kempingową, albo cokolwiek. Albo będzie włóczył się po pracy i ją zaniedba. Będzie robił rzeczy, które należą do tego czasu.

Jednak na tej płaszczyźnie jest mało przestrzeni na mówienie o swoich uczuciach, tu jest niebezpiecznie otwierać się za bardzo. Można mówić o swojej frustracji, złości, o tym jak inni są „niefajni” - słowem odreagowywać. Można mieć swoje światy, swoje tajemnice, podzielać ekscytacje, zachwyty. Poza tym wszystkim związki te są dużym źródłem konfliktów, bo każdy ciągnie w swoją stronę. Tak długo, jak długo ta wspólna ucieczka od życia jest realizowana, tak długo relacja się kręci. Ale kiedy tylko te potrzeby się rozchodzą, trudno jest rozwiązywać konflikty, które eskalują. Często jedna ze stron próbuje tak zmanipulować sytuację, żeby osiągnąć jakiś rodzaj kontroli czy przewagi i uzyskać to, czego chce. Jest to jakiś rodzaj uczuć, ale z perspektywy dorosłych ludzi, którzy się kochają, trudno to nazwać miłością. Nastolatka, która jest z nastolatkiem, niekoniecznie jest kobietą, która kocha mężczyznę. A ten nastolatek niekoniecznie jest mężczyzną, który kocha kobietę. Mówimy tu o związkach heteroseksualnych, ale te same mechanizmy dotyczą też związków tej samej płci.

Na czym polega różnica między nastolatkami a kobietą i mężczyzną, którzy kochają? Z miejsca miłości zupełnie inaczej patrzy się na potrzebę, którą ktoś zgłasza. Staje się ona przedmiotem zainteresowania a nie kwestionowania. Poza tym, jeżeli ma się dostęp do tej pozycji, kiedy jest się dorosłą kobietą czy dorosłym mężczyzną, doskonale się wie, czy ta druga strona nas kocha czy nie. Z tego miejsca nie ma w ogóle zawahania - kobieta wie i mężczyzna wie. Nastolatki niekoniecznie - mogą się czarować, ściemniać, robić różne rzeczy. Jeżeli para kłóci się z miejsca nastolatków i jeżeli poprosi się te osoby, żeby na chwilę poczuły się kobietą i mężczyzną, którzy się kochają, ten konflikt radykalnie zmienia się w ciągu kilku minut. To jest zupełnie inne spojrzenie, zupełnie inna perspektywa.

Inne jest też ryzyko? Jak mówimy o ryzyku, wszystko zależy, z jakiego miejsca doświadcza się relacji. Kiedy jestem dzieckiem, boję się, że stracę podstawę bezpieczeństwa albo jedyną przyjazną duszę i mój świat się rozpadnie. Gdy jestem nastolatkiem, ryzyko wiąże się z tym, że nie będzie tak, jak ja chcę. Chodzi o spełnianie pewnego wizerunku idealnej osoby czy związku. Kiedy potrzeby nie są zaspokajane, z miejsca nastolatków czuje się głównie złość i frustrację, a z perspektywy związku dzieci wywołuje to strach. Ludzie płaczą, cierpią, bo nie wydarza się to, czego by pragnęli i wtedy wydaje im się, że kochali tego kogoś. To jest bardzo łatwo pomylić - komuś, kto potrafi płakać, wydaje się, że potrafi kochać. Tymczasem jak się patrzy z perspektywy dorosłej osoby, która kocha, nie jest aż tak istotne, że nie dzieje się to, czego ja chcę. Mogę nawet nie być z tym kimś i tak go mogę kochać. Miłość nie przekłada się na to, czy ktoś robi to, co ja chcę czy też nie, czy ktoś jest wierny, czy nie.

To są raczej oczekiwania. Tak. Choć to nie jest tak, że w tym nie ma też uczucia. Związki nastoletnie, wynikające z kompensacji braku, często są oparte na dominacji i uległości - w tej przestrzeni pojawia się zazdrość, chęć kształtowania partnera, żeby on jakiś był, dominowanie ekonomiczne, emocjonalne, seksualne. Można grać w pewien rodzaj gry, która sprawia, że ta druga osoba jest jakoś zależna. To jest zwykła polityka zapanowania nad partnerem po to, żeby robił tak, jak chcę.

Kiedy to się nie udaje, ludzie narzekają na siebie nawzajem, ale związek trwa. Nie są samotni, ktoś się plącze po domu. Natomiast jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek przeżył miłość, to wie, że to jest trochę co innego. Myślę, że ryzykiem jest popadnięcie w niedorosły rodzaj związku. Czyli jest to ryzyko niebycia w związku opartym na miłości. On nie jest już o podporządkowaniu, tam rangi nie grają tak dużej roli. To są zupełnie inne światy. Z perspektywy miłości ryzykiem jest utrata miłości a nie kontroli.

Jak dotrzeć do takiego dorosłego miejsca? Mam wrażenie, że na każdym z etapów życia istnieje głęboka potrzeba przeżycia miłości - dziecko potrzebuje być kochane przez rodziców i potrzebuje kochać rodziców, musi też mieć kogoś, z kim jest blisko, coś w rodzaju miłości przedszkolnej i nastolatek także potrzebuje przeżyć swoją miłość. To są różne sposoby kochania. Gdy to się wydarzy, zwykle miłość transformuje się na wyższy poziom, bo poprzednie już się wypełniły i przestały być atrakcyjne. Pojawia się potrzeba miłości dorosłej na innej płaszczyźnie.

Jakiej? Potrzeba bezpieczeństwa ustępuje wtedy potrzebie przynależności, czyli relacji. Jeśli nie potrzebuję już być w związku z potrzeby bezpieczeństwa, nie muszę kontrolować, manipulować, kłamać. Kiedy ludzie tego wszystkiego pilnują, nie ma już w nich przestrzeni, żeby otworzyć się na relację. Najczęściej z zewnątrz to wygląda tak, że osoby są razem, mają dzieci, robią razem różne rzeczy, jednak w fundamencie, na którym jest to zbudowane, jest wszystko, tylko nie miłość. Zazwyczaj ktoś funkcjonujący w tym paradygmacie dominacji i uległości będzie miał dwa rodzaje związków. Na przykład mężczyzna, którzy kontroluje i deprecjonuje swoją żonę, będzie miał kochankę lub kolejny związek z kobietą, która jest dominująca i będzie się do niej „modlić”.

Ta opozycja dominacji i uległości jest wewnątrz konkretnej osoby. Tak, dotyczy psychiki i obie te wewnętrzne osoby potrzebują zewnętrznej relacji. To się rozgrywa też w sferze seksualności. Część osób uzależnia seksualnie drugą stronę lub działa na granicy przemocy seksualnej. Są też osoby, które szukają silnych w tym względzie partnerów i które chcą być uległe. Są różne gry seksualne, czarowanie, niedopuszczanie, uwodzenie. I warto mieć świadomość, że to właśnie słabi często mają dużą władzę nad silnymi. Jak się w to gra, ryzyko polega na stracie kontroli, co wywołuje poczucie lęku. Gdy się to dzieje, człowiek kontaktuje się z tym bazowym lękiem, na który relacja miała pomóc. Pytanie, na czym oparty jest taki związek. Kiedy w relacji nie jestem tylko ja, ale pojawia się też „my”, jest ona przeżywana zupełnie inaczej.

Trudno wyjść z polaryzacji, będąc w tych niedojrzałych relacjach. Może potrzebne jest bycie przez jakiś czas samemu? Takie relacje podtrzymują wzorzec i bycie w płaszczyźnie lęku i realizowania potrzeby bezpieczeństwa. Osoby, które odnajdują tę potrzebę w sobie, nie muszą już szukać jej na zewnątrz. Bycie jakiś czas ze sobą jest jak najbardziej wskazane.

Ale wtedy robi się strasznie. Strasznie się robi, jeśli nie ma się poczucia bezpieczeństwa w sobie. Jeśli zrezygnuje się z takiej relacji, która oparta jest na wzorcu dominacji i uległości, to niestety traci się to, że jest się cały czas czymś zajętym i nie ma się czasu myśleć, że się człowiek boi. Jak się to zostawi, pozostaje samo uczucie lęku i robi się strasznie. Jak się jest z tym strasznym czymś, trzeba zaakceptować to w sobie - że jest się słabym, śmiertelnym, podatnym na różnego rodzaju zranienia, choroby, trudności i w jakimś sensie też samotnym. To jest ludzkie. Rozwiązaniem tej sytuacji jest znalezienie w sobie tego miejsca, które jest delikatne. Dotknięcie tego najsłabszego elementu.

To też może być straszne, zwłaszcza na początku. Ludzie się boją, jak się zaczynają do tego zbliżać. Ale jak poczują kontakt z tym, to ich to uspokaja. Pogodzenie się ze swoją słabością uwalnia z potrzeby kontrolowania. Bardzo dużo cierpienia bierze się z zaprzeczania temu delikatnemu, słabemu, wrażliwemu miejscu. Ale bez kontaktu z nim, nie jest możliwe poczucie szczęścia. Ci, którzy bronią się przed lękiem, mogą przeżywać zadowolenie, satysfakcję z odniesionego sukcesu. Różne rzeczy, ale uczucie szczęścia to nie jest. Ono jest specyficzne, wszechogarniające i jakoś pełne. Nie pojawia się z tego powodu, że coś się udało albo coś się zrobiło. Jeśli ktoś jest naprawdę szczęśliwy, przeżywa to również w kontakcie z tą wrażliwą częścią siebie. Trzeba ją przyjąć, pomieścić ją w sobie, nie bać się jej. Poczucie jej uwalnia z polaryzacji dominacji i uległości. Lęk bierze się z braku kontaktu z tym miejscem.

Jeśli się jest w stanie poczuć uczucia, które tam są, w jakimś stopniu przenosi to na inny poziom. Można przestać już różnymi postawami kontrolować swój mały wycinek rzeczywistości, czy to z miejsca z dziecka, czy nastolatka. Wtedy można wyjść z tego. Wtedy otwiera się przestrzeń, w której można poczuć, że się kogoś kocha, że się z kimś jest, że on istnieje, że on jest jakiś, że się go nie boi, że się jest go ciekawym, że można przeżywać bycie z tą osobą, a nie bycie obok niej i zastanawianie się, żeby ona tylko szła nam na rękę. Ona nie musi iść nam na rękę, nie chodzi też o to, żeby być grzecznym. Dorosłe relacje nie na tym polegają. Kiedy już się nie chroni tego delikatnego miejsca tak bardzo, wtedy czuje się wreszcie kontakt ze sobą i przestaje się czuć samotnym.

Najpierw trzeba samemu poczuć to miękkie miejsce, tak? Zgodzić się z nim samemu, ale poczuć trzeba przy kimś. Z płaszczyzny lękowej wydaje się, że to jest najbardziej ryzykowna rzecz, jaką można zrobić. A z płaszczyzny relacyjnej jest to rzecz najbardziej bezpieczna. Jeśli jestem ze swoją wrażliwością i widać ją gołym okiem, nie muszę ściemniać. Nie muszę udawać, że tego nie ma ani przed sobą, ani przed kimś i wtedy mogę normalnie przy nim usiąść. Wtedy czuje się tę obecność, że się jest. Nie jest już tak, że część moich działań służy temu, żeby odwrócić uwagę od tego miejsca. Wtedy można być ze sobą. To otwiera zupełnie inne przestrzenie, jeśli chodzi o życie w relacji, o bycie w kontakcie. Pojawia się też dostęp do wszystkich innych uczuć - można się złościć, chcieć czegoś, ale chce się już inaczej. Wtedy złość nie jest już frustracją nastolatka, jest uczuciem samym w sobie. Paradoksalnie, otwierając to miejsce w sobie, człowiek czuje się dużo bardziej bezpieczny w relacjach niż w momencie, kiedy tego nie dopuszcza. To miejsce, wokół którego cała sprawa się kręci, niby jest najbardziej ryzykowne, ale tak naprawdę uwalnia od poczucia ryzykowania w relacjach.

I wtedy jesteśmy już w miejscu kobiety i mężczyzny? Tak mi się wydaje. Zmienia się jakość, jest już inaczej. Wtedy, kiedy na przykład z kimś się nie zgadzamy, nie ma tego ciągnięcia w swoją stronę za wszelką cenę. Bardziej się widzi też tę drugą osobę, czego ona potrzebuje, dlaczego ona tego tak bardzo chce. To mnie zastanawia, ciekawi dlaczego jest to dla niej takie ważne. Z perspektywy miłości widzę i to, czego ja chcę i widzę to, czego ten ktoś chce. Ale nie ma już znaczenia kto wygra, ważne jest to, jak wspólnie rozwiążemy tą sprawę. Jak się kogoś kocha, nie ma innej opcji. Robi się to realna żywa potrzeba obydwu osób. Nie chodzi już o to, kto komu ulegnie, bardziej kto komu da się przekonać i nie wydarza się to na poziomie argumentów, tylko czucia, w którą stronę podążyć. W tym modelu nie bardzo można mówić o ryzyku, bo nawet jak się ludzie rozstają, to rozstają się, bo chcą się rozstać, a nie dlatego że ktoś kogoś oszukał, czy zdradził. To, co się dzieje w dorosłych relacjach, jest już dużo mniej sterowane przez stereotyp.

A takie ryzyko, że się przeżyje ból? Ono jest zawsze? Zawsze. Ból jest. Kropka. On wiąże się z tym delikatnym miejscem, które najłatwiej jest zranić. Jednak, mimo najgorszych traum, które ludzie przechodzą w życiu, ono nigdy nie ginie. I tak gdzieś tam na dnie jest. Niezależnie z czym przychodzą ludzie do gabinetu psychoterapeutycznego, to miejsce zawsze daje się znaleźć. Zdolność do miłości nie zamiera. Myślę, że ta część w nas, choć wydaje się najsłabsza, jest jakoś niezniszczalna. Kiedy dotykamy tego wrażliwego miejsca, lęk już nie zarządza naszymi wyborami i percepcją.

Jest miłość albo lęk? Trochę na to wychodzi. Oba te uczucia są udziałem nas wszystkich. I żadne z nich nie da się ocenić jako dobre czy złe, raczej chodzi o konsekwencje bycia w tych stanach. To się przekłada na związki - o czym innym są relacje w stanie lęku, o czym innym w stanie miłości. Ważna jest świadomość obu tych opcji, kiedy wiemy, że one są i wiemy, że można być w jednej, ale i drugiej. Z lękowej perspektywy zapomina się, że istnieje miłość.

Kwestia wyboru? Dostęp do miejsca kochającej kobiety i kochającego mężczyzny poszerza perspektywę. Nie jesteśmy już przestraszonym dzieckiem czy nastolatkiem, jesteśmy w miejscu miłości, kiedy otwiera się więcej opcji, niż się nam wydawało wcześniej. Robi się ciekawiej, wychodzi się poza stare ramy, w których tak naprawdę było tylko kilka ruchów.

Z miejsca miłości rzeczywistość nie jest już tak przewidywalna. To prawda, ale przez to bogatsza, piękniejsza. Poza tym można się dużo więcej dowiedzieć o sobie. Znajdujemy wtedy rozwiązania niemożliwe z miejsca lękowego.

Jak już wyjdziemy poza lękowe bieguny, okazuje się, że niewiele wiemy o sobie. To jest bardzo ciekawe miejsce. Możemy stanąć naprzeciwko jakiejś osoby i zacząć iść w jej stronę. Co teraz? Teraz dzieje się to, co teraz jest. To, co czuję. Boję się? To się boję. Mogę być z tym lękiem, nie muszę udawać, że go nie mam, nie muszę się z niego tłumaczyć. I co ty na to?

No właśnie - co? Ludzie boją się pokazać uczucia, ale druga osoba zazwyczaj reaguje bardzo dobrze. Jeśli ktoś naprawdę komunikuje to, co w tym momencie się z nim dzieje, nie chcąc osiągnąć żadnego rezultatu, to przemienia też partnera. Bo jak on teraz zacznie robić jakieś sztuczki, będzie zgrzyt.

Michał Duda psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie Psychologii Procesu.